Opowieść inna, niż inne - rozdział 34

- Okłamałeś mnie! - rzekłam z wyrzutem. - Nie tylko Konrad zginął!
- Nie okłamałem, tylko chwilowo zataiłem przed tobą część prawdy. Byłaś tak zestresowana, że nie chciałem cię dodatkowo denerwować — mruknął, gładząc mnie delikatnie po brzuchu. - Sam byłem zestresowany. Ciągła ucieczka i zdrada Konrada doprowadziły mnie na skraj furii. Wybacz...
- Rozumiem, jednak mam nadzieję, że pomimo wszystko między nami nadal będzie dobrze... Że zostaniesz.
- Powiedziałem ci przecież, że nie odejdę. Kocham cię, Wiki i nie mam zamiaru cię tracić, nawet po tym, jak ze mną sobie pogrywałaś. Wiem jednak, co cię do tego wszystkiego popchnęła i wiem, że gdyby nie działania Konrada, to nigdy byś tak na niego nie spojrzała.
- Dziękuję, że tak we mnie wierzysz — mruknęłam, spuszczając wzrok. - Ale nawet wiedząc teraz, czemu Konradowi tak zależało, bym od ciebie odeszła, czuję do siebie jeszcze większą odrazę.
- Wiki... Przestań.
- Nie! - pokręciłam gwałtownie głową. - Nie, bo muszę to powiedzieć. Seba, jak sobie pomyślę o tym, że gdyby on był mądrzejszy...
- ...to wiedziałby, że go rozgryzłem — mruknął, przerywając mi, za co natychmiast pacnęłam go w łeb.
- Uspokoisz się?! - warknęłam. - Jak pomyślę o tym, że tyle razy miał okazję, by cię zabić... że przecież mógł to zrobić po cichu w Rosji, to aż robi mi się niedobrze! Byłam taką idiotką, dając mu się w to wszystko wciągnąć i nie mogę sobie wybaczyć, że mogłam cię tak łatwo zdradzić, że okazałam się ciebie kompletnie niewarta, że...
- Wiki, uspokój się — objął mnie mocno, wyczuwając, że cała drżę. - Pamiętaj, co powiedział lekarz — nie wolno ci się denerwować... I posłuchaj mnie uważnie! W swoim życiu popełniłem wiele błędów i za wiele przyjdzie mi jeszcze słono zapłacić. Niestety. Ale kocham cię nadal i na pewno nie zostawię! Wiem, że mogłem cię przed tym wszystkim ustrzec, że mogłem go przecież zabić, gdy dotarło do mnie, kim on jest, ale... Gdzieś tam we mnie wciąż jest to przeświadczenie, że kompletnie nie nadaję się na twojego faceta i sądziłem, że... że być może Konrad jednak okaże się w porządku i że to z nim powinnaś się związać... Ale za każdym razem, gdy o tym myślałem, dochodziłem do wniosku, że cię nie zostawię, bo on skrzywdzi cię jeszcze mocniej, niż ja.
- Nigdy mnie nie skrzywdziłeś, Bucky — wyszeptałam ze łzami w oczach.
- Nie? A kiedy go we mnie ponownie obudzili i na ich rozkaz próbowałem cię zabić? - jęknął, patrząc na mnie niepewnie. - To, co mi zrobili...czym mnie zrobili... To wszystko już na zawsze we mnie pozostanie i nikt tego ze mnie nie wykasuje. Wystarczy siedem głupich słów, bym stał się parszywą, bezmózgą maszyną do zabijania!
Wstał gwałtownie i zaczął krążyć po saloniku, w którym siedzieliśmy. Wbiłam w niego zaniepokojone spojrzenie. - Wiem, że nigdy nie zostaną mi wybaczone zbrodnie, których się dopuściłem, będąc Zimowym Żołnierzem.
- Przestań się zadręczać, bo to nie ma najmniejszego sensu — powiedział naraz Vince, wchodząc do pokoju razem z resztą swojej rodziny. - Niszcząc HYDRĘ, dowiodłeś, że jest w tobie człowieczeństwo, które oni tak bardzo starali się w tobie zniszczyć. A ciąża Wiktorii jeszcze bardziej to potwierdza — podszedł do barku i każdemu nalał po lampce wina, ja dostałam szampan bezalkoholowy. - Wypijmy za spokojną i bezpieczną przyszłość, jaka nas czeka po unicestwieniu HYDRY.
Spojrzałam z uśmiechem na Sebastiana i dojrzałam w jego oczach cień zwątpienia. Domyśliłam się, że chodzi mu o nas powrót do Polski, gdy delikatnie odwzajemnił smutny uśmiech.
- Bezpiecznie to może i będzie, ale spokojnie, to na pewno nie – mruknął, obracając w palcach kieliszek.
- Czemu? – zainteresowała się Sylvia.
- Bo nadal jestem poszukiwany – przypomniał jej Bucky. – I wątpię, by rządy tak łatwo odpuściły polowanie na mnie.
- Miejmy nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży – zauważyła Monique. – Przecież przez te kilka miesięcy cała ta wciąż napięta sytuacja w końcu się uspokoi.
- Kilka miesięcy? – zapytałam zaskoczona.
- A co, chcesz już teraz wyjechać? W tym stanie?
Spojrzałam nerwowo na Sebastiana.
- Jeszcze tak szczegółowo o tym nie rozmawialiśmy – przyznałam.
- A więc informuję was, że dopóki wasze dziecko nie osiągnie wieku odpowiedniego do podróży, to stąd nie wyjedziecie. Nie darowałabym sobie, gdyby wtedy stało się coś maleństwu.
- A więc nie jest to próba zamknięcia nas tutaj na zawsze? – zapytał Bucky, siadając znów przy mnie.
- Oczywiście, że nie! Dlaczego tak myślisz? Przecież doskonale wiemy, jak bardzo oboje chcecie wrócić do Polski...
Ponownie uśmiechnęłam się do kobiety.
- Dziękujemy za możliwość zostania tu jeszcze przez ten czas – mruknęłam.
- A co z waszym ślubem? – zapytała znienacka Bianka.
- Dalej planujemy go wziąć – odparł natychmiast Sebastian.
- To wspaniale! – Sylvia niemal klasnęła w dłonie. – Wiki, pamiętasz, jak opowiadałam ci, że chciałabym ponownie wziąć ślub z Vincenzo? – przytaknęłam. – No więc możemy zorganizować to wspólnie. Przy okazji nie wzbudzimy tym aż takiej sensacji w miasteczku.
- Ciekawy pomysł – rzekł Sebastian, uśmiechając się szczerze. – Dziękujemy za propozycję. Z chęcią z niej skorzystamy!
- To wspaniale! – ucieszyła się Sylvia. – Myślę, że przyjęcie będzie można zorganizować w ogrodzie. Ale dopiero po tym, jak urodzisz, byś mogła wcisnąć się w swoją suknię – zwróciła się do mnie. Zaśmiałam się i zerknęłam na Bucky'iego, który wzrok miał trochę nieobecny. Przyszło mi na myśl, że pewnie zastanawia się, gdzie ukryłam suknię.
- Spokojnie, jest dobrze schowana – mruknęłam. – Nie znajdziesz jej.
- Skąd wiesz, że w ogóle mam w planach ją szukać? – zapytał zaskoczony.
- Zamyśliłeś się, gdy tylko Sylvia o niej wspomniała – odparłam z uśmiechem. – To było do przewidzenia, o czym myślisz.
- Ej, jestem aż tak łatwy do rozgryzienia? – obruszył się, tym samym wywołując ogólną wesołość.
- Tylko w tym wypadku, kochanie...

