Opowieści podróżnika — Niespodziewana wizyta

Jechałem wąską ścieżką przez środek Mrocznej Puszczy. Nie było to zbyt przyjazne miejsce. Wysokie, niemal zawsze martwe drzewa o licznych i potężnych konarach rzucały na tyle dużo cienia, że często nawet w środku dnia trza było używać pochodni. Ścieżki przechodzące przez to miejsce zawsze były pełne przeróżnych przeszkód, takich jak zwalone pnie, korzenie, które były na tyle duże, że wozy musiały zjeżdżać na pobocze, żeby je wyminąć oraz głębokie dziury.
   Ludzie powiadali, że sam las je tu nasyła. Nie dziwota, że wszyscy trzymają się od tego miejsca z daleka, nawet pozbawione rozumu dzikie bestie, ale właśnie o to mi chodziło.
   Zlecenie było proste i opłacalne. Na jednym z okolicznych cmentarzy zalęgły się ghule. Normalnie te ścierwojady, nie byłyby żadnym problemem dla pobliskiego garnizonu, lecz tą hordą dowodził wyjątkowo przebiegły osobnik, więc sprawy nieco się skomplikowały. Stado atakowało znienacka samotnych podróżników oraz pożerało stada zwierząt hodowlanych. Przybrało to takie rozmiary, że słynący ze swoich świń oraz handlu na całą Leonorię, Kamienny Potok, znalazł się na skraju upadku.
   W takiej sytuacji nikogo nie zdziwiło, że burmistrz obiecał obłędną wprost sumę pięciu tysięcy leonorii temu, kto przyniesie głowę przewodniczącego tej hordzie trupa. Oczywiście wcześniej trza go było tejże głowy pozbawić, ale mnie udało się to zrobić i teraz szary, przegniły i pomarszczony kawał cielska obijał się o bok Bradena. Biały koń, z jasnobrązową łatą na łbie nie zwracał na ten fakt uwagi, przywykł już do zapachu śmierci.
   Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym zdołał uniknąć problemów. Trupojady zorientowały się, że pomiędzy nimi jest człowiek i natychmiast wszczęły pościg. Najpierw chciałem je powyrzynać, no bo może dostałbym premię? Kto wie? No, ale był jednak pewien problem. Stado liczyło sobie kilkaset osobników, więc nie miałem żadnych szans. Czym prędzej zjechałem z gościńca i wylądowałem tutaj. Ghule odpuściły, a za jakieś dwie godziny powinienem zobaczyć miasto. Potem wystarczyło tylko odczekać kolejne dwadzieścia minut, żeby usłyszeć pobrzękiwanie monet w mojej sakiewce.
   Myślami krążyłem wokół tego, co za nie kupię. Na pewno nowy miecz, mój może i był nawet dobry, ale służył mi od czasu opuszczenia koszar, więc powoli nie nadawał się już do użytku.
   Znajomy polecił mi zakup tarczy, ale nie za bardzo umiałem się nimi posługiwać. Poza tym, preferowałem uniki zamiast blokady.
   Zdałoby się również zakupić żywność, nie mogłem bez końca zatrzymywać się w gospodach, a polować, niestety, nie umiem. Z rozmyślań wyrwał mnie szelest w krzakach. Wyjąłem miecz z pochwy. Cokolwiek się tam kryło, to, zważywszy na okolicę, nie było zapewne przyjazne.
   — Kto tam?! — zawołałem twardo.
   — Proszę, nie rób mi krzywdy!
   Jakiś grubas o okrągłej twarzy i brązowych oczach wstał z uniesionymi rękoma. Jego jedwabne ubrania najpewniej były kiedyś koloru czerwieni i purpury, ale teraz wyblakły i pokryły się licznymi plamami błota i trawy. Coś mi jednak nie pasowało w jego spojrzeniu... ton jego głosu wskazywał na to, że facet był przerażony, zresztą to nic dziwnego, ale jego oczy nie okazywały żadnych emocji.
   — Kim jesteś? — zapytałem z rezerwą.
   — Zwą mnie Farid, proszę pana. Jestem wędrownym kupcem, proszę pana, mój wóz przewrócił się jakieś pięćset metrów stąd, proszę pana. — Gestem ręki wskazał dalszą część drogi. — Próbowałem pieszo wyjść z tej puszczy, proszę pana, ale wtedy ujrzałem pana, panie najemniku. — Za każdym razem, kiedy wtrącał to swoje, "proszę pana" kłaniał się głęboko.
   — Już mi tu tak nie panuj, a mów, co robiłeś w krzakach — warknąłem.
   — Byłem pewien, proszę pana, że jest pan jednym z bandytów, którzy grasują po okolicy, proszę pana, dlatego schroniłem się w krzakach. To wszystko, proszę pana.
   — Jeszcze raz nazwiesz mnie panem, a odetnę ci jaja, rozumiemy się?
   — Tak, proszę... — zamilkł na chwilę. — Oczywiście.
   — Jak to możliwe, że nie zauważyłem cię wcześniej? Oraz czemu twoje szaty są takie stare? — Czubkiem miecza wskazałem jego ubrania.
   — Widocznie ma pa... — ugryzł się w język. — Widać, masz kiepski wzrok — Farid odpowiedział niepewnie.
   — Nie narzekam na moje oczy. Poza tym, to nie wyjaśnia wieku twoich szat.
