Vallequietta prolog i część I

Vallequietta prolog i część IProlog
Vallequietta - senne miasteczko, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Gdzieś na północy kraju, otulone dolinami pełnymi winorośli. Miałem objąć niewielką parafię po zmarłym księdzu, który służył tam blisko 30 lat. Nie lada wyzwanie - przekonać do siebie całą, nawet najmniejszą, społeczność. Ponadto była tam jakaś gospodyni - miałem nadzieję, że nie będzie się nadto czepiać moich zwyczajów.  

Pierwszą noc na plebanii spędziłem bez snu.
Dom był stary, murowany, a mimo to wszystko w nim skrzypiało - to zapewne z powodu licznego drewna, jakiego w nim użyto.  
Leżałem na wąskim łóżku w pokoju na piętrze plebanii i patrzyłem w sufit, wsłuchany w odgłosy, których nie potrafiłem jeszcze nazwać swoimi.
Nie czułem strachu. Raczej dziwną niepewność, jakby coś miało się wydarzyć, choć nie wiedziałem jeszcze co.
Zastanawiałem się wtedy, czy można naprawdę należeć do miejsca, do którego zostało się tylko wysłanym. Czy mieszkańcy mnie zaakceptują, a przede wszystkim czy uda mi się spełnić misję.

  
I
Zmęczony tym niebywale długim, monotonnym dniem, bez większego entuzjazmu zastukałem knykciami w drewnianą konstrukcję konfesjonału, udzielając rozgrzeszenia. Jeszcze pokuta - i wreszcie zamknąłem za sobą drzwiczki, by następnie ruszyć na zakrystię, słysząc za sobą cichy szum modlitw. Było już późno, wiedziałem, że spóźnię się na wieczerzę i chyba po raz pierwszy w życiu, było mi z tego powodu naprawdę źle. Bo byłem przekonany, że moja gospodyni będzie czekać z posiłkiem. Mimo iż już dawno powinna być ze swoim dzieckiem w domu. Czy miałem wyrzuty sumienia? Wielkie jak diabli... Tfu, na psa urok, że też przykleiło się do mnie to głupie powiedzenie...  
Ściągając sutannę, nie zauważyłem myjącej podłogę gospodyni, przez co oboje wylądowaliśmy na mokrej posadzce w plątaninie kończyn i materiału, pośród rozlanej wody. Kiedy wreszcie udało mi się wyplątać nas z mojego ubrania, które nadawało się już tylko do prania, okazało się, że nasza pozycja na podłodze jest co najmniej dwuznaczna. I chyba się zarumieniłem.  
- Wybaczcie, Eleno - mruknąłem, wstając. Wyciągnąłem dłoń i pomogłem się jej podnieść. - Nie zauważyłem, że tu pracujecie...
- Proszę wybaczyć, księże proboszczu - szepnęła, poprawiając wymiętą spódnicę i spuszczając wzrok. - Wieczerza już czeka w jadalni...  
- Dziękuję. I kończ już te porządki, twój synek na ciebie czeka z utęsknieniem.
- Zapewne już dawno śpi - uśmiechnęła się niewyraźnie. Doszedłem do wniosku, że musi jej być z tego powodu niebywale przykro, w końcu nie widziała malca cały dzień, a teraz nawet nie mogła utulić go do snu. Zabrałem jej tego mopa, którym myła.
- No idźże już. Podłoga nie musi tu przecież wiecznie lśnić niczym lustro, a i jutro bez sprzątania się obejdzie. W poniedziałek to i ludzi w świątyni mało, sam przecież podgrzać obiad dam radę. No idźże...
- Czy aby na pewno? - zapytała cicho, unosząc wzrok. Było w nim coś, co sprawiło, że na moment zabrakło mi słów. Nie wyrzut, nie kokieteria. Raczej zwykłe zmęczenie, takie, które znałem aż za dobrze.
Westchnąłem.
- Na pewno. Idź. Ja tu już sobie poradzę.
Stała jeszcze chwilę, jakby chciała zaprotestować, ale w końcu skinęła głową. Zbierając swoje rzeczy, ruszyła w stronę wyjścia z parafii, a ja zostałem sam, wsłuchując się w cichnące kroki. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczony nie tylko tym dniem, ale wszystkim – rolą, obowiązkami, ciągłym byciem „tym, który musi”.
