
- Księże proboszczu, proszę wybaczyć mą nieobecność w ostatnim czasie. Obawiam się, że nieznacznie zaniemogłam, a i czas to nie był dobry, by tu pomagać - powiedziała cicho. W jej głosie nadal dało się wyczuć chrypkę, więc nie miałem żadnych podstaw, by sądzić, iż mija się z prawdą. Skinąłem więc głową.
- Dobrze cię tu znów widzieć, Eleno - odparłem, wstając od stołu, przy którym siedziałem. - Brakowało tu twojej obecności - nie powiedziałem, że mnie jej brakowało, miałem nadzieję, że sama to wyczuje.
Przez chwilę milczała, bawiąc się brzegiem bluzki, wyraźnie zakłopotana. Jej ręce lekko przy tym drżały.
- Ja... Dziękuję księdzu. To miłe.
Unikała mojego wzroku i to tak bardzo bolało. A nie chciałem, by tak było. Przecież wcześniej było lepiej... Czy to te plotki? O to jej chodziło? To był ten niedobry czas? Ja nic już z tego nie rozumiałem.
- A gdzie Matteo? - zmieniłem temat na nieco bardziej neutralny.
- Bawi się z synkiem sąsiadki. Ale pyta o księdza.
- Pozdrów go ode mnie, Eleno. Byłbym niezwykle rad, gdybyś go tu znów zaczęła przyprowadzać.
- Tak... Przemyślę to - odparła, odwrócona do mnie plecami. Jakby to miało teraz stanowić mur między nami. I tak właśnie się czułem. Że Elena stawia granice, których być może nie pokonam. Granice wynikłe ze strachu i ostrożności. - Dzisiaj nie zostanę do obiadu... Zresztą będzie chyba lepiej, jak przestanę tak długo zostawać. To nie wygląda dobrze, proszę księdza.
Jej słowa. Proste. Zimne. Tak boleśnie trafne. Sprawiły, że zabrakło mi odpowiedzi. Skinąłem głową, mając świadomość, że nie widzi mego gestu. Ale najwyraźniej dobrze odczytała ciszę. Wstałem z miejsca, wahając się przez chwilę: podejść do niej, ryzykując, że ucieknie bez powrotu, czy może dać jej przestrzeń, choć tej opcji tak bardzo nie chciałem. Przez chwilę walczyłem sam ze sobą, aż w końcu wyszedłem do gabinetu. Tam czekało na mnie masę listów, niedokończonych spraw, którym ostatnio nie poświęcałem należytej uwagi. Czas na ich uporządkowanie, choć wewnątrz mnie był istny chaos.
Elena
Gdy wyszedł, odetchnęłam z ulgą. Ręce mi drżały, jakbym w istocie się go bała. Ale czy naprawdę tak było? Bałam się jego, czy reakcji mieszkańców? Już gadali. Za dużo, za cicho, zbyt natarczywie... Nie chciałam, by wytykali Matteo palcami. To nie jego wina, że jego matka... No właśnie. Co? Jego matka co? Nie wiedziałam. Albo nie chciałam wiedzieć, precyzować własnych myśli. Powrót tutaj, na tę plebanię, gdzie wszystko tak bardzo się zmieniło, nie był łatwy. Ale musiałam z czegoś utrzymać synka, siebie i częściowo starych rodziców. Wytarłam ręce w kuchenną ścierkę i rozejrzałam się po spękanych ścianach, wytartych drewnianych meblach. To miejsce dało mi spokój, równowagę ducha i... szczęście. Bo tak, przy nim znów zaczęłam się śmiać. Może za wcześnie. Może po prostu chciałam... Ale to już nie ważne. Czas wrócić do starej metody pracy, a potem... A potem, może, kiedyś, uda mi się znaleźć coś nowego... Gdzie indziej, gdzieś, gdzie zaczniemy wszystko od nowa. Tylko we dwójkę, bez natarczywych pytań i spojrzeń. Gdzieś, gdzie nie będzie Gabriela.
Upiekłam naleśniki, zrobiłam lekką zupę warzywną z domowymi kluseczkami, odkurzyłam i ani razu nie spojrzałam na Gabriela. Na księdza Gabriela. Księdza proboszcza. On też nie śpieszył się z kontaktem, dawał mi przestrzeń i byłam mu za to dozgonnie wdzięczna. Nie naciskał, najwyraźniej zrozumiał.
