
W końcu, gdy przyszła na plebanię z chłopcem, była już końcówka lutego.
- Cześć — przywitałem się z nim ciepło, kucając przed nim i podając mu dłoń jak dorosłemu. - Słyszałem, że dzielnie walczyłeś z chorobą i wygrałeś. Brawo.
Maluch uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Cześć, wujku. Dawno cię nie widziałem i tęskniłem, wiesz? - objął mnie łapkami za szyję. Przymknąłem na moment oczy, by powstrzymać cisnące się do nich łzy.
- Ja też tęskniłem, mały — wyszeptałem. - I bardzo się cieszę, że znów tu jesteś. Mam coś dla ciebie. Poczekasz grzecznie?
- Tak! - krzyknął podekscytowany. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na Elenę. Przyglądała mi się uważnie.
- To tylko mały prezent — wyjaśniłem.
- W porządku — szepnęła, zakładając ramiona na piersi. Kiwnąłem głową i poszedłem do swojego pokoju. Po paru minutach wróciłem z dużym miśkiem, czekoladą i torbą z nowiutkimi klockami.
- Mam nadzieję, że będziesz się nimi solidnie bawić — powiedziałem, wręczając mu prezent. Pisnął radośnie i pobiegł do salonu z pluszakiem i klockami. Elena nie spuszczała ze mnie badawczego wzroku.
- Co? - speszyłem się.
- Zastanawiam się po prostu, kim ty tak naprawdę jesteś, Gabrielu — powiedziała powoli.
- Zwykłym księdzem, który nie może patrzeć, jak innym dzieje się krzywda. Zwłaszcza dzieciom, Eleno.
- Mijasz się z prawdą, a ja sama nie wiem, czy powinnam być na ciebie o nią zła, czy też nie zwracać na to uwagi — odwróciła się do mnie plecami, zaczynając szykować zupę.
- To twoja decyzja — powiedziałem cicho. Chciałem do niej podejść, objąć ją, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. A nie mogłem. Gdybym to zrobił, uciekłaby i już więcej nie wróciła. W tej sprawie musiałem wykazać się cierpliwością, a tej nie miałem obecnie w nadmiarze.
- Słyszałam, że odwołałeś poranne msze — zagaiła po chwili ciszy. - Dlaczego?
- By dać ludziom trochę oddechu — wyjaśniłem. - Wszyscy są zmęczeni tą zwariowaną zimą, poza tym coraz wyraźniej widzę, że przychodzą wyłącznie z przyzwyczajenia. Chciałem dać im możliwość samodzielnego wyboru. By przychodzili do świątyni nie z musu, tylko z własnej woli. Tak, jak robili to przy naprawie dachu. Wtedy naprawdę tego chcieli, widziałem to.
- To całkiem rozsądne podejście — powiedziała i po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się do mnie delikatnie. Jeszcze nie tak ciepło, jak kiedyś, ale naturalnie. Bez przymusu i lęku. Odwzajemniłem, czując, jak towarzyszące mi niemal od grudnia napięcie powoli staje się lżejsze.
- Co u Luci? - zagaiłem, chcąc podtrzymać rozmowę — w ostatnich tygodniach naprawdę mi jej brakowało. Reakcja Eleny mnie zaskoczyła, bo tylko wzruszyła ramionami.
- Nie wiem nawet, dawno go u nas nie było. Mam wrażenie, że...
- Że?
- Że jest zazdrosny o to, że wezwałam na pomoc ciebie, a nie jego. I to jest zupełnie irracjonalne, bo przecież sam był wtedy chory.
- Może po prostu mu na tobie zależy.
- O tak, zawsze tak było — powiedziała, a ja zmarszczyłem brwi, udając, że o niczym nie wiem. Zauważyła to. - Nie mówiłam ci? - zdumiała się. - Najwyraźniej zapomniałam... Luca zawsze chciał, byśmy byli razem. Tyle że nigdy mnie... cóż, po prostu nie pociągał. Zawsze był tylko moim przyjacielem, mogłam na nim polegać w każdej chwili, ale nigdy nie widziałam siebie u jego boku.