Usiadłem ciężko na ławce przy stole w kuchni, wpatrując się w swoje dłonie. Kiedyś wydawały mi się narzędziem dobra, teraz coraz częściej miałem wrażenie, że są tylko rekwizytem w przedstawieniu, które gram od lat. Każdy gest wyuczony, każde słowo przewidziane, a ja sam gdzieś po drodze przestałem wiedzieć, kim właściwie jestem bez sutanny.  
Z jadalni dochodził zapach ciepłej zupy. Powinienem iść, zjeść, pomodlić się i położyć spać. Tak wyglądał mój świat: uporządkowany, bezpieczny, pozornie sensowny. A jednak pierwszy raz w życiu poczułem, że to wszystko jest jak klatka – wygodna, dobrze urządzona, ale wciąż klatka. Zaczęła się od zakonu, gdzie wszystko musiało być według sztywnych reguł, według schematów i porządku dnia. Nie było tam miejsca na indywidualności, właściwie nie było miejsca na to przysłowiowe "ja". Bo odkąd tam trafiłem, przystało się ono kompletnie liczyć, zastąpione przez "oni", "ich." Nauczyłem się słuchać, milczeć, znosić wszystko bez sprzeciwu, którego nikt i tak by nie zauważył. Zresztą nie miałem po co się sprzeciwiać. Wiedziałem, co muszę robić. I to mi wystarczało. Ale teraz... Znów westchnąłem, ruszając za zapachem zupy. Pomidorowa, z kluseczkami. Dobra, pożywna i sycąca, taka, jakiej w tej chwili najbardziej potrzebowałem. To zabawne, bo kiedyś jedzenie nie było dla mnie tak ważne, tak istotne.  
Zjadłem z apetytem, który mnie samego zaskoczył i wstawiłem naczynia do zlewu. Zawahałem się. Czy warto myć? Przecież ona to zrobi... Jutro. Nie, jutro nie, sam dałem jej dyspensę, by została z malcem. Więc jeszcze następnego dnia. Nie, to nie było dobre. Nie lubiłem brudnych naczyń, zresztą dobrze nauczono mnie czystości. Kilka chwil i wszystko znów lśniło jak przedtem. Zresztą nie musiałem wiele robić, Elena naprawdę świetnie się spisała, była znakomitą, dobrze zorganizowaną kobietą. Zdejmując po drodze sutannę, która szybko trafiła do kosza na pranie, wspiąłem się drewnianymi, wytartymi i niemożliwie skrzypiącymi schodami na piętro. Tam znajdował się mój pokój. Jedno z niewielu miejsc, w których mogłem być sobą. Przeciągnąłem się, aż zatrzeszczało mi w kościach i usiadłem na krześle, by przy świetle niewielkiej lampki przeczytać jeszcze choć kilka akapitów ulubionej ostatnio książki. Nie miałem dotąd pojęcia, że kryminały mogą być aż tak fascynujące. I dopiero zegar na wieży ratusza wybijający północ uświadomił mi, jak późno jest. A przecież rano trzeba zwołać wiernych na poranną modlitwę, nim pójdą do pracy. Nie mogłem ich zawieść. Łóżko zaskrzypiało niemal oskarżycielsko, gdy ułożyłem się w miękkiej pościeli i niemal natychmiast zapadłem w sen.
Ranek przyniósł ochłodzenie, tak naturalne dla jesieni. Jeszcze nie mroźne powiewy zapowiadające zimę. Raczej takie, które dawały już wyraźną ulgę po serii gorących dni i parnych wieczorów. Zapowiadało się także na deszcz, co wyjątkowo mnie cieszyło. Lubiłem siadać wtedy w kuchni z kubkiem herbaty w jednej i książką w drugiej ręce, a muzyka kropli wprawiała mnie w dobry nastrój. Zauważyłem jednak, że tego dnia moi parafianie byli bardziej poirytowani, wielu wyraźnie nie mogło doczekać się końca kazania. Nie byłem księdzem, który niepotrzebnie przedłuża na złość wiernym. Dałem im tę możliwość, zakończyłem kazanie tak szybko jak to możliwe, by nie tracić sensu wypowiedzi i wróciłem na plebanię. Czyste powierzchnie i powietrze wciąż przesycone użytymi poprzedniego wieczora środkami do czyszczenia, przywiodły mi na myśl skojarzenia z domem. Uderzyło to we mnie niebywale mocno, bo nie sądziłem, że tak przyziemne sprawy mogą kiedykolwiek mi się z nim kojarzyć.  