Gdy w końcu wyszłam z plebanii, nie wróciłam od razu do domu. Musiałam jeszcze pomyśleć, przewietrzyć głowę. Poszłam więc na rynek. Bez celu, po prostu by pochodzić. I tak wędrując od straganu do straganu, kupując kilka owoców, w tym ulubione gruszki Matteo, nagle usłyszałam swoje imię. Ktoś mnie wołał, jakiś głos, którego nie słyszałam od dawna. Spojrzałam przez ramię. Stał na końcu rynku, przy ratuszu i wpatrywał się we mnie intensywnie. Moje serce drgnęło jakby konwulsyjnie, coś zabolało mnie wewnątrz.
- Elena - powiedział, niemal podbiegając. - To naprawdę ty.
- Luca - wykrztusiłam, zszokowana jego pojawieniem się. - Co ty tu robisz?
- Wróciłem - wyszczerzył się radośnie. - Dasz się zaprosić na kawę i ciastko? Czy cukiernia Lucciano jeszcze działa?
- Od trzech lat jest zamknięta, ale jest inna. Niemal tak samo dobra, choć nie mają już różanych rogalików – wyjaśniłam szybko, wciąż nie bardzo potrafiąc oswoić się z jego pojawieniem się.
- Wielka szkoda, bardzo lubiłem tego starego pierdołę. To jak? Idziemy?
- T... tak - zająknęłam się. Odebrał mi koszyk z owocami i podał ramię. Przyjęłam je, mając świadomość, że to tylko rozpęta nowe plotki. Czy ja jeszcze miałam na nie siłę?
Nim dotarliśmy do cukierni, zdołałam nieco dojść do siebie i zacząć względnie logicznie myśleć.
- Nic się nie zmieniłaś - powiedział, gdy już złożyliśmy zamówienie. - Wciąż jesteś tak samo śliczna jak te pięć lat temu, gdy wyjeżdżałem.
- Przesadzasz, Luca. Przybyło mi zmarszczek.
- Mnie też. Jeszcze trochę i zacznę przypominać pomarszczonego pomidora z włosami. Coś jak mój ojciec.
Zaśmiałam się. Po prostu wybuchłam niekontrolowanym śmiechem i nie potrafiłam przestać. Dopiero, gdy delikatnie ujął mnie za rękę i ją ścisnął, zdołałam się pohamować.
- Już dobrze - powiedział miękko, patrząc mi w oczy łagodnie. - Jestem tu, Eleno.
Przełknęłam ślinę, uśmiechając się niepewnie.
- Dziękuję, to... Dziękuję, Luca. Poprawiłeś mi nastrój.
- Cieszę się, wyglądałaś na przybitą.
Wzruszyłam ramionami.
- To nic wielkiego.
- Plotki zazwyczaj bywają bolesne - mruknął, patrząc na dwie rozmawiające ze sobą kelnerki. Obserwowały nas. - Zwłaszcza gdy są nieprawdziwe - dodał ostrzej, a nastolatki zmieszane zniknęły na zapleczu.
- Teraz będzie tylko gorzej - jęknęłam.
- Jedynie, jeśli im na to pozwolisz, Eleno. A ty jesteś silna. Wiem to.
- Skąd możesz wiedzieć? - spojrzałam na niego beznadziejnie.
- Wiem, co cię spotkało. Nie złamało cię to, a to już coś znaczy. Musisz tylko jeszcze bardziej w siebie uwierzyć. Bo masz dla kogo, Eleno.
Przez chwilę milczałam, tak bardzo zaskoczona prawdziwością jego słów. Miał rację - miałam Matteo. Dla niego nie mogłam się poddać. Niczemu i nikomu.
- Masz rację. Znów.
Uśmiechnął się pod wąsem.
- Mówiłem, że jestem mądry...
Gabriel
Nawet nie usłyszałem, kiedy wyszła, w pewnej chwili po prostu zrobiło się zbyt cicho. Zbyt pusto. Boleśnie pusto. Jakbym właśnie stracił coś cennego. Niczym duch wsunąłem się do kuchni, mając jeszcze nikłą nadzieję, że ją dogonię, bądź przynajmniej zobaczę. Ale jej już nie było. Pozostał tylko delikatny zapach jej perfum. Zaciągnąłem się nim aż do boleści płuc, jakbym chciał go w sobie wyryć na zawsze. I ogarnęła mnie wściekłość. Nie na nią. Na siebie samego. Bo nie zareagowałem na czas. To ona odsunęła się, gdy plotki stały się zbyt niewygodne. I właśnie to nas rozdzieliło.
