Czarna Błyskawica - Rozdział 10

Dźwięku opadającego pocisku nie sposób porównać z czymkolwiek. Ten wystrzelony z działa osłaniającego zdawał się lecieć powoli, gwiżdżąc nieustanie, gwiżdżąc i gwiżdżąc, by po nieskończonym czasie uderzyć przy akompaniamencie fontanny piachu.
     Irytujące odgłosy torturowały umysł Samuela, niemalże wrzucając go w otchłań szaleństwa. Czy uderzy w nich? Czy może w szpital? Czy będzie leciał i leciał, męcząc niespokojnych żołnierzy? Widział wiele, lecz tej atmosfery, tego ogromnego ciśnienia, nie czuł nigdy. Gdzieś w oddali zabrzmiał gwizdek do natarcia, ledwie słyszany poprzez kanonadę sojuszniczej oraz wrogiej artylerii. Zadrżała ziemia pod nogami maszyn kroczących, jęki rannych utonęły w hałasie pola bitwy, a okop przejęły odpowiednie ręce, tylko po to, by zostać odbity przez wroga kilka minut później. Siedzieli tu już którąś godzinę, czekając na transport broni, byli świadkami wielu takich akcji. Jeden punkt zmieniał strony kilkakrotnie, tworząc pole ciał obu stron.
     Żołnierze w tamtym odcinku mieli choć trochę więcej szczęścia, okopy, liczne leje, czy cokolwiek do osłony. Ziemię, którą mieli zdobyć karniacy, stanowiła niemalże fortece. Ruiny wysokiego pałacyku, otoczone murem, obrońcy mieli widok na każdą stronę. Działka wymontowane z uszkodzonych maszyn zrobią z nich ser szwajcarski. Lornetka uchwyciła też jedną z tych mniejszych, lecz tak samo śmiercionośnych luf. Weterani mówili na to dzieło szatana, a oficerowie ciężki karabin maszynowy, od niedawna zawitał na te pola marsowe. Wystrzeliwał setki kul, przygniatając wszelkie natarcia, dobrze, że nadal to tylko małe ilości tego sprzętu, choć i tak zdążyły zebrać swoje śmiertelne żniwo.
     Wreszcie nadjechała zdezelowana ciężarówka, zeskoczyli z niej żołnierze, po czym wyciągnęli drewniane skrzynie. Karniacy ustawili się w kolejce, czekając na przydział. Większość z nich miała dość nękającego hałasu spadających pocisków, a byli tu zaledwie ułamek czasu w porównaniu do regularnych. Piekło wojny tak bardzo ukochane przez tych, siedzących na tronach, czy też w zacisznych gabinetach.
     Wreszcie Samuel otrzymał broń oraz jeden pudełkowy magazynek z dziesięcioma nabojami. I oni mieli z tym sprzętem zająć tamten budynek? Bez wsparcia kogokolwiek? Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
— Zbiórka! — krzyknął jeden z oficerów. — Stawać na stanowiskach! — Nim bohater zdążył wykonać rozkaz, zabrzmiał gwizdek. Z setki gardeł wydobył się okrzyk ludzi, wiedzących, co ich właśnie czeka.       Przez dwie, góra trzy minuty wszystko jakby zwolniło, żołnierze biegnący wprost na jedyny budynek w okolicy, a raczej jego ruiny, obrońcy jeszcze ich nie widzieli, albo czekali, aż podejdą wystarczająco blisko. Wtem poczuł gorące ukłucie na policzku, a ziemie dookoła zaczęły ryć pociski. Karniacy padali masowo, jedni krzyczeli, inni w ciszy legli obok towarzyszy. Tylko adrenalina pozwalała biec dalej, a dźwięki dolatywały do uszu przytłumione. Wyostrzone do granic możliwości zmysły spostrzegły obracającą się lufę szybkostrzelnego działka, umiejscowionego prowizorycznie pośród gruzu. Zapewne nie posłuży za długo, jednakże błysk ze śmiercionośnej rury, szybko ukazał, że wystarczy chwila na sianie śmierci i destrukcji.
     W ostatnim momencie potknął się o wystający kamień, ci za nim zostali rozszarpani lecącymi dwudziestkami. Wpadł do głębokiego leju, gubiąc przy tym broń. Otworzył oczy, niebo wbrew temu, co się działo na dole, było niesamowicie piękne, księżyc powoli zastępował słońce, a błękit ciemniał coraz to bardziej. Stan odrętwienia przerwało wlatujące ciało. Zabity chłopak mógł posiadać o kilka lat więcej od niego, puste oczy przewiercały Samuela, jakby mówiły mu, że zaraz do niego dołączy. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Atmosfera bitwy przytłaczała, to fakt, lecz trupy? Zabił zbyt wielu, by mógł odczuwać jakieś większe emocje, co do martwych.
