Vallequietta część X

Vallequietta część XMatteo wstał z łóżka dopiero po tygodniu, był zbyt osłabiony po wyniszczającej go chorobie. A Elena odwiedziła mnie dopiero dwa tygodnie później. Spotykaliśmy się okazjonalnie na rynku i każdy jej powrót do domu był dla mnie próbą, by nie pobiec za nią.
W końcu, gdy przyszła na plebanię z chłopcem, była już końcówka lutego.
- Cześć — przywitałem się z nim ciepło, kucając przed nim i podając mu dłoń jak dorosłemu. - Słyszałem, że dzielnie walczyłeś z chorobą i wygrałeś. Brawo.
Maluch uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Cześć, wujku. Dawno cię nie widziałem i tęskniłem, wiesz? - objął mnie łapkami za szyję. Przymknąłem na moment oczy, by powstrzymać cisnące się do nich łzy.
- Ja też tęskniłem, mały — wyszeptałem. - I bardzo się cieszę, że znów tu jesteś. Mam coś dla ciebie. Poczekasz grzecznie?
- Tak! - krzyknął podekscytowany. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na Elenę. Przyglądała mi się uważnie.
- To tylko mały prezent — wyjaśniłem.
- W porządku — szepnęła, zakładając ramiona na piersi. Kiwnąłem głową i poszedłem do swojego pokoju. Po paru minutach wróciłem z dużym miśkiem, czekoladą i torbą z nowiutkimi klockami.
- Mam nadzieję, że będziesz się nimi solidnie bawić — powiedziałem, wręczając mu prezent. Pisnął radośnie i pobiegł do salonu z pluszakiem i klockami. Elena nie spuszczała ze mnie badawczego wzroku.
- Co? - speszyłem się.
- Zastanawiam się po prostu, kim ty tak naprawdę jesteś, Gabrielu — powiedziała powoli.
- Zwykłym księdzem, który nie może patrzeć, jak innym dzieje się krzywda. Zwłaszcza dzieciom, Eleno.
- Mijasz się z prawdą, a ja sama nie wiem, czy powinnam być na ciebie o nią zła, czy też nie zwracać na to uwagi — odwróciła się do mnie plecami, zaczynając szykować zupę.
- To twoja decyzja — powiedziałem cicho. Chciałem do niej podejść, objąć ją, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. A nie mogłem. Gdybym to zrobił, uciekłaby i już więcej nie wróciła. W tej sprawie musiałem wykazać się cierpliwością, a tej nie miałem obecnie w nadmiarze.
- Słyszałam, że odwołałeś poranne msze — zagaiła po chwili ciszy. - Dlaczego?
- By dać ludziom trochę oddechu — wyjaśniłem. - Wszyscy są zmęczeni tą zwariowaną zimą, poza tym coraz wyraźniej widzę, że przychodzą wyłącznie z przyzwyczajenia. Chciałem dać im możliwość samodzielnego wyboru. By przychodzili do świątyni nie z musu, tylko z własnej woli. Tak, jak robili to przy naprawie dachu. Wtedy naprawdę tego chcieli, widziałem to.
- To całkiem rozsądne podejście — powiedziała i po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się do mnie delikatnie. Jeszcze nie tak ciepło, jak kiedyś, ale naturalnie. Bez przymusu i lęku. Odwzajemniłem, czując, jak towarzyszące mi niemal od grudnia napięcie powoli staje się lżejsze.
- Co u Luci? - zagaiłem, chcąc podtrzymać rozmowę — w ostatnich tygodniach naprawdę mi jej brakowało. Reakcja Eleny mnie zaskoczyła, bo tylko wzruszyła ramionami.
- Nie wiem nawet, dawno go u nas nie było. Mam wrażenie, że...
- Że?
- Że jest zazdrosny o to, że wezwałam na pomoc ciebie, a nie jego. I to jest zupełnie irracjonalne, bo przecież sam był wtedy chory.
- Może po prostu mu na tobie zależy.
- O tak, zawsze tak było — powiedziała, a ja zmarszczyłem brwi, udając, że o niczym nie wiem. Zauważyła to. - Nie mówiłam ci? - zdumiała się. - Najwyraźniej zapomniałam... Luca zawsze chciał, byśmy byli razem. Tyle że nigdy mnie... cóż, po prostu nie pociągał. Zawsze był tylko moim przyjacielem, mogłam na nim polegać w każdej chwili, ale nigdy nie widziałam siebie u jego boku.
- Dlaczego? Jest przystojny.
- Nie tak jak ty — powiedziała szybko i jeszcze szybciej zasłoniła sobie usta przerażona.
- To miłe, mów dalej.
- Nie jesteś zły?
- O co? O moją urodę? W życiu. No mów – obróciłem wszystko w żart, choć czułem w sercu narastające szczęście z jej słów. Gdyby tylko mogła wiedzieć, ile dla mnie znaczyły. Ale jeszcze nie teraz… Kiedyś.
- Dobrze, więc... Luca jest... Jak ziemniak z ogniska. Ciepły, pulchny, a przynajmniej taki był przed wyjazdem. I to wszystko. Przyjaciel. Nie wielka miłość.
- Powiedziałaś mu to?
Kiwnęła głową.
- Właśnie dlatego wyjechał, a ja wtedy byłam już z Paulo.