I znów, przez kilka dni wychodziła wcześniej, niż zazwyczaj, choć już nie w takim pośpiechu jak jeszcze niedawno. A plotki? Jakby zmieniły ton. Ludzie zaczęli się zastanawiać. I przestali patrzeć na mnie takim wilkiem. Bo prawdę mówiąc, przez chwilę zastanawiałem się, kiedy dostanę list z kurii o odwołaniu mnie z miasteczka. Miejsca, które już śmiało mogłem nazwać domem. Z pełną świadomością, że gdybym miał wracać, najpewniej bym się temu sprzeciwił. A wciąż jeszcze nie wiedziałem, czy powinienem.
Ale Elena znów się zmieniła. Nie wróciła tamta radosna, śmiejąca się do mnie kobieta, choć zauważyłem, że ponownie się uśmiechała. Czasami bez powodu, sama do siebie. I któregoś, już nieco chłodniejszego dnia, odkryłem, czemu tak jest. Dlaczego znów się śmieje. Nie ze mną i nie do mnie. Ale do kogoś innego. Gdy zobaczyłem ich razem przy stoisku z warzywami, tak naprawdę na początku sam nie wiedziałem, na co patrzę. Stali ramię w ramię, wybierając papryki i pomidory. Mężczyzna przy jej boku trzymał w rękach jej koszyk, a ona pochylała się nad straganem. Trzymała się też jakoś inaczej, niż zazwyczaj, jakby lżej. Rozpuściła włosy, które teraz lekko rozwiewał jej wiatr. Na ten widok drgnąłem, jakbym miał zamiar podbiec do niej i wyrwać ją z mentalnych objęć człowieka obok niej. Tyle że on jej nie obejmował. Po prostu był. I to najwyraźniej jej wystarczało.
Przez chwilę jeszcze stałem, patrząc na zaśmiewającą się parę i coś we mnie buntowało się przeciwko temu. A potem po prostu odszedłem.
Kiedy Matteo znów pojawił się na plebanii, rzucił się na mnie z taką radością, że nieomal obalił nas obu na ziemię i prawie urwał mi głowę, ściskając moją szyję swoimi małymi rączkami. On naprawdę się cieszył z tego spotkania. I ja także. I przyniósł piłkę, więc po obiedzie zostali na jeszcze trochę. I rozegraliśmy prawdziwy mecz. Ach, było pysznie. Oczywiście nie obroniłem ani jednego gola, które mi wbił. Ta radość w jego oczkach sprawiła, że w tamtej chwili nie pamiętałem o Luce, mimo że chłopczyk wspomniał o nim kilka razy. Wtedy to imię było po prostu imieniem. Elena krzątała się jeszcze w kuchni, by przygotować wszystko na dzień następny. Umówiliśmy się bowiem, że każdy weekend w całości będzie spędzać w domu z synkiem, bez wyjątków. Radziłem sobie już bez niej, poradzę siebie i teraz. Oczywiście decyzja z mojej strony nie była łatwa, ale zdecydowałem, że tak będzie lepiej. Luca, który wyjątkowo przyszedł dziś razem z nimi, pomagając dźwigać jej ciężkie zakupy, siedział w kącie kuchni, czytając gazetę. Dla mnie był tylko niekoniecznie chcianym elementem wystroju. Ale skoro nie przeszkadzał zanadto - mógł zostać. Zresztą księdzu nie wypadało wyprosić człowieka tylko dlatego, że nie chciało się jego obecności. To byłoby wysoce nieetyczne. I niemoralne. I zrodziłoby nowe plotki całkiem niepotrzebnie.
Po wyjątkowo spektakularnym golu, który posłał piłkę prosto na ścianę, a potem w stronę starych drzwi prowadzących do od dawna nie używanej piwnicy, zostawiłem chłopca na moment samego. Roześmiany i nieco spocony, wstąpiłem do kuchni po kubek herbaty, który świetnie ugasi pragnienie. I nie zdążyłem się nawet odezwać, gdy rozległ się łomot, krzyk i głuche uderzenie. A potem cisza. Wibrująca w uszach, bolesna cisza. Spojrzeliśmy po sobie przerażeni. Okręciłem się na pięcie i pierwszy dopadłem drzwi. Znalazłem się w korytarzu. Wejście do piwnicy stało otworem. Matteo! To była pierwsza myśl, która przeleciała mi przez głowę. Nawet nie wiem, jak i kiedy znalazłem się na dole. Schwyciłem malca na ręce i wbiegłem w krąg światła rzucany z kuchni. Elena była bliska zemdlenia, widząc nieprzytomnego synka w moich ramionach. Luca odciągnął ją na bok, bym mógł przejść i wybrał numer pogotowia. Nie musiałem mu nawet o tym mówić, sam doskonale wiedział, co robić. Ułożyłem chłopca najostrożniej, jak tylko umiałem na niewielkiej kozetce ustawionej w rogu saloniku i przyjrzałem się jego obrażeniom. Na czole rósł już fioletowy guz, ale poza tym nic nie było widać. A z tego, co było mi wiadomo, to nie najlepiej, bo coś mogło stać się wewnątrz. Skupiony na malcu, ledwo zauważyłem, że Elena klęknęła obok mnie. Usłyszałem jednak jej błagalną modlitwę - ten strach w głosie, obezwładniający, odbierający niemal zdolność logicznego myślenia.
