Opowieść inna, iż inne - rozdział 37

Wiktoria.
Gdy tylko Sebastian pognał przez osiedle, uciekając przed policjantami, do lekko zdemolowanego mieszkania teściów weszli jacyś ważniacy w garniturach. Nie wyjaśniając nam nic i nie dając nam dojść do słowa, kazali nam się ubrać i iść ze sobą. Poprowadzili nas do dwóch nieoznakowanych radiowozów. Po chwili w przeciwieństwie do rodziców Sebastiana ruszyliśmy w stronę Drogi Średnicowej.

- Gdzie mnie wieziecie? – zapytałam roztrzęsiona. Siedzący na miejscu przedniego pasażera mężczyzna w garniturze, odwrócił się w moją stronę.
- Musi pani przekonać swojego męża, że nie zamierzamy zrobić mu nic złego, ale musi się poddać. Teraz jest zbyt niebezpieczny dla siebie i otoczenia, a moi ludzie mają rozkaz go zdjąć w wypadku, gdyby stał się bardziej niebezpieczny.
- Bardziej? – zapytałam głupio.
- Na przykład, gdyby chciał skrzywdzić moich ludzi lub wziął zakładnika.
- Jakim sposobem się o nas dowiedzieliście? – zapytałam, ignorując jego wcześniejszą wypowiedź.
- Nasze kamery zarejestrowały wasz wjazd w granice naszego kraju – wyjaśnił krótko, znów skupiając się na drodze. – Poza tym, odkąd HYDRA została zniszczona, wszystkim się dokładnie przyglądamy… Na resztę pytań odpowiem później, teraz co innego jest ważniejsze. Musi pani do niego dotrzeć, rozumie pani?
- Spróbuję, ale nie oczekujcie cudów. Nawet ja nie zawsze potrafię nad nim zapanować – odparłam.
- Rozumiem. Nie wolno jednak pani do niego podchodzić. Nie chcemy, by w przypływie złości coś pani zrobił.
- Dobrze – mruknęłam zdławiony głosem. Po policzkach zaczęły mi na nowo spływać łzy. Spojrzałam w okno akurat w momencie, gdy samochód zatrzymał się pośród innych, ustawionych w blokadę na „Średnicówce”. Z przerażeniem dostrzegłam, jak motocykl, którym uciekał Sebastian, nagle traci przyczepność na drodze. Patrzyłam, jak wściekły Bucky staje pewnie na nogach i spina się cały, gotowy, by dalej walczyć o swoją wolność. Jęknęłam, widząc, jak wściekły jest, jak zaciska szczękę i pięści. Nie miałam w tej chwili wątpliwości, że gdyby nie to, iż policjantów było zbyt wielu, rzuciłby się do walki wręcz z nimi. Nagle jednak jeden z policjantów wskazał na samochód, w którym wciąż siedziałam, niezdolna, by z niego wyjść i błagać Sebę, by odpuścił. Bucky odwrócił się w moją stronę. Dostrzegłam, jak jego wzrok natychmiast złagodniał. Pewnie dostrzegł moje łzy, bo poddał się. Wrzasnęłam, gdy policjanci powalili go na ziemię i skuli.
- Spokojnie, nic mu nie będzie – zapewnił mnie mężczyzna w garniturze, na co tylko pogardliwie prychnęłam.
Akcja policji zakończyła się w miarę szczęśliwie. Kawalkada radiowozów ruszyła w przeciwną stronę.
- Gdzie jedziemy? – chlipnęłam, lecz nie otrzymałam odpowiedzi. Wkrótce zorientowałam się jednak, że zmierzamy najwyraźniej ku Komendzie wojewódzkiej w Katowicach i serce po raz kolejny tego dnia we mnie zamarło. Miałam złe przeczucia…

