Opowieść inna, niż inne - rozdział 32

Opowieść inna, niż inne - rozdział 32- Znów cię zaczepił? - zagadnęła mnie Bianka, gdy tylko znalazłam się na dole.
- Niestety... Czemu on nie może mieszkać w domku dla służby? - zirytowałam się.
- Ojciec uważa, że tak jest bezpieczniej... - westchnęła. - Wybacz, ale nic ci na to nie poradzę.
Wzruszyłam ramionami.
- Wiem, nie ty tu rządzisz — uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
- Nie chciałabyś, żebym to ja tu rządziła, wierz mi! - prychnęła, śmiejąc się. Spojrzałam na nią i szybko jej zawtórowałam.
- Widzę, że wraca ci humor — powiedziała Monique, niespodziewanie wychodząc na taras. - Dobrze, że znów się śmiejesz.
- Dziękuję — bąknęłam. - Rozmawiają z Marco?
- Tak — przytaknęła, siadając przy nas. - I nie jest to spokojna konwersacja.
- Dlaczego? - zainteresowałam się natychmiast, przeczuwając pewne kłopoty.
- Bo nie mogą dojść do porozumienia. No i twój Sebastian jest w zdecydowanej mniejszości.
- Reszta chce już teraz zaatakować?! - zdumiałam się. Myślałam, że Marco poprze Sebastiana! - Ale przecież to niebezpieczne!
- A czyż nie wszystko, co robią przeciw HYDRZE, nie jest niebezpieczne? - odparła trafnym pytaniem. Westchnęłam, bo miała niestety rację i spojrzałam na Biankę, ale ta wpatrywała się w przeciwległą część ogrodu z mieszaniną złości i pogardy. Odwróciłam się w tamtym kierunku i ujrzałam Konrada ponownie bez koszuli, jak pali papierosa. Przymknęłam oczy, by na niego nie patrzeć. Gdy je ponownie otwarłam, ten kretyn ruszył w moją stronę, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że nie jestem sama!
Syknęłam wściekła, ale nie ruszyłam się z miejsca, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń u Monique. Wymieniłam tylko z Bianką spojrzenia, które mówiły jedno: Co za matoł!
Ten jednak najwyraźniej w nosie miał wszystko, bo zbliżał się do nas coraz bardziej. Jego kołtuński uśmiech znikł jednak, gdy dojrzał siedzącą za nami Monique.
- Och, witam panią — powiedział jakoś niemrawo, zatrzymując się nagle w pół kroku. Kobieta spojrzała na niego krótko i ostentacyjnie odwracając głowę, powiedziała ostro:
- Ubierz koszulę! To nie wybieg dla modeli, tylko porządny dom! I nie ma tu nikogo, kogo mógłbyś poderwać na tę goliznę!
Konrad wyraźnie się speszył, słysząc jej reprymendę i nie zaszczycając mnie już spojrzeniem, za co byłam mu naprawdę wdzięczna, umknął do posiadłości.
- Nie lubię go! - oznajmiła po chwili kobieta. Spojrzałam na nią zdumiona.
- Dlaczego? - spytałam.
- Bo jest fałszywy. Sprzeciwiałam się przyjęciu go tu do pracy, ale Marco się uparł — wyjaśniła.
- Znasz go?
- Oczywiście! Bianka ci nie opowiadała? To syn naszych dobrych znajomych.
- Dlaczego więc go nie lubisz? I czemu mówisz, że jest fałszywy?
Nie doczekałam się jednak odpowiedzi, bo trzasnęły gwałtownie zamknięte drzwi i po chwili na tarasie pojawił się wyraźnie wzburzony Bucky.
- Co się dzieje? - zapytałam.
- Marco mnie nie słucha i wysyła ludzi na akcję — warknął.
- I?
- A ja mam zostać tutaj! - oznajmił wściekły.
- Przecież bez ciebie pójdą na pewną śmierć! - wykrzyknęłam.
- Też mu to powiedziałem... Monique, zechcesz przekonać męża, że źle robi i ta misja to wariactwo?
- Spróbuję — odparła i ruszyła do gabinetu, z którego dopiero co wyszedł Seba.
- Dlaczego cię uziemił? - zapytałam.
- Nie wiem! A podobno zależało mu na moich radach!...
- I pewnie nadal tak jest...
- Gówno prawda! Marco miał nadzieję na szybkie akcje, a nie na coś tak rozwlekłego w czasie... Nawaliłem i dobrze o tym wiem.
- Co ty gadasz? W niczym nie nawaliłeś.
- Tak, jasne... - prychnął. - Mogłem... mogłem szybciej ich wykończyć... Gdybym tylko to zrobił...
- To teraz pewnie sam byłbyś martwy — odparłam sfrustrowana.
- Nawet ty? - jęknął. - Tak bardzo nie wierzysz we mnie?
- Wierzę, Bucky! Chodzi mi jednak o to, że przecież to wszystko wymagało czasu. Przecież nie mogłeś sobie ot tak wejść do głównej siedziby HYDRY, bo by cię zabili!
- Ale powinienem był tam iść!
Nie wytrzymałam i po wstaniu z leżaka, strzeliłam go mocno w twarz. Złapał się za piekący policzek i spojrzał na mnie zdumiony.
- Za co? - zapytał.
- Ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Chciałbyś tam iść na pewną śmierć?! Zostawiając mnie z dwójką dzieci? W tym z jednym jeszcze nienarodzonym? - syknęłam, a w moich oczach pojawiły się łzy.
- Wiki... Nie...nie to miałem na myśli!
- Dokładnie to! Dokładnie! - huknęłam na niego i zostawiając Lenkę pod jego opieką, uciekłam na górę do naszego apartamentu. Zamknęłam się w łazience, pozwalając płynąć łzom. Słyszałam, jak z rumorem i płaczącą córeczką Seba wbiega na górę.
- Mycha, gdzie jesteś? - zawołał, chodząc niespokojnie po pomieszczeniach. W końcu jednak zorientował się, że jestem w łazience i chwycił za klamkę. Drzwi ani drgnęły, zamek był zbyt solidny. Nie przewidziałam jednak, że Bucky wykorzysta bioniczne ramię, by wyrwać drzwi z zawiasów!
Podskoczyłam jak oparzona. Do środka wszedł wzburzony Sebastian.
- Nigdy. Więcej. Tak. Nie. Rób! - syknął przez zaciśnięte zęby. - Rozumiemy się?!
- "Co to za huk?" - usłyszeliśmy głos Vincenzo. Spojrzeliśmy oboje w tamtym kierunku. Zaraz za młodym Pescarrą stał Simon, Paulo i niestety również Konrad. Wpatrywał się we mnie uważnie i bardzo niespokojnie.
- Po prostu wyważyłem drzwi — odparł w miarę spokojnie Sebastian.
- Czemu? - zdumiał się Paulo.
- By dostać się do Wiktorii. Pokłóciliśmy się lekko, ona się tu zamknęła, a ja wystraszyłem się, by sobie niczego głupiego nie zrobiła — wyjaśnił Bucky. - Wybacz za ten bałagan, Vince. Pokryję koszty.
- Spoko... Wiki, na pewno wszystko w porządku? Wyglądasz na mocno przestraszoną — zwrócił się do mnie Vincenzo.
- Tak, tak jest wszystko ok — odparłam z lekkim uśmiechem.
- Seba, a ty nadal taki wkurzony po tej rozmowie z moim ojcem?
- Owszem! Dlatego wybaczcie, ale muszę odreagować — powiedział, wymijając chłopaków. Wyszedł na korytarz.
- Co ty chcesz zrobić? Gdzie idziesz? - krzyknęłam za nim.
- Macie na dachu śmigłowiec, prawda? - zwrócił się przez ramię do Vince'a, pokonując po trzy stopnie na raz.
- Umiesz pilotować? - zdumiałam się, ledwo za nimi nadążając.
- Jak widać, wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz! - mruknął, otwierając drzwi na dach. Podszedł do śmigłowca i wsiadł do kabiny. Gdy zamykał drzwi, spojrzał na mnie tak, że niemal aż sobie przysiadłam w miejscu. Uff! Jeśli on się tak patrzy na swoich przeciwników w czasie walki, to szczerze mówiąc, na ich miejscu szczałabym w gacie ze strachu!
- Bucky! - ryknęłam, starając się przekrzyczeć wizg łopat wirnika. Gdy poderwał maszynę, nasze oczy ponownie się spotkały. Ujrzałam w nich żądzę mordu! Wystraszyłam się, że znów Zimowy Żołnierz się w nim budzi bez żadnego kodu!
- Idiota! - powiedział Konrad, podchodząc do mnie. - Chodźmy na dół...
- Zostaw mnie! - warknęłam.
- Wiki, nie możesz tu być. Zejdźmy na dół! - powtórzył, starając się ruszyć mnie z miejsca.
- Powiedziałam, żebyś zostawił mnie w spokoju! - ryknęłam na niego, by zaraz potem zgiąć się wpół z bólu. Do oczu napłynęły mi łzy...
- Wiktoria! - ryknęli zgodnie w trójkę. Wspólnymi siłami przetransportowali mnie na dół, gdzie domowy lekarz powiedział, że kategorycznie mam się nie denerwować aż do rozwiązania, chyba że chce przedwcześnie urodzić!