- Obudź się - szepnąłem, delikatnie dotykając jego ramienia. - Matteo, proszę...
To nie była modlitwa, jedynie nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Elena ścisnęła mój nadgarstek aż do bólu, ale nie zwróciłem na to uwagi. Po prostu miałem nadzieję, że Bóg słucha jej modlitwy i ocali chłopca przed skutkami upadku. Zamknąłem oczy, wsłuchując się w jego oddech.
- Matteo! - dobiegł mnie rozpaczliwy krzyk Eleny. Otworzyłem oczy. Chłopiec patrzył na nas nie rozumiejąc, co się dzieje.
- Nie ruszaj się, pogotowie już jedzie - powiedział Luca, stając w drzwiach.
- Wszystko będzie dobrze, synku - szepnęła, gładząc go po włosach. - Nie zasypiaj, nic nie mów, dobrze? Uderzyłeś się w główkę, ale to nic. Już dobrze, dobrze.
Słuchałem jej i coś we mnie pękało. Dlaczego to się w ogóle stało? Czemu spadł? Czy jego anioł był zbyt zajęty? A może... Nie, żaden anioł nie opuściłby dziecka.
Wyszedłem na podwórze, gdy usłyszałem sygnał karetki. Znałem tego lekarza, często spotykaliśmy się w domach chorych i umierających. Mogłem mieć tylko nadzieję, że jego widok nie przerazi Eleny jeszcze bardziej. Gdy weszliśmy do pokoju, Matteo był już całkiem przytomny, ale zakazano mu się ruszać. Na szczęście lekarz okazał się bardzo delikatny i pomyślałem, że zapewne taki musi być, jeśli opiekuje się osobami przewlekle chorymi.
Zatrzymałem się przy ścianie, nie chcąc niepotrzebnie przeszkadzać i zacisnąłem pięści z bezsilności. Luca obok mnie wyglądał równie nieporadnie. Czułem, że zerka na mnie czasami, gdy ja twardo wpatrywałem się w chłopca i jego matkę. W końcu wyszedłem do kuchni. Miałem przeczucie, że Elena będzie teraz potrzebować gorącej herbaty. Ręce drżały mi jak w febrze, czy nalewałem wody do czajnika. Tak nie powinno być, ten malec nie powinien cierpieć przez niczyje zaniedbanie... Bądź grzechy. Sam już nie wiedziałem, czy to zwyczajny błąd, czy też może kara za to, że zbliżyłem się do jego matki. A nie chciałem jej opuszczać. Zwłaszcza teraz. Nawet, gdy obok był Luca.
Jak przez mgłę docierały do mnie słowa lekarza - źrenice reagują prawidłowo, nie ma aktualnie objawów wstrząśnienia mózgu, złamania kończyny czy przerwania rdzenia. Było dobrze.
- Mieliście szczęście. Albo dobrego anioła stróża - usłyszałem słowa lekarza. - Zalecam jednak kolejne badania w szpitalu za trzy dni. Na wszelki wypadek, nie by panią straszyć, panno Morino.
Odprowadziłem go do karetki i pomimo, że wizyta nie była prywatna, zapłaciłem za nią. Sowicie. Przez chwilę mężczyzna patrzył na mnie badawczo, potem powoli skinął głową i z pieniędzmi w kieszeni wsiadł do furgonetki. Gdy się odwróciłem z zamiarem wejścia do budynku, Luca stał nieopodal, opierając się plecami o mur. Palił papierosa, którego wcześniej nigdy u niego nie widziałem.
- Rzuciłem - powiedział cicho. - Ale teraz nie wytrzymałem... Matteo jest dla mnie jak syn.
