Czarna Błyskawica - Rozdział 17

W porównaniu do innych środków transportu pociąg działał na nią odprężająco. Stukot kół i powolny, zmieniający się krajobraz koił duszę i jakby zabierał wszelkie zmartwienia. Niestety to, co zawsze stanowiło regułę, dzisiaj odbiegało od normy.
     Skórzane siedzenia drażniły niewygodą, brudne, zakurzone szyby irytowały, a samotność przyprawiała o smutek. Spojrzała na nogę, poruszającą się w zniecierpliwieniu. Miała być łowcą, prowadzić akcje swojego oddziału, ścigając jakiegoś człowieka. W głowie zaczęły powstawać różne pytania, czy powiedzieli jej prawdę, czy ten ktoś naprawdę był niebezpieczny? Kogo dziś straci, czy dowództwo... Nie, nie, potrząsnęła głową, próbując wyrzucić zbędne myśli. Dłonią sprawdziła, czy pistolet nadal siedzi w kaburze, ten marny, zimny kawał żelastwa dawał jej poczucie spokoju.
     Wzrok powędrował w kierunku pustej przestrzeni przed nią, kolejny problem, jaki zauważała w armii. Dlaczego nie mogła siedzieć w przedziale wspólnym wraz z innymi żołnierzami? Czy oficer na tak niskim stanowisku powinien odgradzać się od podwładnych? Ile kraj traci na takich podróżach? Strach myśleć, jak wygląda transport szych, i ile to kosztuje państwo. Znowu traktują wojnę nie jak konflikt, tylko niczym prywatną grę w szachy w sterylnym, bezpiecznym i pełnym przepychu otoczeniu. Westchnęła głośno, kładąc na kolanach szable w miedzianej pochwie, zdobiły ją różne wywijasy, pewnie mające jakąś symbolikę, lecz dla dziewczyny był to brzydki kawałek metalu z tandetnymi oznaczeniami. Odznaka stopnia oficerskiego, a przypominała tandetę z bazaru.
     Pociąg powoli zaczął zwalniać, a naturalny krajobraz zaczął ulegać zmianie na rzecz brzydkich murowanych budynków z dziwną nazwą stacji na jednym z nich. Zupełnie nie interesowało ją, co tam napisano, podniosła dłonie wyżej i rozprostowała palce tuż przed oczyma. Tylko głupiec nie zauważyłby drżenia. Niech to, musiała nad tym zapanować. Tylko jak, skoro w samych piersiach czuła cały czas naciskający głaz, a w głowie szumiało wraz z zamętem myśli. Pierwsza misja, pierwsza PRAWDZIWA misja. I to nie byle jaka! Złapanie groźnego zbiega. "Będzie dobrze, wypełni swoje zadanie", powtarzała sobie w duszy słowa, wzbudzające pewność siebie. To tylko jeden krok, jednakże jeśli się zbłaźni, zostanie na dnie, z którego ucieczka była tylko w jedną stronę. Oj, nie będzie wychodziła za jakiegoś kretyna, nie da się uziemić, tylko po to, aby zachować najbardziej błękitną krew, jaka istniała. Błękitna krew, która krwawi na czerwono... Gdzie tu sens?
     Podniosła się ociężale i otworzyła drzwi, słońce przywitało ją promieniem prosto w oczy. Dzień zapowiadał się na ciepły. Pytanie tylko, czy to nie był to ostatni raz, jak ujrzała je na niebie? Poprawiła ostrze przy boku, nałożyła czapkę i ruszyła przed siebie. Tuż przed nią adiutant przeprowadzał kontrole oddziału. Serce waliło jak oszalałe na myśli, że poprowadzi ich do boju. Odsalutowała, po czym w ciszy ruszyli w stronę ogromnego budynku, jako jedynego odstającego od reszty. Już po samej nazwie specjalnego obiektu, mogła się domyślić, że nie trafiła do miejscowości uzdrowiskowej. Puste ulice, spojrzenia z okien i ten jeden wóz, który nie chce pasować do całości. Skręcili brukiem aż do ogromnych wrót, mogących spokojnie zmieścić łazika, czy inną podobną maszynę kroczącą. Wielki gmach, wielkie wejście. Zastukała mocno, choć dźwięk przypominał pyknięcie.
