Z sennika Marty. Najazd Szwedów

Dzień drugi
Tym razem świąteczne oglądanie "Potopu", przeniosło mnie w we śnie do tych czasów.

Razem z innymi niewiastami przeżywałam, że lada dzień przybędą do nas Szwedzi. Ja skromna szlachcianka, samotna białogłowa miałam w swej pieczy dworek. Rozbisurmanienie żołdacy niechybnie go spalą, a mnie i inne białogłowy zaczną srodze napastować. Już wyobrażałam sobie, jak zadzierają mi moje szerokie spódnice, jak pijani włażą na mnie, żeby tylko mnie pohańbić... Dziewki służebne spotka los nie lepszy, a moją ciotkę, czterdziestoparoletnią wdowę też zapewne nie oszczędzą. Razem płaczemy nad swym losem.
- Dziewczęta... nie uchronicie swych wianków - biadoli ciocia Hanka.
- Cóż nam czynić? - pytam przerażona.
- My, białogłowy, możemy jeno wywiesić białą szmatę... Tylko poddanie się ich woli może nas ocalić... - smutno kiwa głową wdowa.
- A więc mamy im ulec? Mamy dać się pohańbić? Stać się dla nich jeno uciechą, rozrywką?
Dziewuszki tulą się do siebie jak pisklęta.
- A co jeśli nas nie tylko pohańbią, ale i zbrzuchacą?
- Taka nasza dola niewieścia... możemy jeno podciągnąć spódnice...
Ciągle dobiegały straszliwe wieści. Szlachta poddała Brześć za to, coby Szwedzi nie złupili ich dworów. Na próżno...
Wieść głosi, że te lutry mają w portkach żelazne osłony na swych męskościach, przeto mogą srogie krzywdy wyrządzić białkom...
Dziewoje jeszcze żałośniej zapłakały nad swym losem.
Kolejna wieść niosła, że te kalwiny chcą naszą ziemię katolicką obracać w protestancką w ten diabelski sposób, że umyślnie będą tak naszych niewiast używać, coby potem porodziły ewangelicki pomiot...
Znów jęki i zawodzenia wśród panien i starszych jejmości poczęły się srogie.