- Tak... Rozumiem - odparłem, stając nieopodal.
- Znam Elenę od czasów szkoły średniej. Nim jeszcze poznała Paulo i wzięła z nim ślub. Zawsze była radosna, pełna energii i za cholerę nie rozumiem, jak Bóg mógł dopuścić do takiej tragedii, jak ta. Paulo nie był złym człowiekiem. Lubiłem go, pomimo że odebrał mi kobietę, którą kochałem.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, zaskoczył mnie. Spojrzałem więc na niego tylko. Znów zaciągnął się, po czym zgasił peta obcasem mokasynów.
- Ta tragedia ją zniszczyła, księże Gabrielu. Wiem, co mówię. To już nie ta sama kobieta. Ma jednak szansę na ponowne szczęście i nie pozwolę, by ktokolwiek ją skrzywdził... Rozumie ksiądz?
Rozumiałem. Dogłębnie i boleśnie.
- Tak, oczywiście, że rozumiem.
- Dlatego zrobię wszystko, by znów była szczęśliwa. Wszystko.
- Ja również, proszę być tego pewnym.
Skinął mi głową i zapatrzył się w dal. Przez dłuższą chwilę milczał.
- To miasteczko się zmieniło, proszę księdza. Kiedyś wiara była tu dla nas wszystkim, teraz na mszach mam wrażenie, że ludzie klepią formułki automatycznie, bez większego zaangażowania. I co gorsze - bez wiary. I to jest naprawdę przykre. Nie wiem, czy ksiądz też to zauważył, ale mam wrażenie, że Niebo o nas zapomniało. Jakbyśmy nagle stali się niewarci tego, by przejmować się naszymi sprawami...
Nie skomentowałem tego. Tak naprawdę jego pytanie było retoryczne. Owszem, ja również od jakiegoś czasu zauważałem coś podobnego. Tylko kompletnie nie rozumiałem, dlaczego tak jest. Wciąż jednak miałem nadzieję, że po prostu wszyscy się mylimy i Bóg ma dla nas jakąś ważniejszą misję.
Z zamyślenia ocknęła mnie Elena, kładąc mi swoją drobną dłoń na ramieniu. Drgnąłem i odwróciłem się do niej. Jej policzki wciąż lśniły od niedawnych łez, ale przynajmniej już nie płakała.
- Matteo śpi, lekarz podał mu łagodne środki nasenne, by się nie wiercił i nie wstawał, powinien przespać do rana - wyrzuciła z siebie jednym tchem. Głos wciąż jej drżał, ale zdołała już się opanować. To dobrze.
- Cieszę się, że nic mu się tak naprawdę nie stało. Jutro, gdy się obudzi, osobiście zabiję deskami te drzwi - powiedziałem, patrząc jej w oczy.
- Nie wiem, jak ci dziękować, Gabrielu. Zareagowałeś tak błyskawicznie i byłeś taki delikatny.
- Nigdy bym go nie skrzywdził...
Uśmiechnęła się smutno i zwróciła do Luci.
- I tobie. Jak ja się wam obu odwdzięczę?
- Nie trzeba - odparł i uśmiechnął się. - Naprawdę. Ja tylko zadzwoniłem ja pogotowie, większą robotę zrobił tu ksiądz... Pójdę już, nie potrzebujecie tu teraz jeszcze mnie.
Pożegnał się i odszedł, a my wróciliśmy na plebanię. Elena usiadła w fotelu przy śpiącym synku. Przyniosłem jej tę herbatę, a ona przyjęła ją ciepłym, choć zmęczonym uśmiechem przestraszonej kobiety.
Wczesnym przedpołudniem ludzie zaczęli napływać na parafię. Przynosili ziołowe nalewki, owoce, kilka kobiet zaoferowało pomoc w opiece nad chłopcem, mężczyźni pytali czy nie trzeba czegoś naprawić w domu. I już nikt nie patrzył na mnie krzywo. Bo uratowałem dziecko. Nie swoje, ale dla tych ludzi Matteo był ich. Kobiety dziękowały mi, jakbym to ich własne pociechy wyniósł z pożaru, mężczyźni gratulowali błyskawicznej reakcji. Pod wieczór miałem ich już wszystkich dość. Elena też. Tylko mały cieszył się z tony zabawek, jakie otrzymał. Obiecałem pomoc w dostarczeniu ich do ich domu, ale po porannej mszy zabawek już nie było. Ani chłopca - Luca go zabrał, obiecując gofry i bajki.