- Jak się czujesz? - zapytała mnie Bianka, wchodząc do mojej sypialni jakiś czas później.
- Wściekła, smutna, zdezorientowana — wymieniłam na jednym tchu, miętosząc poduszkę, którą ściskałam w dłoniach.
- Co do dwóch pierwszych emocji, to się mogę zgodzić, ale czemu jesteś zdezorientowana?...  
- To skomplikowane... Widzisz... Sebastian znów zachowuje się tak, jakby kontrolę nad nim przejmował Zimowy Żołnierz. Ja mam tego już serdecznie dość! - warknęłam. - Chcę, by to wszystko się już uspokoiło. Chcę być z Sebastianem. Z drugiej strony nawet nie masz pojęcia... nie widziałaś, jak Konrad na mnie patrzył, gdy zasłabłam. Pierwszy wziął mnie na ręce, by zanieść do lekarza...
- Wiktoria... Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nadal coś do niego czujesz? - Bianka zakryła usta dłonią.
- Nie mam pojęcia — przyznałam. - Do tej pory nie wiem, czy to przypadkiem nie jest jego dziecko! A jeśli jest, to Seba mi nie wybaczy i zostanę sama. Sama z dwójką małych dzieci!
- Ale nie masz też tej pewności, czy Konrad cię nie zdradzi... Raz już tak zrobił.
- Przecież mnie nie zdradził!
- Nie, nie chodzi mi o ciebie. Widzisz, był kiedyś związany z moją przyjaciółką. Zdradził ją i perfidnie oszukał, przez co ona poroniła. A on stwierdził, że to i tak nie było jego dziecko. Z drugiej strony dziwię się, że przy tobie tak twardo trwa.
- "Dziewczyny?" - usłyszałyśmy jego głos od strony korytarza. - "Mogę wejść?"
- Twoja decyzja — szepnęła do mnie Bianka, wzruszając ramionami.
- Wejdź! - powiedziałam głośno. Po chwili zjawił się w sypialni.
- Jak się czujesz? - zapytał.
- Lepiej, ale nie wolno mi się denerwować... Czego chcesz?
- Ja właściwie do Bianki... Twój ojciec i brat zaraz ruszają, więc jeśli chcesz się z nimi pożegnać...
- Tak szybko?! - zdumiałyśmy się zgodnie.
- Twierdzą, że nie ma na co czekać. - tym razem to on wzruszył ramionami i zapatrzył się na mnie, zupełnie ignorując obecność Bianki. Rumieniec wystąpił mi na policzki, gdy tak przewiercał mnie wzrokiem, lecz w porę nieszczęściu zapobiegła Bianka, która zauważyła, co się dzieje i powiedziała głośno:
- Konrad, pomóż mi zejść na dół!
- O-oczywiście! - zreflektował się natychmiast i wyszli. Wkrótce potem zajrzał do mnie jeszcze Vince, kazał mi się niczym nie martwić, bo Sebastian na pewno za niedługo wróci i poszedł sobie.