- Dlaczego? Jest przystojny.
- Nie tak jak ty — powiedziała szybko i jeszcze szybciej zasłoniła sobie usta przerażona.
- To miłe, mów dalej.
- Nie jesteś zły?
- O co? O moją urodę? W życiu. No mów – obróciłem wszystko w żart, choć czułem w sercu narastające szczęście z jej słów. Gdyby tylko mogła wiedzieć, ile dla mnie znaczyły. Ale jeszcze nie teraz… Kiedyś.
- Dobrze, więc... Luca jest... Jak ziemniak z ogniska. Ciepły, pulchny, a przynajmniej taki był przed wyjazdem. I to wszystko. Przyjaciel. Nie wielka miłość.
- Powiedziałaś mu to?
Kiwnęła głową.
- Właśnie dlatego wyjechał, a ja wtedy byłam już z Paulo.
Obiad zjedliśmy w ciszy, ciesząc się swoim towarzystwem. Nawet Matteo był spokojny, a talerz zupy zupełnie go wykończył — widać organizm wracał jeszcze do siebie po chorobie. Zaniosłem go więc do salonu i po raz pierwszy od ponad roku włączyłem telewizor. Mały bezbłędnie wyszukał kanał z bajkami i zatracił się w nich w sekundę. Uśmiechnąłem się ciepło na ten widok i pomyślałem szczerze, że nie miałbym nic przeciwko, by tak już zostało. Choć miałem świadomość, że dziecko na plebanii wzbudzi nie lada sensację i kuria w końcu będzie musiała zadziałać. A odwołanie stąd było obecnie ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę. Wolałem więc nie ryzykować. Wróciłem więc do Eleny. Siedziała przy stole z kubkiem herbaty różanej w dłoniach i spoglądała w zamyśleniu za okno. Nie chciałem przerywać jej tej kontemplacji, więc usiadłem naprzeciwko.
- Od tej choroby nie potrafię niczego mu odmówić. Wcześniej ani nie jadł słodyczy, ani nie oglądał tyle bajek, a teraz...
- Cieszysz się z każdej chwili, gdy jest szczęśliwy — dokończyłem jej myśl. - To zupełnie naturalne.
- Tak się bałam, że go stracę... I straciłam, a ty...
- To był instynkt. Być może kiedyś za to zapłacę, ale nie żałuję tej decyzji, Eleno.
- To chyba cię osłabiło, prawda?
- Nieco, ale nic mi nie jest. Nie musisz się martwić.
- Nie wiem, czy jeszcze potrafię coś innego, Gabrielu. Od choroby mojego męża, zamartwianie się towarzyszy mi ciągle. Nie wiem, czy szczęście jeszcze kiedyś zawita do mojego życia.
- Już zawitało — oznajmiłem. Spojrzała na mnie niepewnie.
- Ogród za oknem, plebania... Tu wkładasz serce, Eleno. Uśmiechasz się, żartujesz... Poza tym masz syna…
- Tu nie widzę moich trosk — wyznała. - Powroty do domu są ciężkie. Nie sypiam już właściwie w sypialni. Matteo o tym nie wie, bo nie chcę go martwić, ale każdą noc spędzam pod drzwiami jego pokoju.
- Dlaczego? - zdziwiłem się szczerze. Czy to oznaczało, że spała na podłodze niczym nędznik?
- Mój mąż nie zmarł w szpitalu, Gabrielu, tylko w naszym łóżku. Matteo miał roczek, a ja od tamtego czasu nie potrafię wejść spokojnie do sypialni. Za każdym razem widzę Paulo umierającego. Jego rzeczy zostały w szafie, nie potrafiłam się ich pozbyć. Wiem, że powinnam, bo nic już mi go nie zwróci, choćbym nie wiem jak, mocno się o to modliła. Jestem słaba, Gabrielu. Słaba i zmęczona.
