Opowieść inna, niż inne - rozdział 20

Odetchnęłam głęboko, odwracając się twarzą w stronę słońca. Łzy same popłynęły mi po policzkach, a z gardła dobył się z trudem tłumiony szloch. Dotknęłam dłońmi brzucha akurat w chwili, gdy dziecina się poruszyła i wyszeptałam żałośnie:
- Przepraszam cię, kochanie, że będziemy same, a ja nie będę idealną matką...
Westchnęłam, starając się uspokoić, ale żal był zbyt wielki, by ot tak móc się go pozbyć.
- Jesteś idiotką, Wiktoria! - zrugałam samą siebie. - Zawsze musisz zaufać nie tym mężczyznom, co potrzeba... Czy ty musisz sobie aż tak komplikować życie?
No i oczywiście nie byłam w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak to wszystko powiedzieć rodzicom, gdy już wrócę do domu... Jak sama wychowam dziecko bez pomocy mężczyzny. Czy maluch nie zejdzie na złą drogę i wreszcie, czy ewentualnie uda mi się znaleźć jakiegoś mężczyznę, bo o powrocie do Sebastiana, a tym bardziej do Michała, nie mogło być mowy żadną miarą. Zdawałam sobie jednak boleśnie sprawę z tego, że niewielu jest facetów, którzy zdecydują się na związek z kobietą, która ma już dziecko z innym...

