Opowieść inna, niż inne - rozdział 28

Opowieść inna, niż inne - rozdział 28- Sebastian, na miłość boską, czy ty musisz za każdym razem aż tak się narażać?! - warknęłam zła do telefonu, jakiś tydzień później. Byłam roztrzęsiona, bałam się o tego kretyna, który tym razem najnormalniej w świecie przebywał sobie w północnych Niemczech, gdzie przeprowadzali kolejną akcję.
- To może mi z łaski swojej wreszcie powiesz, co i jak mam zrobić, by bez narażania się, zlikwidować HYDRĘ, co?! - odpyskował.
- Dobrze wiesz, że gdybym na coś takiego wpadła, to już dawno byś o tym wiedział! - prychnęłam, opierając się plecami o barierkę balkonu, na którym stałam. - Po prostu martwię się o ciebie, kretynie!
- Hmm, najwyraźniej mnie nie doceniasz... Może w takim wypadku najlepiej dla nas wszystkich będzie, jeśli po prostu pozwolę się tutaj zabić, co?! - ryknął. - I wszyscy będą mieli święty spokój. Łącznie z tobą!
- Ej! Przecież nie chodzi mi o twoją śmierć, Seba!... Seba? Sebastian!!! Ło żesz ty! Co za idiota! - warknęłam do ciągłego sygnału połączenia i odetchnęłam głęboko. Jego beztroski stosunek do tego wszystkiego coraz mocniej mnie martwił, bo Sebastian zaczął zachowywać się tak, jakby przestało obchodzić go jego własne życie! A do tego za żadne skarby nie mogłam przecież dopuścić...
Wróciłam do sypialni, rzuciłam telefon na łóżko i poszłam do Lenki. Przebrałam ją, przyszykowałam wózek spacerowy dla niej, wskoczyłam w sportowe dresy i z pomocą jednego z moich stałych ochroniarzy, którzy na polecenie Marco mieli nam wszystkim (kobietom) teraz zawsze towarzyszyć, staszczyłam wózek z załadowaną doń córeczką do holu. Z kuchni wzięłam dwie butelki mrożonej herbaty i wyszliśmy na jogging, który pomagał mi się odprężyć i zbudować choć częściową formę.
Bieganie zajęło nam ze dwie godziny, w których czasie nawet trochę pożartowaliśmy, bo Konrad był naprawdę sympatyczny, poza tym w zbliżonym wieku i szybko złapaliśmy dobry kontakt; po czym wróciliśmy zmachani do domu. Gdy tylko weszliśmy do środka, z piętra zbiegła Bianka.
- A, tu jesteś — powiedziała. - Sebastian nie może się podobno do ciebie dodzwonić i odchodzi już od zmysłów.
- Zostawiłam telefon w pokoju. Poza tym, skąd wiesz, że dzwonił?
- Bo do mnie też się dobijał i jeśli zaraz do niego nie oddzwonisz, facet zaalarmuje całe Włochy!
- Już idę — mruknęłam. Ale nie zrobiłam tak, jak proponowała koleżanka. Najpierw wzięłam długi, odprężający prysznic i dopiero wtedy sprawdziłam telefon. Czterdzieści nieodebranych połączeń i osiemnaście SMS-ów!!! Kiedy on miał czas to wszystko zrobić?! Przecież był na misji! Nie doczekałam się znikąd odpowiedzi, za to znów zadzwonił. Odebrałam.
- Czego?! - zezłościłam się natychmiast, choć nie miałam do tego żadnych realnych podstaw.
- Może byś raczyła odebrać, jak dzwonię, co?! - ryknął, aż rozbolało mnie ucho.
- Raczyłam...
- Po dwóch godzinach?! Co się z tobą działo?!
- Nie było mnie w domu!
- Co?
- To, co słyszysz! Nie było mnie w domu. Poszłam pobiegać! To chyba nie jest zakazane, co?
- Nie, ale telefon, to mogłaś ze sobą zabrać!
- Nie był mi potrzebny do szczęścia, skoro sam zasugerowałeś, że najlepszym wszystkiego rozwiązaniem będzie twoja śmierć! - prychnęłam sarkastycznie.
- Przesadziłem...
- I to nawet bardzo! - przyznałam mu rację. - Kiedy wracacie?
- Jeszcze nie wiem, to trudna operacja — powiedział ponuro. - Zrobili się nad wyraz czujni, w sumie im się nie dziwię, i musimy trochę ich uśpić, żeby wszystko się udało — wyjaśnił.
- Rozumiem... Więc już nie przeszkadzam. Pa.
- Kocham cię, wiesz?
- Miło mi to słyszeć — odparłam. - A ja ciebie.
- Dziękuję — powiedział jeszcze i się rozłączył, a ja się rozpłakałam. Łzy popłynęły mi wartkim strumieniem po twarzy, a z gardła dobyło się głośne łkanie. Padłam na kolana przy łóżku i zaczęłam się modlić, raz po raz zanosząc się histerycznym płaczem, który w końcu aż na korytarzu usłyszały dziewczyny.
- Wiki, co się stało? - zapytała mnie miękko Bianka, otaczając ramieniem. - Coś z Sebastianem?
- N-nie - załkałam. - T-to znaczczy t-t-tak... P-po prostu-u bo-oję się-ę o n-niego... N-niepot-trzebnie t-tak bardzo się naraża... Gdy...gdy go odzyskałam, miałam n-nadzieję, że t-to wszystko w-wreszcie-e się skończy. - Spojrzałam na nie, ledwo je widząc poprzez zasłonę łez.
- Sebastian żyje i to jest najważniejsze — powiedziała pocieszająco Sylvia, pociągając mnie na łóżko. - Wiem, że za bardzo się naraża, bo ma z tobą dziecko, ale pamiętaj, że on to robi właśnie dla was! Bo was kocha!
- To dlaczego czasami mam wrażenie, że o tym zapomina? - zapytałam beznadziejnie smutno. Dziewczyny westchnęły jakoś tak zgodnie i umilkły na jakiś czas. Ja również się nie odzywałam, od czasu do czasu tylko wycierając głośno nos w kolejne tony chusteczek. W końcu jednak dziewczyny zrezygnowały z prób pocieszenia mnie i poszły sobie.