Tego dnia skupiłem się, jak zwykle zresztą, na sprawach parafii. Przejrzałem kalendarz, odpisałem na najważniejsze listy. Swoją drogą uwielbiałem pisać staroświeckim piórem wiecznym. Idealnie pasowało do mej pozycji i miejsca, w którym byłem. Niewielkie, senne miasteczko. Czas jakby się tu zatrzymał wśród starych murów i winorośli pnących się obficie po nierównej elewacji. I te zapachy. Ranek przynosił zapach chleba z pobliskiej piekarni i zupy mlecznej, którą często gotowała mi moja gospodyni. Popołudnie pachniało inaczej - nagrzanymi południowym słońcem murami i przyrodą oraz mieszającymi się ze sobą woniami obiadów. Do tego dochodziły odgłosy rozmów dorosłych i śmiech dzieci podczas zabawy. Wieczór przynosił ze sobą spokój, ciszę przerywaną śpiewem świerszczy i zapach kukurydzianych placków i wina, którym lubili raczyć się mieszkańcy tych stron. Nie powiem - i mnie skusiło kilka razy. Wcześniej nie piłem wiele alkoholu, można by rzec, że był mi niemal nieznany. Nie pretendowałem więc do miana znawcy, ale ten wytrawny trunek niebywale mi smakował. Do tego stopnia, że pijałem go oszczędnie - najwyżej kieliszek - by rozkoszować się aromatem, który mnie za każdym razem zaskakiwał.  
Popołudniu ruszyłem na rynek. Niewielki, brukowany, pofałdowany plac pośrodku miasteczka. Miejsce spotkań, świadek dramatów i scen wzruszeń, a jednocześnie tak niepozorny jak tylko może być rynek w małej, niemal zapomnianej przez świat miejscowości. A jednak miał swój klimat. Tu uwielbiali przesiadywać dostojni starcy wsparci na swych nieodłącznych laskach. Ludzie poświęcający swój jakże cenny czas na nikomu nie zagrażające obgadywanie sąsiadów - ich ulubioną formę rozrywki. Tu spotykali się dorośli i młodzież, tu matki przychodziły ze swymi pociechami, tu sąsiedzi omawiali najważniejsze wydarzenia, bądź na takie się umawiali. Widziałem to wszystko, byłem milczącym świadkiem, nie raz, nie dwa zapraszanym na różne uroczystości, a jednak miałem wrażenie, że to wszystko nie dotyczy mnie. Jednak naprawdę lubiłem tu przychodzić - by poobserwować życie miasteczka, poczytać książkę lub po prostu posiedzieć w cieniu ogromnych platanów, pośród słodkiego zapachu bułeczek z piekarni. Uwielbiałem je, zwłaszcza te z białym serkiem i jagodami.  
Teraz jednak nie miałem czasu na spokojną pogawędkę ze staruszkami, interesowało  mnie coś o wiele bardziej przyziemnego - jakie jabłka kupić! Uwielbiałem je. Można by rzec, że niemal obsesyjnie, bowiem bywały dni, gdy zjadałem ich kilka. Albo kilkanaście. I mogłem nie jeść niczego innego. Moja gospodyni już się tego nauczyła - kupowała zawsze kilka kilogramów jabłek. Piekła mi z nich szarlotki pod różnymi postaciami, czy też racuchy - bezwstydnie tłuste, które zawsze haniebnie plamiły mi palce. Nie potrafiłem zrezygnować z jabłek. Choć może powinienem, skoro to one stały się pierwszą kością niezgody między Bogiem a ludźmi? Tego jednak dnia sam wyruszyłem na zakupy. To był mój mały rytuał - wybierałem jabłka, które często "towarzyszyły" mi w lekturze czy obserwowaniu świata. Bo tak, to również była moja niewinna słabość - patrzeć na innych. I nie wiedzieć czemu, zawsze gdy szedłem na rynek, towarzyszył mi kot. Słusznych rozmiarów, z puszystym ogonem i o dużych zielonych oczach, które obserwowały mnie uważnie. Dawał się czasami pogłaskać, ale raczej wolał towarzyszyć mi w milczeniu, wygrzewając się w słońcu u mych stóp. Nie powiem - polubiłem to szaro-bure kocisko. Był w nim spokój, który mi wielce pasował.

