
Chrząknąłem cicho, by przerwać tę niezręczną ciszę. Spojrzała na mnie niemal ze strachem. Może bała się, że ją zganię...
- Przyniosłaś jajka...
Kiwnęła głową.
- Tak, kury sąsiadki niosły jak nigdy, obdarowała mnie - powiedziała szybko, wciąż z rumieńcami na twarzy. Odstawiła koszyk i sięgnęła po prosty, biały dzbanek, który zawsze jej służył za wazon.
- A kwiaty skąd? - zaciekawiłem się uprzejmie, choć tak naprawdę mało mnie to obchodziło. Teraz chciałem przede wszystkim wiedzieć, co ona o mnie myśli. Bo czy księdzu w ogóle wolno ćwiczyć? I tak wyglądać? Bałem się jednak zapytać.
- Z naszego ogrodu - wyjaśniła, układając bukiet. Robiła to długo, niezwykle starannie, ewidentnie unikając mojego spojrzenia lub po prostu patrzenia na mnie. Odkryłem, że czuła się skrępowana.
- Pójdę się przebrać - zdecydowałem i wyszedłem z pomieszczenia. Miałem wrażenie, że tuż za drzwiami dobiegło mnie jej westchnienie ulgi.
Pokój, który zajmowałem wydał mi się nagle bardzo ciasny i duszny. Jakbym już do niego nie pasował. I zacząłem się zastanawiać dlaczego. Czy to przez Elenę? Przez jej spojrzenie? Bo ten raz nie patrzyła na mnie jak na swego proboszcza. Patrzyła na mnie jak na... mężczyznę. Czemu? Bo ćwiczyłem? I to dlatego ucieszyła się, gdy wyszedłem? Czy to było dla niej za dużo? W każdym razie nie zamierzałem sprawdzać jej opanowania i motywów. Umyłem się, przebrałem i wróciłem do kuchni. Elena była już spokojniejsza. Co prawda spojrzała na mnie szybko, ale widząc mój zwykły strój, wróciła do swych obowiązków. Usiadłem na ławie, obserwując jej codzienną krzątaninę w kuchni.
- Co u Matteo? - zapytałem, chcąc skierować jej i własne myśli na coś bardziej przyziemnego. Prostszego.
- W porządku, sąsiadka zabrała go na mecz piłki nożnej na boisko za miasteczkiem - wyjaśniła, szykując masę na placuszki. - Ale też pytał o księdza. Spodobała mu się gra piłką tutaj.
- No tak... Rozumiem - skinąłem głową, nie bardzo wiedząc, jak to dalej rozwinąć. Skierowałem więc rozmowę na inny temat. - Czy to racuchy? - zapytałem z nadzieją w głosie, patrząc na jej pracę. Zaśmiała się. Naprawdę.
- Księże proboszczu! - w jej głosie kryła się nuta nagany. - Że też księdzu w głowie ciągle te tłuste placki! Nie, dzisiaj będą parowce z kakao.
- Nigdy tego nie jadłem - przyznałem uczciwie, nagle prawdziwie zaintrygowany. - Czy to dobre?
- Delicje, proszę księdza.
Boże mój, pomyślałem. Delicje. A więc to musi być niebiański smak! Inaczej tego nazwać się nie da. I byłem gotów dosłownie pokroić się żywcem, byleby tylko spróbować tych jej parowców. I nawet nie wiem kiedy, zapatrzyłem się na jej pracę do tego stopnia, że wszystko inne wokół przestało się liczyć. Była tylko ona, jej dłonie, ich ruch i te piękne kształtne bułeczki z kakao, które układała na wzorzystej serwecie. Garnek bulgotał już gotującą się wodą, ptaki świergoliły za oknem, słychać też było zwykły gwar miasteczka, lecz ja nie słyszałem nic z tych rzeczy.
- Księże Gabrielu! - jej głos strzelił w ciszy pomieszczenia niczym z bicza. Otrząsnąłem się, jakby ktoś wyrwał mnie z bardzo intensywnego snu. Przez ułamek sekundy patrzyłem na nią bez zrozumienia, nie bardzo pojmując, gdzie właściwie jestem. - Ktoś dobija się do drzwi kancelarii, księże proboszczu. - Dopiero wtedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Wstałem szybko, potrąciłem stolik i niemal uciekłem z pomieszczenia, jakby w poczuciu, że ktoś przyłapał mnie na czymś, na czym nie powinien.