Z dotąd niewidocznej szpary wyjrzała para oczu.
— Czego? — warknął oschły głos.
— Oddział pościgowy, mamy zająć się szukaniem zbiega — odpowiedziała, ignorując ton rozmówcy.
— Papiery! — Jedno już wiedzieli, na pewno nie polubią tego strażnika. Wręczyła pismo, odbierając je wpierw od adiutanta. Po chwili z głośnym skrzypnięciem otwarto dla nich mniejsze drzwi. Po gburze nie było śladu, lecz krótko to zaprzątało głowę.
— Wreszcie posiłki, nareszcie! — Z drugiego końca, zamykał bramę zdyszany oficer. Źle zapięta kurtka od munduru, niewyprasowane spodnie, brudny kołnierz, świadczyły o dość niskim statusie tego posterunku.
— Emilia Rutherford z generalnego dowództwa, kiedy ruszamy na obławę? — Szybko uścisnęła dłoń, nim ten zrozumiał, że miał do czynienia z kobietą.
— Ruszamy? — Podrapał się po głowie lekko zdumiony. — Wasz przewodnik zaraz będzie, musi tylko dokończyć ważną sprawę na swoim gospodarstwie.
— Nie ruszacie z nami? — Zacisnęła dłoń na własnym ramieniu. — I dlaczego nikt po nas nie wyszedł? Gdyby nie ten wielki kolos, musiałabym wysłać ludzi do szukania was.
— Panienka wybaczy. — Z kieszeni wyciągnął lnianą chustkę i zaczął przecierać spocone czoło. — Nasz posterunek jest niewielki, a właśnie dostaliśmy zapasy dla placówki, trzeba było je wrzucić do windy, wypełnić dokumenty... — Drżącą dłonią schował materiał do kieszeni. — I przekazano nam proste rozkazy: Zapewnić przewodnika i potrzebne zaopatrzenie, nie wtrącać się do akcji, pozostać w lokalnym pogotowiu.
— Czy mogę spotkać się z oficerem, który wydał to polecenie? — Niepokój powoli ulegał strachowi. Coś tu nie pasowało i to bardzo. Pytanie tylko, czy mieli przed sobą test, czy zalazła za skórę temu szlachcicowi, który nie odczuwał lęku przed swoim władcą.
— Oficer? Nie, nie, my tak nie działamy, panienko. — Emilia miała już po dziurki w nosie tej panienki, tak niepasującej do jej aktualnego statusu, jednakże wiek mężczyzny i widoczne zdenerwowanie oraz zakłopotanie trochę łagodziło irytacje. — Nie mamy dostępu do obiektu, oddalonego od nas o kilometr, może więcej. Wszystko jest kodowane i przesyłane za pomocą radia. Tam dalej. — Pokazał drugi koniec korytarza. — Jest zejście do windy, stamtąd jedynie można wyjść i wejść. Jeden z naszych próbował pojechać z zapasami, że niby ktoś mu kawał zrobił, odesłali nam jego ciało, tłumacząc, że zawiódł mechanizm, przez co doznał śmiertelnego urazu głowy. Bujdy. — Machnął ręką. — Miał całe ciało poszatkowane kulami, tam jest tylko droga w jedną stronę.
— A pacjenci? Przecież kogoś musieli wyleczyć.
— Co jakiś czas widzimy sterowiec, może on kogoś wywozi? — Wszedł żołnierz z dokumentami. Oficer odebrał je, podpisał i podał dziewczynie. — Tu macie potwierdzenie o was obecności. Przewodnik czeka na was za bramą, lepiej trzymajcie się go, jak najbliżej. Tutejsze lasy są tak rozległe, że można nawet czarownice spotkać.
— Skąd pomysł, że więzień już nie opuścił tego terenu? — Adiutant schował papiery do teczki.