Wreszcie tętent końskich kopyt i pojedyncze strzały zwiastowały przybycie tych diabłów wcielonych.
- Kzie jadlo, piwo i... dziefki?! - spytali pierwsi najeźdźcy, patrząc lubieżnie.
- Waćpanny, przypominam - zakrzyknęłam - jedynym naszym ratunkiem jest uległość... Chyżo zapodajmy panom żołnierzom strawę i napitki...
- I... dzieffki!!! - dopominał się pijany, gruby wachmistrz.
Ależ zaglądał mi w dekolt, kiedy osobiście usługiwałam, nalewając im trunek do kielichów. Palcem odsłonił mi go bardziej, zapuszczając mi tam żurawia.  
Byłam zdumiona, bo zdało mi się, że w obliczu takiego nieszczęścia, moje piersi, i tak już dorodne, urosły do monstrualnych rozmiarów... jakby ich celem miało być czynienie uciechy dla rozpustnych żołdaków!
- Gut, gut! - ucieszył się rajtar, jeszcze bardziej rozciągając moją bluzeczkę - Szyne titten!
Ledwie wyswobodziłam się z jego łapsk, już trafiłam do kolejnych żołdaków. Gdy polewałam im do kufla, potężna graba przylała mi sążnistego klapsa w mój wypięty tyłek...
A ja, co mogłam? Jedynie udawać, że uśmiecham się do nich i życzyć:
- Smacznego panowie oficerowie!
Kątem oka spostrzegam, że dziewki służebne są traktowane o wiele bardziej bezpardonowo! Ich piski wręcz wypełniają izbę. Wszystkie są szczypane i klepane po zadkach. Co rusz, któryś wiarus schwyci którąś za cycek, a często wepchnie rękę pod spódnicę...  
Widzę, że nie tylko mi tak mocno nagle rozrosły się piersi. Młynarzówna ma je wielkie jak dynie! Służka Jadwinia także dźwiga tęgie banie... No i obydwie dziewoje najniecniej są nagabywane przez Szwedów. Odszczepieńcy nastają na nie na każdym kroku. Ale, żeby tylko prawili im sprośne komplementy, jak mi, o nie! Sadzają je sobie na kolana, coby łacniej je obłapiać!
Nawet nadobna ciocia Hanka nie może się od nich opędzić, pludry narzucają się jej już w drzwierzach, nie słyszę, co do niej mówią, ale ze strzępów słów wnoszę, że stręczą... namawiają... domagają się... żeby poszła z nimi na siano... Co za potwarz dla szacownej matrony...
Wiem, że zali tylko zaspokoją swój apetyt na strawę, zaczną zaspokajać swe chucie...
Już widzę, że ciągną tę gładką młódkę, kasztelanównę, do piwniczki! Już po jej wianku...
Wtem słyszę ryk!
To Jadwini rozerwali bluzkę! Cała czereda gapi się wszetecznie na jej wybujałe cyce... Po kolei żołdactwo rwie się do macania!  
- Jak tak można! - chciałam wykrzyczeć, ale jakaś brudna, klejąca się dłoń od miodu, zatkała mi usta. Jednocześnie druga wdarła się w mój kaftanik!
- Nie... nie... - proszę. Ale nadaremno. Swawolnik gniecie mi biust, jakby gniótł poduszki!
Gdy próbuję się uwolnić, podbiega jego kompanion i już dwie pary dłoni buszują po moim ciele! Plądrują je, jakoby plądrowali jakoweś skarby. Nie dość, że miętoszą moje cycki, to wdzierają się mi pod spódnicę!
Nie ma takiej części ciała, której by mi ci harcownicy nie zmacali.
Na moje nieśmiałe protesty odpowiadają hardo.
- Albo będziesz splegliwą, albo spalimy ten dwór i nie oszczędzimy żywota twej czeladzi!
Cóż miałam za wybór?!
- Panowie oficerowie... będę wam uległa...
Dostrzegam, że inne niewiasty idą w ślad za mną. Ku prawdzie, popiskują, ale dają się prowadzić jak niewinne owieczki na rzeź...
Żołdacy prowadzą mnie do ławy, na której wieczerzali. Odgarniają statki i popychają, cobym się rozłożyła przed nimi na plecach. Krótko tylko się ociągam, ale gdy dostaję soczystego klapsa, natychmiast potulnie spełniam ich nakazy.
Widzę, że po mojej prawej stronie takoż samo legła ciotka Hania, a po lewej młynarzówna.
Żołdacy lubują się w sprawowaniu rządów, hardo nam komenderują.
- Dzieffki! Do góry kiecki!
Rozejrzałyśmy po sobie. W licu cioci dostrzegam gotowość do spełnienia komendy, u młynarzówny widzę łzy w oczach, pewnikiem właśnie żegna się ze swą cnotą...
- Bystrzej! - ryknął gruby wachistrz.
Widzę, jak wszystkie trzy, jednocześnie chwytamy się za skraj materiału.
Drżącymi rękoma podciągamy go równocześnie i wkrótce nasze spódnice są zadarte...
- Halki też! Nuże dziefki! Żwawiej! Chcemy zoczyć wasze kuciapki!
Czuję się tak upokorzona... Wszystkie tak się czujemy. Obcy żołdacy oglądają sobie nasze gołe piczki! Ten z lewej, z wąsiskami jak bies wpycha grubego palucha młynarzównej! Dziewczę piszczy w niebogłosy!
- Ciasna! Ani chybi cnotka!
"O matko! Zaraz będą komentować moją dziurkę..."
Najpierw jednak zarechotał stary wiarus, który ucapił ręką krocze cioci Hani.
- Dalibóg! Ale przestronna norka! Widno często używana i to okrutnie!
Ciotka, od dawna wdowa, spłoniła się okrutnie. Nie raz była widziana z karczmarzem, parobkami, a nawet z dobrodziejem!
Jezusieńku Nazarejski, ale co będzie teraz - strapiłam się w duchu - azaliż to nie łgarstwo, że te huncwoty mają przyrodzenia ze stali???
- A teraz ciewczenta... szeroko nuszenta!
Znów, jakby synchronicznie, spełniłyśmy polecenie. Po prawej stronie moja noga dotknęła Hani, a po lewej młódki od młynarza.
Rychło przekonałysmy się, z czym będziemy miały do czynienia. Ich poteżne męskości albo były ze stali, albo w nią okutane, albo tak mi się zdawało...

Wtem dobiegła komenda z tyłu, wykrzyczana gardłowo:

- Kchędożyć!

