To nie powinno się wydarzyć cz 10

Stali tam. Widziałem wyraźnie dwie sylwetki łudząco podobne do nich. Skąd wiedzieli? co tutaj robili?
- Jakubie - jej głos drżał. Dorota stała na przeciwko mnie, ale nie podeszła. Patrzyła na mnie nieufnym wzrokiem, jakbym to ja był wszystkiemu winien. Przerażenie na jej twarz zdradzało wszystko, mówiło więcej niż mogłaby mi wyjawić. Wciąż nie rozumiałem co ona tu robiła i skąd wiedziała? co wie? Przecież o zaplanowanej akcji wiedziałem tylko ja i Sebastian. Nikogo więcej nie chciałem wtajemniczać. - Mój brat, Sebastian - przerwała i rozpłakała się.
- Niech pan weźmie swoją żonę do domu. Nie powinniście tu stać - odezwał się jeden z funkcjonariuszy. Miał rację. Ciała zabitych, rannych jak w jakimś amerykańskim sensacyjnym filmie nie były odpowiednim miejscem dla kobiety. Bałem się, że teraz nie ma odwrotu bałem się, że muszę powiedzieć jej prawdę, że wreszcie będę musiał wyjawić to, co przez tyle lat skrycie nosiłem w sobie. Starałem się żyć z tą tajemnicą, z ciężarem, który pomału przygniatał mi serce, ale teraz już nie musiałem. Nie musiałem patrzyć ciągle za siebie, nie musiałem rozglądać się wokół i nie musiałem się bać. Byłem wolny. Wolny od tajemnicy z przeszłości, wolny od poczucia winy i wolny od trucizny, która zabijała mnie od środka. Mogłem wreszcie wyjawić jej prawdę, chociaż może nie chciałem - musiałem.
- To Ty przyprowadziłeś tu Dot - powiedziałem cicho kierując wzrok ku Sebastianowi. szwagier kiwnął głową, a ja go przytuliłem. Byłem wdzięczny mu za uratowania mi życia, wciąż nie wiem co by się stało, jakby nie wezwał posiłków, jakby nie przyszedł mi na ratunek, jakbym został zdany na łaskę tego kretyna. Byłem naiwny, ale cieszyłem się, że już jest po wszystkim. Chociaż tak mogłem podziękować im za wszystko, chociaż tak mogłem zadośćuczynić wszystkie moje krzywdy. Byłem wtedy młody i głupi, tak naprawdę nie wiedziałem co robię, nie wiedziałem jak bardzo ich krzywdzę. Trzymając Sebastiana w ramiona, czułem jak bardzo przyspiesza mi serce, czułem to dziwne uczucie, poczułem to co kiedyś, gdy obdarzyłem go jakimś uczuciem. Wiedziałem, że to złe. Wiedziałem, że już nigdy razem nie będziemy, ale mimo to byłem mu ogromnie wdzięczny.
- Wracajmy do domu - wyszeptałem i złapałem Dorotę za rękę. Chociaż na początku chciała ją wyrwać, później przestała się szarpać. Poddała się i dorównując mi kroku ramię w ramię kroczyliśmy ku auta by pojechać do naszych dzieci.
- Zostanę dziś u Izy z dziećmi. Powinniście porozmawiać - wtrącił się Seba. Milczeliśmy.