Kolejne dni były tylko nerwowym oczekiwaniem na jakąś informację o Sebastianie lub HYDRZE w wiadomościach, ale jak na złość, było na ten temat całkiem cicho.
W końcu postanowiłam się znów rozruszać i wybrałam się na spacer z Leną i Konradem.
Po godzinie spaceru usiedliśmy na ławce, bo mała już się obudziła i stanowczo zażądała jeść. Nakarmiłam ją z butelki. Konrad przez cały czas przyglądał mi się uważnie. Zirytowało mnie to w końcu i kiedy wkładałam ponownie córeczkę do wózka, zapytałam go cicho:
- Czemu mi się tak przyglądasz?
- Bo jesteś bardzo ładna — powiedział bez żadnego cienia skrępowania w głosie. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Mam męża...
- Nie, nie masz. Sebastian nie jest twoim mężem.
- Przesadzasz! - ostrzegłam go, lekko podnosząc głos. Westchnął i niespodziewanie złapał mnie za rękę.
- Wiktoria... Wybacz, ale czy ty w ogóle jesteś z nim szczęśliwa? Facet goni za ludźmi, których pewnie nigdy nie zdoła dopaść, jednocześnie narażając cię na ogromne niebezpieczeństwo i stres, a siebie na pewną śmierć. Ja mogę zapewnić ci wszystko, o czym marzysz, tylko rzuć Sebastiana!
- Pozwalasz sobie na zbyt wiele! - warknęłam, wyszarpując dłoń z jego uścisku. - Kocham Sebastiana i to się nigdy nie zmieni! I dlaczego w ogóle miałabym się z tobą wiązać? - zapytałam ze złością, wstając i zakładając ręce na piersi w bardzo obronnym geście. Lena spała jak zabita. Konrad spojrzał na mnie pod słońce i również się podniósł z ławki. Był odrobinę wyższy od Sebastiana, więc tym samym zostałam zmuszona patrzeć na niego do góry. Gdy to zrobiłam, coś zadławiło mnie w gardle i momentalnie pożałowałam swojej decyzji.
- Nie będę cię do niczego zmuszać. Naprawdę — zaczął. - Ale chciałbym, byś znała różnicę.
- Jaką? - zapytałam zaskoczona.
- Taką — odparł i nachylił się w moją stronę. Nie zdążyłam zareagować, wobec czego już po chwili zamknął moje usta w pocałunku. Czułam, że włożył w niego uczucie, bo nie był ani brutalny, ani gwałtowny. Śmiało mogłam w tamtej chwili powiedzieć, że był dużo czulszy, niż niejednokrotnie Sebastian. Znaczy, oczywiście, gdyby dał mi wtedy dojść do słowa. A nie dał. Całował mnie delikatnie i z pasją, obejmując w pasie niczym najdroższy skarb, który trzeba chronić przed stłuczeniem.
W końcu jednak oderwał się od moich ust, ale nie wypuścił z objęć.
- I jak? Inaczej? - zapytał z kołtuńskim uśmiechem na ustach.
- Oczywiście — prychnęłam, starając się, by zabrzmiało to, jak najbardziej wzgardliwie. - To normalnie. Nie jesteś Buckim.
- Nie — przyznał, nie przestając się uśmiechać. - Ja cię nie narażę, Wiki.
- I go nie zastąpisz! - odparłam, natychmiast wyplątując się z uścisku jego rąk. - Nie, Konrad. To w żadnym wypadku nie byłoby mądre ani bezpieczne.
Spojrzał na mnie smutno i pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Ok. Rozumiem i przepraszam. Faktycznie się zapędziłem, ale po prostu tak bardzo mnie zafascynowałaś. Musiałem spróbować.
- Ja cię zafascynowałam? Czym?
- Wszystkim. Tym, jaka jesteś, że pomimo wszystko się nie poddałaś — wyjaśnił i pogładził mnie ostrożnie po policzku, jakby sprawdzając, czy dam mu w pysk...
- Chodźmy już — zaproponowałam cicho, odwracając głowę. Przytaknął mruknięciem i już w chwilę potem wracaliśmy w kompletnej ciszy do posiadłości.
Konrad wniósł mi wózek na górę i pożegnał się szybko, a ja zamknęłam starannie drzwi i z małą na rękach, oparłam się o nie ciężko. Cała się trzęsłam. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, a na dodatek przez cały czas czułam na ustach jego smak, a na skórze palący dotyk jego dłoni. W końcu ułożywszy małą w łóżeczku, postanowiłam wziąć ożywczą kąpiel, która, jak miałam nadzieję, jakoś mi pomoże. A przynajmniej zmyje jego zapach. Po godzinie pachniałam już wszystkimi dostępnymi w naszej łazience olejkami i balsamami, a i tak w nosie miałam cały czas mocny zapach jego perfum.
Westchnęłam, przebierając się w krótkie szorty i bluzkę na ramiączkach i wróciłam do salonu. Włączyłam telewizor, ale już po kilku minutach miałam dość włoskich telenoweli, więc przerzuciłam się na kanał informacyjny. Tym razem pojawiła się całkiem obszerna relacja o Zimowym Żołnierzu i HYDRZE, ale z tego, co zdołałam zrozumieć, nie schwytali Sebastiana, ani nie zabili. Umknął im. Ucieszyłam się tym bardziej, że pokazali dogaszanie pożaru jakiegoś budynku należącego do HYDRY, który służył im jako drukarnia fałszywych pieniędzy. Jak podała włoska telewizja, Niemcy już zamrozili konta bankowe osób, do których należał ów budynek i schwytali trzech odpowiedzialnych za ichnie operacje ludzi HYDRY. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że HYDRA pewnie jest niebywale wściekła z kolejnego małego zwycięstwa Sebastiana, gdy nagle on sam znów zadzwonił.
- Sebastian! - ucieszyłam się, być może nawet mocniej, niż faktycznie wymagała tego sytuacja. - Wszystko w porządku? Jak się czujesz? Kiedy wracacie?!
- Mycha, stało się coś? - zapytał miękko Bucky. Jego głos podziałał na mnie jak wiadro zimnej wody. Zdołałam się opanować.
- Nie — odparłam. - Po prostu właśnie leciały wiadomości.
- Media już wiedzą, co? - domyślił się. Przytaknęłam. - Nie musisz się martwić, nic nam nie jest.
- To dobrze. Kiedy wrócisz?
- Za kilka godzin, bo na rogatkach ustawione są patrole, a musimy dostać się na nasze zapasowe lądowisko, a jak na razie tłuczemy się drogami wiejskimi! - w jego głosie wyczułam wyraźne rozdrażnienie. Wcale mu się nie dziwiłam. Na ich miejscu też pewnie chciałabym jak najszybciej opuścić Niemcy.
- Już nie mogę się doczekać! - wyznałam szczerze.
- Ja też. Pogadamy w domu. Pa.
- Ja ciebie też! - krzyknęłam, ale nie wiem, czy mnie jeszcze usłyszał, bo zaraz rozległ się ciągły sygnał w komórce. Odetchnęłam głęboko, pragnąc za wszelką cenę uspokoić rozszalałe emocje. Udało mi się to dopiero, gdy z drugiego pokoju dobiegło mnie kwilenie Lenki. Wyszłam z nią na balkon, rozkoszując się piękną pogodą. Usiadłam na jednym z leżaków i w lekkim zamyśleniu zaczęłam karmić małą. Wkrótce się najadła, więc ukołysałam ją w ramionach.
- Piękny widok — usłyszałam po swojej prawej stronie. Wzdrygnęłam się, bo kompletnie zapomniałam, że nasz balkon połączony jest z balkonem pokoju, w którym mieszkali Konrad z Aidanem, a Konrad wyrwał mnie z przyjemnych rozmyślań. Zerknęłam na niego krótko.
- Dziękuję. Chcesz czegoś?
- Porozmawiać.
- Czyż nie rozmawialiśmy już dzisiaj i wszystko sobie wyjaśniliśmy?
- Być może tak, a być może nie. Słyszałem, że Sebastian dzisiaj wraca.
- Dokładnie — odparłam, zastanawiając się, cóż ten młody Włoch znów wymyślił. - Czego wobec tego chcesz?
- Byś się ze mną związała!
- Jesteś śmieszny! - prychnęłam. - Czemu miałabym? Bo ci się podobam? Wolne żarty!
- Bo cię kocham, Wiki! - powiedział poważnie, podchodząc do mnie. Odsunęłam się od niego o krok i wyminęłam go bez słowa i zamknęłam drzwi na balkon i zaciągnęłam zasłony. I tak czułam na sobie jego wzrok. Potem posiedziałam trochę z Leną, bo wyjątkowo mi marudziła i nie chciała spać, aż w końcu, gdy zasnęła, sama położyłam się spać. Znaczy, chciałam się zdrzemnąć, a że mi się usnęło po tym zwariowanym dniu... No cóż. Zdarza się najlepszym...
Obudziło mnie lekkie łaskotanie po twarzy. Mruknęłam coś niewyraźnie i otworzyłam oczy.
- Bucky! - uśmiechnęłam się do niego szeroko i rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie tak mocno, że aż zatrzeszczały mi kości.
- Przepraszam — wyszeptał, tuląc mnie czule. - Przepraszam, że tak wtedy na ciebie naskoczyłem. Nic mnie tak naprawdę nie tłumaczy.
- Już dobrze. Jesteśmy znów razem i nic nas nie rozłączy — pocieszyłam go. - Wszystko w porządku? Nie było żadnych problemów?
- Kilka było, ale nie takich, z którymi byśmy sobie nie poradzili — wyjaśnił. - Cały czas o tobie myślałem i nie mogłem sobie darować, że znów cię opuszczam. Nie będę wspaniałym materiałem na męża.
- Głupoty gadasz, kretynie! - skarciłam go lekko. - Będziesz cudownym mężem. Tak naprawdę już jesteś, tak samo, jak i ojcem! Zapamiętaj to sobie, proszę!
Kiwnął głową i puścił mnie.
- Tęskniłam — mruknęłam, gdy ściągał kamizelkę. Zerknął na mnie z kołtuńskim uśmiechem.
- Naprawdę?
- A co? Wątpisz? - prychnęłam, udając obrażoną.
- Oczywiście, że nie, kochanie... Po prostu wpadłem na pewien pomysł.
- Jaki? - zachichotałam.
- Zgadnij skarbie! - uśmiechnął się, poruszając sugestywnie brwiami. - Masz ochotę się zabawić?
- Z tobą zawsze, Bucky!...