Miał jednak rację, bo Bucky zjawił się w posiadłości w pół godziny później i za swoje głupie zachowanie zaczął przepraszać mnie już od progu.
- Wybacz — powiedział, przytulając mnie mocno. - Przesadziłem... Znowu...
- Wiem — odparłam. - Nie uciekaj mi już tak, jasne?
- Dobrze, skarbie. A ty nie zamykaj mi się tak więcej w łazience, co?
- Oboje popełniliśmy błędy — mruknęłam, ukrywając twarz na jego klatce piersiowej.
- Nie płacz, proszę — wyszeptał, gładząc mnie po włosach. - Wiem, że zachowałem się jak kretyn i o mały włos przez to nie urodziłaś przed czasem. Nie wiem, jak mam cię za to przepraszać... Obiecuję ci, że teraz będzie już wszystko dobrze. Tak, jak to sobie zaplanowaliśmy.
- Naprawdę w to wierzysz?
- Oczywiście! I ty też powinnaś... Jak się czujesz?
- Już dobrze. Po prostu aż do porodu nie mogę się denerwować. To wszystko.

Po dwóch dniach oczekiwania, do posiadłości wróciła wreszcie grupa Marco. Zeszliśmy szybko na dół, gdy tylko usłyszeliśmy rumor i podniesione głosy w holu. Zamurowało nas na schodach, gdy na noszach ujrzeliśmy martwe ciało Marco.
- Marco! - zawyła zrozpaczona Monique, opadając na kolana przy zwłokach męża. Wsparłam się na ramieniu Sebastiana, obserwując, jak Vince stara się uspokoić matkę, a następnie siostrę, która prawie dostała ataku histerii.
- Wiki, chodźmy stąd. To nie jest przyjemny widok. Nie powinnaś tego oglądać — wyszeptał mi do ucha po polsku.
- Ale Bianka, Sylvia...
- Mają swoich mężczyzn od tego. Ty nie jesteś im tam potrzebna. Chodź! - powiedział stanowczo, wyprowadzając mnie na górę do naszego apartamentu.
- Współczuję im — chlipnęłam, ścierając łzy z policzków. - To straszne.
- Niestety — przytaknął ponuro. - Obawiam się, co teraz będzie...
- Co masz na myśli?
- Po śmierci Marco wiele może się tutaj zmienić. Władzę w mafii przejmie teraz Vince. I nie mam stuprocentowej pewności, czy pozwoli nam tu zostać. Na wszelki wypadek nas spakuję... Boję się tylko, że w takim wypadku nie będę w stanie obronić was przed HYDRĄ.

