Opowieść inna, niż inne - rozdział 14

- To teraz przejdźmy do przyjemniejszych spraw. - wolną ręką sięgnął po laptopa.
- Jakich? - zainteresowałam się natychmiast.
- Chyba czas wybrać łóżeczko dla dziecka — powiedział, uśmiechając się delikatnie. Roześmiałam się.
- A więc do roboty!
Godzinę później złożyliśmy zamówienie w sklepie internetowym, a ja wzięłam się za zamawianie pierwszych ubranek i zabawek dla dziecka, wybierając neutralne kolory pasujące zarówno dla chłopca i dziewczynki.
Półtora tygodnia później.

- Skończyłem! - wykrzyknął uradowany Sebastian. Wyjrzałam z sypialni. Na środku salonu stało skręcone wreszcie łóżeczko.
- Miło, że udało ci się to po tygodniu, bo już się zastanawiałam, gdzie będzie spać nasze dziecko, jeśli tego nie ukończysz — powiedziałam z wrednym uśmieszkiem.
Wyprostował się i zmrużył oczy.
- Czego się gapisz? - zapytałam.
- Na ciebie — odparł, uśmiechając się szeroko.
- To już nie masz na co? - zaśmiałam się, podchodząc do niego. Objął mnie czule.
- Nie, bo ty jesteś jedyna — wyszeptał mi do ucha. Jego ciepły oddech przyjemnie połaskotał mnie w odsłonięty kark.
Dopiero trzy tygodnie później już całkowicie udało mi się dojść do siebie. Oboje z Sebastianem coraz bardziej cieszyliśmy się ze zbliżającego się terminu porodu. Bucky starał się opiekować mną niemal na każdy kroku. W czasie, kiedy Seba przez cały czas dostarczał Marco informacje na temat HYDRY, gromadziliśmy poszczególne części wyprawki.
Pewnego dnia jednak wszystko runęło w drzazgi. Runął cały mój świat. Została odebrana mi opoka, poczucie bezpieczeństwa...
Siedziałam akurat z Bianką i Sylvią w pokoju Bianki, kiedy z dołu dobiegły nas nagle przeraźliwe krzyki i serie z karabinów. Przestraszone sytuacją, porwałyśmy się na równe nogi i dopadłyśmy drzwi akurat w momencie, gdy okno rozprysło się w pył, a do pokoju dostała się jakaś zakapturzona postać. Wrzasnęłyśmy z Sylvią zgodnie, wspólnie szarpiąc drzwi. Bianka natomiast wykorzystując nieuwagę przeciwnika, zdzieliła go w łeb ciężkim kijem bejsbolowym, który zawsze stał u niej przy drzwiach na wszelki wypadek. Gdy nieprzytomny napastnik zwalił się ciężko na jasny dywan zaścielający podłogę, wypadłyśmy na korytarz, przepychając się w drzwiach. Stanęłyśmy zdezorientowane. Z odgłosów płynących z całego domu wywnioskowałyśmy, że walka toczy się już kompletnie wszędzie.
- I co teraz? – jęknęłam.
- Musimy się gdzieś ukryć – odparła żona Vincenzo, rozglądając się nerwowo. – Tylko gdzie?...
- Gabinet ojca ma tajne zejście do piwnicy. Tam możemy to wszystko przeczekać... – zaproponowała wstrząśnięta Bianka, kurczowo zaciskając dłonie na drzewcach kija.
- Jesteś pewna, że tam się nam nic nie stanie? – zapytałam.- Nie znajdą nas tam?
- Jestem pewna... Chodźcie! – pociągnęła nas w stronę schodów, gdy usłyszałyśmy kolejną serię strzałów. W mgnieniu oka doszłam do wniosku, ze zdecydowanie nie lubię tego dźwięku!
Nie dotarłyśmy jednak na miejsce, widząc, że gabinet stoi w płomieniach. W totalnej panice zdecydowałyśmy się na wyjście z domu, sądząc, że być może jeszcze komuś udało się wydostać. Martwiłam się o Sebastiana, bo kompletnie nie wiedziałam, gdzie się znajdował w momencie ataku. Nie chciałam jednak poruszać tego tematu, by nie wywoływać kolejnej fali paniki. I tak byłyśmy już wystarczająco przerażone tym wszystkim.
W końcu jakimś sposobem wybiegłyśmy na dwór, natychmiast natykając się na Vincenzo, który odciągnął nas po lasek, tam, gdzie miałyśmy największe szanse na bezpieczne przeczekanie tego wszystkiego. Kazał nam siedzieć na tyłkach w jakichś krzakach, a sam chyłkiem udał się w stronę domu. Uszedł jednak być może tylko jakieś osiemdziesiąt metrów, gdy przez wejście główne doskonale widoczne stąd, gdzie siedziałyśmy, został wywleczony zemdlony Bucky!
- Nie! – wrzasnęłam, z niejakim trudem porywając się na równe nogi. Nie zważając na realne zagrożenie i krzyki dziewczyn, rzuciłam się biegiem w stronę podjazdu. Vincenzo obejrzał się na mnie i w porę schwycił mnie wpół, gdy przemykałam koło niego. Pociągnął mnie za sobą, a w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą staliśmy, w powietrze wyprysnęła fontanna ziemi i trawy, poryta nabojami karabinowymi. – Zostaw nie! – chciałam mu się wyrwać, ale usadził mnie w miejscu. – Puszczaj!
- Chcesz tam zginąć?! – warknął. – Im nie chodzi o ciebie, tylko o Sebastiana! To byli ludzie HYDRY! – rzekł, a do naszych uszu dobiegł pisk opon samochodowych, gdy z niejakim szwungiem odjeżdżali spod rezydencji.
- Sebastian!!! – ryknęłam, wyrywając mu się z objęć. Było już jednak za późno... Samochody właśnie znikały w siwym dymie spod ich kół. – Nieee!!! – upadłam na kolana. – Nie...
- Wiktoria... On żyje – powiedział mężczyzna. – I nadal będzie żyć...
- Skąd możesz to w ogóle wiedzieć? – załkałam żałośnie.
- Bo gdyby zależało im na jego śmierci, zabiliby go natychmiast, gdy włączył się do walki. Oni chcieli go porwać i niestety im się to udało. Ale przeżyje, tego jestem pewien.
- A jeśli się mylisz? – jęknęłam, dając się zaprowadzić z powrotem za węgieł budynku. – Co wtedy stanie się ze mną i moim dzieckiem?...
- Tego nie wiem, ale jestem przekonany, że razem z ojcem coś wymyślimy – powiedział ponuro. – A teraz przez chwilę siedź tutaj grzecznie i nigdzie się nie wybieraj. Ja idę po dziewczyny...
- Jest bezpiecznie?
- Tak. Tylko masz tu jeszcze chwilę zostać, rozumiesz?

