Vallequietta część II

Vallequietta część IIKolejne dni, a właściwie cały tydzień pełen był tej samej ciszy, choć zauważyłem, że Elena już więcej nie płakała. Nie prosiła też o jedzenie, ani żadną inną przysługę. Po prostu była, cicha, spokojna. Wykonywała swoją pracę starannie, jej potrawy nic nie straciły na smaku. Potem wracała do domu, do synka, do pustki po mężu, której nie da się niczym zapełnić, nawet śmiechem dziecka. Najgorsze w tym wszystkim było jej milczenie. Jakby karała mnie za coś, co popełniłem nieświadomie. I chyba bolało mnie to bardziej niż jej łzy. Bo gdyby płakała, przynajmniej wiedziałbym dlaczego. A tak, nie miałem pojęcia, co robić. Jak działać, czy ją przepraszać. I było to tak nie do zniesienia, że pewnej środy po prostu zapytałem wprost:
- Czy ty mnie karzesz, Eleno?
Spojrzała na mnie wyraźnie zaskoczona. Najwyraźniej nie spodziewała się takiego pytania.  
- Księże proboszczu?... O czym ksiądz mówi?
- Milczysz. Nie rozmawiasz już ze mną.
- Ja... - zawahała się. - Nie, nie karzę księdza.
- Tylko? Co się dzieje?
- Te wspomnienia są zbyt bolesne, by je przywoływać.
- Rozumiem... Kiedy to się stało?
- Dwa lata temu - powiedziała cicho, jej głos zadrżał.
- Twój syn...
- Był za mały, by pamiętać. Ale tęskni. Nie mówi mi tego, ale ja to wiem. Czuję to.
- Jak zginął?
- To nie był wypadek. Zachorował. Jego organizm... Księże proboszczu, proszę - spojrzała na mnie błagalnie. Zrozumiałem aż za dobrze - jeśli będę naciskać, ta silna kobieta pęknie i już nic jej nie poskleja.
- Rozumiem - delikatnie położyłem jej dłoń na ramieniu. Drżała mocniej, niż sądziłem. - Już dobrze... Może... Może zaparzę ci herbaty?
Kiwnęła głową, nagle całkowicie bezbronna i zdana na mnie. To było takie dziwne...
Po chwili postawiłem przed nią parujący kubek mocnej herbaty. Przez chwilę się wahałem, ale w końcu nieco niepewnie podsunąłem cukier. Ostrożnie zacisnęła dłonie na kubku, patrząc gdzieś w dal, na coś, czego nie mogłem dojrzeć. Cisza, która między nami zapadła, zdawała się trwać wieki, nim w końcu Elena zdecydowała się przemówić. Jej głos był cichy, przepełniony niezagojonym bólem tak wielkim, że trudno było sobie wyobrazić, jak w ogóle udaje jej się z nim żyć. Opowiedziała mi o swym mężu, o tym jak się poznali, o ich trudnej drodze do szczęścia - nigdy nie została zaakceptowana przez rodziców męża, jej synek też nie poznał dziadków. Gdy dotarła do jego choroby i śmierci, po jej policzkach zaczęły spływać łzy, a głos łamał się tak bardzo, że w pewnych momentach miałem problem, by ją zrozumieć. Gdy jej słuchałem, siedząc naprzeciwko, po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, jaką modlitwę powinienem odmówić. I wtedy powiedziała coś, co uderzyło mnie najmocniej:
- Nie rozumiem, dlaczego Bóg go zabrał. On był dobrym człowiekiem, a ja... Cały czas się modliłam...
- Przestałaś?
- Mmm - skinęła głową. Nie wyglądała na skruszoną, raczej zrezygnowaną. Zrozumiałem, że czuła się zawiedziona.
- Odprowadzę cię do domu, Eleno... Matteo, tak?... On na pewno za tobą tęskni - powiedziałem w końcu, bo nie znalazłem słów, które byłyby odpowiednim pocieszeniem w tej sytuacji.  
- Czy... Czy ksiądz mnie wyrzuca? - zapytała zrezygnowana.
- Dlaczego tak sądzisz? Oczywiście, że nie, po prostu uważam, że nam obojgu przyda się odpoczynek. To wszystko.
W drodze do jej domu wciąż milczeliśmy. Przez moją głowę przepływało miliony pytań bez odpowiedzi, a ona też wydawała się przebywać w swoim świecie. Gdy odeszła do domu, nakreśliłem za nią niewielki znak krzyża - tylko tyle mogłem zrobić.
W drodze powrotnej zatrzymałem się przed kościołem i spojrzałem na jego nadgryzione zębem czasu mury. Stary kamień spękany od lat wiatrów, deszczu i palącego słońca, otulony pędami winorośli. Wytarte od tysięcy stóp schody, jeden witraż, który wymagał już naprawy, dach poznaczony rdzą i dachówkami, które niekoniecznie do siebie pasowały. I sama parafia - niewielki, piętrowy dom z kamienia. Idealny na lato i zimę. Zielone okiennice też nie wyglądały najlepiej, dlatego zdecydowałem o ich jak najszybszej naprawie.  