Do rzeczywistości przywrócił mnie odgłos szybkich kroków, gdy ktoś wyszedł na taras. Po chwili czyjeś silne ręce oderwały mnie od rozmyślań i barierki, odwracając ku rozmówcy(?). Nie zdążyłam nawet zorientować się, co się dzieje, gdy zostałam zamknięta w mocnym uścisku ramion.
- "W dupie mam czekanie!" - usłyszałam wzburzony głos Sebastiana i zadrżałam z lekka, bo kompletnie nie miałam pojęcia, co on chce zrobić. - "Albo dasz mi w pysk, albo wybaczysz wszystko" - powiedział, po czym pocałował mnie władczo i namiętnie. Sapnęłam, reagując trochę za późno. Szarpnęłam się mocno, chcąc się oswobodzić, ale unieruchomił mnie skutecznie. Z braku laku zebrałam całe siły i kopnęłam go w kostkę. Warknął zirytowany, ale ani mnie nie puścił, ani nie przestał całować. Pogłębił go nawet, bezczelnie wpychając mi język do ust. Zadziałałam instynktownie, wychodząc mu naprzeciw i kiedy nasze języki połączyły się w szaleńczym tańcu, z przyjemnością zamknęłam oczy, poddając się chwili. Przesunął lewą rękę z mojego ramienia na plecy w okolicy lędźwiowej i leciuteńko docisnął mnie do siebie. Zamruczał ukontentowany, gdy przygryzłam mu wargę i zarzuciłam ręce na szyję. Puściłam go, dopiero gdy obojgu nam zabrakło tchu. Oddychałam ciężko, starając się uspokoić gwałtownie rozszalałe emocje. Spojrzał na mnie niepewnie, czekając na moją reakcję. A ja biłam się z myślami. Zerknęłam na niego spod oka i w chwilę potem wymierzyłam mu siarczysty policzek. Aż mlasnęło! Skrzywił się, gdy zapiekła go skóra. Uniosłam dłoń w geście ostrzeżenia i wycelowałam w niego oskarżycielsko palec wskazujący.
- Ostrzegam — warknęłam. - Jeszcze raz stań się Zimowym Żołnierzem i utrać pamięć, a obiecuję ci, że nawet armia HYDRY nie obroni cię przed mym gniewem! Rozumiesz?!
Kiwnął powoli głową i zrobił krok w moją stronę. Ponownie mnie objął, tym razem dużo delikatniej.
- Jeszcze raz przepraszam cię za wszystko. Przede wszystkim, że byłem takim głupcem i czując do ciebie to, co czułem, zdecydowałem się wstąpić do wojska. Gdybym tylko mógł, cofnąłbym czas i zmienił w swoim życiu naprawdę wiele rzeczy... - powiedział poważnie, patrząc mi głęboko w oczy. - Przysięgam, że już nigdy cię nie opuszczę, Wiki. Nigdy! - powtórzył twardo.
- Jesteś największym durniem na świecie, Bucky! - warknęłam. - I za coś takiego, coś zrobił, powinnam cię zatłuc, parszywcu jeden! Masz szczęście, że moje serce wie lepiej, niż rozum czego chce i że nadal cię kocham!
- Kochasz mnie? - zapytał z nadzieją w głosie. Kiwnęłam głową i ponownie się rozpłakałam. Zaczął mnie do siebie tulić i szeptać do ucha, że już nigdy mnie nie opuści.
- Radziłabym ci nie złamać tego przyrzeczenia! - wychlipałam jeszcze, mocząc mu obficie przód bluzy.
- Wezmę sobie do serca twoje słowa, kochanie — powiedział poważnie i pocałował mnie w czoło. - Więc... Pozwolisz mi do siebie wrócić?
- Pozwolę, - przytaknęłam — ale na razie będziesz mieć ograniczony kredyt zaufania.
- Dobrze! Zgadzam się na wszystko, byleby tylko prawdziwie i już na zawsze cię odzyskać! - wykrzyknął uradowany i padł przede mną na kolana. Jego krzyk wywabił na taras rodzinę Pescarrów, którzy mocno uradowali się tym, że jednak postanowiłam wybaczyć Sebastianowi. Wobec tego Marco natychmiast zarządził walną naradę plenarną w celu ustalenia, co aby mamy i jesteśmy w stanie zrobić, by zaszkodzić, a najlepiej całkowicie wyeliminować HYDRĘ. Znaczy, oni mieli ją zniszczyć. Ja oraz pozostałe kobiety w tej kwestii się nie liczyły, aczkolwiek pozwolono nam wyjątkowo (taaa, zrobiłam raban!) uczestniczyć w naradzie jako głos doradczy.
Gdy wreszcie zasiedliśmy w sile trzydziestu ludzia w obszernym salonie Pescarrów, pierwszy głos zabrał Marco, jako nasz opiekun, a przede wszystkim gospodarz spotkania.
- Na wstępie w imieniu nas wszystkich pragnę serdecznie powitać ponownie w naszym gronie Sebastiana Barnes, który cudownie odzyskał utraconą pamięć, wobec czego nie stanowi dla nas już zagrożenia — powiedział, leciutko kłaniając głowę w stronę Seby, który natychmiast odwzajemnił ten gest. Marco kontynuował tymczasem. - Jesteśmy tu, bo HYDRA zbyt śmiało sobie poczyna. Nie możemy tego więcej tolerować, jeśli dochodzi przez to do napadów na naszych ludzi i gości... Sebastianie, byłeś jednym z nich, znasz ich metody działania, opowiedz nam, proszę tyle, ile na ten temat wiesz — poprosił, zwracając się do Buckiego.