- Dlaczego tak szybko? - zdenerwowałam się, gdy dwa dni później oznajmił mi, że znów wyjeżdża z ludźmi Marco.
- Wybacz, Wiki, ale wiesz, że aby w końcu ich zniszczyć, musimy działać na tyle szybko, by nie podnieśli się po ostatniej porażce — powiedział, zakładając spodnie, a zaraz po nich koszulkę, bluzę i kamizelkę. Spojrzałam na niego smutno, bo wtedy zawsze za bardzo przypominał mi Zimowego Żołnierza, a nie prawdziwego siebie.
- Wiem — westchnął, podążając za moim wzrokiem. - Wiem, że wyglądam, jak on, ale to najlepsze wyjście, choć też nie jestem z tego zachwycony... Chciałbym, by to wszystko już się skończyło. Coraz trudniej przychodzi mi z nimi walczyć i najchętniej rzuciłbym to wszystko w diabły i wyjechał gdzieś, gdzie mógłbym z tobą bezpiecznie żyć, ale takiego miejsca po prostu nie ma... Nie po tym, jak poruszyłem gniazdo szerszeni. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko doprowadzić do upadku HYDRY.
- Wiem — odburknęłam, obejmując się ramionami, jakby nagle zrobiło mi się przerażająco zimno. - Uważaj na siebie, co?
- Zawsze uważam! - spróbował się zaśmiać, ale marnie mu to wyszło. Podszedł do mnie i chwycił mnie za ramiona, spoglądając mi głęboko w oczy. - Obiecuję ci, że nie zginę ani tam, ani nigdzie indziej i dożyję z tobą końca naszych dni — powiedział poważnie. Rozpłakałam się natychmiast i to było dla niego najlepszą odpowiedzią.
Pół godziny później już ich nie było. Marco, który tym razem został razem z nami, ulotnił się razem z Monique, a ja z Bianką i Sylvią zostałyśmy w najmniejszym saloniku na parterze. W całym domu panowała nieskazitelna cisza, tylko nasze dzieci gaworzyły sobie uroczo, leżąc na puchatym dywanie. Teoretycznie z nami zostało jeszcze sześciu ochroniarzy, ale byli na tyle dyskretni, że zostawili nas w spokoju. Przynajmniej do czasu...