Gdy wróciłem jakiś czas później na plebanię, ze zdumieniem odkryłem, że Elena już tam jest. Jak zawsze w swej spódnicy do ziemi, zajęta gotowaniem. W pomieszczeniu rozchodził się słodkawy zapach pieczonej papryki i ziół. Wielki garnek ustawiony na piecu bulgotał leniwie, wypuszczając delikatne obłoczki pary. Zmarszczyłem brwi, bo przecież dzisiaj miało jej tu nie być.
- Eleno - powiedziałem cicho. Drgnęła nieco gwałtownie, najwyraźniej wyrwana ze swych myśli. - A cóż wy tu robicie? Czy nie dałem wam wyraźnie znać, byście dzisiaj spędzili dzień z dzieckiem?  
- Matteo jest z dziadkami, a ja pomyślałam, że dobrze dziś księdzu zrobi prosta zupa z pieczonej papryki na kolację. Zaczyna wiać chłodem - powiedziała zarumieniona nieznacznie, jakbym przyłapał ją na czymś niestosownym. Na czym? Na krojeniu warzyw?... - Poza tym mój syn uwielbia tę zupę i pomyślałam... - przerwała nagle jeszcze bardziej zarumieniona.
- O czym pomyślałaś? - zapytałem, odstawiając kosz jabłek na niewysoki stołeczek przy drzwiach.  
- Że zabiorę jej trochę do domu - wyznała niewyraźnie, spuszczając wzrok.
- I dlatego ci wstyd?  
Ledwie dostrzegalnie kiwnęła głową. Mimochodem raz jeszcze spojrzałem na garnek. Był naprawdę sporych rozmiarów, a z tego, co było mi wiadomo, ten chłopiec miał ze trzy lata. I on miał zjeść to wszystko?
- Czy planujesz nakarmić kogoś jeszcze? - zapytałem, odwieszając cienki sweter na kołek ponad krzesełkiem. I znów to nieśmiałe kiwnięcie głową. Czy ona zapomniała języka w buzi? - Eleno, no mówże pełnymi zdaniami, proszę. Jeśli potrzebujesz jedzenia, wystarczy, że poprosisz.
- Nie, ja nie, ale moi rodzice... Oni nie są bogaci, a tata niedawno chorował, to nadwątliło jego siły. Oboje są już starsi, ta podróż tutaj też ich zmęczyła i pomyślałam, że...
- Że przyniesiesz im coś dobrego - kiwnąłem głową. I nagle zrozumiałem - ta kobieta, z jakiegoś powodu, bała się prosić o pomoc. Lub wstydziła. Dlaczego? Czy to ja onieśmielałem? Czy byłem dla niej szorstki? Jeśli tak... jak mogłem to naprawić?... - Eleno... Prosić, to nie wstyd. Wstyd to odmówić potrzebującemu. Bierz tę zupę i nie martw się mną, mam tyle jabłek, że do rana przeżyję nawet bez kolacji. A ty zatroszcz się o swoją rodzinę, zapewne czekają na ciebie. I pamiętaj, że ty pomagasz mi, ale to nie znaczy że ja nie mogę pomóc tobie. Dlatego zaniosę z tobą ten garnek do twojego domu - przecież musi być ciężki.
Jakiś czas później faktycznie znaleźliśmy się przed furtką jej niewielkiego domku. Jak wszystkie w miasteczku - kamienny, niewielki, z zielonymi okiennicami. Ogród wyglądał na niepielęgnowany od miesięcy. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie, bowiem widziałem, jak kobieta dba o zioła w przyparafialnym ogrodzie. Dlaczego więc tutaj nie mogła robić tego samego? Takie dni, jak wczorajszy, gdy zostawała do późna, zdarzały się rzadko - zazwyczaj opuszczała plebanię krótko po obiedzie, szykując mi nieskomplikowaną wieczerzę. Sądziłem więc, że miała czas dla siebie. Sam budynek również był zaniedbany, jakby nie było komu się nim zająć.
- Twój dach zapewne przecieka - zauważyłem, przyglądając się nierównym dachówkom. - Czy twój mąż nie potrafi go wyreperować?
- Mój mąż nie żyje, księże proboszczu - szepnęła, odbierając ode mnie garnek z zupą. - Sądziłam że ksiądz o tym słyszał - dodała nieco zbyt cierpko i ruszyła nierówną ścieżką do drzwi. Gdy zniknęła w środku, jeszcze przez chwilę stałem na chodniku, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Bo prawdę mówiąc, nic nie słyszałem o wdowieństwie mojej gospodyni. Po raz pierwszy dotarło do mnie, jak niewiele wiem o kobiecie, która codziennie gotowała mi obiad. I to mnie prawdziwie zawstydziło - jak mogłem być pasterzem moich parafian, skoro nie znałem ich najgorszych problemów?
  
