Czarna Krew cz 7.

Czarna Krew cz 7.- Vaclav! - mruknęła Elaine, serdecznie witając się ze swoim wujem. - Jak miło, że również przybyłeś!
- Oczywiście, nie mogłem przecież przegapić takiej okazji! - powiedział, zachowując się przy niej stosunkowo swobodnie. Był rumuńskim hrabią i obowiązywała go zupełnie inna etykieta od innych. - Mam nadzieję, że pamiętasz moje córki...
- Oczywiście! - kobieta rozchmurzyła się wyraźnie.
- Kiedyś spędzałyście razem długie godziny na dysputach czy konnych przejażdżkach — przypomniał, gdy kobiety przywitały się już serdecznie.
- Nic się nie zmieniłyście! - zaśmiała się Elaine.
- Ty za to bardzo — odparła Viktoria. - Kiedyś dużo szybciej zgładziłabyś Bakat i muszę przyznać, że zaskoczona jestem, iż przetrwała tak długo, znając twoją niechęć do niej...
- Przez ostatnie pół wieku nie sprawiała mi żadnych problemów i to był mój błąd, bo faktycznie mogłam ją zgładzić, gdy miałam po temu odpowiednią tedy okazję — przyznała Elaine. - Niestety nawet my nie jesteśmy nieomylni i tak samo, jak zwykli ludzie, popełniamy błędy...
- Nie boisz się tej przepowiedni? - zagadnęła ją druga z kuzynek - Verona. - Brzmiało to dość przerażająco...
- Nie. - wampirza królowa machnęła lekceważąco ręką. - Bakat nie ma mocy, by rzucić taki czar. Nikt tego nie potrafi...
- Na twoim miejscu miałabym się jednak na baczności, bo z tymi egipskimi wampirami nigdy nic nie wiadomo — powiedziała Vlada, najmłodsza z trójki sióstr.
- Dziewczęta, proszę się zachowywać! - ofuknął je Vaclav. - Niepotrzebnie smucicie naszą królową! Elaine ma rację, mówiąc, że to nic takiego... Nie mniej jednak informacja o śmierci Bakat wkrótce dotrze do jej rodziny i podejrzewam, że wasz konflikt może jeszcze się zaostrzyć...
- Też to podejrzewam, lecz póki mamy jeszcze spokój, korzystajmy z niego pełną piersią i bawmy się dalej — odparła królowa, lekko skłaniając głowę i ruszając w stronę swego tronu. Nie zauważyła nawet, że wniesiono potrawy na stół. Dopiero kiedy uświadomiła jej to Amelia, czarnowłosa wampirzyca poczuła głód i ruszyła wraz z siostrą do rozbrzmiewającej wesołym śmiechem i rozmowami jadalni.
- Czego się dowiedziałaś? - zapytała ją natychmiast siostra, gdy usiadły przy stole.
- Te osoby, z którymi raczyłam rozmawiać, podzielają moją decyzję odnośnie do Bakat. Nie usłyszałam żadnych argumentów przemawiających za utrzymaniem jej przy życiu... A angielski lord ma nabytą przypadłość, dzięki której promienie słoneczne nie czynią mu krzywdy. To wszystko — wyjaśniła Elaine, delektując się winem i pieczenią z mięsa młodej sarny. - A ty? Zaciągnęłaś języka?
- Owszem — przytaknęła Amelia. - I to w stopniu większym niż ty... Wielu osobom nie podoba się to, że wciąż nie masz małżonka... Uważają, że do tego wszystkiego najpewniej by w ogóle nie doszło, gdybyś miała kogoś przy swym boku... Wzmianka umierającej Bakat o twych kochankach chyba tylko jeszcze mocniej rozjątrzyła ten temat, ale pomimo tego wszystkiego, podobnie do ciebie, nie usłyszałam ani jednego słowa przeciw egzekucji jakiej dzisiaj byliśmy świadkami...
- Uspokoiłaś mnie — przyznała z cicha Elaine.
- Cieszę się. Głupio mi, że do tego wszystkiego doszło, Elaine. Nie miałam złych zamiarów. Ja naprawdę chciałam, byś wreszcie zakopała topór wojenny z Bakat.
- Wiem to i tylko dlatego przestałam się już na ciebie złościć — odparła Elaine, patrząc na młodszą wampirzycę z powagą i lekką naganą.
- Wybacz...
- Przyjmuję twe przeprosiny i wybaczam, lecz jeśli jeszcze raz wpadniesz na durny pomysł zeswatania mnie na balu, to zapewniam cię, że gorzko tego pożałujesz!
- Oczywiście! - Amelia skłoniła lekko głowę i wróciła do jedzenia.

