Czarna Krew cz10.

- Witam! Raduję się, widząc pana w tak zaskakująco dobrej kondycji w tak krótkim czasie po tym bestialskim ataku, jakiego padł pan ofiarą, Gabrielu – rzekła Elaine, gestem wskazując swemu gościowi, gdzie winien usiąść. Mężczyzna skłonił się jej lekko i zajął miejsce, wlepiając w nią swoje wyraziste spojrzenie. Zignorowała to, czekając, aż on się odezwie.
- Również się cieszę, bowiem mogę znów oglądać twą piękną twarz, wasza wysokość – odezwał się w końcu. Czarnowłosa kobieta oniemiała na moment. Przecież tak bardzo uważała, by w jego obecności nikt z jej podwładnych nie zwracał się do niej właśnie w ten sposób! A jednak! Ten mężczyzna jakimś nieznanym sposobem odkrył, kim ona jest i teraz należało temu jakoś szybko zaradzić!
- Dlaczegóż mnie tytułujesz? – zapytała, chcąc ukryć zmieszanie i niepokój.
- W przebłyskach świadomości, gdym leżał trawiony gorączką, słyszałem, jak w ten sposób zwracali się do ciebie twoi ludzie, moja pani!... Jest to jednak dla mnie bardzo zastanawiające.
- Dlaczego?
- Bo nie wydaje mi się, byś należała do Habsburgów.
- I znów zapytam: dlaczego?
- Bo ten zamek de facto nie należy do tegoż rodu – wyjaśnił uprzejmie, pochylając się lekko w jej stronę. – Dlatego tym razem to ja zapytam: kim jesteś, moja pani? Nie wyglądasz mi na zubożałą szlachciankę, której zbyt wydumane ambicje każą ludziom mówić na sobie per wasza wysokość, ani nie słyszałem dotąd, by w tych stronach osiadł któryś z królewskich bękartów, co to ich na świecie niemało. Poza tym, z tego, co zdołałem się już zorientować, znajdujemy się obecnie w miejscu, które przez miejscowych uważane jest za nawiedzone. Aż dziw bierze, że tylu ludzi zechciało jednak tutaj zamieszkać!
- Być może ani ja, ani moi poddani nie obawiamy się mar z ludzkich legend? – zapytała wyniośle. – Poza tym, nie muszę odpowiadać ci na żadne pytania, mości Gabrielu. To ty jesteś tutaj mym gościem, na dodatek uratowanym przez nas od niechybnej śmierci i wydaje mi się, iż winnyś jest nam wdzięczność!
- Tak, temu oczywiście nie mogę zaprzeczyć. Dziękuję za pomoc, jakiej mi wasza wysokość i jej ludzie udzieliliście. Nie mniej jednak nie wiem, czy wiesz, ale stanowię dla was poważne zagrożenie! Zostałem...
- Pokąsany, wiem – przerwała mu. – Nie stanowisz dla mnie zagrożenia, o nieznajomy. Wiedz tedy, że mam doskonałą straż, która niejednokrotnie już wygrywała walki z wilkołakami, z którymi i tobie przyszło nie tak dawno walczyć.
- Do tej pory sądziłem, że wilkołaki są jedynie wytworem czyjejś wyobraźni. Nocnymi marami i mieszkańcami legend. Jak widać, bardzo się omyliłem w swej ocenie – rzekł, skrywając na chwilę twarz w dłoniach. Gdy ponownie na nią spojrzał, dostrzegła w jego oczach strach i smutek. – Nie ma dla mnie innego ratunku niż tylko śmierć, prawda?
- Zgadza się. – Elaine nie potrafiła kłamać, zawsze mówiła prawdę, choćby była ona bolesna. – Ale mogę pomóc ci w twoim cierpieniu.
- Jak? – prychnął. – Gdy księżyc zaświeci jasnym blaskiem pośród nocy, stanę się bezwzględnym potworem, zabójcą. Nie okiełznasz tedy mej natury, pani.
- Być może nie za pierwszym razem – przyznała. – Ale wydaje mi się, że moglibyśmy współpracować...
- Jak? Stanowię dla ciebie śmiertelne niebezpieczeństwo!