Kilka godzin później przyszedł do nas Vince. Był opanowany, lecz zapuchnięte i czerwone oczy mówiły same za siebie.
- Przyjmij nasze najszczersze wyrazy współczucia — powiedziałam, obejmując go delikatnie.
- Dziękuję — odparł zachrypniętym głosem, oddając uścisk. Spojrzał na Sebastiana. - Nie wyrzucę was stąd. Możecie być spokojni... To, co HYDRA zrobiła mojemu ojcu... Nie darujemy im tego i zrobimy wszystko, by ich zniszczyć. Źle zrobiliśmy, nie słuchając cię, gdy nam dobrze radziłeś i dlatego ponieśliśmy tak dotkliwą stratę... Za tydzień odbędzie się pogrzeb ojca. Do tego czasu zgromadzimy tylu ludzi, ilu tylko zdołamy. Po pogrzebie omówimy wszystkie szczegóły akcji, dobrze?
- Jasne. Zgoda — powiedział Sebastian, podając mu rękę. - Współczuję straty ojca, to...
- Vince! - wrzasnął niespodziewanie Konrad, bez uprzedzenia wpadając do naszego apartamentu. - Bianka zaczęła rodzić!
- Co?! - wydarłam się.
- To chyba przez te nerwy...
- Pewnie tak, ale i tak już miała termin — mruknął Vince i szybkim krokiem ruszył do drzwi. Konrad posłał mi jeszcze powłóczyste spojrzenie, kiwnął głową Sebie i również wyszedł.

Bianka urodziła zdrową dziewczynkę po dwóch godzinach mordęgi. I pomimo żałoby, nie potrafiła przestać się uśmiechać.


Pogrzeb Marco faktycznie odbył się tydzień później. Uczestnicząc w nim razem z Sebastianem, zauważyłam, że ojcowie chrzestni pozostałych mafii otoczyli Monique niebywałą opieką.
W czasie stypy jeszcze określono plan działania na najbliższe dwa tygodnie. Plan, który zakładał zmasowany atak na główną siedzibę HYDRY. Obiło mi się również o uszy coś o porozumieniu z innymi światowymi mafiami.

- Mam nadzieję, że to już będzie koniec z problemami z HYDRĄ — powiedział Bucky, gdy leżeliśmy wieczorem tego samego dnia w łóżku. - Naprawdę chciałbym zapewnić wam już stabilizację i powrót do Polski bez obaw, że zostanę aresztowany.
- Wiem, Bucky... Wiem — westchnęłam, gładząc się po brzuchu.
- I zapewniam cię, że zrobię wszystko, by tak było! Będę o to walczyć wszelkimi dostępnymi środkami!
- Ale masz być ostrożny, tak?
- Oczywiście, skarbie...

Tydzień później.
- "O, Konrad. Jak dobrze, że już jesteś!" - usłyszałam głos Bucky'ego z salonu, gdy przewijałam Lenkę. Zamarłam, przerażona.
- "Chciałeś mnie widzieć" - odparł Włoch. - "Stało się coś?"
- "Po części... Chodzi mi o Wiktorię."
- "To znaczy?" - w głosie mojego ochroniarza usłyszałam wyraźne napięcie. W sumie sama byłam ciekawa, o co może chodzić Sebastianowi, więc wzięłam Lenkę na ręce i wyszłam do salonu.
- O, skarbie, właśnie o tobie rozmawiamy! - ucieszył się Seba, odbierając ode mnie Lenkę. Uśmiechnęłam się do niego, błyskawicznie wyłapując spojrzenie Konrada, które posłał mi, gdy Seba stał do niego tyłem. Usiadłam na sofie i zapytałam:
- A czemu akurat o mnie rozmawiacie?
- Bo tu chodzi o dalszą ochronę ciebie przez Konrada — wyjaśnił Seba, kołysząc Lenkę. - Oboje doskonale wiecie, że za tydzień czeka nas ostateczna walka z HYDRĄ i dlatego naprawdę potrzebujemy wszystkich ludzi. Konrad, wiem, jak ci zależy, ale muszę cię odsunąć od ochrony Wiki.
- Czemu? - Włoch wyglądał na naprawdę zdumionego. Aż sobie usiadł w fotelu. - Zrobiłem coś źle?
- Nie, nie. Po prostu potrzebuję cię w tej akcji. Lecisz razem z nami.
- Co?! - Konrad wyglądał, jakby miał zaraz dostać palpitacji serca. - Przecież ja nie jestem żołnierzem, nie nadaję się.
- A dlaczego nie? - zapytałam złośliwie. - Dostałeś się tutaj, więc musisz mieć pewne umiejętności, czyż nie?
Konrad wyglądał przez chwilę, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale w końcu tylko kiwnął Sebie głową, zgadzając się na jego plan.