Kolejny dzień nadszedł z niewygodną, ciężką ciszą w kuchni. Elena była milcząca, choć i wcześniej nie należała do przesadnie rozgadanych osób. Śniadanie zjadłem w pośpiechu, bo po raz pierwszy czułem prawdziwy wstyd. Czułem, że zawiodłem.  
- Eleno, ja... - zacząłem niepewnie, odstawiając naczynia do głębokiego zlewu.
- Dziś znów będzie padać - przerwała mi prędko. Jej głos był matowy, jakby wyprany z emocji, a jednocześnie tak bardzo nimi naładowany. Spojrzałem na nią, gdy nalewała mi kawy. Czerwone podpuchnięte oczy zdradzały płacz. Wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości, bardziej zmęczoną, niż wskazywałby na to jej wiek. Jej ręce drżały tak bardzo, że dzbanek uderzał rytmicznie o niewielką filiżankę, a ten drobny, a jednak mocny ruch sprawiał, że zapach kawy był jeszcze intensywniejszy.  
- Przepraszam - powiedziałem cicho. - Że nie wiedziałem. To niewybaczalne.
- Nie... To prawdziwe. Ludzie zapominają, księże proboszczu.
- Na imię mi Gabriel - przypomniałem.
- Wiem, księże proboszczu.
To „księże proboszczu” zabrzmiało jak zamknięte drzwi. Jakby trzasnęła nimi tuż przed moim nosem. Ale nie miałem pretensji, nie mogłem mieć, nie w tej sytuacji. Zacząłem więc ponownie. Z innej strony.
- Eleno... Gdybyś czegoś potrzebowała... Jestem.
Westchnęła, przysiadając na ławie naprzeciw mnie. Dzielił nas wytarty przez lata użytkowania drewniany stół, a miałem wrażenie, że to morze nie do pokonania. Że bezwiednie odarłem ją z najgłębszej, najboleśniejszej tajemnicy i teraz broni się, jak może. I tak zapewne było. Nie dziwiłem się.
- Nie potrzebuję łaski - powiedziała nieco butnie. Gdy spojrzała na mnie, jej oczy lśniły mieszaniną gniewu i zrezygnowania.
- Wczoraj poprosiłaś... - zdumiałem się.  
- Zwrócę za tę zupę, nie powinnam była...
- Nie - zaprzeczyłem stanowczo. Może zbyt stanowczo, bo na dźwięk mego głosu aż się skuliła. - Wybacz... Chodzi mi o to, że nie masz za co przepraszać.  
I wtedy do mnie dotarło, że nie chodziło wcale o zupę. Ona nie chciała być nikomu nic winna.



***

Poznajcie ludzi, których zwykłe życie w tym małym miasteczku przeplata się z niezwykłymi zdarzeniami.

Dziękuję, że jesteście tu ze mną. Jeśli chcecie poznać, co wydarzy się dalej w Vallequietcie, zapraszam do kolejnego rozdziału już w niedzielę wieczorem.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Gaba

    👍👏💪

    3 godz. temu