W kuchni, ciemnej z braku oświetlenia - nie dlatego, że go nie było, po prostu nie miałem ochoty go zapalać, wciąż pachniało posiłkiem i delikatnymi perfumami Eleny. Dotarło do mnie, że ten zapach towarzyszy mi ciągle, przesiąkły nimi delikatne zasłony w jadalni, moje ubrania i pościel, w której spałem. Zapach, który stał się częścią mnie. Zmęczony, na moment przymknąłem oczy, wsłuchując się w świszczenie wiatru za oknem. Zmierzch, a właściwie ciemna noc, zapadła o wiele za szybko - to nadciągnęły ciężkie chmury. Nie miałem co już robić, a może właściwie nie chciałem, nie miałem weny do działania. Nie otwierając oczu, nieco na oślep, tylko dotykając szorstkich ścian, powlokłem się do swego pokoju. Czułem się niczym starzec - przygniotły mnie cierpienia tej kobiety. Prysznic, zimny, do takiego przyzwyczaili mnie w klasztorze, też nie przyniósł ukojenia dla rozedrganych nerwów. Pomyślałem więc, że sen będzie najlepszym wyjściem. Być może wtedy przyjdzie mi do głowy jakieś rozwiązanie problemów mojej gospodyni.
Tyle że, długo nie mogłem zasnąć. Leżałem na plecach, wpatrując się w ciemny sufit, na którym tańczyły cienie gałęzi poruszanych wiatrem. Okno było uchylone, do środka wpadał chłód i zapach mokrej ziemi. Deszcz rzeczywiście przyszedł, zgodnie z zapowiedzią Eleny, i teraz stukał jednostajnie o parapet, jakby ktoś cierpliwie wystukiwał rytm, którego sensu nie potrafiłem pojąć.
Próbowałem się modlić. Z przyzwyczajenia złożyłem dłonie na piersi, szeptałem słowa, które znałem od lat na pamięć. „Ojcze nasz…” Brzmiało to jednak pusto, jak wyuczony tekst, który stracił swoje znaczenie przez nadmiar powtórzeń. Zatrzymałem się w połowie zdania, czując narastające we mnie zniecierpliwienie. Po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślałem, że nie wiem, czy ktoś mnie w ogóle słucha. Ścisnąłem nasadę nosa, by się uspokoić i odetchnąłem głęboko.
Przewróciłem się na bok. Pościel pachniała mydłem, perfumami Eleny, choć ten zapach był ledwo wyczuwalny, i jeszcze czymś innym – może lawendą, którą czasem dodawała do prania. Ten zapach, zupełnie niepozorny, ścisnął mnie w gardle mocniej niż wszystkie jej łzy z poprzedniego dnia. Pomyślałem o niej samej, o jej domu z przeciekającym dachem, o dziecku śpiącym w pokoju obok, o pustym miejscu w łóżku, które nie przestaje być puste nawet po dwóch latach. O tej wielkiej dziurze w jej sercu i myślach, którą ktoś w nich wyrwał i zapomniał zaleczyć.  
Czy naprawdę wierzyłem, że wystarczy kilka słów i kubek herbaty, by ulżyć takiemu bólowi?
Zdałem sobie sprawę, że całe moje życie polega na słuchaniu cudzych historii, cudzych strat i cudzych nadziei. Ludzie przychodzili do mnie, oczekując odpowiedzi, a ja rozdawałem im wersety, modlitwy, obietnice. I dopiero teraz, w tej ciemnej, cichej sypialni, przyszło mi do głowy, że sam nie mam żadnej odpowiedzi. Że stoję po tej samej stronie co oni – bezradny, zagubiony, udający pewność.
Deszcz nasilał się. Wstałem w końcu z łóżka i podszedłem do okna. Miasteczko spało, ulice były puste, tylko latarnie odbijały się w kałużach jak rozmyte gwiazdy. Pomyślałem, że właśnie tak musi wyglądać wiara Eleny: obecna, ale rozbita na kawałki, niemożliwa do zebrania w całość.
I nagle, bardzo wyraźnie, poczułem coś, czego nie umiałem nazwać modlitwą ani zwątpieniem. Raczej prostą, niewygodną prawdę: że nie potrafię jej pomóc jako ksiądz. Mogę co najwyżej być obok jako człowiek. A to w moim świecie okazywało się znacznie trudniejsze.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii inne i miłosne, użyła 1479 słów i 7988 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Hart

    Piszesz bardzo inspirujący tekst. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam

    8 godz. temu

  • Użytkownik elenawest

    @Hart dziękuję ❤️ kolejna część już za tydzień w niedzielę wieczorem

    7 godz. temu