- Dziewczyny, nadal tu siedzicie? - zagadnął nas w końcu Aidan, wchodząc do pomieszczenia z Paulo, Simonem i Konradem, ku mojemu ogromnemu nieszczęściu. Ten ostatni, wchodząc, nie odrywał ode mnie wzroku, co niemal doprowadziło mnie do furii. Zgrzytnęłam jednak tylko zębami, bo przecież nie mogłam nijak zareagować.
- Tak, dalej tu siedzimy, bo martwimy się o naszych bliskich! - warknęłam, odpowiadając Aidanowi, ale patrząc na Konrada.
- Ale wiesz, że tak nie można przez cały czas? - powiedział Konrad właśnie. Miałam ochotę go udusić!
- Co nie zmienia faktu, że mam do tego pełne prawo i będę martwić się o Sebastiana tyle, ile potrzeba! - syknęłam, piorunując go wzrokiem.
- No, to ty się tu martw, a ja porywam Biankę na spacer i lody — ogłosił nagle Paulo, wyciągając dziewczynę z pokoju. Zgłupiałam kompletnie i spojrzałam dziwnie na Sylvię.
- Są parą — poinformowała mnie z uśmiechem.
- Od kiedy? - zdumiałam się. - Jakoś wcześniej nic nie zauważyłam.
- A, tym to się w ogóle nie przejmuj! Bardzo się z tym kryli — zaśmiała się Sylvia.
- Więc Marco i Monique o wszystkim wiedzą?
- Teściowa wie, a teść nie. Wściekłby się, gdyby dowiedział się, że Paulo obraca jego małą córeczkę.
- No tak — przytaknęłam. - Ale pewnie kiedyś się o tym dowie.
- Pewnie tak — przytaknęła blondynka. - I albo sam zabije Paulo, albo kogoś do tego wynajmie.
- Chyba że Bianka zajdzie z naszym kolegą w ciążę. Wtedy szef będzie podwójnie wściekły — powiedział Simon. - Ale przynajmniej go nie zabije.
- Nie, ale może wydziedziczyć Biankę, chyba że się pobiorą... Wybaczcie, muszę przewinąć Leona.
Wyszła z małym i Aidanem. Wkrótce po nich ulotnił się też Simon i nagle zdałam sobie sprawę, że w pomieszczeniu jestem tylko z Konradem. Zerwałam się z sofy, wzięłam małą na ręce i ruszyłam do drzwi.
- Poczekaj! - powiedział, łapiąc mnie za ramię. - Dlaczego uciekasz?
- A dlaczego ty na mnie aż tak naciskasz? - zezłościłam się.
- Bo widzę, że też coś do mnie czujesz! Ten pocałunek nie był ci obojętny!
- Zacznij się leczyć!
Obróciłam się na pięcie i ruszyłam do apartamentu, nie słuchając w ogóle tego, co do mnie mówił.