Tydzień później.
- Będzie dobrze, zobaczysz - powiedział
Seba, gdy szykował się do akcji. Byłam zdenerwowana jak jeszcze nigdy. - Skarbie, uspokój się, bo sobie zaszkodzisz!
- Jak mam się uspokoić? - jęknęłam, cała się trzęsąc i skubiąc fragment sukienki, którą miałam na sobie. - Bucky przecież ja nawet nie mam pojęcia, kiedy wrócisz i czy w ogóle to nastąpi!
- Mówię ci, że będzie dobrze. Jesteśmy doskonale przygotowani. Poradzimy sobie — wyszeptał, biorąc mnie w ramiona. Uśmiechnął się, czując, jak dziecko obraca się w moim brzuchu. - Zobaczysz, wrócę do ciebie i tego malucha oraz Lenki. Zwyciężymy. Zobaczysz!
- Boję się, Sebuś. Prawdziwie się boję — wyjąkałam mu w przód bluzy. - Nie wiem, jak sobie tutaj poradzę bez ciebie!
- Jesteś silna, Mycha — mruknął. - Jesteś silna i wiem, że to ty będziesz wszystkich tutaj pocieszać.
- Nie byłabym tego taka pewna. Wiesz przecież, że w ciąży ma się różne wahania nastroju. Równie dobrze mogę być oazą spokoju, wulkanem energii lub po prostu się załamię. Nawet mi ochroniarza nie zostawiasz...
- A co, przywiązałaś się tak do niego? - zapytał, zakładając kamizelkę kevlarową.
- Nie tyle przywiązałam, ile przyzwyczaiłam do tego, że zawsze był mi wsparciem, gdy wyjeżdżałeś na misje — wyjaśniłam, starając się mówić pewnie i nie rumienić się.
- Obiecuję ci, że już nigdy nie będzie musiał cię chronić. Wrócimy po wszystkim do Polski.
Gdy kilka minut później do naszych drzwi zapukał Vince i oznajmił, że już czas, niemal zemdlałam ze strachu.
- Chodźmy już — powiedział stanowczo Bucky i pomógł mi zejść po schodach. W holu czekał już Konrad. W czwórkę wyszliśmy na podjazd, gdzie czekali pozostali przy samochodach. Tuląc się do Sebastiana na pożegnanie, pochwyciłam żałosne spojrzenie Konrada, który pewnie chciał, żebym to jego tak żegnała. Niestety dla niego musieliśmy poprzestać na zwyczajowym pożegnaniu i podaniu sobie rąk.
- Pilnuj go! - wyszeptałam mu jeszcze. - Nie mogę stracić Sebastiana!
Skrzywił się, ale kiwnął mi głową na zgodę. Po chwili samochody odjechały, a Paulo pociągnął mnie do posiadłości, a następnie do piwnicy i do prywatnego bunkra Pescarrów, gdzie mieliśmy czekać na powrót chłopaków.