Chociaż tak bardzo chciałam przestać się bać, nie potrafiłam. Cały czas miałam przed oczami tamtych ludzi, słyszałam strzały i widziałam ranne ciała. Przecież tak mało brakowało, tak naprawdę niewiele brakowało, by któraś zabłąkana kula trafiła także i jego. W mojej wyobraźni widziałam jak upada na podłogę, jak z jego klatki piersiowej płynie stróżka krwi. Ja klęczę obok niego, szarpie, trzymam ranę, ale krew przepływa przez moje palce, widzę jak on słabnie.
- Kuba - mój głos drży. Płaczę nad umierającym mężem, błagam by ktoś nam pomógł. Dość. Otwieram oczy by po chwili znów je zamknąć i widzę jego śmierć.
- Dot - realny głos mojego męża wyrywa mnie z zamyślenia. - Dot przepraszam - czuję jego ciepłe, kojące ramiona i zamykam oczy. Odwracam się do niego twarzą, patrzę mu głęboko w oczy i tak wiele chcę mu powiedzieć. Chcę, pragnę wykrzyczeć mu w twarz by nigdy więcej by nigdy więcej nie robił mi takich numerów, by już nigdy nie odchodził, by nigdy tak nie ryzykował. - Boże nie powinienem dopuszczać do tego byś widziała to wszystko. Powinienem Cię chronić - zapłakał. W milczeniu przytuliłam go do siebie pozwalając by wypłakał cały ból i strach. Przyjrzałam się dokładnie każdemu milimetrowi jego ciała, jakbym chciała znaleźć sama jeszcze nie wiem co ranę? Nigdzie nie krwawił, a ja dopiero teraz odetchnęłam z ulgą. Poczułam się tak jakby mój organizm sięgnął wyczerpania i niemal bezwładnie opadłam ciałem w jego ramiona. Walczyłam sama ze sobą, naprawdę starałam się być dzielna, dla mnie, dla niego, dla nas, ale przegrałam. Rozpłakałam się kompletnie wycieńczona całym dzisiejszym zdarzeniem.
- Tak bardzo się bałam - wciąż słyszałam drżenie w moim głosie, zupełnie jak wtedy, gdy widziałam jego śmierć. - Tak bardzo bałam się tego, że już Cię nie zobaczę, że oni Cię - popatrzyłam na niego, nie potrafiąc wypowiedzieć ostatnie słowo - Zabiją - wypuściłam powietrze z ust i rozpłakałam się kolejny raz. Jakub kołysał mnie w swoich ramionach całując co minutę w czoło. Przed nami było jeszcze jedno najważniejsze zadanie, ale nie chciałam dopuścić go do słowa. Cokolwiek to było, nie interesowało mnie, zupełnie jakbym przeczuwała, że jeśli dojdzie do słowa to dla nas będzie oznaczał koniec. Teraz już sama zwątpiłam w to co czułam do niego. Mimo braku zaufania, mimo zdrady jakiej dopuścił się mój mąż, mimo tego jak bardzo naraził naszą rodzinę, ja wciąż umarłabym gdyby coś złego mu się stało.Gdyby umarł, umarłabym wraz z nim. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego, nie wyobrażałam sobie bym mogła oddychać powietrzem w którym nie ma już nawet najmniejszych śladów jego istnienia. Dopóki oddychaliśmy tym samym tlenem, dopóki chodził po tej samej ziemi co ja, dopóki był tutaj ja też chciałam tu być. Może to i głupie, może i nie powinnam tak kurczowo trzymać się swojego małżeństwa, faceta, który był moją pierwszą, prawdziwą miłością, ale nie chciałam inaczej. Nawet jeśli los przygotował dla nas jakiś inny plan, a nasze drogi miały się rozejść, wytrzymałabym to. Pod warunkiem, że on byłby wśród żywych.
- Doroto musimy porozmawiać - oznajmił ciepłym głosem. Popatrzyłam na jego zmęczoną, obolałą twarz, popatrzyłam na łzy w jego oczach i poddałam się. Usiadłam na fotelu i wbiłam w niego wzrok, czekałam.


- Gdy miałem siedemnaście lat zacząłem obracać się w złym towarzystwie. Piłem, imprezowałem z dużo starszymi kolegami i tam na jednej z takich domówek spotkałem jego - zatrzymał się by spojrzeć w moją twarz. Poczułam drżenie mojego ciała, ale nie poruszyłam się. Stałam w bezruchu, czując jak zapadam się w sobie. - Zaprzyjaźniliśmy się, chociaż z mojej strony bardziej to była fascynacja niż przyjaźń. Poznałem jego przyjaciół, którzy imponowali mi jeszcze bardziej i tak znalazłem się w niebezpiecznym środowisku. Z fascynacją słuchałem o ich wyskokach, chciałem być taki jak oni. Potem - zatrzymał się i podszedł do okna. Wiedziałam jak wiele dla niego to wszystko znaczy, jak bardzo wszystko przeżywa. Chciałam podejść, chciałam przytulić go, ale widziałam, że jeśli teraz to zrobię, on może już nigdy nie poruszy tego tematu. - Nie wiem kiedy stałem się jednym z nich, wiesz tym dzieciakiem, którzy się wszyscy go boją. Brałem udział w łamaniach, rozbojach. Nie było imprez byśmy komuś nie wpierdolili - zatrzymał się by znów spojrzeć na mnie. - Jednak to nam nie wystarczyło. Byliśmy zbyt mało niebezpieczni, jak śmiali się koledzy. Dorwali podobno świetny biznes, wiesz mieliśmy zarobić kupę kasy, miało to być na chwilę. - Słyszałam jak się zatrzymuję. Tym razem nie spojrzał na mnie, a tylko spuścił wzrok. - Pierwszą ofiarę upolowałem ja. Byliśmy na imprezie, laska sama się do mnie kleiła. Wsypaliśmy jej coś do drinka, nie wiem co bo nawet nie pytałem. Gdy była nieprzytomna zawieźliśmy ją do burdelu, a tam no cóż sprzedawali ją. Tak Dot - popatrzył na mnie zimnym wzrokiem. - Pracowałem w grupie przestępczej. Nie wiem ile dziewczyn w ten sposób skrzywdziłem. Nie wiem ile z nich przeżyło. Ja miałem je tylko im dostarczać. Byłem młody, przystojny, miałem gadkę a kobiety mi ufały. I ja - zawiesił głos. - Ja ich zaufanie wykorzystywałem w tak brutalny sposób. Nie wiem ilu z nich mnie przeklinało, ile chciało mnie zapomnieć, pewnie wszystkie.- dodał. Popatrzyliśmy na siebie. Chciałam się poruszyć, ale byłam wstrząśnięta tym o czym mi powiedział. Wiedziałam, że kiedyś miał swoje za uszami, ale nie przypuszczałabym... - Któregoś ranka obudziłem się i zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Zniknąłem. Wyjechałem, zmieniłem swoje dane, uciekłem. Nie miałem nikogo, nie miałem nikogo o kogo mógłbym się bać, póki nie spotkałem Ciebie - usłyszałam. Chciałam by zamilkł, nie wiem dlaczego, ale nie chciałam słyszeć niczego więcej. - Dot zmieniłem się. Naprawdę. Zmieniłem się, ale nocą wszystko powraca. Widzę siebie na tej imprezie, widzę twarze tych dziewczyn, słyszę ich słowa i widzę wyraz twarzy, te smutne oczy, które zaczynają wszystko rozumieć. Widzę - spojrzeliśmy na siebie.  
- Przestań! - zatkałam rękoma uszy. - Nie chcę słyszeć niczego więcej. Przestań - z moich oczu popłynęły łzy. Nie wiedziałam jak teraz będzie wyglądało moje życie, miałam rację. Czułam, że wszystko się zmieni i wiedziałam już, że tak będzie. Nie wiedziałam nawet co teraz stanie się z naszym małżeństwem.
- Musiałem Ci to powiedzieć. Miałaś prawo wiedzieć Dot. Ta kobieta. Spotkałem ją przypadkowo, zrozumiałem, że to dostałem szansę na odkupienie swoich win, chciałem być lepszym człowiekiem i byłem przy Tobie - powiedział. Podszedł do mnie i złapał mnie w ramiona. Trzymał mocno, jakby bał się, że jeśli mnie puści, już nigdy więcej nas nie zobaczy, jakby bał się, że ktoś mu mnie odbierze.
- Muszę to wszystko sobie przemyśleć. Przenocuję u Izy - wyznałam cicho i opuściłam nasze mieszkanie.