— Panienko, miejscowi nawet sobie nie ufają, a co dopiero obcemu, prędzej zabiliby go widłami, gdyby wkroczył na ich teren, a nam podrzuciliby ciało. Tak tu robią. A zresztą, gdzie miałby uciec? Skoczyłby na pociąg, będąc postrzelonym? Pewnie panienka nie widziała, bo dopiero przyjechała, ale pociągi wyjeżdżające są kontrolowane przez czarnych i to w trzech miejscach. Konduktorzy mają przykazane pod groźbą sądu wojennego, żeby zamykać drzwi na klucz aż do iluś tam kilometrów za naszym terenem. Kilka łazików patroluje ten teren i strzela do każdego podejrzanego obiektu na pociągu. W taki sposób straciłem zastępcę, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Większość z tych pilotów. — Splunął za siebie. — To świry w za dużych zabawkach i jeszcze noszą te przeklęte mundury... Tam człowieka nie uświadczysz, z byle powodu kulkę wpakują. Może i to lepiej? — Ruszył w kierunku drzwi, skąd przyszedł, ściskając w dłoni maleńką manierkę, wydobytą z przepasnych kieszeń bluzy od munduru. — Lepiej byście opuścili te strony, nim nasz kochany szpital i jego otoczenie wyssie z was ostatnie resztki rozumu. — Przekroczył bramę i tyle go widzieli.
     Emilia wzruszyła ramionami i pomaszerowali na zewnątrz. Na twarzach żołnierzy nie widziała niczego, jakby to, co usłyszeli, nie było niczym dziwnym. Albo po prostu mieli to wszystko gdzieś, szarego poborowego raczej nie interesuje nic, prócz przeżycia i żołdu. Gdy spojrzała naprzeciw siebie, dostrzegła starca z fikuśną zieloną czapką z przypiętym piórkiem, wyczyszczone sprzączki od szelek święciły z daleka, w jednej dłoni ciemnobrązowa fajka, z której popykał, co jakiś czas, w drugiej gruba, skórzana smycz z psem tak wielkim, że mógłby zjeść ze spokojem małe dziecko. Ślepia wpatrywały się w przybyszy, gotowe, aby wykonać każdy rozkaz swego pana.
— Więc to wy jesteście moimi ofiarami. — Zaśmiał się głośno, lecz krótko, kaszel zmusił go do porzucenia uśmiechu. — Spodziewałem się czarnych obsrańców, a nie ładnej panienki z oddziałem przygłupich, ale jednak normalnych żołnierzy.
— Dziadek, prosisz się o guza! — krzyknął jeden z ludzi Emilii.
— Już się paniczyk tak nie oburza, już taki jestem, że za głupiego uważam tego, kto staje się mięsem armatnim za trochę złota. Mówią, że niewolników już nie ma, ale pozostają jeszcze żołnierze. — Jednym ruchem opróżnił fajkę, wyczyścił kawałkiem tkaniny i schował do torby na ramieniu. — Co to za życie, skoro nawet do wyjścia w krzaki trzeba wysłać, a nie przepraszam, wystosować odpowiednią prośbę. Chodź, Mały. — Szarpnął lekko za smycz, pies w spokoju wstał i powolnym ruchem wykonał polecenie właściciela. — Przynajmniej nie jesteście od czarnych, diabelskie nasienie, raz na jakiś czas przejdą przez wioskę, wygląda to tak, jakby diabelską bramę otwarli, a jego pomioty zaczęły zwiedzać. I to nawet nie gwałcą, nie kradną, jak to bywa z żołdakami, a szkoda, bo wdowa po młynarzu o tym fantazjuje od dawna, po prostu bije od nich takim chłodem... Jak tylko zobaczą ruch, to tak ich świerzbią palce na spuście, mógłbym przysiąc, że za tymi strasznymi maskami widzę radość na samą myśl zabijania. — Stanął obok dziewczyny i wzrokiem zmierzył ją od stóp do głów. — Panienka się nie boi? Wojna wyzwala takie emocje i czyny, że nawet baranek może stać się groźnym wilkiem...
— A pan się nie boi wypowiadać tak o czarnych? — Uśmiechnęła się zimno. — Ściany mają uszy, a donosiciele anonimy.