Godzinę później wszyscy zgromadzeni w jadalni goście usłyszeli huk gwałtownie otwieranych do sali balowej drzwi i czyjeś ciężkie, pośpieszne kroki. Zanim jednak ktokolwiek zdołał wykonać jakikolwiek ruch, do pomieszczenia wpadło dwóch mocno zdyszanych strażników, którzy z podzwanianiem zbroi wyhamowali ostro przed zdumioną królową.
- Wasza wysokość... Na wysokości lasu, kilometr stąd patrol dostrzegł samotnego wojownika otoczonego przez naszego nieprzyjaciela. Nie mamy pojęcia, kim jest ów mężczyzna, lecz pozycja jego stracona, jeśli nie przyjdziemy mu z pomocą — rzekł wyższy z nim, łapiąc wreszcie oddech. W sali zamarły wszystkie głosy, wszyscy w napięciu wpatrywali się w Elaine, która słysząc relację swego człowieka, natychmiast powstała z miejsca. Tuż po niej podniosła się również Amelia.
- Zakończyć bal! - zażądała królowa. - Przywdziewać zbroje. Konie mają być gotowe do drogi!
Strażnicy skłonili się nisko i wybiegli.
- Co zamierzasz? - zapytała ją w chwilę później siostra, gdy wyszły z sali.
- Zabić te ścierwa — odparła swobodnie, zmierzając do swej komnaty. - I walczyć!
- Żartujesz?! - wykrzyknęła zdumiona tą informacją księżniczka, z wrażenia zatrzymując się w połowie drogi.
- Bynajmniej!

Kilka minut później, korzystając z nadludzkiej prędkości wampirów, wszyscy wojownicy zgromadzili się już w potężnych stajniach, a wśród nich była również większa część gości, którzy na każdy bal organizowany przez rodzinę królewską mieli obowiązek przybywać ze swymi zbrojami. Teraz wszyscy oni wraz z Amelią czekali już tylko niecierpliwie na przybycie jej wysokości, a gdy to w końcu nadeszło, zdumieli się, że królowej tak dobrze w zbroi. Elaine, gdy tylko wspięła się na siodło, dała hasło do wymarszu. Zagrały trąbki. Konie uderzone lekko piętami w boki ruszyły niespiesznym kłusem, grzmiąc podkutymi kopytami w kamienną posadzkę dziedzińca. Mocno już zmierzchało, więc nie było obaw, że ktoś postronny na nich wpadnie przez przypadek. Tuż za bramą główną bieg koni przyspieszono do galopu, dzięki czemu w kilka minut znaleziono się na wzgórzu nieopodal miejsca ataku.
Faktycznie. Sytuacja owego wojownika nie wyglądała na zbyt wesołą, chociaż wbrew logice radził sobie całkiem nieźle i położył już dobry tuzin groźnych przeciwników. Tych jednak było zbyt wielu, jak na jednego człowieka, więc gdy zachwiał się i tracąc równowagę, padł, Elaine wydała natychmiastowe hasło do ataku. Zadźwięczały trąbki heroldów. Wstrzymywane wierzchowce runęły w dół zbocza z siłą śnieżnej lawiny i choć przeciwnik zdołał się przegrupować, nie zdołał ustać pola, gdy szarżujące konie wpadły pomiędzy wrogich wojowników. Potężne wilki zaskowyczały żałośnie, gdy spadła na nich pierwsza fala grotów lanc, miecz i kopyt. Co prawda zrzuciły z siodeł kilka wampirów, lecz wkrótce nowa fala odciągnęła ich z daleka od rannych.
- Znieść rannych do zamku! - wrzasnęła Elaine do najbliższych rycerzy, tnąc szeroko w łeb wilkołaka, który właśnie próbował odgryźć jej nogę. - Resztę spalić! - z mlaśnięciem wyciągnęła swój długi miecz z ciała martwego psa i odwróciła się w siodle.
Czas się zatrzymał. Wszystko umilkło. Widziała tylko brązowe oczy ocalałego wojownika, który wpatrywał się w nią z niebywałą ulgą i wdzięcznością.

1 031 czyt.
100%132
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1324 słów i 7362 znaków, zaktualizowała 7 sie 2017.

2 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 9 maj 2018

    Ciekawie rozwijasz akcję i potrafisz utrzymać napięcie, fajne opowiadanie

  • Palolcia

    Palolcia · 15 sie 2017 · 193487167

    Świetne dalej dalej :-D