
- Uważaj! - syknąłem, upuszczając konewkę na podłogę i wtedy Elena runęła w dół. Nie pamiętam nawet, jak i kiedy pokonałem dzielącą nas odległość i schwyciłem ją w ramiona. Zdaje się, że nie zdążyła nawet pisnąć, a już trzymałem ją kurczowo w objęciach. - Uważaj — powtórzyłem już zdecydowanie ciszej i łagodniej, wpatrując się w jej nieco przestraszone oczy. Szare niczym pochmurne niebo. Pięknie otoczone ciemnymi rzęsami. Zamrugała zaskoczona, wytrzymując moje spojrzenie. Niemal widziałem, jak jej serce przyspiesza, czułem gorąc jej ciała i jego ciężar w ramionach. I na Boga, pragnąłem, by tak zostało. Powoli nabrała powietrza, wciąż patrząc mi w oczy.
- Gabriel — szepnęła, rumieniąc się i przygryzając wargę. Na wszystkie modlitwy świata, czy mogła być piękniejsza, niż w tej chwili? Jeśli ją stracę, bo wyjadę... Nigdy sobie tego nie daruję. I uświadomiłem sobie, że ja już nie chcę wracać.
- Mama! - okrzyk Matteo, który z pełnym impetem wpadł do kuchni, był niczym kubeł zimnej wody. Ostrożnie odstawiłem Elenę na ziemię, ale tak bardzo nie chciałem jej puszczać. Nie teraz. Ach! Czemu ten maluch musiał tu wbiec właśnie w tej chwili?! - A co wy robicie?
- Nic — powiedziałem szorstko, ale błyskawicznie się zreflektowałem. Dzieci trzeba chronić, nie je atakować. - Nic szczególnego, mama spadła z taboretu, a ja ją złapałem.
- Ahaaa — odparł, przeciągając ostatnią literę i dalej wpatrując się w nas uważnie. Jak na mój gust, o wiele za intensywnie. Odwróciłem głowę do Eleny i spojrzałem na nią poważnie. Uniosła wzrok i popatrzyła mi w oczy.
- Naprawdę uważaj — powiedziałem cicho, delikatnie ściskając jej dłoń. - Proszę.
Skinęła głową i dopiero wtedy odsunęła się ode mnie. Szybko, niezręcznie, zbyt prędko wygładzając spódnicę. Rumieńce na jej policzkach jeszcze się pogłębiły, teraz przybrały kolor soczystej maliny, których nie brak było w naszym ogrodzie. Odchrząknąłem i zrobiłem krok w tył.
- Wujek, a pogramy w piłkę? - usłyszałem pytanie chłopca. - Wujek?... Wujek! - krzyknął i dopiero wtedy zorientowałem się, że on zwraca się do mnie. Wujek? Ale przecież nie byliśmy rodziną...
- Yyy.... No tak, chyba tak — powiedziałem. Chłopczyk zaśmiał się radośnie i wybiegł z kuchni, by przynieść swoją ulubioną zabawkę. Kątem oka spojrzałem na Elenę. Krzątała się po kuchni, ale zauważyłem, że ręce nieco jej drżały i była lekko rozkojarzona. Z ulgą przyjąłem powrót Matteo. Zabawa przed śniadaniem pozwoliła moim emocjom nieco opaść, choć kilka razy złapałem się na tym, że myślę o kobiecie. O niej i o tym, jak miasteczko stało mi się całkiem bliskie. Znałem już imiona wszystkich parafian, wiedziałem, czym się zajmują i interesują.
Po obiedzie znów wyciągnął mnie na zabawę piłką, ale tym razem przed kościołem zjawiło się więcej chłopców. Śmiechom, piskom i zabawie nie było końca. Starsi patrzyli na nas najpierw w szoku, bo po raz pierwszy widzieli mnie w takiej roli, a potem uśmiechali się nieznacznie i najczęściej odchodzili, zostawiając nas samych. To był naprawdę dobry dzień, choć moje myśli wciąż były splątane i nawet wieczorna modlitwa nic nie dała. Moje słowa po raz pierwszy brzmiały... pusto. Czy to możliwe? Przecież... nie, nawet nie chciałem o tym myśleć. Tej nocy nie spałem spokojnie.