- To nie jest prawda — usiadłem przy niej i objąłem ją ramieniem. - Jesteś silniejsza, niż możesz sobie to wyobrazić. Widzę to i podziwiam. Podniosłaś się po tak ciężkiej stracie i każdego dnia dajesz Matteo radość i światło, którego potrzebuje. Nie ma nic piękniejszego od matczynej miłości, Eleno.
- Czasami to nie wystarcza, Gabrielu. Jest mi ciężko i...
- Pozwól więc, że zdejmę ten ciężar z twoich ramion — powiedziałem poważnie, decydując się na szalony krok. - Przenieś się do mnie.
- Co?! - spojrzała na mnie zszokowana. - Gabrielu! Przecież to nie wypada!
- Wiem. I mam to gdzieś – odparłem stanowczo.
Dałem jej kilka dni do namysłu, bo wiedziałem, że takiej decyzji nie można podejmować w pięć sekund. A po wieczornej mszy zjawił się Luca.
- Witaj, księże Gabrielu. Czy możemy pomówić?
Zaprosiłem go do salonu, który nosił w sobie liczne ślady bytności w nim dziecka. Widząc pozostawione zabawki, kiwnął głową i usiadł w fotelu.
- Słyszałem o twej propozycji — powiedział. - I przyznam szczerze, że bardzo mnie ona niepokoi.
- Bo jestem księdzem?
- Tylko z wyglądu, co? Byłem na twojej mszy, dziwne masz kazania.
Wzruszyłem ramionami.
- Moje kazania wynikają z życia.
- To nie kuria decyduje?
- Czasami. Wolę kierować się własnym sumieniem.
- Sumieniem... To mocne słowo, Gabrielu. Zwłaszcza że zbliżasz się do samotnej kobiety...
- Wiem, co robię, Luca. Troszczę się o nią, bo tego właśnie potrzebuje. Skoro nikt w miasteczku, tak religijnym wydawałoby się, nie potrafi jej pomóc, to zrobię to ja. Prosty ksiądz, który sam wiele nie ma. I udzielę jej i jej synkowi dachu nad głową. Pomogę jej uporać się z żałobą i jeśli będzie trzeba, oddam sutannę, jeśli będzie to oznaczać jej szczęście — powiedziałem twardo. Przyglądał mi się przez kilka minut w milczeniu.
- Czy ty?...
- Najwyraźniej i nie tobie to oceniać — uciąłem dyskusję, której miałem dość.
- Dobrze więc. Działaj według swego sumienia, tylko pamiętaj, że jeśli ją skrzywdzisz, ona nigdy więcej nie zaufa żadnemu mężczyźnie.
- Wiem o tym.
Luca
Szedłem powoli przez rynek, niemal bez celu, choć tak naprawdę dokładnie wiedziałem, gdzie się kieruję. Po kilkunastu minutach stanąłem po drugiej stronie drogi, wpatrzony w jej drzwi wejściowe. Myślałem o tym, by zadzwonić, powiedzieć jej, jak wiele dla mnie znaczy, ale nie mogłem. Ona to już przecież wiedziała i wybrała innego. Najpierw Paulo, teraz Gabriela. Pierwszy był moim przyjacielem, drugi księdzem, który najwyraźniej nie znał społecznych ograniczeń. A nawet jeśli znał, to nic sobie z nich nie robił. I jakże ja miałem walczyć z tą niesprawiedliwością? Przecież już kiedyś powiedziała mi, że jej serce nie będzie należeć do mnie. Dlaczego więc teraz się tak bardzo łudziłem? Może gdybym wtedy został, a nie uciekał, teraz byłoby inaczej. I pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Założyłem kaptur na głowę i odszedłem — znów pokonany, złamany, nieco niespokojny. A jednocześnie zadowolony, że ona była szczęśliwa. Bo tak naprawdę tylko to się liczyło.
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Hart
Pięknie Ci się to układa. Siła miłości nie zna granic. To ludzie stawiają granice mniej lub bardziej absurdalne. Czekam na następną porcję uczuć. Wychodzi Ci to idealnie. Dziękuję i pozdrawiam
elenawest
@Hart to ja Ci dziękuję za tak cudne komentarze 🥰