Obiad zjedliśmy w ciszy, ciesząc się swoim towarzystwem. Nawet Matteo był spokojny, a talerz zupy zupełnie go wykończył — widać organizm wracał jeszcze do siebie po chorobie. Zaniosłem go więc do salonu i po raz pierwszy od ponad roku włączyłem telewizor. Mały bezbłędnie wyszukał kanał z bajkami i zatracił się w nich w sekundę. Uśmiechnąłem się ciepło na ten widok i pomyślałem szczerze, że nie miałbym nic przeciwko, by tak już zostało. Choć miałem świadomość, że dziecko na plebanii wzbudzi nie lada sensację i kuria w końcu będzie musiała zadziałać. A odwołanie stąd było obecnie ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę. Wolałem więc nie ryzykować. Wróciłem więc do Eleny. Siedziała przy stole z kubkiem herbaty różanej w dłoniach i spoglądała w zamyśleniu za okno. Nie chciałem przerywać jej tej kontemplacji, więc usiadłem naprzeciwko.
- Od tej choroby nie potrafię niczego mu odmówić. Wcześniej ani nie jadł słodyczy, ani nie oglądał tyle bajek, a teraz...
- Cieszysz się z każdej chwili, gdy jest szczęśliwy — dokończyłem jej myśl. - To zupełnie naturalne.
- Tak się bałam, że go stracę... I straciłam, a ty...
- To był instynkt. Być może kiedyś za to zapłacę, ale nie żałuję tej decyzji, Eleno.
- To chyba cię osłabiło, prawda?
- Nieco, ale nic mi nie jest. Nie musisz się martwić.
- Nie wiem, czy jeszcze potrafię coś innego, Gabrielu. Od choroby mojego męża, zamartwianie się towarzyszy mi ciągle. Nie wiem, czy szczęście jeszcze kiedyś zawita do mojego życia.
- Już zawitało — oznajmiłem. Spojrzała na mnie niepewnie.
- Ogród za oknem, plebania... Tu wkładasz serce, Eleno. Uśmiechasz się, żartujesz... Poza tym masz syna…
- Tu nie widzę moich trosk — wyznała. - Powroty do domu są ciężkie. Nie sypiam już właściwie w sypialni. Matteo o tym nie wie, bo nie chcę go martwić, ale każdą noc spędzam pod drzwiami jego pokoju.
- Dlaczego? - zdziwiłem się szczerze. Czy to oznaczało, że spała na podłodze niczym nędznik?
- Mój mąż nie zmarł w szpitalu, Gabrielu, tylko w naszym łóżku. Matteo miał roczek, a ja od tamtego czasu nie potrafię wejść spokojnie do sypialni. Za każdym razem widzę Paulo umierającego. Jego rzeczy zostały w szafie, nie potrafiłam się ich pozbyć. Wiem, że powinnam, bo nic już mi go nie zwróci, choćbym nie wiem jak, mocno się o to modliła. Jestem słaba, Gabrielu. Słaba i zmęczona.
- To nie jest prawda — usiadłem przy niej i objąłem ją ramieniem. - Jesteś silniejsza, niż możesz sobie to wyobrazić. Widzę to i podziwiam. Podniosłaś się po tak ciężkiej stracie i każdego dnia dajesz Matteo radość i światło, którego potrzebuje. Nie ma nic piękniejszego od matczynej miłości, Eleno.
- Czasami to nie wystarcza, Gabrielu. Jest mi ciężko i...
- Pozwól więc, że zdejmę ten ciężar z twoich ramion — powiedziałem poważnie, decydując się na szalony krok. - Przenieś się do mnie.
- Co?! - spojrzała na mnie zszokowana. - Gabrielu! Przecież to nie wypada!
- Wiem. I mam to gdzieś – odparłem stanowczo.