Poranek nie przyniósł takiego ukojenia, na jakie liczyłem. Msza była spokojna, moje kazanie nie tak płomienne, jak zazwyczaj. I tylko ludzie pozostali tacy sami. Po mszy rozmawiali, śmiali się, żartowali. Odpowiedziałem miłymi uśmiechami, kilkoma żartami, ale myślami byłem daleko. Za daleko jak na tę codzienność. Dopiero powolny spacer do pobliskiej winnicy uspokoił mnie na tyle, bym bez wyrzutów sumienia mógł wrócić na plebanię. Po wejściu do kuchni machinalnie poprawiłem wazonik z kwiatami i usiadłem przy stole, zamyślając się znów. Zdenerwowało mnie to jednak i ruszyłem szukać ukojenia w książce. Tak znalazła mnie Elena. W fotelu, z głową na oparciu i otwartą książką na kolanach. Śpiącego głębokim snem. Bo trzeba przyznać, że wcześniejsze określenie "nie spałem spokojnie", było lekkim niedomówieniem. Nie spałem bowiem w nocy prawie wcale. W moim sercu było zbyt wiele niepokoju.
Obudziłem się, gdy okryła mnie kocem. Moja reakcja była błyskawiczna. Za szybka, za gwałtowna, jakbym reagował nie na troskę, a na zagrożenie. Złapałem ją za nadgarstek tak szybko, że krzyknęła przestraszona.
- Elena... - chrypnąłem wyrwany brutalnie ze snu. - Wybacz — puściłem jej rękę, gdy dotarło do mnie, jak mocno ją ściskam. Ale czerwony ślad pozostał. - Przepraszam, naprawdę nie chciałem.
- Nie szkodzi. Rozumiem, że cię wystraszyłam, księże Gabrielu...
- Proszę... Nie nazywaj mnie tak. Jestem Gabriel. Po prostu.
Skinęła głową.
- Napijesz się herbaty? - zaproponowała, ruszając do kuchni.
- Chętnie — odłożyłem koc na fotel i udałem się za nią.
- Mam pytanie — mruknąłem, gdy już oboje siedzieliśmy nad parującymi kubkami. Uniosła głowę, patrząc na mnie niepewnie. - Co dodajesz do herbaty, że ona pachnie tak nieziemsko? Smak smakiem, ale zapach...
- To odrobina róży — wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie, jakby zdradziła mi swoją tajemnicę.
- Róży — powtórzyłem i raz jeszcze powąchałem napar. - Że też od razu tego nie zauważyłem. W zakonie rosło mnóstwo róż. To były jedyne kwiaty, którymi się zajmowaliśmy. Nie wiem, jak mogłem zapomnieć ich zapach.
- Może dlatego, że tutaj nie ma ich aż tylu, dominują inne rośliny... I pozwól, że ja też zadam ci pytanie.
Kiwnąłem głową, czując uderzenie gorąca, które było dla mnie zupełnie nowe. Czy ja się właśnie bałem pytania, które nawet jeszcze nie padło?!
- Czy ty byłeś kiedyś żołnierzem?
Przez chwilę patrzyłem na nią, kompletnie nie rozumiejąc pytania. Dlaczego je zadała? A potem odpowiedź sama pojawiła się w mojej głowie, gdy spojrzałem na jej nadgarstek. Moja reakcja była zbyt ostra — nie spodziewała się jej. Przelękła się.
- Nie — odpowiedziałem, kręcąc głową. - Nic z tych rzeczy.
- Och... Myślałam, że... - również spojrzała na czerwony ślad.
- Może dam ci lodu... Obłożysz sobie to miejsce — zdecydowałem, ruszając do lodówki tak gwałtownie, że nieomal wywróciłem stół. Zdołałem go jednak unieruchomić, nim wydarzyła się kolejna tragedia.
- Proszę — obłożyłem jej nadgarstek lodem zawiniętym w lnianą ściereczkę. - To pomoże.
- Naprawdę nie trzeba — mruknęła zawstydzona.
- Przeciwnie — usiadłem naprzeciwko, przyglądając się jej. Wyglądała na kruchą, zagubioną. - Boisz się? - to pytanie było bolesne niczym tysiąc kolców w gardle. Nie chciałem, a jednak musiałem je zadać.
- A powinnam? - jej głos był cichy, niemal niedosłyszalny. Mimo to usłyszałem w nim wszystko — błaganie, bym jej nie skrzywdził.
- Eleno, nigdy cię nie skrzywdzę — powiedziałem równie cicho. - Możesz być tego pewna.
Kiwnęła głową. Jej ramiona nieco się rozluźniły — już się nie bała, teraz raczej czuwała.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Hart
Piękne budowanie atmosfery. Coś co wydaje się nieuniknione podgrzewacz do stanu wrzenia. Tyle emocji w tym i napięcia . Czy następna część pomoże rozładować to napięcie?
elenawest
@Hart zobaczymy 😉