Opowieść inna, niż inne - rozdział 33

- Trzymajcie się! – ryknąłem w stronę kompanów, gdy śmigłowcem znowu zatrzęsło w wyniku kolejnego wybuchu. Pilotując Mig-a, połową umysłu zastanawiałem się nad słowami Zoli, że pozostałe bazy również zostały zniszczone. Nie wiedziałem, jak to sprawdzić i, czy w ogóle to prawda. Pewnie, gdybym na akcji był sam, to zmieniłbym kurs, ale z chłopkami na pokładzie właściwie nie wchodziło to w grę! Zmuszony zostałem jednak do odbicia w stronę Litwy, gdy w moich słuchawkach odezwała się rosyjska kontrola lotów, żądająca podania odpowiednich koordynatów celu, a także szczegółów przewożonego ładunku i swoich danych. Niedługo potem z mocno bijącym sercem wleciałem na teren Polski. Zdławiło mnie w gardle, gdy uświadomiłem sobie, że jeszcze przez jakiś czas polecę nad krajem, do którego jak na razie nie wolno mi jeszcze wrócić. Odegnałem jednak te myśli od siebie, od tego zależało powodzenie naszej ucieczki i ponownie skupiłem się całkowicie na pilotażu. Czyli krótko mówiąc, wylądowałem w szczerym polu, bo kończyło się nam paliwo, a osobiście wolałem wylądować na jakimś zadupiu, niż ryzykować pojawienie się w pobliżu większego miasta na oparach w zbiornikach. Szczęście nam jednak dopisywało, bowiem już po kilkunastu minutach poszukiwań przez zupełny przypadek nad naszymi głowami przeleciał śmigłowiec Straży Granicznej. Na nasze szczęście nie wypatrzyli nas z powietrza, lecz MiG-a, którym przylecieliśmy i postanowili wylądować, by sprawdzić, skąd na terenie Polski wziął się nieoznakowany śmigłowiec rosyjski i kto nim przyleciał. Czterech członków załogi nawet się nie zorientowało, kiedy ich ogłuszyliśmy i podprowadziliśmy im ich helikopter. Tym transportem dostaliśmy się aż do Ostrawy, gdzie co prawda niestety przechwyciła na służba radarowa, ale dzięki moim umiejętnościom i znajomości czeskiego, jakimś trafem udało nam się wykaraskać z kłopotów, które wisiały już nad nami potężnymi chmurami. Niestety brak paliwa zmusił mnie do kolejnego lądowania i tutaj już nie było tak łatwo, jak w przypadku Suwałk... Musieliśmy się ukryć staranniej niż tam. Na szczęście Ostrawa również posiada zadupia i przedmieścia, a także zrujnowane pustostany. Zadekowaliśmy się w jednym z nich.
- Co teraz? – zapytał zdenerwowany Konrad, gdy mieliśmy już pewność, że nikt nas nie śledził i jesteśmy względnie bezpieczni. – Jesteśmy w czarnej dupie!
- Jakbym sam tego nie wiedział! – warknąłem pod nosem, rozglądając się przez nieoszklone okno. – Ma ktoś z was GPS-a?
- Ja – zaoferował się natychmiast jeden z chłopaków. Niemal wyrwałem mu telefon z ręki i zacząłem nerwowo szukać.
– Mam! Lotnicze pogotowie ratunkowe! Mają bazę nieopodal. Tam moglibyśmy złapać kolejny śmigłowiec...
- Pięknie – sarknął rozsierdzony Konrad. – I kto tam niby pójdzie? Ty?
- A dlaczego nie?! – odparłem natychmiast.
- Sebastian, spokój! Nigdzie nie idziesz – w miejscu usadził mnie nie mniej rozzłoszczony Vince. – Konrad, ty też się uspokój! Niepotrzebnie wprowadzasz tylko zamieszanie w grupie.
- Ja wprowadzam zamieszanie?! Ja?! A nie widzisz, że ten jełop – wskazał na mnie – wprowadza nas w coraz większe niebezpieczeństwo? Ile razy zmienialiśmy już helikoptery, co?
- To akurat jest bardzo dobry plan, bo trudniej nas wytropić – mruknął Vince.
- Akurat! Facet prowadzi nas z deszczu pod rynnę. Jeszcze chwila, a ktoś nas zauważy! W ogóle to mogliście wziąć na tę akcję jeszcze więcej ludzi niż teraz! Bo trzydziestu, to widocznie za mało! Jesteśmy zbyt zauważalni, jeśli jeszcze tego nie dostrzegliście!
- Uprzedzam cię, że jeszcze jedno słowo, a skręcę ci kark i zostawię tutaj, byś zdechł – ostrzegłem. – Dość mam twojego marudzenia! Fakt, akcja się przedłuża, jest niebezpiecznie, ale chyba wszyscy wiedzieliśmy, na co się piszemy i braliśmy taką ewentualność pod uwagę. Ciesz się, że macie w ogóle pilota w swojej grupie, bo inaczej pewnie tłuklibyście się jakimiś ciężarówkami przez sześć krajów i o ile dobrze liczę, to co najmniej osiem punktów granicznych. To w najlepszym wypadku. W najgorszym zostalibyście zastrzeleni już na pierwszym!
- Konrad, nawet nie próbuj odpowiadać – warknął któryś z chłopaków. W ciemnościach nie miałem pojęcia który.
- Bo co?! – ryknął młody Włoch.
- Jeśli nie Sebastian, to ja cię zaraz zabiję. Jeszcze jedno słowo, a ściągniesz nam na głowy austriackie służby porządkowe – powiedział wściekły Vince, starając się zapanować nad swoim człowiekiem.
- Przecież to on nas prowadzi w niebezpieczeństwo!
- Tak, bo ja akurat w tej chwili nie mam nic lepszego do roboty, tylko igrać ze śmiercią... – prychnąłem poirytowany idiotycznym zachowaniem tego skretyniałego playboy’a.
- Tak to wygląda.
- Jesteś idiotą, wiesz? – odciąłem się, mając już serdecznie dość tej całej sprzeczki.
- Raczej ty, skoro tak namiętnie chcesz doprowadzić do tego, by Wiki została się sama z dziećmi.
- Wiki? – zapytałem zimno. Dłoń położyłem na rękojeści noża...
- No co? Tylko tobie wolno jest używać skróconej wersji jej imienia?
- Dosyć! – huknął Vince, nie dając mi możliwości odpowiedzi. – Nie jest to czas ani tym bardziej miejsce na takie durne sprzeczki. Konrad, wynoś się stąd na rekonesans! Masz mi znaleźć jakiś zdolny do lotu śmigłowiec!
W ciemnościach dojrzałem wściekłe spojrzenie Konrada.