Wieczorem, gnana nagłą potrzebą zjedzenia czegoś z mikrofali, wyszłam z apartamentu i stanęłam jak wryta na korytarzu, zauważając na nim Konrada, który wracał właśnie z basenu i odziany był tylko w ręcznik, który owinięty był niebezpiecznie nisko wokół jego bioder. Spojrzałam na umięśnione ciało Konrada i zatchnęło mnie.
- Podoba ci się? - mruknął, patrząc na mnie z wyraźnym pożądaniem. Przełknęłam nerwowo ślinę, gdy ruszył powoli w moją stronę. - Czego się boisz?
- Pomyłki — wyznałam, opierając się plecami o drzwi i dłonią szukając klamki. Zauważył, co próbuję zrobić i złapał mnie za nadgarstki. Znalazł się tym samym niebezpiecznie blisko. Tak blisko, że niemal czułam każdy fragment jego ciała. Każdy!
- Nie bój się, tylko się temu poddaj — wymruczał mi do ucha, a mnie przebiegł dreszcz, gdy poczułam na skórze ciepło jego oddechu. - Pozwól mi się poprowadzić. Nie opuszczę cię!
Jęknęłam, odpuszczając jakąkolwiek walkę. Było to wbrew rozsądkowi i choć głośno wyrażał swoje oburzenie gdzieś wewnątrz mnie, brutalnie zepchnęłam go w czeluści umysłu. Konrad zauważył błysk w moich oczach i sięgnął do klamki. Drzwi otworzyły się delikatnie i weszliśmy do środka. Kopniakiem zatrzasnął je za nami i pocałował mnie. Zachłanniej niż za pierwszym razem, ale i tak dość delikatnie. Oddałam tę pieszczotę, zarzucając mu ramiona na szyję. Po kilku minutach w pomieszczeniu rozległ się mój przeciągły jęk, gdy dotknął mnie w najbardziej wrażliwym miejscu.
- Jesteś wilgotna! - zauważył z uśmiechem. - A więc nie jestem ci aż tak obojętny...
- Zamknij się, co? - uciszyłam go i tym razem to ja go pocałowałam. Zaśmiał się i ściągnął ze mnie ubranie. Ręcznik zsunął mu się z bioder. Przenieśliśmy się do sypialni...