Przygotowania do tego podwójnego ślubu rozpoczęły się już w tydzień później, bo przecież trzeba było zaprosić gości, zamówić orkiestrę, opłacić księdza... Nic więc dziwnego, że nie zauważyłam szybko płynącego czasu i zanim się spostrzegłam, nadszedł termin porodu.
Wstałam tego dnia z łóżka, czując silne bóle w krzyżu i podbrzuszu. Cholera! Rozejrzałam się po sypialni, ale Sebastiana w niej nie było. Stanęłam na puszystym dywanie i zrobiłam chwiejny krok w stronę drzwi. Z trudem do nich dotarłam i stanęłam w progu.
- Seba?! - jęknęłam, zginając się pod wpływem kolejnego skurczu. - Seba?! - wrzasnęłam. Gdy po pięciu minutach przyszedł kolejny skurcz, a Sebastian się nie pojawił, zrozumiałam, że najwyraźniej nie ma go w naszym apartamencie. A musiałam go znaleźć! Trzymając się kurczowo jedną ręką za brzuch, wyszłam na korytarz. Z dołu dobiegły mnie głosy domowników. Zorientowałam się, że pewnie dalej omawiają plany ślubu i wesela. Trochę mnie to zdenerwowało, bo przecież miałam pełne prawo uczestniczyć w tych naradach, ale kiedy przyszedł kolejny skurcz, cała złość mi przeszła.
- Seba? – jęknęłam ponownie, ale zbyt cicho, by mógł mnie usłyszeć. Spojrzałam w dół schodów, decydując się zejść na dół, co w obliczu coraz silniejszych skurczów wcale nie było łatwe. Po pokonaniu kilku stopni i kolejnym skurczu musiałam się złapać mocno poręczy, by nie upaść. W końcu jednak na nogach jak z waty udało mi się dojść do salonu, w którym siedziało całe towarzystwo. Byli tak zaabsorbowani sprawami ślubu, że nawet nie zauważyli mojego pojawienia się.
- Bucky! – powiedziałam cicho. Sebastian odwrócił głowę w moją stronę i natychmiast zerwał się z fotela.
- Wiki, co ci jest? – zapytał, pomagając mi utrzymać się w jakim takim pionie.
- Skurcze – wyjęczałam, bo zaczynało mnie boleć coraz mocniej. – Aaaa! Boli!
- Cholera, ona rodzi! – Monique zerwała się ze swego miejsca i podbiegła do nas. – Sebastian, bierz ją natychmiast do ambulatorium!
- Lekarz ma urlop! – powiedział niespokojnie Vince. – Wróci za tydzień.
- Cholera, że też teraz musiał wyjechać! – Seba zgrzytnął zębami i pomógł mi ustać, gdy znów zgięłam się pod wpływem skurczu. – Co mam robić?
- Przede wszystkim nie panikować! – zażądała Monique. – I bierz ją do tego ambulatorium. Tylko tam znajduje się wszystko, by przyjąć poród!
Sebastian spojrzał na nią jak na wariatkę, następnie na mnie wykrzywioną w grymasie bólu i nie czekając już na nic, ostrożnie wziął mnie na ręce i popędził w stronę ambulatorium.
- Boli! – wrzasnęłam mu do ucha, gdy układał mnie na wysokiej leżance.
- Ciii, skarbie, będzie dobrze – powiedział współczująco, gładząc mnie po włosach. W jego spojrzeniu dostrzegłam zmartwienie. Nie było przecież z nami lekarza!
- Sebastian, będziesz mi potrzebny! – powiedziała stanowczo Monique.
- Co? – zdumiał się. – Dlaczego ja?
- Bo ja tak mówię! Musisz być silny i nie zwracać uwagi na to, co będzie się dziać z krokiem Wiktorii, jasne? Ostatnim razem stałeś przy jej głowie, więc tego nie widziałeś, ale teraz będę potrzebować cię tutaj! – warknęła, zdejmując mi ciążowe dresy i bieliznę.
Spojrzał na mnie lekko niepewnie i stanął przy Włoszce, która rozchyliła mi mocno nogi.
- Dobrze, odpręż się, bo to jeszcze może trochę potrwać. Wody płodowe jeszcze ci nie odeszły...
- Skończcie to! – wydarłam się, zaciskając kurczowo palce na rogu prześcieradła.
- Spokojnie, Wiki, wszyscy jesteśmy przy tobie – mruknęła Bianka, ocierając mi zroszone potem czoło.
- Nie pozwolę, by coś ci się stało, Mycha – powiedział Sebastian po polsku, spoglądając na mnie znad kolejnego prześcieradła, którym zostałam okryta. – Będzie dobrze.
Po chwili poczułam, jak między nogami rozlewa mi się lepka woda. Znaczy, nie było już odwrotu!
- Kiedy poczujesz następny skurcz, przyj! – powiedziała Monique. Spięłam się w sekundę później...