Bucky.
Jęknąłem, gdy nagle z całą gwałtownością dotarł do mnie potworny ból głowy. Przypomniał mi się atak HYDRY na dom Pescarrów.
- Mycha! – wrzasnąłem, otwierając oczy i chcąc się porwać z krzesła, na którym siedziałem, lecz nie mogłem! Zostałem przykuty do mebla...
Lekko jeszcze nieprzytomnym wzrokiem rozejrzałem się po pomieszczeniu, lecz gładkie ściany, jedne drzwi i małe, zakratowane okienko nie bardzo pozwalały mi się rozeznać w sytuacji, choć doszedłem do wniosku, że najpewniej zostałem porwany i muszę znajdować się, w której z baz HYDRY. W tym momencie jednak bardziej niż sobą, martwiłem się Wiktorią. Tym, czy nic się jej nie stało, czy była bezpieczna...
Ból głowy był jednak na tyle nieznośny, że zmęczony odpłynąłem, zatracając się w mrocznym świecie pełnym koszmarów sennych i niezrozumiałych głosów.

Otworzyłem gwałtownie oczy, gdy otrzymałem silne uderzenie w twarz. W ustach poczułem metaliczny smak krwi płynącej z rozbitej wargi. Zamrugałem kilkakrotnie, chcąc przyzwyczaić oczy do ostrego światła, jakie zapalono w pomieszczeniu.
- Zdrastwujtie, Soldát! – powiedział mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie.
Spojrzałem na niego wzrokiem całkowicie pozbawionym wyrazu i odparłem zimno:
- Zola!
Uśmiechnął się do mie drwiąco, po chwili przechodząc już na czysty polski.
- Nareszcie znów się spotykamy...
- Nie powiedziałbym, abym był zadowolony z tego spotkania – warknąłem. – Wolałbym, żebyś już nie żył!
- Jak zawsze uroczy – zaśmiał się nieprzyjemnie. – Twoja ucieczka przysporzyła nam wielu kłopotów, żołnierzu!
- I dobrze!
- Ajajaj! Chyba nie zdajesz sobie sprawy z konsekwencji swojego czyny – syknął złowieszczo, pochylając się w moją stronę.
- Zdaję – odparłem. – Aczkolwiek dziwię się, że przywlekliście mnie aż tutaj, by mnie zabić. Nie łatwiej było wykończyć mnie na miejscu?
- Myli się pan, sierżancie Barnes... Nie mamy zamiaru pana zabijać! Nieee... Planujemy przywrócić pana do pana nominalnej pozycji.
- Nie ośmielicie się! – warknąłem, czując, jak cała krew odpływa mi z twarzy.
- A dlaczego nie? – zainteresował się Zola zimno. – Należysz do nas! To ja cię stworzyłem takim, jaki jesteś! Beze mnie umarłbyś po ataku Afgańczyków! To nam zawdzięczasz swoje drugie życie!
- Życie, które mi zniszczyliście!
- Sam je sobie zniszczyłeś – odparł znudzonym tonem, od niechcenia oglądając swoje paznokcie. – I zapewniam cię, że zniszczysz jeszcze wiele istnień. Począwszy od swojej ukochanej i jej bezwartościowego bachora!

1 791 czyt.
100%152
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 1453 słów i 8386 znaków.

2 komentarze

 
  • Malawasaczka03

    Malawasaczka03 · 12 lut 2017

    O lol. No to mnie zszokowałaś Uzależniłam się od tego opowiadania!

  • Lalli

    Lalli · 11 lut 2017

    Super Czekam na next