1 583 czyt.
100%145
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 3748 słów i 20148 znaków, zaktualizowała 14 sie 2017.

5 komentarzy

 
  • Almach99

    Almach99 · 31 maj 2018

    Szkoda. Wiki jest jednak bardziej potluczona niz myslalem.

  • Duygu

    Duygu · 20 sie 2017

    No, to się rozpisałaś, Eleno! To się nazywa opowiadanie! Jestem nowa na LOL24, ale Twoje opowieści czytam ponad rok. Wiem, że kontynuujesz, moim zdaniem jedno z Twoich lepszych opowiadań: "Opowieści z Caldarii". Mam pytanie: kiedy następna część? Wiem, że każdy ma swoje życiowe sprawy, ale może dasz radę odpowiedzieć.  
                                                                                          Ściskam           ~Duygu

  • Fanka

    Fanka · 14 sie 2017

    No,no teraz to dopiero zaczyna sie dziac Jestem ciekawa dalszych czesci Co dla bohaterow zaplanowalas I az sie boje Ale czesc swietna

  • Malawasaczka03

    Malawasaczka03 · 14 sie 2017

    Ale z niej mała, wredna....*ekhem* Bardzo fajna część  

  • Caryca

    Caryca · 14 sie 2017 · 201439590

    Witam, oj nie masz litości dla bohaterów opowiadania, a poważnie to rewelacyjna część ,pozdrawiam