Sebastian.
Gdy po długim locie weszliśmy wreszcie do głównej siedziby HYDRY pod Sankt Petersburgiem, zaskoczyła nas panująca tam cisza. Nigdzie nie było widać żywej duszy i już na wstępie zaczęliśmy się niepokoić, czy aby nie zostali przez kogoś zawczasu ostrzeżeni o naszych ruchach. Co prawda w budce strażniczej było kilku ludzi, lecz nie wyglądali na bardzo zaskoczonych naszym pojawieniem się. Z drugiej strony ich opór też nie był jakiś strasznie zacięty.
Posuwając się w głąb bazy, przeszło mi przez myśl, czy aby nie jest to sprytnie zastawiona na mnie pułapka. Otrząsnąłem się jednak z tych myśli, gdy naraz daleko przed nami z jednego z pomieszczeń wybiegł jakiś przerażony naukowiec. Jego niespodziewane pojawienie się zaskoczyło nas wszystkich równo i nikt nawet nie oddał strzału.
- Co do cholery? - mruknąłem, rozglądając się we wszystkie strony, lecz nikt już się nie pojawił.
- Gdzie teraz? - zapytał cicho Vince, podchodząc do mnie.
- W tamtą stronę – wyszeptałem, karabinem wskazując pozostałym kierunek. Zdziwiło mnie, że z nich wszystkich poruszam się najciszej, ale dość szybko doszedłem do wniosku, że oni nie byli szkoleni na zabójców, a ja tak... Po przejściu być może pięciuset metrów, dotarliśmy wreszcie do głównej hali. Wróciły o mnie niezbyt przyjemne wspomnienia. To tutaj po raz pierwszy obudziłem się po fatalnej akcji w Afganistanie. To tutaj wielokrotnie mnie torturowano, poddawano praniom mózgu i wymazywaniu pamięci. To tutaj zmieniono mnie w Zimowego Żołnierza! Warknąłem pod nosem, rozpoznając te wszystkie znienawidzone przez siebie urządzenia, dzięki którym mnie katowali i rozejrzałem się uważniej po pomieszczeniu. Znowu zero śladu żywej duszy, choć miałem nieodparte wrażenie, że jeszcze niedawno ktoś tu był. Ktoś, kto teraz nas obserwował z bezpiecznej odległości. Być może nawet za pomocą zainstalowanych tu wszędzie kamer. Popatrzyłem w obiektyw jednej z nich, uśmiechając się złośliwie. Tego dnia specjalnie nie założyłem maski. Chciałem, by członkowie HYDRY dokładnie wiedzieli, kto ich zaatakował!
- „A więc wróciłeś do punktu swoich narodzin, da, Soldat?” – usłyszałem głos Zoli z jednego z głośników. Zdrętwiałem, nie wiedząc, co ten skurwiel ma zamiar teraz zrobić. – „Dobrze znów cię mieć w domu, Soldat... Zhelaniye! Rzhavyy!” – rozległo się z głośników. Wstrząsnąłem głową, chcąc wypędzić ze swej głowy kod aktywacyjny, co wcale nie było łatwe. Nie miałem żadnej kontroli nad tym, co działo się z moim mózgiem. Na szczęście dla mnie i ich samych, Vince zareagował przytomnie i w samą porę, krzycząc do swych ludzi:
- Rozwalcie głośniki!
- „Semnadstat’!” Rassve...” – chłopcy zareagowali prawidłowo i zlikwidowali głośniki.
- Seba, nic ci nie jest? – zapytał mnie zaniepokojony Vince, patrząc, jak wstaję z kolan, na które powalił mnie kod.
- Nie. Jest w porządku. Zapomniałem tylko, jak to jest nieprzyjemne. Na szczęście formułka nie została wypowiedziana do końca – odparłem, poprawiając chwyt dłoni na karabinie.
- Mam takie zasadniczo ważne pytanie. Jak, do jasnej cholery, możesz nam pomóc, skoro kilka zwykłych wyrazów wypowiedzianych na głos w twoją stronę, zmienia cię w bezmózgiego robota?! – zirytował się Konrad, patrząc na mnie wrogo.
- Spieprzaj! – warknąłem w jego stronę, choć sam miałem podobne wątpliwości. – Jeśli ci się nie podoba moja pomoc, to możesz sobie iść. Wątpię jednak, byś zdołał wydostać się stąd żywy!
- Jakoś do tej pory nie spotkaliśmy jeszcze ani jednej żywej duszy, Bucky! – zauważył. – Oprócz tego nagrania w głośnikach i zwariowanego lekarza, który przed nami spieprzył, jeszcze nikt do nas nie przylazł.
- A nie pomyślałeś, że to może być sprytnie zastawiona na mnie pułapka? Najpewniej chcą mnie znów aktywować, bym obrócił się przeciwko wam. Podejrzewam jednak, że bez prania mi mózgu, mogą mieć poważne kłopoty z ujarzmieniem mnie – syknąłem, aż cofnął się o krok.
- To co, mamy na każdym kroku niszczyć głośniki, by nie mogli cię aktywować i byś nie wyrządził nam krzywdy?! – zdenerwował się młody Włoch. Zauważyłem, jak zacisnął dłoń na kolbie pistoletu.