- HYDRA jest bardzo zorganizowaną i rozbudowaną grupą — zaczął Sebastian, mocno zaciskając dłonie. - Bardzo trudno jest znaleźć państwo, w którym nie ma przynajmniej pięciu swoich ludzi, a ci są tak głęboko zakonspirowani, że mogą nawet nie wiedzieć o sobie nawzajem. Sam szkolony byłem raczej tylko i wyłącznie na zabójcę, ale wiem też, że HYDRA ma swoje wtyki i w rządzie i w prywatnych korporacjach, i w sporcie czy w sztuce, bo to przynosi im wysokie profity.
- Tak, jak każdej innej tego typu organizacji — zauważył surowo szef Conty Nobre, którego sztywny sposób bycia i chłodna postawa przyprawiały mnie o ciarki. Przy nim Marco zdawał się być łagodnym króliczkiem...
- Pewnie tak, ja tam dla własnego dobrze pojętego szczęścia, nie interesuję się tym... Jak mówiłem, ja głównie byłem chłopcem na posyłki, maszynką do zabijania, ale potrafiłem też ostro negocjować i zastraszać — powiedział, przy ostatnich słowach krzywiąc się mocno. - Wiem jednak, że HYDRA "produkowała" także innych ludzi. Miałem z nimi styczność być może tylko dwu, czy trzykrotnie i za każdym razem po ćwiczeniach z nimi, wychodziłem z ostrymi cięgami, jakie od nich dostałem, z czego łatwo można wywnioskować, że są lepsi ode mnie. I możliwe też, że wręcz nieśmiertelni... Nie mam tu akurat pojęcia, do czego posunęła się HYDRA. Wiadome natomiast jest, że są wściekli, bo najpewniej dotarło już do nich, że ja tu nie zginąłem, tylko odzyskałem pamięć.
- Skąd mogą to wiedzieć? - zapytałam, zanim jeszcze ktokolwiek inny odezwał się na ten temat.
- Nie mam pojęcia, kochanie, ale, jak mówiłem, oni mają swoich ludzi wszędzie, więc może nawet są i wśród nas, aczkolwiek nie chcę tu rzucać jakichś oskarżeń bez pokrycia. Po prostu spekuluję...
- Czyli podejrzewasz, że o wszystkim już wiedzą? - zaniepokoił się Marco.
- Tak, lub wkrótce dotrze do nich ta wiadomość... Ich złość będzie o tyle wielka, że do walki ze mną, a bezpośrednio też z wami, rzucą wszystkie możliwe siły — asasynów, podpalaczy, porywaczy, moich byłych "kolegów po fachu" - wyliczał, przybrawszy poważny wyraz twarzy. Nie mieliśmy złudzeń, że spekuluje całkiem na temat. - Nie jestem w stanie teraz określić, co jeszcze mogą wprowadzić do walki z wami, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby szarpnęli się na trucizny, bomby i tym podobne rzeczy. Są skrajnie niebezpieczni i gotowi zrobić wszystko, by tylko ostatecznie mnie wyeliminować, bo nie sądzę, by po raz trzeci chcieli robić mi pranie mózgu, skoro dwukrotnie się im już zerwałem ze smyczy. To akurat jest ich słabość, którą ewentualnie można by jakoś przeciw nim wykorzystać, gdyby inni Zimowi Żołnierze odzyskali swoją pamięć.
- A ilu was jest? - zainteresował się ojciec chrzestny Conty.
- Dwudziestu. Plus dziesięciu tak zwanych Żelaznych Żołnierzy. Znają trzydzieści języków, potrafią wtopić się w każde otoczenie i ja znam tylko trójkę z nich. Nie wiem, czy ktokolwiek oprócz Zoli, głównego "architekta" tych wszystkich popieprzonych "projektów". To były nazistowski lekarz, który jakimś niewyobrażalnym sposobem uchował się w całkiem dobrym stanie do naszych czasów i eksperymentuje sobie na ludziach pod czujnym, aczkolwiek dość przychylnym okiem HYDRY.
- Da się zrobić tak, by stracili mocny grunt pod nogami? - zapytała milcząca dotąd Monique.
- Myślę, że tąpnęłoby ich, gdyby zginął Zola, bo jego pomocnicy nie są tak zdolni, jak ten skurwysyn, ponadto on ma wszystkie swoje pomysły zarówno spisane na kartkach, jak i w swojej pamięci. Jest szalony, ale przez to ekstremalnie niebezpieczny. No i możliwe, że gdyby wysadzić jego laboratorium na Kamczatce i w Genewie, zostałby pozbawiony wielu swoich rzeczy, na których wyjątkowo mu zależy.
- Więc trzeba najpierw dorwać Zolę, tak? - chciał wiedzieć Marco.
- Chyba tak...

1 668 czyt.
100%164
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe, użyła 1750 słów i 9915 znaków.

4 komentarze

 
  • igor

    igor · 13 kwi 2017

    Świetne opowiadanie. Znów klimat jak w JW Agat. Przeczytane jednym tchem. Proszę o więcej. Pozdrawiam z dalekiego kraju

  • Lalli

    Lalli · 11 kwi 2017

    Super loffciam twoje opowiadania

  • zabka815

    zabka815 · 10 kwi 2017

    Jak zawsze świetne lecz krótkie ale rozumiem i będę cierpliwie czekać aż znowu napiszesz dłuższą część    Kocham te opowiadanie  

  • Caryca

    Caryca · 10 kwi 2017 · 193949589

    Część wspaniała ,  tylko krótka , ale   jak zwykle pewnie się czepiam  ogólnie masz prawdziwy  talent  nie  zmarnuj  go  pozdrawiam