- Nareszcie koniec. – Monique uśmiechnęła się do mnie łagodnie, po kilku minutach porodu podając mi wreszcie dziecko. Przymknęłam lekko powieki i chwyciłam maleństwo w objęcia.
- Druga dziewczynka – wyszeptałam, obdarzając Sebastiana zmęczonym uśmiechem. Podszedł do mnie i przyjrzał się dopiero co narodzonej córeczce.
- Wiem, że wcześniej nie rozmawialiśmy o imieniu dla dziecka, bo zawsze coś nas rozpraszało, ale co powiesz na Ninę? – mruknął, gładząc mnie po mokrych włosach. Zauważyłam, jak zmęczony był.
- Piękne imię. Powinieneś odpocząć – zasugerowałam.
- Nie jestem zmęczony – odparł natychmiast, starając się grać twardszego, niż w rzeczywistości.
- Oczywiście – uśmiechnęłam się. A niech sobie będzie twardzielem. Nic mi to przecież nie szkodziło! Syknęłam jednak, gdy poczułam ukłucie.
- Wybacz, muszę dać ci znieczulenie, by pozszywać to, co pękło – odezwała się Monique przepraszającym tonem.
- Na pewno wiesz, co robić? – zaniepokoił się Sebastian.
- Oczywiście, uczyłam się na anestezjologa, zanim poznałam Marco i weszłam do mafijnej rodziny. Wiem, jak znieczulać.
Bucky kiwnął jej tylko głową i usiadł na krześle obok mnie.
- Jak się czujesz? – zapytałam go z troską.
- Oszołomiony – przyznał. – Jeszcze nigdy nie odbierałem porodu.
- Było bardzo źle?
- Nie – pokręcił przecząco głową. – Powiedziałbym, że chyba raczej normalnie, przecież to naturalny proces... Ale nawet szkolenie HYDRY nie przygotowało mnie na taką ilość krwi...
Zaśmiałam się i przytuliłam policzek do jego dłoni.
- Kocham cię, Bucky.
- A ja ciebie, Myszko – mruknął i cmoknął mnie w czubek czoła. – Poleż tu spokojnie, a ja pójdę się trochę opłukać...
- Dobrze.

