
W domu Elena już była. Przywitała mnie cicho, jakby i ona bała się zepsuć tę chwilę i postawiła przede mną talerz z górą jajecznicy z pomidorami. Z przyjemnością wciągnąłem do płuc ten kojący zapach, tak diametralnie inny od tego, jaki czułem w domu staruszka - nie zapach niechybnej śmierci, lecz lekarstw i chemii do czyszczenia. Przez chwilę jeszcze trwałem we własnych myślach, lecz jej łagodne pytanie o herbatę, przywołało mnie do porządku. Spojrzałem na nią. Przyglądała mi się badawczo, z mieszaniną współczucia i bezsilności, delikatnie bawiąc się rąbkiem bluzki - to chyba była jej metoda na stres - gdy nie ma niczego do roboty, w ten sposób zajmowała ręce.
- Czy to pierwsza śmierć księdza? - zapytała łagodnie. Pokręciłem głową. - Bo tak ksiądz wygląda... Jak zagubiony szczeniak.
- Szczeniak? -- to określenie wyraźnie mnie zaskoczyło. Kiwnęła głową i wzruszyła ramionami z przepraszającym, nieco krzywym uśmiechem. - Może i tak właśnie jest - przyznałem. - A herbatę, tak, poproszę.
Popołudnie minęło bez większych rewelacji. Miasto oddychało jakby wolniej, spokojniej, głębiej. Deszcz zmył ciężar upałów, ale i tak nie było jeszcze idealnie - śmierć tego staruszka uderzyła we wszystkich. Nic dziwnego, był ostoją społeczeństwa - pierwszy stawiał się na każdej mszy i ostatni wychodził ze świątyni, dla każdego miał dobre słowo, a gdy było potrzeba potrafił rozładować sytuację jednym słowem. Ludzie go szanowali i teraz czuli się bez niego po prostu zagubieni.
Nie mogłem jednak skupiać się jedynie na nim, miałem jeszcze inne sprawy do rozwiązania, a najpoważniejszy wydarzył się dokładnie w czasie wieczornej mszy. W czasie kazania dach zaczął przeciekać tak solidnie, że nie miałem innego wyjścia, jak przerwać mszę i kazać ludziom opuścić świątynię. Sam wyszedłem ostatni. I wtedy stare bepki jęknęły zgodnie. A dach się zarwał.
- Słyszałam, co się stało w czasie mszy - powiedziała Elena dwa dni później, gdy przyszła posprzątać plebanię. Siedziałem w tym czasie w wysłużonym, choć nadal niemożliwie wygodnym fotelu w jadalni, pełniącej również funkcję niewielkiego saloniku. I czytałem kolejną lekturę. Obok mnie leżała niewielka sterta trzech ogryzków jabłek. Kiwnąłem głową, odkładając książkę na chybotliwy stoliczek.
- Naprawa potrwa kilka tygodni - westchnąłem, przecierając zmęczone czytaniem oczy.
- Czy cały dach runął?
- Na szczęście tylko jego niewielka część, ale zdaje się, że prowadzenie mszy będzie przez ten czas niemożliwe.
- To naprawdę przykre.
- Ciebie wtedy tam nie było, prawda?
- Nie - odparła krótko. Nie próbowała się tłumaczyć, czy przepraszać - po prostu stwierdzała fakt. A ja nie chciałem jej moralizować. Zastanawiałem się nawet, czy w ogóle mam do tego jeszcze prawo.
- W porządku - tylko tyle, a miałem wrażenie jakbym tym jednym określeniem zabrał jej z ramion ogromny ciężar.
- Myślałam o zasadzeniu kilku ziół w doniczkach na oknie - powiedziała po chwili wahania. - Teraz już prawie zima i pomyślałam że tak będzie przyjemniej i...
Znów się zawstydziła, spuściła wzrok.
- I to jest bardzo dobry pomysł - skwitowałem. Bo naprawdę mi się podobał. Lubiłem zioła, ich zapach i wygląd. Nie miałem nic przeciwko. Podniosła głowę, uśmiechając się niepewnie.
- Ja przepraszam, że tak się rządzę... - bąknęła, znów mnąc w palcach rąbek bluzki.
- Nie rządzisz, Eleno. Jesteś tu gospodynią i to naturalne, że chcesz ułatwić sobie pracę. Jestem za. Wprowadzaj te zmiany, jeśli masz ochotę.
- Dziękuję, księże proboszczu. Dziękuję.
I tak do tej małej, czasami nieco dusznej, przepełnionej parą gotowanych potraw kuchni, dołączyły doniczki z ziołami - bazylią, oregano, tymiankiem. Czosnek zawisł w pękach przy oknie, podobnie jak cebula, a kosze zarumieniły się od soczystych, dojrzałych pomidorów i papryki. I nagle te kamienne mury, wcześniej nie jakoś przesadnie puste, nagle nabrały rumieńców i ciepłoty. Jakby... Tak jakby Elena zaczęła traktować to miejsce jak swój dom. Może i tak było. Może tu po prostu czuła się lepiej, niż w miejscu, które wciąż przypominało jej o tragedii?
Remont dachu świątyni rozpoczął się z tygodniowym poślizgiem, ale to nie miało znaczenia - parafianie sami poprosili o możliwość prowadzenia mszy na schodach kościółka. Prośba co najmniej zaskakująca, ale jednocześnie tak bardzo mi potrzebna. Oni chcieli bym mimo wszystko dalej wygłaszał kazania. Dalej udzielał spowiedzi - teraz w kancelarii parafialnej. Bym dawał im komunię i był częścią ich świata. Mężczyźni sami znaleźli odpowiednie materiały, najęli fachowców, posprzątali gruzowisko. A ja? Ja byłem z nich dumny. Bo nie straszny był im deszcz i wiatr, oni nie robili tego dla mnie, lecz dla siebie. Bo chcieli, a nie że ja im kazałem.
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Hart
Może niech moim komentarzem będzie to że czekam na następną odsłonę. Bardzo ciekawa lektura👍🏻
elenawest
@Hart ooo, dziękuję 🤩 następna część już za tydzień 😁