Oczekiwanie na powrót tego głupka, bezsilność, w jakiej się znaleźliśmy i świt, doprowadziły kilku chłopaków na skraj czegoś podobnego do szaleństwa. Z trudem przyszło nam opanować sytuację, a tymczasem Konrad wciąż nie wracał...

Dobiegała już niemal trzecia godzina naszego przymusowego postoju i na dworze było już jasno, gdy wreszcie z parteru dobiegło nas umówione hasło wypowiedziane głosem Konrada i on sam wkrótce pojawił się na piętrze, na którym koczowaliśmy.
- I jak poszło? – zapytał go natychmiast Vince.
- Na ulicach patrole, wszędzie plakaty z twoją podobizną – zwrócił się do mnie. – Podobno wysadziłeś tu bazę HYDRY, tak przynajmniej zrozumiałem z gadania bardzo nielicznych przechodniów. Ogółem ledwo udało mi się przedostać bez wzbudzania podejrzeń – powiedział na przydechu, opierając się o ścianę i dysząc ciężko.
- Cholera! – zakląłem wściekły. – Nie mamy żadnego transportu...
- Tego nie powiedziałem. – Włoch zgłosił sprzeciw i wyprostował się wreszcie. – Bez niczego bym do was nie wracał... Faktycznie są tu śmigłowce ratunkowe. Jeden stoi pod szpitalem. Jakieś pół godziny stąd.
- Wreszcie się na coś przydałeś – mruknąłem sarkastycznie. – Prowadź!