Nasze piski znów zsynchronizowały się ze sobą, gdy wszystkie jednocześnie poczułyśmy napieranie potężnych taranów. Pomyślałam sobie, że teraz ciotka ma najlepiej, ale młynarzównej współczułam, bo sama z trudem przyjmowałam brutalne wchodzenie we mnie strasznego pala. Wydawało mi się, że mi rozerwie piczkę... Wdzierał się w nią okrutnie, penetrował, niczym pika na niedźwiedzia!

Czułam go na dnie pochwy... nie... głębiej, jakby wbił się w macicę...

Rozpoczął srogie chędożenie. Jakby pompowanie... Miałam wrażenie, że w rytm tego pompowania rośnie mi brzuch! Tak!!! Zostaję w błyskawicznym tempie zbrzuchacona!

Rozglądam się na boki, zarówno ciocia Hania, jak i młynarzówna mają wielkie bębny!

Zatem owe niecne plotki okazały się ziszczać. Wszystkie mamy po najeździe Szweda ostać się w stanie błogosławionym! Och! My biedne niebogi! Nie dość, że pohańbione, nie dość, że z nieślubnymi dzieckami, to jeszcze spłodzone przez bisurmana! Oj dolo nasza!

Stękałam. Nie tylko nad okrutnym moim losem, ale i przez okrutne dźgania szwedzkiego kopijnika. Jego kopia nacierała bezlitośnie niczym piekielny tabun pustoszący nasze ziemie.

Takoż samo żałośnie stękała młynarzówna, cioteczka jęczała jeszcze głośniej. Zdało mi się, że nasze jęki są jakby z sobą skoordynowane. Gdym spojrzała w obie strony, dostrzegłam, że żołnierze szturmują równomiernie i równocześnie, jak na manewrach...

Zadają sztychy jak na ćwiczeniach z fechtunku. A nasze stęknięcia, dodają im ochoty, do coraz głębszych pchnięć.

Gdy przyjrzałam się dobrze, zobaczyłam, że za naszymi ciemięzcami stoi w szeregu, długi łańcuszek ich kamratów, czekając na swoją kolej.

Wkrótce nastąpiła zmiana warty. I kolejna. I znowu!

Coraz srożej byłyśmy chędożone. I w coraz większym tempie, bo nasi ciemięzcy byli ponaglani przez tych z tyłu. Każdy następny przystępował z coraz większą lufą.

Wreszcie naprzeciw mnie stała... armata!
Z przestrachu krzyknęłam!

I to dobrze, że krzyknęłam, bo dzięki temu się obudziłam... Sny też trzeba umieć kontrolować...

Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 1666 słów i 9402 znaków, zaktualizowała 7 sty 2020.

4 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Historyczka

    Z drugiej strony, sen to sen... we śnie nawet taka kolubryna może wystrzelić...

  • Historyczka

    Troszkę rozbudowałam zakończenie, napiszecie swoje uwagi - czy jest lepiej?

  • Aladyn

    @Historyczka Sądzę, że to rozbudowane zakończenie dobrze zrobiło całemu opowiadaniu i jest jakby klamrą spinającą.
    Nie dziw, że obudziłaś się z krzykiem. Którąż białogłowę nie przeraziłby widok takiej lufy. I to nie byle jakiej armatki, ale potężnej i budzącej strach kolubryny gotowej do strzału, zanim imć pan Kmicic nafaszerował ją wybuchową kiełbaską.   :D

  • enklawa25

    Świetne opowiadanie. Bardzo fajny pomysł na opowiadanie  ;)

  • Aladyn

    Jako żywo mogłoby się to wydarzyć jakże cnotliwej i bogobojnej Oleńce i jej ciotce Kulwiecównej. Jeno to nie Szwed okrutny, szatański pomiot to uczynił. To nader wesoła, ale też niecna kompanija pana Kmicica pohulała z panienką po swojemu.
    Pomysł świetny, jako też i jego realizacja w formie marzeń sennych. Co następne? Może obmierzły czambuł Tatarów z Dzikich Pól ogniem i mieczem będzie pustoszył kresowe stanice hańbiąc napotkane białogłowy.

  • Historyczka

    @Aladyn świetny język! jaka szkoda, że nie zasięgnęłam języka :) u Ciebie przed napisaniem... "pohulać, po swojemu, kompanija... okrutny Szwed!" piękne!

  • Aladyn

    @Historyczka  A gdzieżbym ja, chudopachołek, śmiał doradzać Osobie tak wspaniale operującej staropolszczyzną, terminologią militarną i okaleczonym przez szwedzkich żołdaków naszym pięknym językiem. Marto Historyczko! Jam nie godzien całować palców Twych stukających w klawiaturę.  
    :)