Patrzyłem jak Dorota krząta się po pokoju i szuka niezbędnych rzeczy. Widziałem z jakim spokojem i opanowaniem to robi. Stałem oparty o drzwi i czekałem. Spodziewałem się jej krzyków, spodziewałem się sam tak naprawdę nie wiem czego. Jej spokój, jej obojętny ton przeraził mnie chyba na dobre. Kochałem ją, ale miałem wrażenie,że pomału ją tracę.  
- Dot odchodzisz? - miałem w oczach łzy. Nie chciałem by usłyszałam jak mój głos drży, by nie domyśliła się,że płaczę, ale znała mnie lepiej niż myślałem.  
- Nie wiem - powiedziała spokojnym głosem. - Chcę - zatrzymała się jakby szukała odpowiednich słów. Popatrzyła na mnie, na pokój i zamilkła. Cokolwiek chciała mi powiedzieć, zrezygnowała z tego zamiaru. Spakowała wszystkie rzeczy i ruszyła do wyjścia. - Chcę pobyć sama - wyznała nagle. - Muszę sobie to wszystko przemyśleć i nie, nie odchodzę od Ciebie. Jeszcze nie - szepnęła. Siedziałem cicho, chciałem powiedzieć coś w rodzaju uważaj na siebie, albo coś podobnego, ale zrezygnowałem. Jeszcze długo stałem na dworze patrząc jak znika mi z oczu. Chciałem pobiec, zatrzymać ją, ale potrzebowała spokoju i musiałem uszanować jej wybór. Kochałem ją, ale liczyłem się z tym,że jeśli będzie chciała odejść, będę musiał pozwolić jej na to. Wybrałem znajome kilka cyfr i po dwóch sygnałach usłyszałem zachrypnięty głos.
- Możemy się spotkać? jestem sam - powiedziałem cicho. Po krótkiej chwili rzuciłem telefon na łóżko i popijając szkocką usiadłem na fotelu, w którym wciąż czułem zapach jej perfum. Ta cisza okazałą się moim przekleństwem. Jakiś kwadrans później usłyszałem podjeżdżający samochód. Nie byłem pewny, czy dobrze zrobiłem, ale teraz nie miałem odwrotu, tak bardzo nie chciałem być sam.
- Witaj -  powiedziałem nieśmiało uśmiechając się do mojego gościa. CDN

agusia16248

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2242 słów i 11864 znaków, zaktualizowała 31 maj 2017.

2 komentarze

 
  • Fanka

    Czekam na kolejna czesc :)

  • cukiereczek1

    Czekam na kolejną z niecierpliwością :* :)