Domowy lekarz zjawił się w posiadłości dwa dni po porodzie, zaalarmowany przez Vince;a i orzekł, że dziecku nic nie grozi. To była naprawdę dobra informacja!

- Nie mogę uwierzyć, że uczestniczyłeś w porodzie! – powiedział Paulo, z podziwem patrząc na Sebastiana, gdy wszyscy siedzieliśmy w salonie kilka dni później. Na rękach trzymałam śpiącą Ninę, a Sebastian pilnował bawiącej się na dywanie Lenki. Mała jeszcze nie do końca rozumiała, że została starszą siostra, ale przejawiała już zainteresowanie małą istotką, która tak nagle pojawiła się w jej świecie. – Ja bym chyba zemdlał!
Seba uśmiechnął się do niego lekko, a Bianka odezwała się zjadliwie:
- Dlatego nie pozwoliłam ci przy mnie zostać, bo wiedziałam, że pewnie byś zemdlał!
Zachichotaliśmy wszyscy zgodnie, a zaczerwieniony Paulo pocałował swoją żonę w policzek.
- Wiesz, też jestem jeszcze lekko oszołomiony – przyznał Seba. – Ale było to niesamowite uczucie i jeśli tylko będę miał taką okazję, to chętnie z niej skorzystam...
- A ja postaram się, byś dotrzymał słowa – wyszeptałam mu po polsku do ucha, na co tylko mruknął:
- Sam tego dopilnuję!