   — Cholera, musisz zadawać tyle pytań? — wykrzyknął wściekły. — Poddaj się, ale to już!
   Wyciągnął jednoręczną kuszę zza pleców, jednocześnie dając znak ukrytym w lesie kompanom. Ci szybko mnie otoczyli. Byli uzbrojeni w łuki, pałki, miecze, włócznie i całą masę innych broni. Wszystko stare, zardzewiałe i zużyte. Dwudziestu chłopa, mogłem ich pokonać bez problemu, jeżeli nie umieli walczyć, a sądząc po wyglądzie, nie umieli. Do prawdy, stanowili piękną parodię wojaków. Każdy element ich zbroi pochodził chyba od innej ofiary, co tworzyło istną mozaikę barw. Od tradycyjnego srebra, poprzez czerń, na jaskrawej żółci i błękicie kończąc.
   Po mojej prawej mieli wyraźną dziurę w szyku, jednak wietrząc pułapkę, zdecydowałem się stratować tych przede mną. Na widok nadbiegającego konia, rozpierzchli się na boki w przerażeniu.
   Ha, to będzie łatwiejsze niż sądziłem — przeszło mi przez myśl. Niestety, jeden z ich łuczników trafił Bradena w nogę. Mustang chciał biec dalej, lecz wstrzymałem go, klnąc przy tym pod nosem. Ostatnie czego mi brakowało w tym miejscu, to konieczność poruszania się piechotą.
   Cała zgraja rzuciła się na mnie z wrzaskiem. Zeskakując z konia, dobyłem miecza. Pierwszych trzech ściąłem gładkim cięciem, ale czwarty sparował mój atak, wyprowadzając mnie z równowagi. Cholerny skurwysyn wyprowadził szybką kontrę, na szczęście niecelną. W międzyczasie Farid trafił mnie w lewę ramię. Kolejny łut szczęścia, bełt ledwie mnie drasną, poza tym i tak jestem praworęczny. Mimo wszystko odwrócił moją uwagę na tyle skutecznie, że jakiś osiłek zakradł się za moje plecy i ogłuszył mnie pałką.
   Ocknąłem się na starej, śmierdzącej pryczy, pozbawionej jakiejkolwiek pościeli. Niewielkie pomieszczenie, w którym się znajdowałem, wyglądało na stary, opuszczony tartak. Dominował tu ciemny brąz, jedynie porozrzucane wokół szmaty miały okazjonalnie inne barwy. Wszędzie walały się narzędzia do stolarki, wióry, deski, wspomniane już strzępy tkanin oraz bukłaki. Sądząc po zapachu, kiedyś był w nich alkohol. Każdy ruch wyrzucał w powietrze tumany gryzącego gardło kurzu. Obok ulokowanej w rogu pryczy, postawiono wielką, hebanową skrzynię zamknięta na starą, mosiężną kłódkę. Przez przerwy między deskami można było dostrzec mój ekwipunek. Dranie zostawili mi tylko koszulę i spodnie. Na środku pomieszczenia stała niewielka ława, a obok niej cztery nieoheblowane stołki. Jedyne drzwi znajdowały się w najdalszym rogu pomieszczenia. W panującym tu półmroku ledwo było je widać. Co prawda budowniczy pomyśleli o oknie, ale ktoś zabił je dechami. Robota była partacka, lecz jakoś dawała radę.
   Ponieważ w pokoju, poza mną, nikogo nie było, podszedłem do skrzyni.
   No tak, jedyna solidna rzecz tutaj, to ona. — Pomyślałem po nieudolnej próbie otworzenia jej. Mniejsza, drzwi są najzwyczajniejszymi w świecie, drewnianymi drzwiami. Nawet jeżeli je zamknęli, to mogłem wyważyć je solidnym kopniakiem. Oczywiście wcześniej trza sprawdzić, czy są otwarte.
   Zgodnie z moimi oczekiwaniami, zamknęli je. Kiedy tylko zabrałem rękę z klamki, usłyszałem dźwięk przesuwanej zasuwy. Drzwi otworzyły się szeroko, okropnie przy tym skrzypiąc. Do pomieszczenia wszedł Farid, razem z dwójką umięśnionych pomagierów.
   — Widzę, że się pan obudził. — Ukłonił się niemal niezauważalnie. — Niech pan wybaczy brak pościeli, po prostu żadnej nie mieliśmy. Pan ma na imię Evan, jak mniemam? — zapytał się z chytrym uśmiechem, po czym gestem dłoni wskazał ławę. Kiedy się rozsiedliśmy, kontynuowaliśmy rozmowę.
   — Tak. Skąd wiesz jak mam na imię? — Gdyby nie to, że nie mam przy sobie broni, rzuciłbym się na niego.
   — Jeden z moich ludzi kiedyś pana zatrudnił i zapamiętał jak pan wygląda. Niech pan nas posłucha, zna pan nasze zasady, prawda? — Na Mawgana, ja rozumiem, że w Zamorzu praca najemnika cieszy się szacunkiem, ale bez przesady. Nawet zbójcy muszą mówić do mnie "pan" kilka razy w każdym zdaniu?
   — Nie — odpowiedziałem krótko.
   — Jak to, nigdy pan nie słyszał o słynnych na cały świat Zielonych Płaszczach? — W jego spojrzeniu skrywały się szok i niedowierzanie.
   — Pierwsze słyszę. — Jego reakcja była nawet zabawna, oczy niemal wypadły mu z orbit, a otwartą dłonią uderzył się w czoło.
   — Naprawdę? — Po chwili opanował się. — W każdym razie zasady są proste. Pan płaci nam tysiąc leonorii, a my puszczamy pana wolno, ale bez pańskiego sprzętu.