- Nie, bo nie jestem w pełni człowiekiem, którego możesz zabić, czy też zarazić swą przypadłością – odparła, zauważając, jak na jego twarzy odmalowuje się zdumienie.
- Nie bardzo rozumiem, wasza wysokość. Jak to nie jesteś człowiekiem?
- Nie zauważyłeś jeszcze, że tutaj życie tętni jeno nocą?
Nieznajomy zachłysnął się powietrzem i zerwał na równe nogi, przewracając krzesło, na którym siedział. Rzucił się do drzwi, lecz drogę zastąpiła na Elaine, która zjawiła się przed nim szybciej, niż zarejestrowało to jego oko.
- Czymżeś jest?! – wykrzyknął, cofając się przed nią, gdy dostrzegł, że jej oczy zrobiły się nienaturalnie niebieskie. Zimne jak lód. Uderzył plecami o ścianę i znieruchomiał, nerwowo przełykając ślinę. Zbliżyła się do niego i zacisnęła dłoń na jego szyi, niemal pozbawiając go tchu. Wierzgnął, chcąc się uwolnić, lecz ze zdumieniem odkrył, że jest zbyt słaby.
- Jestem twoim nocnym koszmarem, Gabrielu. Czymś, czego nigdy nie chciałbyś spotkać w ciemnym zaułku. Nie jestem dziełem Boga, Gabrielu, lecz Jego pomyłką – powiedziała powoli, odsłaniając długie kły. – Lecz w obecnych czasach, przy twej niezwykłej i niebezpiecznej przypadłości, mogę być twoim wybawieniem. Służ mi wiernie, a obsypię cię bogactwem i niezliczoną liczbą ofiar, które będziesz mógł pożreć, gdy księżyc stanie w zenicie nocnego nieba!
- J-jesteś wam-m-p-pirem! – wydukał, starając się złapać, choć odrobinę zbawczego tlenu.
- Zgadłeś! – prychnęła, puszczając go. Osunął się na ziemię, oddychając spazmatycznie. Był przerażony! – Jestem wampirem. Dzieckiem nocy. Królową nieumarłych! A ty, mój panie, znajdujesz się właśnie w mym zamku!...
- Zabij mnie więc bowiem nie będę służył czemuś tak plugawemu, jak ty! -warknął, stając na nogach. Miał tę świadomość, że pod obecną postacią nic nie zdziała, bo kobieta jest od niego dużo silniejsza, ale żywił nadzieję, że chociaż uda mu się umrzeć z godnością. Elaine jednak nie przejęła się jego obelgą, lecz zaśmiała głośno, a jej śmiech zmroził mu skórę na całym ciele.
- Masz rację, jestem plugawym tworem – powiedziała, znów do niego podchodząc. Była od niego o wiele niższa, lecz w tym momencie, gdy patrzyła na niego, miał wrażenie, że przewyższa go co najmniej o głowę! Że przy niej jest po prostu nikim! – Lecz mogę stać się kimś, kogo będziesz wielbić... Przemyśl to sobie. Masz trzy opcje do wyboru: zostajesz tu ze mną i służysz mi wiernie, szpiegując swój klan dla mnie, lub zostajesz wtrącony do lochu, gdzie spędzisz resztę swego parszywego życia, doznając tortur i katuszy, o jakich ci się nigdy nie śniło, lub też, wracasz do swego klanu, lecz wątpię, by zechcieli cię z powrotem po tym, jak próbowali cię zabić!... Masz czas do wschodu słońca, mości Gabrielu. Tedy też zjawię się w twej komnacie, byś udzielił mi odpowiedzi. I bacz, by była poprawna, nie lubię bowiem się denerwować... – to mówiąc, odwróciła się na pięcie i szarpnięciem otworzyła drzwi. To było hasło, że audiencja skończona. Gabriel ruszył niepewnie ku otwartym drzwiom, a kiedy mijał czarnowłosą, ta powiedziała jeszcze. – Moi ludzie są doskonale wyszkoleni, zarówno w walce z wilkołakami, jak i zwykłymi śmiertelnikami. Nie próbuj więc uciekać, chyba że chcesz skończyć jako przekąska dla ich mieczy...