Gdy po godzinie wróciłem do kuchni, w całym pomieszczeniu rozchodził się zapach parowców. Już sam był niebiański. A smak? Ha! Tego po prostu nie da się opisać. Bo te "delicje" to o wiele za mało. Ale najwyraźniej wyraz mojej twarzy w czasie posiłku mówił wszystko, bo Elena tylko się uśmiechała. Łagodnie, zadowolona z efektu. A ja bezwstydnie pochłonąłem pięć parowców wielkich jak moja dłoń. I wciąż było mi mało. Zdecydowałem jednak, że nie będę więcej jeść. Po pierwsze nie wypada, już i tak objadam się jabłkami, a po drugie Matteo też uwielbia te parowce - musiał więc dostać ich sporo.
Elena
Zamyślona całkowicie na temat parowców jakie miałam zamiar uszykować księdzu na obiad, weszłam do kuchni. Odstawiłam cicho koszyk na podłogę, zdjęłam sweter i schyliłam się po koszyk. Podnosząc go, dopiero wtedy dostrzegłam nogi stojące przy zlewie. A skoro były nogi, musiała być i reszta ciała. Spojrzałam w górę i zaniemówiłam. Ksiądz, bo to był on, zresztą na parafii nie mieszkał nikt inny, ubrany w dresy i bezrękawnik. Był mokry od potu, jego ciemne włosy były niemiłosiernie rozczochrane. Gdy się do mnie z wolna odwrócił, miałam wrażenie, że patrzę na zupełnie inną osobę. Jakby nagle zdjęcie sutanny sprawiło, że przestał być księdzem , a stał się po prostu człowiekiem. Mężczyzną. I może nie miał figury kulturysty, których zdjęcia kiedyś oglądałam w kolorowym czasopiśmie, ale zdecydowanie wyglądał... dobrze. I po raz pierwszy od śmierci męża poczułam, że... Nie ważne! To był ksiądz!
Gdy w końcu wyszedł, by się przebrać, poczułam, jak zapomniane napięcie powoli ze mnie opada i mogłam swobodnie odetchnąć. I skarcić się solidnie w duchu!
Gabriel
Zanim się obejrzałem, minęła wiosna i lato było już w pełni. Matteo nauczył mnie grać w piłkę, choć z mojej strony to wciąż wyglądało dość pociesznie. Ogrywał mnie też sukcesywnie w remika. Ten mały piegowaty dzieciak! Ale nie miałem mu tego za złe - to było bardzo przyjemne. Elena... Ona również jakby się zadomowiła. Zauważyłem że jej wyjścia z plebanii do własnego domu są dla niej coraz trudniejsze. Zawsze było jeszcze coś do zrobienia. A to zacerować sutannę czy sweter, a to poskładać ostatnie pranie, czy wyszorować do czysta stół. I nigdy nie miałem ochoty powiedzieć jej, by już szła. Bo jej śmiech, jej obecność, kojący głos, stały się moją codziennością. I sam nie wiedziałem, czy dobrze robię. Nie powinienem się przywiązywać. Przecież w każdej chwili mogli mnie odwołać. Bo wystarczyło przecież jedno pismo, telefon - i musiałbym wyjechać. A wtedy znów zostałaby sama... I ja również. A mimo to, nie potrafiłem powiedzieć sobie "dość". Już nie chciałem być więcej samotny. Ani ślepo posłuszny. I przestawałem taki być. Dzień po dniu, modlitwa po modlitwie. Jej słowa, wyryte w pamięci na wieki, powoli zaczęły tracić sens. Zaczęły blednąć i to mnie bolało. Bo w modlitwie zawsze znajdowałem pocieszenie. A teraz... teraz to były tylko słowa. Coraz krótsze, coraz cichsze. Jedynie kazania prawiłem z tym samym żarem co wcześniej. Moi parafianie nie mogli odczuć żadnej zmiany, która we mnie zaszła. Oni na to nie zasłużyli. Byli dobrymi ludźmi, mężami, żonami, dziećmi. To ja się zmieniałem. A tamten dzień... Tamten dzień zmienił nie tylko mnie, zmienił cały mój świat.
2 komentarze
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
abigail
napięcie rośnie, a to własnie lubię
Hart
Kolejna bardzo ciepła i uczucia odsłona. Piszesz bardzo nastrojowo. I to jest piękne. Tak powinny oddziaływać słowa na czytelnika. Do zobaczenia za tydzień z tym opowiadaniem? Pozdrawiam
elenawest
@Hart tak, za tydzień vallequietta, w piątek mercury 😁 cieszę się że tak się podoba