   — A jak nie zapłacę? — zapytałem przeciągle.
   — Zabijemy pana. — Błysk w jego oczach zdradził, że miał na to ochotę. No cóż, nie ze mną te numery, nie zamierzam jeszcze przechodzić przez bramy.
   — W takim razie mamy problem, ja nie mam teraz pieniędzy, ale jeśli...
   — To żaden problem. — Przerwał mi gestem ręki. — Po prostu pana zabijemy, tak jak mówiłem.
   Sięgną ręką po kuszę. Już przygotowałem się do walki, ale wtedy jeden z jego osiłków gwałtownie chwycił go za nadgarstek, po czym odezwał się przepraszającym tonem.
   — Panie...
   — Co ty robisz, do kurwy nędzy? — wykrzyknął wściekły grubas.
   —...to jest łowca potworów, może będzie umiał zajebać tego cholernego gryfa, co to nam ludzi wpierdziela?
   Farid przestał mu się wyrywać. Na chwilę zapanowała nieznośna cisza, atmosfera była tak ciężka, że niemalże można było kroić powietrze nożem. Krople potu spływały mi po czole. Ciekawe jak długo zajmie mi dobiegnięcie do drzwi? Gdyby nie to, że musiałbym przeskoczyć ławę, spróbowałbym ucieczki.
   — To bardzo dobry pomysł. — Przytaknął mu niepewnie drugi osiłek. — Nasi, przez to durne ptaszysko, boją się wychylić nos z bazy.
   — To debilny pomysł! — wykrzyknąłem, zanim pomyślałem, że w tej sytuacji lepiej zachować milczenie. — Mam iść na latającą, dwutonową kupę mięcha z mieczem w dłoniach?! — W głębi duszy znałem odpowiedź.
   — Masz rację, to byłoby samobójstwo — rzekł Farid, po czym zamilkł na chwilę.
   Niestety, potraktował ich słowa bardzo poważnie, a to może oznaczać tylko jedno. Będę musiał zapolować na tego przerośniętego wróbla. Cholera jasna, wszystko układało się po prostu zbyt pięknie, żeby nie zjebało się jakimiś zbójcami i gryfem. Chociaż, jeżeli się nad tym zastanowić, może to i dobrze? Alternatywą jest w końcu pewna śmierć z rąk tych rozbójników.
   Świst powietrza zdradził mi, że w moim kierunku rzucono jakiś przedmiot. Złapałem go, a następnie przyjrzałem się mu. Była to mała kusza Farida.
   — To się panu przyda. Jeżeli pan zabije, albo chociaż przepędzi przepędzi tego gryfa, puścimy pana wolno.
   — Jak hojnie — odparłem z ironią.
   — Ten gryf zabił mi w ciągu miesiąca trzydziestu siedmiu ludzi. Jeśli ktoś jest w stanie się go pozbyć, to jestem w stanie nawet go nie obrobić — po chwili wahania dodał — zbyt bardzo.
   — Zbyt bardzo? — rzekłem cicho pod nosem, ale Farid i tak to usłyszał.
   — Niech pan nie narzeka — odpowiedział podenerwowany.
   Ważyłem w dłoni jego kuszę. Było to dość prymitywne i stare urządzenie, nawet za czasów swojej nowości nie nadawało się do polowań na gryfy, lecz alternatywą było bieganie za tą wyliniałą kupą mięcha z mieczem, a to było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Trza było jednak uczyć się zaklęć, jak radziła babka. Ale nie, bo to nudne i trudne. No i miałem za swoje.
   Dobra, przede wszystkim trzeba było zastanowić się, czemu ten gryf tyle jadł? Może i nie umiem za dobrze liczyć, ale trzydziestu siedmiu ludzi w ciągu miesiąca to na pewno za dużo. Na oko przeciętny facet w tych... Zielonych Płaszczach, czy jak im tam, ważył jakieś sześćdziesiąt kilo bez pancerza. Sukinkot musiał pożerać nieco ponad jednego człeka na dzień, a gryfy zjadają jedynie dziesięć kilo pokarmu dziennie. W dodatku większość z tego stanowią rośliny. Może poluje dla całego stada? Gryfy to samotniki, ale czasem zbijają się w grupy. Najczęściej jest to samiec, samica i trójka piskląt. Czy dla takiej rodzinki potrzeba aż tyle jedzenia? Myślałem intensywnie, ale to były już za trudne rachunki. Ta, liczby też by się przydały. No, ale i tak dalej uważam, że lekcje walki były trafionym pomysłem.
   — Macie tu kogoś, kto biegle liczy? — zapytałem twardo. Może i Farid był tu szefem, ale to ja wydawałem rozkazy.
   — Tak, mnie — odezwał się zdziwiony Farid. — Na co ci ta wiedza?
   — Chcę wiedzieć, ile żre to ptaszysko w przeciągu jednego dnia.
   — Tego ci nie policzę. — Machnął ręką — Wychodzą brzydkie liczy. Nie równe. Jak to się tam nazywało... — dumał dłuższą chwilę. — Odłamki! Tak, to na pewno były odłamki! Nie znam się na nich. — Podrapał się po tyle głowy. — W każdym razie, wchodzisz w to? — zapytał zniecierpliwiony.
   — Wchodzę. — Podaliśmy sobie dłonie. Czułem, że to będzie moja ostatnia rozmowa w życiu.