Te niestety okazały się jak najbardziej słuszne, gdy zobaczyłam Sebastiana zapakowanego, jak jakie dzikie zwierzę do czegoś na kształt klatki i przykutego do metalowego krzesła, na którym siedział.
- Co się z nim stanie? Gdzie go zabieracie? – zapytałam, łapiąc za ramię prowadzącego mnie gdzieś mężczyznę. Ten odwrócił się moją stronę z taką miną, jakby za to, co przed chwilą zrobiłam, chciał mnie uderzyć, ale w porę ubiegł go jakiś inny „agent”, policjant?, który odezwał się ostro:
- Odmaszerować!
Następnie otworzył szerzej drzwi, w których do tej pory stał i zaprosił mnie gestem, abym do niego dołączyła.
- Gdzie zabieracie mojego męża? – zapytałam, gdy tylko zamknęły się za mną drzwi. – I gdzie, do cholery, my jesteśmy? Jeśli macie zamiar mnie przesłuchać, chyba powinniśmy iść do innego pomieszczenia… To mi wygląda na zbyt eleganckie…
- Ależ spokojnie – uniósł ręce w geście obrony, a kąciki ust lekko mu drgnęły. – Nie jesteśmy żadnym „Archiwum X”, czy też innymi „Facetami w Czerni”
- Gdzie zabraliście Sebastiana? – zapytała ostro, ignorując jego odpowiedź, jak również podstawione mi krzesło.
- Zaraz się pani z nim zobaczy. Na jakiś czas musieliśmy jednak go odizolować.
- Dobrze. W takim razie zadam panu inne pytanie… Po jaką cholerę go łapaliście? On chciał być tylko wolny.
- Jest poszukiwanym przestępcą… To raczej normalne, że…
- On nie robił tego z własnej woli! – ryknęłam, tracąc cierpliwość. – Nigdy! Wie pan, ile wycierpiał? Czego go pozbawili? Jakimi środkami do tego wszystkiego był zmuszany?
- Niech się pani łaskawie uspokoi… Powiem pani coś. Okłamałem panią…
- To akurat nie jest żadne zaskoczenie… - warknęłam, wpadając mu w słowo. Spojrzał na mnie spod oka i spokojnie kontynuował:
- O tym, że to Sebastian Barnes, były żołnierz Wojska Polskiego jest Zimowym Żołnierzem, dowiedzieliśmy się przez przypadek. Nie będę ukrywał, że wywołało to w naszym rządzie niemałe poruszenie, bowiem to, czego w tym wypadku dopuściła się Moskwa, było karygodne. Nikt, nigdy nie dopuścił się ataku na sojusznika, by uczynić z człowieka coś na kształt robota, bezmyślną maszynę do zabijania…
- Mówi pan o moim mężu! – syknęłam, opierając się dłońmi o blat biurka, za którym siedział mój rozmówca.
- Pani wybaczy, faktycznie… Pan Barnes stał się, jak się okazało, bezbronną ofiarą bestialskich eksperymentów rosyjskich władz i ich uczonych. Asasynem, który na ich zlecenie miał siać terror w tej części Europy…
- To wiem doskonale – mruknęłam, ponownie mu przerywając.
- Oczywiście… I właściwie tylko dlatego, że jego działania doprowadziły do zniszczenia w końcu HYDRY, nie zostanie on osądzony za mordowanie niewinnych. Za porozumieniem z innymi krajami, które bezpośrednio ucierpiały w wyniku działań Zimowego Żołnierza, jesteśmy w stanie pójść na taki kompromis.
- Ale coś za coś, prawda? – zapytałam, patrząc na niego uważnie. – Nie wypuścicie stąd Sebastiana ot tak. Czego od niego jeszcze chcecie?
- Otrzyma dziesięcioletni zakaz opuszczania granic kraju, dwuletni zakaz wjeżdżania do krajów Unii Europejskiej i prawdopodobnie dziesięcioletni dozór, by nie wykombinował już niczego podobnego – wyjaśnił mężczyzna.
- Dlaczego mam wrażenie, że to nie wszystko?
- Jest pani zdumiewająco bystra – mruknął. – Nie zastanawiała się pani nigdy nad pracą w służbach śledczych?
- Kiedyś. Potem mi radykalnie przeszło – odparłam zgodnie z prawdą. – A więc? Jest coś jeszcze tak?
- Tak… Chcielibyśmy poddać pana Barnes serii badan, które pozwoliłyby nam zrozumieć, jak rosyjskim uczonym udało się w takim stopniu zespolić ciało pani męża z metalem, z którego zrobiona jest jego ręka. I jak dzieje się to, że jest tak niesamowicie silny…
- Skąd o tym wiecie? – zdumiałam się.
- jego poczynania były śledzone przez specjalny zespół, który tworzył szczegółowe notatki. Wiemy, że dysponuje niezwykłą siłą i wytrzymałością.
- Po co wam to? Czy nie moglibyście zostawić go w spokoju? Nie wycierpiał się już na zaś? – znów zdenerwowałam się lekko.
- Ależ w naszych poczynaniach nie będzie nic, co miałoby przysporzyć pani mężowi dodatkowych cierpień, proszę mi wierzyć…
- Mówi pan o uwierzeniu, a nawet się pan nie przedstawił. Tak naprawdę nie mam kompletnie pojęcia, z kim w tej chwili rozmawiam. I kto da mi gwarancję, że informacji o Sebastianie, o mnie i naszych rodzinach nie wykorzystacie przeciwko nam?!
- faktycznie, nie dopełniłem powinności gospodarza… Nazywam się Andrzej Marciniak i jestem szefem Departamentu Spraw Wojskowych.
- Nie ma takiego departamentu – zauważyłam przytomnie.
- Nie było go, gdy wyjeżdżaliście stąd, ale od tamtej pory wiele się tutaj zmieniło. To dzięki nam włoska policja nie złapała was wtedy w Urbino.
- Ok… - odparłam nieco sceptycznie. – Czy teraz mogłabym zobaczyć się już z Sebastianem? Podejrzewam, że jest rozjuszony tym, że zamknęliście go w tamtej klatce i nie chce z wami współpracować… Może mogłabym jakoś pomóc?...
- Nie widzę przeciwwskazań. Chodźmy.