Dałem jej kilka dni do namysłu, bo wiedziałem, że takiej decyzji nie można podejmować w pięć sekund. A po wieczornej mszy zjawił się Luca.
- Witaj, księże Gabrielu. Czy możemy pomówić?
Zaprosiłem go do salonu, który nosił w sobie liczne ślady bytności w nim dziecka. Widząc pozostawione zabawki, kiwnął głową i usiadł w fotelu.
- Słyszałem o twej propozycji — powiedział. - I przyznam szczerze, że bardzo mnie ona niepokoi.
- Bo jestem księdzem?
- Tylko z wyglądu, co? Byłem na twojej mszy, dziwne masz kazania.
Wzruszyłem ramionami.
- Moje kazania wynikają z życia.
- To nie kuria decyduje?
- Czasami. Wolę kierować się własnym sumieniem.
- Sumieniem... To mocne słowo, Gabrielu. Zwłaszcza że zbliżasz się do samotnej kobiety...
- Wiem, co robię, Luca. Troszczę się o nią, bo tego właśnie potrzebuje. Skoro nikt w miasteczku, tak religijnym wydawałoby się, nie potrafi jej pomóc, to zrobię to ja. Prosty ksiądz, który sam wiele nie ma. I udzielę jej i jej synkowi dachu nad głową. Pomogę jej uporać się z żałobą i jeśli będzie trzeba, oddam sutannę, jeśli będzie to oznaczać jej szczęście — powiedziałem twardo. Przyglądał mi się przez kilka minut w milczeniu.
- Czy ty?...
- Najwyraźniej i nie tobie to oceniać — uciąłem dyskusję, której miałem dość.
- Dobrze więc. Działaj według swego sumienia, tylko pamiętaj, że jeśli ją skrzywdzisz, ona nigdy więcej nie zaufa żadnemu mężczyźnie.
- Wiem o tym.

Luca
Szedłem powoli przez rynek, niemal bez celu, choć tak naprawdę dokładnie wiedziałem, gdzie się kieruję. Po kilkunastu minutach stanąłem po drugiej stronie drogi, wpatrzony w jej drzwi wejściowe. Myślałem o tym, by zadzwonić, powiedzieć jej, jak wiele dla mnie znaczy, ale nie mogłem. Ona to już przecież wiedziała i wybrała innego. Najpierw Paulo, teraz Gabriela. Pierwszy był moim przyjacielem, drugi księdzem, który najwyraźniej nie znał społecznych ograniczeń. A nawet jeśli znał, to nic sobie z nich nie robił. I jakże ja miałem walczyć z tą niesprawiedliwością? Przecież już kiedyś powiedziała mi, że jej serce nie będzie należeć do mnie. Dlaczego więc teraz się tak bardzo łudziłem? Może gdybym wtedy został, a nie uciekał, teraz byłoby inaczej. I pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Założyłem kaptur na głowę i odszedłem — znów pokonany, złamany, nieco niespokojny. A jednocześnie zadowolony, że ona była szczęśliwa. Bo tak naprawdę tylko to się liczyło.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 1892 słów i 10127 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Hart

    Pięknie Ci się to układa. Siła miłości nie zna granic. To ludzie stawiają granice mniej lub bardziej absurdalne. Czekam na następną porcję uczuć. Wychodzi Ci  to idealnie. Dziękuję i pozdrawiam

    17 godz. temu

  • Użytkownik elenawest

    @Hart to ja Ci dziękuję za tak cudne komentarze 🥰

    16 godz. temu