   *Pół godziny później*

   Okazało się, że ci bandyci to jednak nie grupa wyjętych spod prawa chłopów, a w większości dezerterzy z kilkuletnim doświadczeniem. Nieliczne wyjątki i tak dostawały szkolenie wojskowe od bardziej doświadczonych wojaków. Trza przyznać, nie należy oceniać książki po okładce. Próbowali mnie nawet śledzić, ale nie wychodziło im to najlepiej. Chociaż może robili to celowo, żebym nie czuł się zbyt bezpiecznie? Tak, to miałoby sporo sensu. Na wszelki wypadek udawałem, że nie zdaję sobie sprawy z ich obecności.
   Drugą ważną informacją był fakt, że rana Bradena była na tyle mała, że, po polaniu jej alkoholem przez ich znachora, koń był zdolny do dalszej jazdy. Na początku myślałem, że to najlepsze co mogło mnie spotkać. Jednak później zdałem sobie sprawę z tego, że to źle, gdyż mój plan wymagał braku konia, który tylko przeszkadzałby w walce. Jednak do tych tumanów to nie docierało.
   Dobra, poradzę sobie jakoś. — Pomyślałem gniewnie. — Zawsze mogło być gorzej.
   Najpierw trza było znaleźć gniazdo tego ptaszka. Z tego co mówił mi jeden z nielicznych ocalałych, powinno znajdować się jakieś sto metrów na północny zachód stąd. Gdyby nie te cholerne drzewa, byłoby je widać jak na dłoni. No cóż, zapach, a raczej smród, zgnilizny jednak pozostaje.
   Kiedy już je znajdę, ukryję się w krzakach i poczekam aż bestia zaśnie. — Tym zdaniem dokończyłem obmyślanie pierwszej części planu. Potem przyszła kolej na resztę. — Podstawą walki z silniejszym przeciwnikiem, jest zaskoczenie. Niweluje ono wszelkie przewagi.
   Oczywiście, żeby go zaskoczyć, potrzebny mi był kamuflaż oraz kryjówka. W sumie to nie musiałem się kamuflować, gdyż gryfy praktycznie nie posiadają zmysłu węchu, a nawet ich doskonały wzrok nie wychwyci mnie w zieleni, gdy to ptaszysko będzie pośród chmur. Co mogło pójść nie tak? Absolutnie wszystko, nawet w koszarach mówili nam, żeby od wszystkiego co lata trzymać się daleka. A już zwłaszcza od takich wielkich sztuk jak gryfy.
   Kiedy w końcu mieszanina cierni, konarów, zwalonych pni i całej reszty przeszkód, które można znaleźć w lasach, pozwoliła mi pokonać te sto metrów, trafiłem na polanę z wielkim, nawet jak na to miejsce, samotnym, martwym drzewem pośrodku. Nareszcie wolna przestrzeń! Nie wiem, czy to miejsce jest zaklęte, czy jak, ale mógłbym przysiąść, że nawet powietrze jest tu lżejsze, a trawa zieleńsza. Pomiędzy gałęziami widać było potężne gniazdo gryfa. Zbudowanie z długich i giętkich kijów stanowiło ogromne ptasie siedlisko. Gospodarza, na szczęście, nie było, przynajmniej na razie.
   Wspiąłem się szybko na górę. Nie byłem zbyt dobry w tropieniu, ale coś tam o tym wiedziałem. Obecność jaj wskazywała na samicę. Samotny samiec porzuciłby gniazdo bez baczenia na młode. Uśmiechnąłem się smutno, na myśl jak ludzkie jest to zachowanie. No, w każdym razie, trza było zbierać informacje, a nie rozmyślać o takich tematach. Przyjrzałem się zgubionym przez nią piórom. Wiele z nich walało się na ziemi, a tutaj było ich jeszcze więcej. Wszystkie były grube, twarde, śliskie oraz pozbawione charakterystycznego blasku. Pospolity gryf buroskrzydły, na szczęście stosunkowo mało groźna odmiana. W końcu dobra wiadomość. Ich wiek, można było ocenić na dwanaście lat, a że gryfom nie rosną nowe pióra, więc właścicielka była zapewne w podobnym wieku. Resztę zawartości gniazda stanowiły ludzkie szczątki, w większości napoczęte, ale nie dojedzone. Wybrzydzający gryf? To rzadkość, ale przy tej ilości pożywienia nie dziwiło mnie to. Zauważyłem również, że gniazdo było zbyt ciasne dla pary, więc teoria o polowaniu dla stada została obalona. O co mogło chodzić? Gryfy rzadko polują z innych powodów niż chęć zaspokojenia głodu.
   Zeskoczyłem z drzewa i zawołałem szpiegujących mnie bandytów. Jakiś wysoki facet o posturze zawodowego zapaśnika wstał po chwili. Nie wyglądał na zaskoczonego tym, że ich zauważyłem.
   — Weźcie konia do waszego obozu. Przez tę ranę będzie mi tylko przeszkadzał. — Odwróciłem się tyłem do bandytów, wypatrując jakiejkolwiek kryjówki.
   — Ale nie wolno...