     Dźwignął się na czworaka, z kieszeni nieboraka ukradł dodatkowy magazynek. I tak by go nie wykorzystał. Spojrzał dookoła i walcząc z lekkim oszołomieniem, poszukał utraconej broni. Znalazł, lecz raczej nie użyje jej długo. Z ledwością odciągnął zamek, może wystrzeli kilka naboi, albo wybuchnie mu w dłoniach. Ścisnął drewnianą kolbę i przysunął się do krańca leju. Przed nim majaczyły resztki muru, czy też płotu, zwał, jak zwał. W normalnych okolicznościach krótki bieg... Wziął głęboki oddech i... Poczuł ból promieniujący z lewej nogi, a konkretnie stopy. Albo skręcona, albo złamana. Z przekleństwem na ustach zaczął się czołgać.
     Upaprany błotem i ziemią mundur praktycznie tworzył kamuflaż nie do przejrzenia. Jedyny minus stanowiło zużycie ogromnej ilości siły, by dostać się za osłonę.
— A więc przeżyłeś aż tutaj, co? — rzucił mężczyzna w średnim wieku. Mówił szybko i trochę bez składnie. — Jestem Szczęściarz, a ty?
— A ja jestem zmęczony... — odparł, opierając plecy o mur. Serce tak bardzo waliło mu w piersi, jakby chciało wyjść na zewnątrz.
— Zmęczenie? Ha! Ja nie wiem, co to! — Ścisnął mocno karabin. Sprawdził, czy nabój jest w komorze i spojrzał na Samuela. — Trzymaj się mnie, a na pewno przeżyjesz, cieniasie. Przeżyłem już ponad dziesięć bitew, jeszcze jedna i będę mógł stąd odejść. Mam takie szczęście, że zostanę bogaczem i porzucę armię. — Przycelował przez jakiś czas, a następnie pociągnął za spust. Ponownie skierował swój wzrok na bohatera, a jego usta wykrzywił uśmiech. — Dalej ruszamy. Ci idioci zapomnieli, że działko też ma magazynek. Dal... — Nim uszedł choć jeden krok, pocisk przebił mu głowę. Ciało upadło z łoskotem. Widocznie wykorzystał życiową porcję fartu.
     Samuel podniósł jego bron, przynajmniej była w lepszym stanie, niż obecna. Nim zdecydował, co robić dalej, przeszukał trupowi kieszenie. Znalazł źródło siły szaleńca, podstawowy pakiet żołnierza. Szara, mała torba z literkami H i P. Odpiął guzik i zębami rozszarpał saszetkę, a następnie połknął zawartość. Sproszkowany kryształ, podobny do tego, używanego w maszynach oraz nabojach, lecz innego typu. Wzmacniał organizm i jego funkcje regeneracyjne, mówili na to złoty środek. Byłby wspaniałym panaceum, gdyby nie jego silnie uzależniające właściwości, stąd bezpieczny sposób stanowiłoby użycie na ranę... Nie miał czasu ściągać wielkich butów żołnierskich i tak miał ogromne szczęście, że to znalazł. Wśród karniaków to niesamowita zdobycz.
     Poczuł, jak energia napełnia ciało, powoli stąpnął na rannej nodze. Cholernie ryzykował, brak bólu uniemożliwiał ostrzeżenie o pogorszeniu. Oby działanie leku nie było przereklamowane. Z trudnością zignorował mylną ocenę o własnej potędze. Zamknął oczy na moment, ścisnął broń i ruszył przy akompaniamencie deszczu ołowiu.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii inne i przygodowe, użył 1202 słów i 7121 znaków. Tagi: #armia #wojsko

3 komentarze

 
  • iMoje3grosze

    „Samuel podniósł jego bron”

  • krajew34

    @iMoje3grosze niestety żaden ze mnie orzeł korekty. :) W wolnym czasie poprawie. Dzięki za wizytę oraz komentar.z

  • shakadap

    Brawo. Dzięki za kolejny dobry odcinek.
    Czekam na następne.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz

  • emeryt

    @krajew34, dziękuję za ten kolejny odcinek. okropności wojny, bezmyślnej śmierci. Ile to na świecie tego jest? Ty opisujesz to tak realistycznie, dziękuję Tobie za ten ocinek. Serdecznie pozdrawiam, życząc spokojnych Świąt oraz aby następny Nowy Rok nie był gorszy od tego który mija.

  • krajew34

    @emeryt staram się, by bohaterowie nie byli zbyt przesadzeni. Dzięki za życzenia i nawzajem.