Trzy miesiące później.
Westchnęłam głęboko, starając się uspokoić, co w obliczu zbliżającego się ślubu z Sebastianem wcale nie było takie łatwe... Spojrzałam niepewnie w lustro, zastanawiając się, czy mu się spodobam. Uważałam, że wyglądam całkiem ładnie, ale jak wiadomo, faceci mają odmienny gust... Co prawda suknia była odrobinkę ciaśniejsza, niż kiedy ją kupowałam, ale nie oszukujmy się — przytyłam w czasie ciąży, choć starałam się dzielnie zrzucić zbędne kilogramy.
Podskoczyłam, oglądając się nerwowo za siebie, gdy drzwi do naszej sypialni otworzyły się niespodziewani. Na szczęście nie był to Sebastian, lecz Monique.
- Cudownie wyglądasz — powiedziała, uśmiechając się do mnie delikatnie. - Sebastian będzie oczarowany.
- Tak myślisz? - zapytałam niepewnie, ponownie przeglądając się w lustrze.
- Jestem tego pewna!
- To dobrze — mruknęłam. - Lubię, gdy mu się podobam.
- I tak właśnie być powinno... Wiem, że pewnie mocno się stresujesz i najchętniej zostałabyś tu jeszcze przez najbliższe kilka godzin, ale musimy iść...
Jeszcze raz spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i pozwoliłam Monique, by przypięła mi skromny welon, a następnie zeszłam z nią i Sylvią do salonu, gdzie czekali już na nas świadkowie. Sebastian i Vince w towarzystwie Bianki, która miała być moją świadkową i Joanne — siostry Sylvii, czekali na nas w drugim salonie. Gdy tylko się tam zjawiliśmy, oblicze Sebastiana rozjaśnił tak szeroki uśmiech, że nie miałam żadnych wątpliwości co do tego, czy mu się podobam, czy nie. A gdy chwycił mnie w objęcia i spojrzałam mu w oczy, zauważając w nich miłość i oddanie, poczułam, że mam wszystko, a mój romans z Konradem został mi szczerze wybaczony!...
Gdy wesele się skończyło, byłam tak zmęczona i szczęśliwa jednocześnie, że z samego przyjęcia niewiele pamiętałam, głównie czułe słówka Seby, gdy niemal non-stop prawił mi komplementy, śmiech gości oraz tę wszechobecną miłość, która otulała nas wszystkich niczym kokon.