- Powinnaś iść do domu i się przespać - powiedziałem, widząc Elenę w kuchni. Wyglądała mizernie - nic dziwnego, prawie nie spała przez dwie noce.
- Nic mi nie jest - odparła słabo. Wyjąłem jej ścierkę z ręki. Spojrzała na mnie średnio przytomnie.
- Mam cię tam zanieść? - zapytałem miękko, kładąc jej dłoń na ramieniu. Pokręciła głową i bez sił opadła na kuchenny stołek. Klęknąłem przed nią. - Posiedź tutaj i napij się wody. Jesteś wykończona. Luca zajmie się twoim synem, nie musisz się niczego obawiać, a przede wszystkim nie robić sobie wyrzutów sumienia z powodu naturalnej słabości. Ten wypadek wytrącił cię mocno z równowagi, daj sobie kilka godzin snu. Zobaczysz, że to pomoże.
- Ty też tak robisz? - zapytała cicho. Uśmiechnąłem się nieznacznie i pokręciłem głową.
- U mnie to kompletnie nie działa. Ja wtedy ćwiczę.
- Dlatego jesteś taki umięśniony?
- Możliwe. Wypij do końca i zaprowadzę cię do domu.
- Naprawdę nie trzeba. Poradzę sobie. I jeszcze raz dziękuję. Bez ciebie... To wszystko dzięki tobie, Gabrielu. Jesteś takim dobrym człowiekiem - pogładziła mnie delikatnie po policzku, uśmiechając się przy tym zmęczona. Gdy wstała, lekko ścisnęła moją dłoń i zabierając swoje rzeczy, poszła do domu.
Miałem wrażenie, że mój policzek płonie w miejscu, który dotknęła. Nie był to jednak ból, od którego chciałbym uciec. Nie - to było coś, co byłem gotów czuć w każdej chwili.
Następne dni znów upłynęły w spokoju, jednak wszyscy obserwowaliśmy Matteo z wyraźnym niepokojem. Nic jednak nie wskazywało na to, by upadek jakoś na niego wpłynął. Badania też nic nie wykazały. Spędził tylko trzy dni w łóżku i to było wszystko. Po "chorobie" znów bawił się jak dawniej. Tylko ja nie potrafiłem patrzeć już na niego tak spokojnie i bez emocji, jak dawniej. Strach Eleny był bardziej, niż bolesny - rozrywał mi serce. Miałem ochotę wziąć ją w ramiona i nigdy więcej nie wypuścić z objęć. By już nigdy nie musiała się bać. Nie rozumiałem tej niesprawiedliwości - nie zrobiła przecież nic złego, by tak ją karano. I im więcej o tym rozmyślałem coraz bardziej bezsennymi nocami, tym mniej rozumiałem. Msze, które wcześniej prowadziłem z takim zapałem i poświęceniem, także powoli zaczęły tracić w moich oczach. Jakby stały się tylko pustymi formułkami. I odniosłem wrażenie, że ludzie niczego nie dostrzegli. Wciąż byli tak samo skupieni na sobie. Wreszcie to dostrzegłem, po niemal półtora roku posługi w Vallequietcie - że przychodzili z przyzwyczajenia. Głównie, bo oczywiście dla kilku najstarszych mieszkańców msza i moja postać były świętością, ale to były pojedyncze przypadki. Zespolił ich jedynie remont świątyni – to była jedyna prawdziwa rzecz, którą zrobili dla kościoła, reszta była w głównej mierze udawaniem. Przed sobą nawzajem i przede mną. Nie miałem im tego za złe, skoro moja własna wiara uległa takiej degradacji. Niepokoił mnie jednak sam fakt, że w ogóle się tak dzieje. Czy Niebo faktycznie zapomniało o tym miasteczku? Czy też może jego mieszkańcy w przeszłości zrobili coś, za co teraz zostali ukarani? Niestety księgi parafialne nie wspominały o niczym szczególnym, a ja bałem się wypytywać otwarcie. Pozostały mi więc tylko domysły.
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Hart
Pięknie opisujesz uczucia. Jest w Twoich opisach tyle ciepła i miłości. Chociaż miłość ma różne oblicza i ma swoje dylematy. Mam nadzieję że miłość zwycięży. Czekam na jeszcze👍🏻
elenawest
@Hart cieszę się, że to opowiadanie tak bardzo się podoba 🤩
Hart
@elenawest bo jest wszystkim o czym piszę ja czyli o miłości 😘
elenawest
@Hart wspaniale 🤩 a czy czytałeś może najnowszą część Midnight Mercury?