- Uważaj sobie, co chcesz, naprawdę gówno mnie to obchodzi! Ale jeśli masz zamiar kwestionować moje rozkazy, Konrad, to ostrzegam, że zabiję cię przy najmniejszym sprzeciwie! – ostrzegłem, podchodząc do niego. Byliśmy niemal tego samego wzrostu, lecz ja byłem od niego potężniej zbudowany. Wiedziałem, że ze mną nie wygra, lecz nie chciałem teraz się z nim kłócić. Może później, gdy już zakończymy całą akcję. – No? Jaka jest twoja decyzja?
- Idę z wami – wzruszył ramionami i wyraźnie odpuścił.
- Dobrze – skwitował to Vince. Zauważyłem, że był tak samo spięty, jak ja i właściwie większość naszych ludzi. – Bucky, gdzie teraz?
- Jeśli tutaj nikogo nie ma, to muszą znajdować się w bunkrze – powiedziałem, starając się sobie przypomnieć, gdzie znajdowało się to cholerne wejście do tego pieprzonego bunkra, w którym te szczury chowały się zawsze, gdy tylko istniało zagrożenie jakimś atakiem, obronę bazy zostawiając oczywiście nam! – W tamtą stronę – znów wskazałem kierunek i ruszyliśmy zwartą grupą naprzód, zaglądając niemal w każdy zakamarek bazy, by upewnić się, że znienacka nie wyskoczą na nas na przykład Żelaźni Żołnierze, z którymi pewnie miałbym problem, gdyby tak zaatakowali nas grupą. Z jednym, dwoma bym sobie poradził, ale nie z większą ilością!
Prowadziłem, skupiony na wszelkich dźwiękach, które powinny dobiegać z bazy, a których wlaściwie nie było, oraz na wszelkich potencjalnych ruchach. Gdy dotarliśmy do pomieszczenia ćwiczebnego, naszym oczom ukazały się ogromne monitory, które zostały tam najwyraźniej niedawno zainstalowane, bo po podłodze ciągnęły się jeszcze zwoje kabli.
- „Jesteście pewnie ciekawi, co takiego dla was przygotowaliśmy!” – z kolejnych głośników rozległ się tym razem głos mojego „opiekuna”. Rozejrzałem się szybko, w poszukiwaniu tego czubka, lecz nigdzie go nie dojrzałem. – „Otóż mamy dla was wspaniały pokaz lojalności i oddania oraz umiejętności Zimowego Żołnierza, w którego towarzystwie obecnie przebywacie.”
Na ekranach momentalnie wyświetlił się obraz przedstawiający mnie walczącego z Żelaznymi Żołnierzami w czasie jednego z treningów. Zbyt dobrze go pamiętałem, bowiem nieomal przypłaciłem go wtedy życiem, gdy Żelaźni się zbuntowali i próbowali przejąć kontrolę. Teraz z wściekłością w oczach patrzyłem na ekran, gdzie film pokazywał, jak spektakularnie wylatuję w powietrze, rzucony przez przeciwnika, by następnie z łoskotem spaść na ziemię. Czułem na sobie wzrok kompanów i musiałem przyznać, że miałem w tej chwili ochotę zapaść się pod ziemię lub przynajmniej zniszczyć monitory, by nie oglądali dalej mojej porażki. Uniosłem więc karabin i spokojnie nacisnąłem spust. Pierwszy z monitorów wybuchł, pozostałe jednak spokojnie wyświetlały dalej obraz ze starego nagrania. Zanim pozbyłem się wszystkich, bo jakoś nikt nie miał najwyraźniej zamiaru mi pomóc, nagranie dobiegło końca, w międzyczasie pokazując jeszcze, jak ratuję jednego z wysokich rangą oficerów przed niechybną śmiercią.
- „Był naprawdę dobrym żołnierzem” – głos znienawidzonego „opiekuna” znów rozległ się z głośników. Znów uniosłem karabin, by pozbyć się natręta, kiedy niespodziewanie Vince pokręcił głową, mówiąc stanowczo:
- Zostaw. Oni najwyraźniej tego chcą. Chcą doprowadzić cię do furii i osłabić twoje morale, by szybciej przejąć nad tobą kontrolę. Nie pozwól im na to i walcz!
- „Masz mądrego przyjaciela, Soldat. A może to twój kochanek, co?”
- Spierdalaj! – wydarłem się, niemal tracąc kontrolę nad sobą. Gdyby nie stojący obok mnie kompani, najpewniej dawno już rzuciłbym się w szale w poszukiwaniu tych pojebów, którzy doprowadzili do tego, kim byłem teraz.
- Uspokój się – upomniał mnie stanowczo Vince po raz drugi. – Gdzie oni mogą być?
- Już ja wiem, gdzie! – warknąłem i niczym burza ruszyłem do najdalszych krat w tym pomieszczeniu. Za nimi bowiem znajdowało się tajemne przejście do bunkra oraz do wyjścia ewakuacyjnego. Miałem jednak nadzieję, że nie wpadli na pomysł, żeby zwiać nim, bo wtedy ta akcja poszłaby na marne, a tego przecież nikt z nas nie chciał. Chcieliśmy pomścić śmierć Marco i zabić ich wszystkich!

