
Tego wieczora siedziałem w kuchni tylko przy świetle świecy, nie miałem ochoty na żadne mocniejsze światło. Czytałem książkę, gdy z podwórza dobiegł mnie tupot butów. Skrzypnęły gwałtownie otwierane drzwi do plebani — mój wieczorny gość nie bawił się w używanie dzwonka, a to mogło oznaczać tylko jedno — potrzebował mnie już. Nim zdążyłem odłożyć książkę na stół, do kuchni wtargnęła Elena wraz ze sporą porcją śniegu. Świeca zamigotała od podmuchu, ale nie zgasła.
- Gabriel! - załkała, a ja dopiero wtedy zorientowałem się, że kobieta płacze. Jej rozpacz była trudna do opisania. Zerwałem się z miejsca. - Matteo... - wykrztusiła. Nie pytałem, co się dzieje. Jeśli przybiegła tu tylko w grubym swetrze, oznaczało to, że należy się spieszyć. Włożyłem więc tylko buty i pobiegliśmy do jej domu.
Zaprowadziła mnie od razu do pokoju chłopca. Lekarz przy nim był, a gdy na mnie spojrzał, jego wzrok mówił wszystko — ten dzieciak umiera. Łagodnie odsunąłem mężczyznę na bok i uklęknąłem przy łóżku. I zacząłem się modlić, wsłuchany w nierówny oddech malucha. Po raz pierwszy od dawna modliłem się tutaj naprawdę żarliwie. Słyszałem, jak Elena prosi lekarza, by ten wyszedł do kuchni, jak sama klęka obok mnie. Jej szept był dramatyczny. Każde słowo błagania rozrywało moje serce na milion kawałeczków. Położyłem dłoń na ręce Matteo — była tak bardzo rozpalona...
- Pomóż! Błagam! - krzyknąłem w myślach. - On musi wyzdrowieć, Ojcze!
Łzy wezbrały mi w oczach, gdy patrzyłem na przerażająco bladą twarzyczkę chłopca.
- Musi! Słyszysz?! Uzdrów go! - mój gniew wzbierał coraz bardziej, gdy Niebo milczało. Znów spojrzałem na Elenę, w jej oczach dojrzałem strach, gdy wpatrywała się w synka. Wsłuchałem się w jego oddech i niczego nie usłyszałem. Nie! To nie mogła być prawda! On nie...
- Przywróć go! - ryknąłem wściekły, gdy lekarz stwierdził śmierć malca. Ale Niebo nadal milczało uparcie, jakby już kompletnie przestało patrzeć w tę stronę i opiekować się swymi ludźmi. To było tak bardzo bolesne. Tak nie mogło być, Elena na to nie zasługiwała. Nie mogła stracić jeszcze jego!
Gdy lekarz wyszedł, by wypisać papiery, po prostu położyłem dłonie na piersi malca. Znów zamknąłem oczy. Poczułem znajome mrowienie w opuszkach palców, następnie ciepło przenikające mnie całego. A potem, po boleśnie długiej chwili poczułem, jak klatka piersiowa Matteo unosi się pod moimi dłońmi, jak chłopiec ponownie bierze oddech. Powolne rumieńce zaczęły znów wypełzać na jego policzki, aż w końcu otworzył oczy. Całkiem przytomne w wyrazie i przede wszystkim już nierozgorączkowane. Spojrzał najpierw na mniej, a potem...
- Mama! - zawołał cicho.