   — A co mnie to obchodzi, debilu? — wykrzyknąłem wściekły. — Jak tego nie zrobisz, to nie pozbędę się gryfa!
   — W takim razie, dobrze — rzekł po dłuższej chwili osiłek, po czym gwizdnął na Bradena. Kiedy już zniknęli za drzewami skryłem się w pobliskich krzakach.
   Siedziałem tam kilka godzin starając się ignorować robactwo chodzące mi po nogach. Gdybym tak tylko mógł się ruszyć, ale lepiej nie ryzykować. Może i gryf mnie nie wypatrzy, ale wolałem nie ryzykować spotkania z, na przykład, stadem wilków albo niedźwiedziem. Zresztą, to całe robactwo to jeszcze nic, znacznie gorzej było z ptactwem które urządziło sobie koncert nad moją głową. Nie wiedzieć czemu, nasrały na mnie już pięć razy. Czekanie to stanowczo najgorsza część każdej roboty, a zwłaszcza tej najemnika.
   Moje oczekiwanie przerwała niecodzienna grupka podróżników, nadchodząca od strony szlaku. Trójka krasnoludów, znana całemu światu jako kompania "Selt Adamlar".
   Imiona tej trójki krasnoludów brzmiały Kalin, Kirimizi oraz Ince, ale znajomi mówili na nich Gruby, Rudy i Chudy. Oni zawsze musieli podchodzić do polowań i innych zleceń jak do zabawy. Nawet nie zliczę, ile razy musiałem ich przez to ratować. No, ale później to oni ratowali mnie, więc byliśmy kwita.
   Mieli niemal identyczne twarze. Okrągłe, o wyraźnych rysach, z głęboko osadzonymi, bursztynowymi oczyma. Ich oblicza zawsze były pokryte brudem i resztkami po ostatnim posiłku. Ponadto, na policzku Rudego tkwiła paskudna blizna, której nabawił się parę lat temu, podczas bijatyki w karczmie.
   Kalin, w wyniku klątwy, rzuconej na niego lata temu, był wyjątkowo niski nawet jak na swoją rasę. Jego metr wzrostu oraz spora tusza sprawiały, że wyglądał jak ogromna, okrągła piłka z gęstą, brązową i nigdy nie czesaną brodą, opadającą na cudem nałożoną kolczugę. Jej ogniwa skrzypiały przy każdym, nawet najmniejszym, ruchu. Skórzane spodnie zostały niepotrzebnie spięte dużym, ciężkim pasem z ogromną, złotą klamrą, a na plecach nosił kuszę, którą z powodzeniem mógłby obsługiwać dorosły człowiek.
   Po jego prawej szedł Rudy. Umięśniony krasnolud, ze swoim półtorej metra wzrostu, górował nad braćmi. Słynął z tego, że nigdy nie nosił żadnego pancerza, ale nie to było jego dumą. Była nią jego gęsta i zadbana broda, o wiadomym kolorze, którą każdego ranka pieczołowicie zaplatał w warkocz, sięgający mu do pasa. Miał na sobie przewiewną, płócienną koszulkę, kiedyś o białej barwie, ale, wskutek wędrówki po tej kniei oraz braku higieny, dało się na niej wyróżnić niemal każdy kolor świata. Jego spodnie podzieliły ten sam los, lecz z racji ich czarnej barwy, praktycznie nie dało się tego zauważyć z daleka. Wojował zabójczą buławą z hartowanej stali. Często przechwalał się tym, jak wyłamywał za jej pomocą szczęki przeciwnikom albo niszczył niemalże każdą zbroję, oczywiście spora część z tych historii była mocno podkoloryzowana.
   Ostatni z nich był kiedyś chorobliwie chudy, ale teraz wszystko było z nim dobrze. Jako jeden z nielicznych krasnoludów nie posiadał długiej brody. Włosy o kolorze ziemi regularnie podcinano tak, by nie zalęgły się w nich wszy. Jako jedyny ze swojej kompani porządnie się ubierał. Dzisiaj założył ładną srebrną kolczugę oraz zadbane, ciemnobrązowe spodnie. W rękach dzierżył dwuręczny topór z licznymi runicznymi zdobieniami. Większość z nich była fałszywa, ale okazjonalnie zdarzały się prawdziwe symbole. Z resztą, to i tak robiło wrażenie podczas walki. Prawdziwe czy nie, świeciły tak samo efektownie.
   Jak zawsze sprawiali wrażenie roześmianych. Myśląc, że są sami, opowiadali mnóstwo niewybrednych żartów, okraszając je masą bluzgów. Nie mając ochoty na wysłuchiwanie tego, wyszedłem z krzaków, płosząc przy tym ptaki, dzięku czemu Gruby mnie spostrzegł. zaraz zawołał swoim donośnym głosem.
   — Kogo to me oczy widzą? — zawołał donoście Gruby, rozłożywszy ręce w powitalnym geście. — Evan, od kiedy zbierasz jagody w lasach?
   — Od kiedy usiłuję złapać gryfa, którego mi przepłaszacie — odwarknąłem. Jagody w lesie? Skąd on to wziął?