— Ostra jak moja świętej pamięci żona. Ta oderwałaby gwałcicielom przyrodzenia, a potem ich nimi nakarmiła. — Strzelbę przełożył na drugie ramię. — Mało kto mógł z nią prowadzić jakiekolwiek dyskusje, a co tym bardziej konkurować. Po jej śmierci grób otoczono łańcuchami, a nagrobek waży trzy razy tyle, co zwykły, aby nie opuściła zaświatów. Cała wioska to ufundowała. Mówili czarownica, szatan, ale nikt nie powiedziałby tego w oczy, czy nawet szeptem. Brakuje mi tego ognia... — Nasunął czapkę głębiej na oczy. — Wspomnienia są jak narkotyki... Przy każdej dawce czujesz się wspaniale, jednakże, gdy minie czas przeszłości, radość opadnie, pozostaje jedynie pustka.
— Nie myślałam, że w tak małej wiosce mieliście do czynienia z narkotykami. — Poprawiła irytującą szablę. Nie byłą przyzwyczajona do broni, wiszącej przy boku, a może po prostu zapomniała? Tak bardzo skupiła uwagę na nowoczesnym orężu, że umknęła jej ta biała. Jeszcze nie tak dawno pobierała nauki stylu gwardii, a teraz z perspektywy lufy karabinu wydaje się tylko mrzonką dla tradycjonalistów.
— Tu? — Zaśmiał się głośno, przykuwając uwagę psa. Ten na chwile rzucił okiem i wrócił do obwąchiwania każdego kawałka drogi, uznając, że jego panu nic nie dolega. — Tutaj jedynie, co można znaleźć to młodych w stodole, stare baby pod chatą i chłopów wieczorami w karczmie. Jednak jeśli chodzi o mnie i moją przeszłość... — Jego oczy zalśniły blaskiem, a ciało jakby nabrało energii. — To ciąg różnych wydarzeń, wahanie między znośnym a gorszym dniem... Swoje przeżyłem i swoje widziałem, więcej mi od życia nie trzeba. — Pozorna siła znikła jak bańka mydlana, a wzrok powrócił do zmęczonego życiem trybu. — Posada leśniczego jest idealna dla takiego starca jak ja. Choć trudno nie raz przymknąć oczy na zło czające się w tych lasach...
— To znaczy? — Musiała przerwać ciężką ciszę, jaka nastała po poprzedniej wypowiedzi.
— Wszystko zależy od tego, co tym razem wypuści piekielna otchłań, nie wy pierwsi jesteście przeze mnie prowadzeni. — Starzec oddalił się na bezpieczną odległość, by nie widać było wyrazu jego twarzy, a drzewa w oddali zaszeleściły upiornie, kołysząc swymi gałęziami w triumfalnym tańcu,ku czci nowego, krwawego widowiska.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii inne i przygodowe, użył 2200 słów i 12938 znaków. Tagi: #armia #wojsko #wioska

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo. Cieszę się Autorze, że dalej piszesz.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap brak weny skutecznie utrudnia nowe rozdziały. :) Dzięki za wizytę oraz komentarz.

  • emeryt

    @krajew34, wreszcie się doczekałem kolenego odcinka. Serdecznie dziękuję Tobie za niego. Udało Tobie połączyć w końcu te dwa opowiadania w jedną całość. Co prawda to ten odcinek jest   dosyć spokojny w treści i jakby wstępem do poważnej akcji, lecz dziękuję za niego. Serdecznie pozdrawiam, życząc samych pogodnych i ciepłych dni. Ps. unikaj tego chróbstwa.

  • krajew34

    @emeryt trochę minęło od ostatniego rozdziału, no niestety niemoc twórcza, lenistwo i nie chciałem pisać na siłę. Ale coś w końcu powstało. Zobaczymy w ostatnie tygodnie wakacji, jak z tą pogodą będzie, upał minię, ale pewnie wrócą te irytujące maseczki. Oby się to nie sprawdziło. Dzięki za wizytę oraz komentarz.