Elena
Gdy lekarz powiedział mi, że jest już za późno na ratunek, nawet na przewiezienie mojego chłopca do odleglejszego szpitala, w mojej głowie pojawiło się jedno słowo „Gabriel”. Nie wiem nawet, kiedy znalazłam się przed domem. Po prostu biegłam, niewiele widząc, łzy rozmazywały mi wszystko. Poślizgnęłam się kilka razy, ale to nie miało znaczenia – musiałam dotrzeć na parafię. Nawet nie pytał, co się dzieje, od razu ze mną wybiegł. Klęczałam obok niego, modląc się i klnąc w myślach, obiecując wszystko i grożąc każdemu, jeśli tylko go zabiorą, ale nie było odzewu. Nikt nie chciał mnie usłuchać, nie widział mojej rozpaczy. Być może tak miało być, ale nie potrafiłam się z tym pogodzić. Gabriel najwyraźniej również nie – widziałam, że sam się modlił, a potem… Potem mój malec po prostu odszedł. Przestał oddychać. W jednej sekundzie cały mój świat legł w gruzach. Już nawet nie widziała, co robi Gabriel. A on… A potem, po prostu ten jeden dźwięk. Jego głosik, schrypnięty, przestraszony. Proste słowo „mama”. Czułam się tak, jakby nagle ktoś zwrócił mi moje życie, cały sens istnienia. Lekarz się pomylił. Matteo żył, Gabriel… Spojrzałam za nim, gdy wychodził z pokoju – wyglądał na zmęczonego i tak straszliwie zagubionego. Nie wiedziałam, co właśnie zrobił, bo że coś zrobił, było jasne. Ale tak naprawdę chyba nie chciałam znać odpowiedzi. Wystarczyło mi, że mój synek znów był ze mną.
Lekarz kompletnie nie wiedział, jak ma to wytłumaczyć, więc nawet się nie starał, a ja też wyszedłem do kuchni. Musiałem pomyśleć i się uspokoić. Drżące ręce schowałem do kieszeni i zamyśliłem się. To był jawny bunt. Ale nie mogłem pozwolić, by ta niesprawiedliwa decyzja zniszczyła Elenie życie. Po prostu nie mogłem. Podniosłem głowę, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyglądało biednie, choć było nieskazitelnie czysto. Jedynie zwiędłe zioła w doniczkach na oknie pokazywały, że kobieta nie ma już siły dbać o otoczenie. Zupełnie inaczej niż na parafii. Zajrzałem do pokoju chłopca, Elena wciąż siedziała przy nim. Teraz spał spokojnie i nie było już zagrożenia życia. Cofnąłem się i wtedy mój wzrok padł na otwarte drzwi do innego pokoju. Ciekawość zwyciężyła, zajrzałem do środka. Był to salon, ale wyglądał na nieużywany. Dostrzegłem stare gazety, na półce stało zdjęcie Eleny z nieznanym mi mężczyzną — wyglądali na takich szczęśliwych. Natychmiast domyśliłem się, że to jej zmarły mąż i ogarnęły mnie wyrzuty sumienia — nie powinienem był tu wchodzić. Szybko wróciłem do kuchni i usiadłem na rozchybotanym taborecie. Czułem się fatalnie — nie ze względu na to, co zrobiłem dla Matteo, przecież uratowałem życie wbrew innym planom. Po prostu nie powinienem był tak myszkować po cudzym domu.
Niemal podskoczyłem, gdy położyła mi rękę na ramieniu — nie słyszałem, jak weszła. Twarz wciąż miała mokrą od łez, a w oczach mieszaninę strachu, niedowierzania, ale też szczęścia i wdzięczności.
- Po raz kolejny zawdzięczamy ci życie — wyszeptała zachrypłym głosem.
- To nic — uśmiechnąłem się zmęczony, ale pokręciła głową.
- To nie jest nic, Gabrielu... Ty... Ty...
- Zrobiłem tylko to, co musiałem, byś nie cierpiała — wszedłem jej w słowo, gdy sama nie wiedziała, jak to ująć. - To wszystko, ale proszę... Nie mów o tym nikomu.
Przez chwilę trwała w milczeniu, trawiąc moje słowa. Potem kiwnęła głową i pocałowała mnie w policzek.
- Niech i tak będzie — zdecydowała. - Powiedz mi tylko jeszcze jedną rzecz, Gabrielu.
- Jeśli tylko będę mógł, oczywiście...
- Czy powinnam się ciebie bać?
- Bać się? - zapytałem, marszcząc brwi. - Dlaczego?... Och! - nagle sobie to uświadomiłem. - Nie, nie powinnaś.
Kiwnęła głową i cofnęła się o krok. Była ostrożna, zachowawcza, wciąż przestraszona nieznanym. I ja nie mogłem jej za to winić. A jednocześnie to tak bardzo zabolało...
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Hart
Jak zawsze pełno napięcie i bogatego przesyłania miłości i troski. Już mi żal że to trwało tak krótko . Urocze opowiadanie. Pozdrawiam
elenawest
@Hart dziękuję ❤️