Konrad.
Oddychając jeszcze nieco spazmatycznie, rzuciłem na niego niepochlebne spojrzenie, którym się w ogóle nie przejął i sprowadziłem ich na parter. Za rogiem zapakowaliśmy się do skradzionej pół furgonetki i zataczając koło dotarliśmy w końcu w pobliże lądowiska.
- Jest zbyt spokojnie – skwitował otoczenie Sebastian.
- Jeszcze się czepiasz? Zapewniłem nam transport! – syknąłem szeptem.
- Później cię zabiję! – warknął w moją stronę i gdy grzebiący coś przy śmigłowcu ratownicy medyczni zniknęli w końcu w budynku pogotowia, poprowadził nas na płytę. Nagle jednak, gdy byliśmy już nie dalej, niż dziesięć metrów od maszyny, wyskoczyli z niej uzbrojeni ludzie.
- HYDRA! – ryknął Vince.
- I dokąd to się wybierasz, da, Soldat? – zapytał jeden z nich, ten stojący najbliżej. Chyba dowódca grupy. – Zapłacisz nam za zniszczenie HYDRY.
- Bardzo wątpię. – Sebastian chwycił za pistolet i zaczął strzelać. Rozgorzała walka. Chłopcy mieli dobrego cela i już wkrótce położyli trupem kilku przeciwników. Ogółem otwarta przestrzeń nie dawała zbyt wielu możliwości do schowania się, a jednak jakimś sposobem nikt z nas nie został ranny. Resztą zajął się Bucky, gdy już skończyły mu się naboje. Z nożem w ręce i mordem w oczach rzucił się na przeciwników. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że patrzę na dzikie zwierzę dotąd trzymane w niewoli i właśnie wypuszczone na wolność, którego jedynym celem jest zabicie wszystkich wokół! Był to przerażający popis siły, jaką dysponował, dlatego już wkrótce HYDRA leżała martwa. Za nami wyły gdzieś syreny policyjne.
Ruszyliśmy w stronę Sebastiana, gdy już się uspokoił, gdy nagle spostrzegłem, że jeden z powalonych nadal jeszcze żyje i właśnie ma zamiar oddać zdradziecki strzał w plecy Bucky’ego. Co prawda mój plan zakładał zupełnie inny scenariusz... No cóż, stwierdziłem, że później się rozprawię z tym kretynem, który zabrał mi Wiktorię i rzuciłem się w jego stronę, by go ocalić. Co mnie podkusiło, nie wiem... Odepchnąłem go i poczułem przeszywający ból w boku. Osunąłem się na ziemię. Pochłonęła mnie ciemność...

Bucky.
Odwróciłem się gwałtownie, gdy Konrad na mnie wpadł i w ostatniej chwili podtrzymałem go przed upadkiem. Krwawił! Nawet nie usłyszałem strzału! Gwałtownym ruchem wyciągnąłem swój kolejny nóż i rzuciłem go w mężczyznę. Ostrze weszło aż po rękojeść w szyję napastnika. Nie zawracając już sobie nim głowy, sprawdziłem, czy Konrad żył. Na jego szczęście tak, chociaż już na pierwszy rzut oka widać było, że ledwo...
- Ładujcie go do śmigłowca! – poleciłem chłopakom, którzy natychmiast zapakowali go do kabiny i sami ścieśnili się w jej wnętrzu. Usiadłem za sterami. Łopaty wirnika ruszyły z wizgiem i już po chwili uniosłem maszynę w powietrze. Niemal w ostatniej chwili, bo gdy odlatywałem, już na dość bezpiecznej wysokości, dojrzałem, jak na miejsce zdażenia przyjeżdża policja. Miałem tylko nadzieję, że nie wezwą wojska, bo z ich śmigłowcami, raczej nie mielibyśmy szans!...
- Co z nim? – zwróciłem się przez ramię do chłopaków.
- Traci dużo krwi. Nie przeżyje tego!
- Jesteśmy chyba w śmigłowcu ratunkowym, do cholery! – ryknąłem z irytacją. – Zatamujcie krwawienie! I wydzwońcie Urbino. Muszą być gotowi na przyjęcie go.
- Dolecimy tam tym maleństwem? – zaniepokoił się Vince gdzieś za mną.
- Musimy – mruknąłem pod nosem, ale miałem wrażenie, że jakoś mnie usłyszał, bo odparł tylko:
- Oby.