Wreszcie po niemal godzinie przebywania w bazie, udało nam się ich wytropić. Wybiegali akurat z bunkra. Najwyraźniej nie sądzili, że uda nam się tam dotrzeć. Osobiście byłem zdumiony tym, że nie rzucili przeciw nam Żelaznych Żołnierzy, ale w tamtej chwili nie bardzo miałem czas zastanawiać się nad tym, bo część oficerów i zwykłych żołnierzy otworzyła w naszą stronę ogień. Rozproszyliśmy się błyskawicznie i odpowiedzieliśmy tak samo ostro, więc pomimo ich chwilowej przewagi i zabiciu kilku naszych ludzi, zdołaliśmy jakimś cudem odeprzeć ten atak. Wściekłem się, kiedy dojrzałem, że Zola jest już daleko od nas i może niestety uciec.
- Osłaniajcie mnie! – ryknąłem do chłopaków i torując sobie drogę strzałami, przepchnąłem się pomiędzy zaskoczonymi Ruskami, licząc na to, że mnie nie zastrzelą. Miałem jednak szczęście, bo w chłopaków wstąpił prawdziwy duch bojowy i zlikwidowali przeciwników. Pomimo swojej szybkości, nie doceniłem jednak Zoli, bowiem ten wiał jak szalony i naprawdę ciężko było mi go dogonić. Kiedy w końcu ujrzałem, że skurwiel wbiega do innego pomieszczeni, zamiast kierować się do wyjścia ewakuacyjnego, dojrzałem swoją szansę na złapanie go. Przyspieszyłem i z impetem wpadłem do kolejnej sali ćwiczebnej. Nie wiedziałem jednak, że zastawił on tam na mnie pułapkę i kiedy tylko przekroczyłem prób, otrzymałem silny cios w brzuch, od którego aż zwinąłem się wpół i przyklęknąłem.
- Ty nas najwidoczniej nie doceniał, Soldat – odezwał się łamaną polszczyzną pułkownik Zajcev, mój „opiekun”. Jęknąłem, czując silny ból i podniosłem się z kolan, łagodnym ruchem wyciągając ukryty cienki nóż, którym miałem zamiar rozpłatać gardło Zajcevowi.
- Zabiję cię za to wszystko, co zrobiłeś mnie i próbowałeś zrobić Wiktorii moimi rękami! – warknąłem, ruszając powoli w jego stronę. Zaśmiał się nieprzyjemnie, lecz byłem już na tyle doświadczony, że z łatwością wyczułem, iż jest to tylko przykrywka dla ogarniającego go strachu. – Nie wysłałeś przeciwko mnie Żelaznych Żołnierzy – powiedziałem, zbliżając się do niego krok po kroku. Zola wycelował we mnie z pistoletu i spokojnie nacisnął spust. Jęknąłem, gdy kula drasnęła mnie w bok. – Pożałujesz, Zola! – strzeliłem do niego szybciej, niż zdołał zareagować i z przyjemnością ujrzałem, jak pada na podłogę. – Teraz ty, Zajcev!
Rzuciłem się w jego stronę, zapominając kompletnie, że jest to również świetnie wyszkolony, były żołnierz Specnazu. Ten jednak nie przygotował się na to, że jestem cholernie zdeterminowany, by walczyć do końca i już wkrótce, po wymianie kilku niebywale szybkich ciosów, mój nóż zagłębił się bez problemu w jego klatkę piersiową na wysokości serca. Zajcev charknął i znieruchomiał, wciąż wczepiony palcami w moją kamizelkę. Z obrzydzeniem strząsnąłem go z siebie, rejestrując, że walka na korytarzu już się skończyła i chłopaki zmierzają w moją stronę. Ruszyłem w stronę powalonego Zoli, gdy pozostali wpadli do środka. I dopiero kiedy do niego podszedłem, dostrzegłem za winklem coś przerażającego: kilkanaście kapsuł z Żelaznymi Żołnierzami w środku. Wyglądali, jakby ktoś wprowadził ich w stan głębokiego uśpienia i tak najpewniej było, lecz dziury po kulach w ich głowach świadczyły o tym, że dla kogoś stali się bezużyteczni.
- Nie byli nam już przydatni – powiedział Zola. Zerknąłem na niego z obrzydzeniem. – Skoro...skoro nie zdołali cię zabić, a ty – rozkasłał się. Przypuszczałem, że krew dostała mu się do płuc. Chciałem wydobyć od niego, jak najwięcej informacji, więc dopadłem do niego, łapiąc go za poły fartucha, w który byl ubrany.
- To byli ludzie, nie roboty! – warknąłem, potrząsając nim.
- Nieudane eksperymenty – wycharczał, uśmiechając się wrednie. W kącikach jego ust dostrzegłem zbierającą się krew.
- Nie masz już zbyt dużo czasu, Zola – powiedziałem, pochylając się nad nim nisko. – Może zdołasz odkupić część swoich win, gdy wyjawisz mi, gdzie znajdują się pozostałe bazy HYDRY.
- Obawiam się, że twoi koledzy zajęli się już pozostałymi – odparł, krztusząc się własną krwią. – Wam również nie zostało zbyt dużo czasu. Cały budynek jest zaminowany, Soldat.
- Spieprzajcie stąd! – ryknąłem w stronę kompanów. Chyba zrozumieli, o co toczy się teraz gra, bo bezwładnie rzucili się w stronę drzwi prowadzących na korytarz i nim dalej w stronę wyjścia. – Nie wierzę ci, Zola. Kto niby zniszczył pozostałe stacje? Gadaj!!!
- I tak już stąd nie uciekniesz... Po co ci to wiedzieć?
- Gadaj! – wrzasnąłem, zrywając się na równe nogi. Widząc w jego oczach zdecydowanie, że niczego mi nie wyjawi, rzuciłem się w stronę wyjścia. W połowie drogi zatrzymałem się jednak i wycelowałem w lekarza. Nacisnąłem spust kilkukrotnie, z dziwną satysfakcją patrząc na martwe ciało Zoli. Dopiero kiedy bazą wstrząsnął pierwszy potężny wybuch, ruszyłem do dalszej ucieczki, cudem unikając spadających fragmentów sufitu.
Korzystając ze swojej szybkości, dopadłem chłopaków już na zewnątrz i poprowadziłem ich do lądowiska, gdzie miałem nadzieję zastać jakiś śmigłowiec.
Przecież czymś ci powaleni naukowcy i żołnierze musieli chcieć stąd uciec!
Na szczęście stał tam helikopter, lecz był zamknięty. Zdenerwowałem się na niepotrzebne przeszkody i wyszarpnąłem potężne drzwi w tym samym momencie, w którym zatrzęsła się pod nami ziemia.
- Wsiadać! – wrzasnąłem do Włochów, którzy momentalnie wpakowali się do MiG-a. Sam nie bawiłem się w delikatność, tylko wskoczyłem na dziób śmigłowca i w ten sam sposób, co kolegom, otworzyłem sobie drzwi do kokpitu. Uruchomiłem maszynę i poderwałem ją dosłownie w ostatniej chwili, bowiem zaraz potem lądowisko się zapadło...

1 141 czyt.
100%132
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 5943 słów i 33347 znaków.

2 komentarze

 
  • zabka815

    zabka815 · 10 lis 2017

    Wow fantastyczna część    nie mogłam się oderwać, tyle się działo warto było czekać    mam nadzieję że jeszcze przewidujesz przynajmniej jeszcze kilka części   Czekam na kolejną   wiesz droga autorko że uwielbiam te opowiadanie

  • Fanka

    Fanka · 10 lis 2017

    Świetna część