   — To fantastycznie. — Rudy walnął mnie potężnie w plecy. Zakląłem siarczyście, na co ci zareagowali śmiechem. — No bo widzisz, my też usiłujemy go złapać.
   — Robiąc tyle hałasu, złapiecie co najwyżej głuchego osobnika. Pod warunkiem, że ciebie nie wywęszy. — Gruby i Chudy zaśmiali się jeszcze głośniej.
   — Bardzo zabawne, powiedz mi chłopcze...
   — Nie jestem chłopcem — powiedziałem z irytacją. Czy on się kiedykolwiek tego nauczy?
   — Mamy po pięćdziesiąt lat, dla nas jesteś chłopcem. — Zaśmiał się głęboko. — Ustaliłeś coś na temat naszego gryfa?
   — Tak. To samica, dwanaście lat, buroskrzydła — wyrecytowałem znudzonym głosem. Znowu to samo. Gadanie o zwierzętach, okraszone masą przekleństw. To było interesujące, kiedy byłem młody.
   — Niezbyt dużo nam to mówi — rzekł niezadowolony Gruby.
   — Mogłem jedynie zajrzeć do gniazda — odparłem, strzepując jakiegoś robala z karku.
   — Zaraz będziesz mógł przyjrzeć jej się bliżej — zawołał radośnie Gruby, ładując kuszę.
   — Jak to? — zapytałem z lekkim przerażeniem w głosie. Miałem nadzieję, że to nie był ich kolejny głupi pomysł.
   — Postanowiliśmy zwabić ją tutaj, dlatego tak hałasowaliśmy — odpowiedział szybko Chudy. — Powinna być tu za jakieś pię...
   Wtem rozległ się rozdzierający powietrze pisk, a następnie gryf wyleciał zza chmur i w ułamku chwili był na ziemi, niemal miażdżąc Grubego. Uratowało go tylko to, że odskoczył do tyłu, przewracając się przy tym o wystający kamień.
   Do tej pory myślałem, że opowieści o pikowaniu gryfów to bujdy, ale jak zawsze najgorsze plotki muszą okazać się tymi prawdziwymi. Kiedy usłyszałem bluzgi Grubego natychmiast przeniosłem wzrok na jego kuszę. Jak się okazało, leżała w kawałkach tuż obok właściciela. Wspaniale.
   Wielka, opierzona bestia o wysokości dwóch metrów i długości kolejnych trzech, wykonała kilka powolnych, leniwych kroków na czterech grubych łapach zakończonych zakrzywionymi pazurami, koloru matowego złota. Jak to u gryfów bywa, przednia para nóg wyraźnie przerastała tylną. Samica rozłożyła skrzydła. Każde z nich było na tyle duże, że mogłoby się na nim położyć trzech niewysokich ludzi. I to całkiem wygodnie, jeżeli pominąć grube i wystające kości.
   Wyglądała na dosyć ciężką. Na oko ważyła, jakieś dwie i pół tony, podczas gdy średnia waga jej podgatunku to "zaledwie" dwie tony. Białka jej oczu były właściwie niewidoczne, za to uwagę zwracały zielono tęczówka ze złotymi plamkami oraz idealnie okrągła źrenica. Uciekliśmy do lasu, nie chcąc walczyć z nią na otwartym terenie.
   — Jaki mieliście plan — szepnąłem, po tym jak się ukryliśmy.
   — Zabić ją z mojej kuszy — odparł beznamiętnie Gruby.
   — No kurwa, zajebiście. A jakiś zapasowy plan?
   — Nie. A co ty chciałeś zrobić? — odezwał się Rudy.
   — Chciałem poczekać aż zaśnie i wtedy ją zaatakować.
   — Więc improwizujemy? — zapytały krasnoludy.
   — Nie, wymyślimy coś teraz.
   — Bez mojej kuszy i tak nic nie zdziałamy — zaczął marudzić Gruby. Zanim zdołał się rozkręcić, rzuciłem mu kuszę Farida. — Mam iść z tym maleństwem na gryfa? — Poczerwieniał ze złości. — Chyba sobie kpisz.
   — Nie narzekaj, ty chociaż nie musisz się do niej zbliżać. Odwrócę jej uwagę, a ty postaraj się zrobić jej krzywdę — powiedziałem, podając mu miniaturowe bełty. Szkoda, że walkę w lesie trafił szlag.
   Wybiegłszy z krzaków z bojowym okrzykiem na ustach, modliłem się w duchu do wszystkich znanych mi bogów, abym przeżył. Kiedy samica mnie zauważyła, zapiszczała gniewnie, po czym wzniosła się w powietrze. Na szczęście celne trafienie Grubego w dziób sprowadziło ją na dół. Oczywiście, nie mogła tak po prostu umrzeć, wtedy byłoby za łatwo. Otrzepała się, pozbywając się źdźbeł trawy, piasku oraz liści z piór. Dobra, teraz mam szansę, podbiegłem do niej, aby zranić ją mieczem, ale ta uderzyła mnie łapą z taką siłą, że przeleciałem jakieś dziesięć metrów. Noż cholera jasna, co ja sobie myślałem? Splunąłem krwią, mając nadzieję, że to tylko przygryziony język. Gryf biegł niezgrabnie w moją stronę. Powinno minąć trochę czasu zanim poleci, ale z bieganiem nie miała chyba problemów. Pozbierałem się i chciałem odskoczyć, ale przewróciła mnie, po czym