W końcu jednak, po kilku godzinach lotu i walce o życie tego kretyna, otrzymałem sygnał z wieży kontroli lotów.
- Korytarz powietrzeny 2.0.83 wolny dla nieoznakowanego helikoptera austriackiego pogotowia ratunkowego – usłyszałem w słuchawkach. – Szczęśliwej podróży.
Niemal zachłysnąłem się, słysząc tę informację i skierowałem śmigłowiec w stronę Urbino. Czułem, że jesteśmy już blisko... W końcu dostrzegłem pierwsze zabudowania miasta i obniżyłem lot na tyle, na tyle ile mogłem, bez strachu, że o coś zahaczę. W końcu zobaczyłem posiadłość i ludzi zgromadzonych na lądowisku. Wśród zebranych zauważyłem moją Wiktorię. Ze szczęścia nieomal puściłem drążek steru. Posadziłem maszynę i wyskoczyłem z niej, nie zważając na wciąż kręcące się łopaty wirnika.
- Wiki! – krzyknąłem, biorąc ją w ramiona. – Jestem, kochanie...
- Tak się bałam – jęknęła, niemal mdlejąc mi w objęciach. – Nic ci nie jest?
- Nie, wszystko w porządku.
- Więc po co to zamieszanie z lekarzem/ Cały dom jest postawiony na nogi od kilku godzin. Szef Conta Nobry załatwił wam przez to spokojny przelot...
- Będę musiał mu podziękować – mruknąłem. – A lekarz, no cóż... Konrad jest ranny.
- Co?! – zbladła gwałtownie.
- Spokojnie... Chodźmy już na dół.
Kiwnęła głową i pozwoliła sprowadzić się na dół do salonu. Tam wysłaliśmy opiekunkę Lenki wraz z małą na górę, a sami zajęliśmy miejsca.

Wiktoria.
- Wiki, to prawda, że pozostałe bazy również zostały zniszczone? – zapytał, gdy usiedliśmy na sofie. Widziałam, że był cholernie zmęczony, w końcu pewnie nie spał od kilkudziesięciu godzin!
- Tak – przytaknęłam. – Niemal wszystkie jednocześnie. Mafie się poważnie wkurzyły. Nic nie zostało.
- To dobrze... Czyli moja walka niemal się już skończyła – mruknął, gładząc mnie po brzuchu. Uśmiechnęłam się trochę niepewnie.
- Niemal skończyła? Nie rozumiem...
- Została mi jeszcze jedna rzecz do zrobienia, ale to może chwilę poczekać – odparł.
Po kilku minutach rozmowy dołączyła do nas pozostała część chłopaków i domownicy. Wszyscy martwili się o stan Konrada. Lekarz powiedział nam tylko, że jego stan jest krytyczny i nie wie, czy zdoła uratować mu życie.