Wyszliśmy i poprowadził mnie w dół kilkoma korytarzami. Nie miałam pojęcia, że Komenda Wojewódzka posiada aż takie podziemia!
- Tutaj – powiedział, otwierając mi jakieś drzwi. Weszłam niepewnie do środka, gdzie na środku pomieszczenia stała ta przedziwna klatka z Buckim wewnątrz. Natychmiast rzuciłam się do przedniej szyby, by wiedział, że jestem przy nim, że nic nam nie grozi, a jego najpewniej zaraz uwolnią.
- Bucky – wyszeptałam. Łzy ponownie spłynęły mi po policzkach. Seba szarpnął się w więzach i warknął niczym zranione zwierzę. Wyczułam, jak bardzo chciał być już na wolności i ponownie obejmować mnie swoimi ramionami. – Już dobrze, skarbie… Możecie go wypuścić? – zwróciłam się do Marcinika.
- Za chwileczkę – odparł, podchodząc do mnie. Cofnął się jednak, gdy Seba spojrzał na niego mało przyjaźnie. – Chciałbym, by dowiedziała się pani jeszcze jednej rzeczy o swoim mężu. Rzeczy, która w przyszłości może uratować wam obojgu życie. Niestety jednak, aby to teraz zaprezentować, jesteśmy zmuszeni po raz ostatni aktywować pana Barnes, jako Zimowego Żołnierza.
- Co? Nie! Nie zgadzam się! – wrzasnęłam, a Sebastian szarpnął się dziko wewnątrz klatki.
- Proszę wybaczyć, lecz otrzymałem taki rozkaz z góry i jestem zmuszony go wykonać. Zapewniam jednak, że nic się nie stanie ani pani, ani panu Sebastianowi.
- Dlaczego musicie to robić? – jęknęłam, ukrywając twarz w dłoniach, podczas gdy Bucky miotał się w więzach. Było to dla mnie bardziej niż bolesne.
- Bo pan Barnes nie zna tego aspektu swojego życia i tej informacji nie może pani udzielić… Zaczynajcie.
- Zhelaniye… Rzhavyy… Semnadtsat’ – spojrzałam na Sebastiana i z przerażeniem zobaczyłam, że dzieje się z nim coś strasznego. Coś, co zmieniało go w bezdusznego potwora, którym nigdy nie był… - Rassvet… Pech’ – z oczu Seby zniknęło całe uczucie, stał się bezmyślnym narzędziem w rękach innych ludzi. Szarpnął się z niebywałą siłą i ze zdumienie dojrzeliśmy, jak więzy puszczają! – Devyat’… Dobroserdechnyy’… - z wściekłością uderzył pięścią w przednią szybę, na której natychmiast powstała rysa od jego metalowego ramienia. – Vozvrashcheniye na rodinu… - kolejne dwa potężne uderzenia - Odin – kolejne – Gruzovoy vagon! – ostatnie, po którym szyba wyleciała wraz z metalową ramą z zawiasów na odległość kilku metrów, uderzając w przeciwległą ścianę! Cofnęłam się przerażona tym pokazem siły.
- Jego można wyłączyć – poinformował mnie najcichszym szeptem Marciniak.
- Jak? – zapytałam zaskoczona, spoglądając na niego niepewnie. – I skąd o tym wiecie?
- Mieliśmy szczęście. Rosjanie również obawiali się jego siły, więc wszczepili w niego jeszcze jedno słowo, które powoduje, że natychmiast zapada w sen, a gdy się z niego budzi, nie pamięta, że był Zimowym Żołnierzem… Sputnik! – krzyknął, a ja zdumiona spojrzałam na powalonego i co dziwniejsze, kompletnie uśpionego Sebastiana.

892 czyt.
100%124
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe, użyła 1960 słów i 11519 znaków.

4 komentarze

 
  • Aniołek0308

    Aniołek0308 · 12 mar 2018 · 211927143

    Piszesz świetnie! Nie mogłam się oderwać od czytania, a czytałam od początku wszystkie części jedną po drugiej. Tak mnie wciągnęło, że całą noc czytałam ale było warto, bo naprawdę masz talent do pisania i szczerze zazdroszczę ci tego. Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na ciąg dalszy

  • AnonimS

    AnonimS · 6 mar 2018

    To trzeba opublikować;-)

  • zabka815

    zabka815 · 6 mar 2018

    świetna część, zresztą już Ci to droga autorko pisałam, że  kocham te opowiadanie i mam nadzieję, że tym razem szybciutko dodasz kolejną część    

  • Fanka

    Fanka · 5 mar 2018

    meeega!!! Mam nadzieję że uda Ci się szybciej wrzucić kolejna bo jestem meeega ciekawa!