- Było cudownie — wyszeptał mi Sebastian do ucha, gdy na drugi dzień siedzieliśmy na naszej sofie, ciasno w siebie wtuleni, obserwując śpiące dziewczynki. - Nigdy bym nie przypuszczał jednak, że własne wesele może być tak męczące — zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
- A jak sądzisz, czemu z zasady przeżywa się to tylko raz?
- Sylvia z Vincem wzięli ślub po raz drugi — zauważył przebiegle.
- Tak, ale oni chyba są z jakiejś innej bajki...
- Tylko im tego nie mów, bo się jeszcze obrażą... Mycha?
- Co tam?...
- Wiesz, myślałem o tym naszym powrocie do Polski.
- I? - zainteresowałam się natychmiast.
- Myślę, że moglibyśmy najpierw odwiedzić twoich rodziców...
- Oboje?
- A co? Chcesz to jakoś inaczej rozegrać? - zapytał.
- Jeszcze nie wiem — mruknęłam. - Ale to może być dobry pomysł... Zostawimy dziewczynki z dziadkami, niech się nimi nacieszą, a potem odwiedzimy twoich. Sądzę, że u ciebie w domu zejdzie nam trochę dłużej, niż u mnie... W końcu moi wiedzą, że żyję, a twoim trzeba będzie to wszystko dłużej tłumaczyć. No i nie wiadomo, jak oni zareagują na tak niespodziewaną informację...
- Masz rację... Jestem pewny, że będzie to dla nich potężny szok. Nie chciałbym jednak sprawiać im żadnej przykrości... Z mojego powodu już wystarczająco się wycierpieli.
- Wiem, dlatego chyba dobrze by było, jakby w tym czasie nie wtrąciła się nigdzie policja. Przecież nadal jesteś poszukiwany w większości europejskich miast... Nawet tutaj...
Nagle, zupełnie jakby na potwierdzenie moich słów, do naszego pokoju wpadł mocno zdenerwowany Vince, budząc oczywiście dzieci.
- Wybaczcie — mruknął, z trudem łapiąc oddech. - ale musicie stąd spieprzać.
- Co? Czemu? - Bucky wyglądał na mocno zdenerwowanego.
- Gliny tu jadą. Szukają cię po całym mieście. Ktoś cię podobno wczoraj widział.
- Co? Przecież ślub był tutaj! - zdumiałam się, kołysząc płaczącą Ninę.
- Wiem — warknął zdenerwowany Vince. - Zejdźcie na dół, matka zaprowadzi was do schronu... Zaniesiemy tam również wasze zdjęcia stąd i część ubrań Bucky'ego...
- A co powiecie policji? Że czyj to pokój?
- Kuzynki — odparł natychmiast Vince. - Pospieszcie się...
Dziesięć minut później niemal zbiegaliśmy po schodach, starając się nie obudzić ponownie śpiących dzieci. Vince niósł za nami naręcze ubrań Seby, kilka ramek ze zdjęciami i miał jeszcze wrócić po nasz komputer.
- Dobrze, że już jesteście — mruknęła Monique. - Idziemy do schronu, tam będziecie bezpieczni. Postaramy się jakoś zająć policję, by tam nie zajrzała. Ale i tak musicie być cicho.
- Za dzieci nie gwarantujemy, ale mamy nadzieję, że się nie obudzą... - mruknęłam. - Chodźmy, póki jeszcze mamy szansę i nikt nas tu nie złapał... Spojrzałam na Sebastiana, ale ten milczał, jak rzadko, zaciskając tylko szczękę. W jego oczach widziałam zdenerwowanie i niepokój o to, co stanie się ze mną i z dziećmi, jeśli jego jednak złapią. Gdy zamknęli nas w środku, poczułam się niemal, jak we własnym grobie. Fakt, że musimy siedzieć cicho i nie mogliśmy nawet rozmawiać, bo gdyby zeszli do piwnicy, mogliby nas usłyszeć, był przygnębiający, dlatego też czułam się tam tak niespokojnie i smutno. To, co działo się wewnątrz mnie było jednak najwyraźniej niczym w porównaniu z nerwami Seby, który nie usiadł nawet na sekundę, tylko nerwowo wędrował po obszernym pomieszczeniu. Jego ponure spojrzenie było bardzo wymowne, dlatego położyłam w końcu malutką Ninę na szerokiej sofie i niepewnie podeszłam do ukochanego. Obrócił się w moją stronę, a ja uśmiechnęłam się do niego niepewnie i przytuliłam mocno, chcąc tym samym dodać mu otuchy. Gdy oddał uścisk, zrozumiałam, że najwyraźniej radził sobie z tym dużo lepiej, niż ja. Poczułam, jak starał się dodać mi sił i jedynie poprzez dotyk pokazać, jak bardzo mnie kocha i mu na mnie zależy. Mimo to czułam jednak, że chciałby, by ta wizyta policji już się skończyła... Miałam nawet już nadzieję, że się nie zjawią w posiadłości, bo cisza nad nami trwała trochę zbyt długo, ale w końcu usłyszałam stanowczy głos Vince'a, który akurat rozmawiał z przybyłymi policjantami. Spojrzałam nerwowo na Sebastiana. Wpatrywał się w sufit. Poczułam niemal żal do tego fragmentu domu, bo przecież nic nie zrobił, bo jakby nie było, nie miał kompletnie jak, a Sebastian niemal mordował go wzrokiem! Zaczęłam się modlić, by to wszystko się już skończyło. Niestety, jak szybko się okazało, moje prośby, groźby i błagania na nic się zdały, bo już kilka minut później usłyszeliśmy odgłosy ciężkich kroków na schodach prowadzących do piwnicy. A potem ktoś pociągnął za klamkę. Drgnęliśmy nerwowo i chociaż wiedzieliśmy doskonale, że klucz ma Vince i za skarby świata go nie odda, i tak denerwowaliśmy się w tym momencie jeszcze mocniej.
- "Co jest za tamtymi drzwiami?" - usłyszeliśmy szorstki głos jednego z policjantów.
- "Osobisty pokój mojego zmarłego ojca... Coś na kształt małej kapliczki" - wyjaśnił gładko Vince.
- "A czemu akurat tutaj? I czemu jest zamknięty?"
- "Bo postanowiliśmy go otworzyć dopiero rok po śmierci ojca. Prosiłbym, by panowie to uszanowali..."
- „Robert, zostaw.” – usłyszeliśmy stanowczy głos dowódcy.
- „Ale, szefie!” – zaprotestował jakiś młody z głosu policjant.
- „Zostaw, powiedziałem! Idziemy, ich tu nie ma!”
Tępo wpatrywałam się w klamkę, która w końcu wróciła na swoje miejsce. Po chwili na schodach znów usłyszeliśmy kroki. Spojrzałam w ciemności na Sebastiana. Jego oczy były zmrużone, a mięśnie napięte. Wiedziałam, że gdyby dostali się tutaj siłą, nic nie powstrzymałoby go przed walką, z której nie pozwoliłby wyjść im cało!

1 517 czyt.
100%132
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 3827 słów i 21559 znaków.

2 komentarze

 
  • Malawasaczka03

    Malawasaczka03 · 11 gru 2017

      

  • zabka815

    zabka815 · 11 gru 2017

    Super część zrobiło się ciekawie i dreszczyk emocji zawitał u mnie   .   kochana autorko   i czekam na kolejną