Przez dwie, czy trzy godziny, dość chaotycznie, ale jednocześnie dość spójnie, chłopcy opowiadali nam, co się wydarzyło w Rosji, a także w czasie ich powrotu do Włoch. Słuchając ich, raz po raz przechodziły mnie dreszcze trwogi. Przecież tyle razy mogli zostać złapani! Naprawdę cieszyłam się w tamtej chwili, że wszyscy wrócili do domu cali i zdrowi... No, może nie wszyscy jednak. Uświadomiłam to sobie boleśnie, gdy w progu salonu stanął lekarz Pescarrów w umazanym krwią kitlu. Ścisnęło mnie w gardle, gdy spojrzałam na niego i dostrzegłam jego poważną minę.
- Co z Konradem? – zapytała natychmiast Monique.
- Żyje – odparł mężczyzna. – Ale nie potrwa to już niestety zbyt długo.
- Dlaczego? – zainteresowała się natychmiast Bianka, która wyglądała chyba na nie mniej przejętą ode mnie.
- Kula wyrządziła ogromne szkody w ciele tego młodego człowieka. Szkody, których w obecnej chwili niestety nie jestem w stanie już naprawić. Gdyby natychmiast po postrzale zajął się nim fachowiec... Niestety, zrobiłem, co w mojej mocy, by uratować mu życie. W tej chwili jedynie mogę podawać mu morfinę, by zminimalizować ból, to wszystko... Dlatego radziłbym, jeśli oczywiście państwo chcą, pożegnać się z nim teraz.
- Bucky? – Vince zwrócił się do Sebastiana. Sama na niego spojrzałam niepewnie.
- Idźcie pierwsi – zdecydował Seba i oparł się łokciami o kolana. Widać było, że nad czymś intensywnie myśli. Nie miałam zamiaru mu przeszkadzać, chociaż czułam, jak w gardle rośnie mi coraz większa gula, która niemal pozbawia mnie tchu. Bałam się. Tak cholernie się bałam!