- Że co mu zaproponowałaś?! – wrzasnęła zbulwersowana Amelia, gdy siostra poinformowała ją o rozmowie z Gabrielem. – Możesz mi łaskawie powiedzieć, dlaczego to zrobiłaś?!
- Uspokój się – warknęła Elaine, patrząc na nią z dezaprobatą. – Nic wielkiego się przecież nie stało. I tak pewnie zginie, bo nie zgodzi się na mą propozycję.
- Skąd możesz to wiedzieć? A co, jeśli jednak na nią przystanie? Czy ty wiesz, w jak wielkim niebezpieczeństwie wszyscy się tedy znajdziemy?!
- Wilkołak w czasie swej pierwszej przemiany nie jest dla nas niebezpieczny.
- Więc chcesz go zatrzymać, by z biegiem czasu taki się właśnie stał?! Coś ty sobie w ogóle myślała, podejmując tak nieodpowiedzialną decyzję, bez skonsultowania tego ze mną, czy ze swymi doradcami?! – wydarła się na nią podenerwowana księżniczka.
- Jestem królową i mam pełne prawo podejmować własne decyzje i wcale nie muszę się z nich nikomu tłumaczyć! – warknęła, a jej oczy stały się niebieskie.
- Właśnie będąc królową, masz obowiązek tłumaczyć się ze swoich decyzji! I nie próbuj mnie przestraszyć, siostro. Jesteśmy z jednej krwi, twe jasne oczy nie robią na mnie żadnego wrażenia!
- Nie pragnę cię przestraszyć, lecz ostrzec, bo najwyraźniej zapomniałaś już, kto jest tutaj na wyższej i tym samym wygranej pozycji!
- Obyś tylko przez tę swą wysoką pozycję kiedyś nie znalazła się na samym dnie, siostrzyczko!
- Czy to groźba? Próbujesz przejąć to, co prawnie mi się należy?
- Ten tron należy się nie tobie ani mnie, lecz naszemu bratu! – wydarła się Amelia. Elaine zamarła.
- Nigdy nie waż się w mojej obecności wspominać o nim, jasne?! – ryknęła czarnowłosa wampirzyca, jednym susem dopadając do Amelii i powalając ją na ziemię. – Jestem od ciebie silniejsza, siostro. Z łatwością mogłabym teraz pozbawić cię twojej krwi i stać się jeszcze potężniejsza!
- Więc to zrób i niech skończy się ta farsa! – odcięła się powalona kobieta.
- Nie mam obecnie na to ochoty – prychnęła królowa. W sekundę później stała już pod przeciwległą ścianą, wpatrując się wrogo w członkinię własnej rodziny. – Nasz brat, gdziekolwiek teraz jest i o ile w ogóle jeszcze żyje, kompletnie mnie nie obchodzi, rozumiesz? Posłuszna jestem woli naszej matki, która wygnała go z domu i nie mam zamiaru tego kwestionować. To ja jestem spadkobierczynią królewskiej potęgi i to ja, a nie on zasiadam i jeszcze przez wieki całe zasiadać będę na tronie królestwa. A jeśli zechcesz mnie kiedyś z niego obalić, spotka cię bolesna śmierć w promieniach słońca.
- Jak sobie życzysz...wasza wysokość – odparła oschle Amelia i nie zważając na wściekłe spojrzenie siostry, wyszła z jej komnaty.

930 czyt.
100%102
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użyła 1739 słów i 9798 znaków.

2 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 9 maj 2018

    Czuć ten klimat grozy, świetne

  • anonimS

    anonimS · 25 paź 2017 · 201440698

    Brawo Autorko     fajna akcja, ciekawe postacie. Niby temat stary ale pokazany w nowym świetle. Czekam na kolejne części.