przygniotła łapą do ziemi. Już rozdziawiała dziób, żeby mnie zabić i pewnie zrobiłaby to, gdyby Rudy nie uderzył jej toporem w prawe oko. Zatoczyła się, ale szybko odzyskała równowagę i z wściekłością zamachnęła się skrzydłem. Ogłuszony Rudy wylądował dwa metry dalej. Tym razem, to na nim stanęła samica. Zanim zdążyłem wstać, aby mu pomóc, Chudy paskudnie zranił ją w lewy bok. Zapiszczała gniewnie, a potem poleciała w górę, ignorując mnóstwo bełtów, które w międzyczasie zdążył w nią wpakować Gruby. Tak szybko? Cholera, powinna stać na ziemi jeszcze jakieś pięć minut. No, ale czego ja się spodziewałem? Spacerku po lesie?
   — Kalin, błagam cię, powiedz, że masz jeszcze amunicję — wydyszałem, chwytając się za ranny bok. Kiedy poczułem wilgoć krwi, wiedziałem, że bez wizyty u uzdrowiciela się nie obędzie.
   — Niestety nie mam. Z resztą i tak uciekła, na nieszczęście. — Chciałem go spytać, czy do reszty go pojebało, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język. — Jest już wysoko, o ile nie wyrosną nam skrzydła, nie dogonimy jej.
   — Wróciłaby tu, gdybyśmy znowu hałasowali — odrzekł Rudy, otrzepując się z ziemi.
   — Osobiście uduszę tego z was, który to zrobi — zawołałem gniewnie. — Teraz, kiedy odkryliśmy jej gniazdo, powinna polecieć w zupełnie inne miejsce, więc moje zlecenie i tak jest wyko...
   Moją wypowiedź przerwał Braden, który najwyraźniej zerwał się osiłkowi, mającemu zaprowadzić go do obozu. Sam bandyta biegł za nim, klnąc przy tym niemiłosiernie. Cała dwójka robiła niewyobrażalny harmider. Czy chociaż jedna, tylko JEDNA, rzecz mogła pójść po mojej myśli! Pisk, który rozległ się kilka sekund po tym, jak Braden zatrzymał się obok mnie, zdradził, że ptaszyna usłyszała przybycie mustanga. Oczywiście instynkt mamusi kazał jej zawrócić. Właśnie dlatego nienawidzę dzieci.
   — Masz cokolwiek do strzelania? — Rudy zapytał bandyty.
   — Nie. — Ten odpowiedział, wyjmując krótki miecz.
   Minęła dłuższa chwila, zanim do nas doleciała. Kiedy złożyła skrzydła, chcąc pikować, każdy z nas natychmiast pobiegł w inną stronę. Przerażony Braden był za wolny, gryf schwytał go w swoje łapy, poleciał w górę, a następnie odgryzł mu głowę. Przeszła przeze mnie fala wściekłości. Braden był koniem mojego ojca, jeszcze zanim się urodziłem. Dostałem go w wieku szesnastu lat, z okazji rozpoczęcia służby wojskowej. Był powiernikiem moich wszystkich sekretów, a teraz nie żyje. Ta wypłowiała kupa piór musiała mi za to zapłacić! Kiedy tylko wylądowała na ziemi, w celu wyciągnięcia kilku bełtów, które utkwiły w wyjątkowo bolesnych miejscach, natychmiast pobiegłem w jej stronę, drąc się wniebogłosy. Chciała uderzyć mnie prawą łapą, ale ja byłem szybszy. Schyliłem się, unikając jej ciosu, a następnie wbiłem swój miecz pomiędzy jej żebra. Zawyła w bólu, po czym zamachnęła się skrzydłami, powalając mnie na ziemię. Minęła może jedna sekunda, a była już w powietrzu. Zajebiście, będzie pikować, a ja nie mam miecza. Pozostały mi jedynie modły. Wtem stał się cud. Darowała sobie. Po prostu odleciała, zabierając ze sobą dwa jaja. Reszta naszej drużyny podeszła do mnie w milczeniu. Kirimizi kulał.
   — Chyba skręciłem sobie kostkę, kiedy uciekałem przed nią — powiedział z bólem w głosie.
   — Evan, wiem że Braden był dla ciebie ważny, ale to tylko koń. Jeśli następnym razem zrobisz taką głupotę jak przed chwilą, to zginiesz. — Gruby wykazał więcej empatii.
   — Masz rację — odpowiedziałem po chwili namysłu. — To był tylko koń. Nic więcej. — Wstałem z bólem. — Może skończmy na przepędzeniu jej?
   — To dobry pomysł — rzekł bandyta.
   — Mówił do ciebie? — zawarczał groźnie Rudy. Tamten musiał się go przestraszyć, bo rzucił krótkie "nie" i odszedł.
   Pochowaliśmy Bradena pod drzewem, na którym gryf uwił gniazdo, po czym odprowadziłem krasnoludy z powrotem na ścieżkę. Pozostało jedynie wrócić razem z bandytą do tego tartaku. Przez całą drogę towarzyszyły mi myśli o koniu. Czemu on, czemu tak? Strzaskane kości, rozerwane mięśnie, powyrywane ścięgna, paskudna śmierć. Mam nadzieję, że chociaż zginął szybko.