Pół godziny później, kiedy niemal wszyscy biorący udział w akcji oraz Pescarrowie wraz z pozostałymi ochroniarzami pożegnali się z umierającym Konradem, przyszła wreszcie nasza kolej. Idąc w stronę ambulatorium, czułam, jak grunt coraz bardziej osuwa mi się spod nóg. Gdy tylko weszliśmy do środka, Vince, który trwał wciąż przy rannym, wycofał się, by zostawić nas z nim samych. Jęknęłam cicho na widok twarzy Konrada wykrzywionej w grymasie bólu, którego nie zlikwidowały nawet środki przeciwbólowe. Próbował się do nas uśmiechnąć, lecz wyszło mu to tak marnie, że poczułam niemal wewnętrzny ból.
- Dobrze... dobrze, że przyszliście razem – wychrypiał. Musiał naprawdę mocno cierpieć, bo nawet mówienie sprawiało mu niemałą trudność. – Teraz, gdy umieram, chciałbym, byś o czymś wiedział – zwrócił się do Sebastiana. Zaczęłam się modlić, by ten cholerny głupek niczego nie wypaplał...
- O co chodzi? – zapytał go Seba spokojnie.
- Nie... nigdy nie byłem wiernym człowiekiem Pescarry – wyznał Włoch. – Należę do HYDRY... Moim...moim zadaniem było cię zabić, gdy się tutaj zjawiłeś.
- Wiem – powiedział Bucky, a ja kompletnie zdębiałam.
- Co?! – zapytałam ze zgrozą. – Wiedziałeś?!
- Oczywiście, że tak... – prychnął Bucky.
- To, dlaczego mnie nie zabiłeś? – zdziwił się Konrad.
- Chciałem cię wcześniej wybadać. Sprawdzić, ile informacji przekazujesz HYDRZE... Zaskoczyła mnie jednak twoja odmowa tak szybkiego zabicia mnie. Nie powiem, byłem już przygotowany na walkę z tobą, a ty nagle tak zrezygnowałeś...
- To przez nią. – Konrad kiwnął głową w moją stronę. Gdyby w tym momencie wzrok mógł zabijać, ten jełop leżałby już martwy! Niestety on wciąż nie miał zamiaru umierać, tylko najwyraźniej wszystko wypaplać! Jak ja marzyłam w tej chwili, by wyzionął ducha! – Zakochałem się w niej.
- Nie mniej jednak była to śmiała decyzja – zauważył beznamiętnie mój ukochany, jakby w ogóle nie obeszło go to, co właśnie wyznał Włoch.
- Czekaj... Ty... ty wiedziałeś? – Konrad wyglądał na równie zaskoczonego.
- Oczywiście, że tak... Co prawda niemal mnie szlag nie trafił, gdy zacząłeś z nią sypiać, ale doszedłem do wniosku, że konkurencją jesteś dla mnie żadną, i dlatego prawie nie zareagowałem.
- Prawie? – wyjąkałam, nie śmiąc nawet na niego spojrzeć.
- Prawie – odparł w miarę ciepło. – Myślisz, że kto o waszym romansie powiedział Biance i namówił Vince’a na rozmowę z tobą? – zapytał, patrząc na mnie poważnie. – Wiedziałem o szpiegu HYDRY w domu Pescarrów, nie miałem jednak przez dłuższy czas pojęcia, że to jest on...
- Jak się domyśliłeś, że to ja?
- To nie było takie trudne. Sądzę, że byłeś szkolony intensywnie w bardzo krótkim czasie. Zabrakło ci precyzji w tym, co robiłeś i dlatego cię rozgryzłem. Poza tym zauważyłem, że HYDRA dziwnie reagowała na nasze działania. Czasami jakby w ogóle nie obchodziło ją, że ich atakujemy, a czasami posyłała przeciw nam duże siły. Dlatego zacząłem mówić o naszych planach w twojej obecności... Powiedz mi jednak, jaką rolę w tym wszystkim miała odegrać Wiktoria?
- Nie wiesz? – zaśmiał się Konrad, co skończyło się okropnym kaszlem. – Miała cię zostawić, byś się załamał, dzięki czemu łatwiej byłoby cię zabić...
- Ale ty się w niej zakochałeś i postanowiłeś ją mieć dla siebie – domyślił się jednak natychmiast Sebastian. – Ale jednak i nawet to ci się nie udało...
- Nie prawda! – na ustach Konrada wykwitł wredny uśmiech. – Wiki zaszła ze mną w ciążę!
Na jego słowa tym razem to Bucky wybuchnął śmiechem, od którego aż przeszedł mnie dreszcz przerażenia.
- To nie jest twoje dziecko. Ty ich nie możesz mieć...
- Łżesz! – krzyknął Konrad, zapominając najwyraźniej o tym, że umiera, bo próbował się zerwać z łóżka. Sebastian jednak błyskawicznym ruchem wyciągnął z kabury pistolet i wycelował w niego.
- Leż spokojnie! – syknął w jego stronę. – Zabiję cię później, nie martw się... Mówisz, że łżę? Złudne nadzieje, kretynie. Myślisz, że nie miałem własnego szpiega w HYDRZE, który sprawdził dla mnie te informacje, gdy wyjechałeś, a ja dowiedziałem się o stanie Wiktorii?... Byłeś szkolony przez niemal tych samych ludzi, co ja. Ty jednak miałeś tego pecha, że nie prali ci mózgu, więc musieli inaczej zadbać o to, byś nie miał potomka... Co do dzisiejszego dnia, to muszę ci przyznać, że zaskoczyłeś mnie tą pułapką przy pogotowiu... Sądziłem, że spróbujesz zabić mnie już tutaj, by podłamać Wiktorię i sprzedać jej piękną bajeczkę o tym, jak to was wszystkich zdradziłem. I ją także. Taki plan byłby niemal doskonały... Nie przewidziałeś jednak tego, że jestem sprytniejszy od ciebie. Doskonale wiedziałem, co chce zrobić tamten agent i pozwoliłem ci podjąć decyzję o uratowaniu mi życia niemal w ostatniej chwili, przez co nie musiałem brudzić sobie rąk twoją krwią...
Słuchając Bucky’ego, zasłoniłam usta w niemym przerażeniu. Nie miałam pojęcia, że mój ukochany potrafi być aż tak bezwzględny!
- Jesteś potworem! – syknął rozwścieczony Konrad, do którego dotarło, ile przegrał. – Powinienem był cię zabić, gdy miałem do tego okazję!
- Zgadza się – przytaknął spokojnie Seba. – O ile pamiętam, to chyba z pięć razy, czyż nie?... Kotku – zwrócił się do mnie łagodnie. – Wyjdź, proszę na korytarz i powiedz Vince’owi, by tu przyszedł. Musi znać prawdę o swoim człowieku.
Kiwnęłam tylko głową i na drżących nogach wyszłam z pomieszczenia. Byłam zrozpaczona. Miałam już niemal stuprocentową pewność, że teraz Sebastian mnie już zostawi. Nie rozumiałam jednak, czemu przez cały czas tak parszywie grał, wyznając mi dozgonną miłość?...
Gdy kilka minut później usłyszałam wrzask Vince’a, a potem lekko stłumiony strzał, osunęłam się na podłogę. Z oczu popłynęły mi łzy. Nie usłyszałam nawet, jak Sebastian wyszedł z ambulatorium.
- Wstań – powiedział, wyciągając do mnie rękę.
- Nie – pokręciłam przecząco głową.
- Wstań – powtórzył, tym razem odrobinę ostrzej.
- Po co? – zapytałam beznadziejnie. – Przecież pomiędzy nami i tak już jest wszystko skończone...
- Wiktoria... – warknął, chwytając mnie za ramię i pomimo stanowczości, z jaką pomógł mi wstać, nie mogłam zaprzeczyć, że uważał, by nic nie stało się dziecku. – Mówię do ciebie, kobieto! Nie zostawię cię, jasne?
- Co?... – zapytałam głupio, unosząc na niego mętny wzrok. Pokręcił zrezygnowany głową i odwrócił mnie w stronę schodów.
- Idziemy – mruknął i poprowadził mnie na górę. Cały czas łkałam, nie bardzo mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. Dlaczego, na miłość boską, Sebastian powiedział, że mnie nie zostawi, skoro o wszystkim doskonale wiedział? O moim romansie z Konradem, o tej zdradzie, której się dopuściłam?...
Po dotarciu na miejsce odesłał natychmiast opiekunkę Lenki, a małą wziął na ręce. Razem z nią podszedł do mnie i objął mnie zaborczo.
- Posłuchaj mnie uważnie – powiedział, starając się opanować emocje. – Kocham cię, Wiktoria. Kocham pomimo tego, co zrobiłaś. Wiem, że z jednej strony jesteś ofiarą kłamstw Konrada, który bezczelnie grał na twoich emocjach, który wykorzystywał cię, by złamać mnie, a z drugiej strony jestem wściekły, że tak łatwo wskoczyłaś z nim do łóżka. Prawda jest taka, że nie chcę cię tracić, a fakt, że to moje dziecko, a nie tego martwego idioty, dodatkowo cię ratuje, rozumiesz?... Dlatego błagam cię, nie rób już więcej takiego głupstwa, dobrze? Bo nie wiem, czy wtedy ci wybaczę...
- Sebastian – jęknęłam. – Tak bardzo cię przepraszam! Tak bardzo. Już nigdy nie popełnię tego błędu, obiecuję ci!
- Wierzę ci – mruknął, opierając brodę na moim czole. – I przepraszam, że nie zareagowałem wcześniej. To też moja wina, że między wami ten romans tak bardzo się rozwinął. Byłem głupi...
- Sebuś, ja tobie nie muszę niczego wybaczać. Zrobiłeś to, bo na pewno miałeś swoje powody – odparłam.
- Miałem, co nie zmienia faktu, że też cię wykorzystałem. Obiecuję, że od dzisiaj, od tej właśnie chwili, między nami nie będzie już żadnych tajemnic. Nareszcie jesteśmy bezpieczni. Ja jestem wolny i choć wiem, że to, co we mnie wszczepili Rosjanie, pozostanie w moim ciele już na zawsze, jeszcze nigdy nie czułem się tak swobodnie.
Uśmiechnęłam się do niego niepewnie. Nachylił się delikatnie i pocałował mnie czule. Po moich policzkach znów spłynęły mi łzy.

1 036 czyt.
100%143
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 4092 słów i 23421 znaków.

3 komentarze

 
  • Fanka

    Fanka · 19 lis 2017

       i jeszcze raz    
    Tyle emocji,zawirowań ahoj Nie mogę się doczekać kolejnych części  

  • zabka815

    zabka815 · 19 lis 2017

    Super, zawirowania były i to nie małe  . Nie podobał mi się ten Kondrad, ale nie spodziewałam się że to członek HYDRY   czekam na kolejną część i jestem ciekawa co jeszcze wymyślisz  

  • Caryca

    Caryca · 19 lis 2017 · 193945224

    Witam,jak zawsze piszesz fantastycznie ,szko tylko że usmiercilaś Konrada,pozdrawiam i czekam na kolejną część