   ***
   Farid siedział na krześle, a na ławie przed nim leżała głowa upolowanego przeze mnie ghula. Skurwysyn chciał zachować ją sobie jako pamiątkę, czyli pewnie upchnąć ją u burmistrza Kamiennego Potoku. A miał mnie nie obrobić, skurwiel jeden. Przynajmniej relacja jego szpiega wystarczyła mu jako dowód tego, że gryf odszedł.
   — Pięknie załatwiona robota panie Evan. Myślałem, że zajmie to panu tydzień, a minęło może kilka godzin! Gdzie zwykle pan przebywa? Chciałbym najmować pana w przyszłości.
   — Niestety, nie mam stałego miejsca pobytu, ale jeśli będę w okolicy, to pewnie o mnie usłyszycie.
   — Ma pan rację. Wie pan co? W ramach nagrody za tak szybką akcję, może pan sobie zatrzymać moją kuszę oraz swój ekwipunek.
   — Dziękuję bardzo — odparłem cierpko.
   Pewnie powinienem powiedzieć coś więcej, ale zmęczenie odebrało mi zdolność myślenia. Stałem jedynie dzięki temu, że ich znachor doprowadził mnie do ładu. Wychodząc z tartaku i wracając na ścieżkę, zdałem sobie sprawę z tego, że oni kiedyś byli kimś. Wszędzie było mnóstwo ukradzionych listów gończych, oferujących krocie za ich głowy. Każdy z osobna był stary i poniszczony, tak jak ich przeszłość. No cóż, gościńce mają też wady. Wady? Tępienie przestępczości to raczej zaleta, ale przez czas, który tu spędziłem nabrałem mieszanych uczuć. To tylko ludzie pozbawieni wyboru.
   Reszta drogi do Kamiennego Potoku była pozbawiona przeszkód. Do miasta dotarłem około północy, więc ładne, białe domki z czerwonymi dachami były skąpane w mroku. Światła paliły się jedynie w porcie, nad rzeką. W ciche noce, takie jak ta, szum wody roznosił się po całym mieście. Szeroka wstęga wody była schronieniem dla niewielkiej ilości ryb, ale w zamian nanosiła mnóstwo kamieni. To, że nikt nie miał z nich pożytku, to już inna sprawa.
   Mnie jednak interesował tylko dom burmistrza. Nie wyróżniał się on zbytnio od innych domów, był jedynie nieco większy i miał tabliczkę wbitą w trawę przed nim. Głosiła ona: "Dom burmistrza".
   Prosto i bez lania wody. — Pomyślałem sobie. — Mam nadzieję, że to nie dlatego, że mieszkają tu tylko cepy. Gospodarz najwyraźniej nie spał, gdyż kiedy tylko zapukałem do drzwi, natychmiast mi je otworzył. Miał on na sobie długi, biały szlafrok. Na jego okrągłej twarzy malowała się radość, na widok głowy ghula, którą trzymałem w ręce.
   — Edan, jest pan bohaterem! Urządzimy na pańską cześć ucztę! — mówił na tyle głośno, że z pewnością obudził połowę miasta.
   — Na imię mam Evan — powiedziałem, kłaniając się. — Nie musisz organizować mi uczty, chcę tylko odebrać nagrodę i pojechać do rodziny.
   — Jesteś pewien? — zapytał zdezorientowany.
   — Tak, no, chyba że masz konia dla mnie. Mój niestety zdechł podczas roboty.
   — To smutne, może jednak znajdzie pan pocieszenie w jadle i napojach?
   — Z całym szacunkiem, ale nie skorzystam z oferty.
   — Niech będzie tak, jak pan chce. Już biegnę po pieniądze. — Mężczyzna wbiegł na chwilę do domu, a kiedy wrócił miał w ręku sakiewkę pełną pieniędzy. — Chce pan przeliczyć? — zapytał, podając mi ją.
   — Nie ma takiej potrzeby — powiedziałem z uśmiechem.
   — Co się tyczy konia, czeka w stajni.

Slugalegionu

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 6074 słów i 34638 znaków, zaktualizował 22 lut 2016.

2 komentarze

 
  • Kuri

    "Jeżeli pan zabije, albo chociaż przepędzi przepędzi tego gryfa, puścimy pana wolno" i "Najpierw trza trza było znaleźć gniazdo tego ptaszka" - dwa te same słowa pod rząd :) Poza tym... człowieku, jesteś geniuszem xD Primo - długi rozdział (cenię sobie długie rozdziały), secundo - GENIALNE wzdłuż w wszerz, tertio - czekam na kolejne części :D

  • Slugalegionu

    @Kuri, dziękuję za komentarz i oczywiście zaraz poprawiam ten błąd. :D

  • Kuri

    @Slugalegionu Ekhm, czekamy tu na rozdziały :D

  • Slugalegionu

    Schrzaniłem końcówkę serii i muszę całość poprzerabiać. XD Zaraz wejdzie drugi. :p

  • elenawest

    Bardzo mi się spodobało :-) niedoszukałam się błędów oprócz braku jednego przecinka "... jesteś wojownikiem(,)Evan". To tyle :-)

  • Slugalegionu

    Dziękuję bardzo. :D Już poprawiam. :)