Iluzja – rozdział 6

Iluzja – rozdział 6Harvey nie zadzwonił.
Musiałam przyznać, że naprawdę czekałam na telefon od niego. Gdy tylko skończyłam zmianę, nie mogłam powstrzymać się od zerkania na komórkę średnio co dziesięć sekund. Wciąż byłam pod wrażeniem tego, jak udało nam się bez słów przechytrzyć Gavina w kawiarni. Byłam przekonana, że Harvey załapał, o co chodziło, nawet jeśli nie znał szczegółów… i że zadzwoni.  
Tymczasem cały wieczór czekałam na połączenie, które nie nadeszło.
Gdzieś w środku czułam palące rozczarowanie. Czy naprawdę stwierdził, że nie chcę się z nim spotkać? Ale przecież puścił do mnie oczko, które wyraźnie znaczyło, że nie mówił serio. Rozmyślił się? Zapomniał?  
Czułam się głupio. Nie chciałam odzywać się pierwsza, skoro najwyraźniej stracił zainteresowanie. Zresztą, nie miałam jego numeru komórki. Ten, z którego dostałam smsa o laptopie, mógł równie dobrze być służbowy.  
Cóż, nie mogłam wiecznie czekać na telefon od niego. Było mi przykro, ale nie zamierzałam się nad tym rozwodzić przez nie wiadomo ile czasu. Być może się pomyliłam. Może wcale nie potrzebował przyjaciela – a może wcale nie był taki, jaki myślałam i Gavin miał rację. Może to Harvey kłamał, a nie Kira, i to on był tu problemem.

Urodziny mamy nie były tak huczne jak kiedyś. Gdy zgromadziliśmy się we trójkę nad malutkim tortem, wszyscy ledwo powstrzymywaliśmy płacz. Każde z nas myślało o tym samym – Olivia powinna tu być. Bez niej nic nie było takie samo. Choć mama uśmiechnęła się na widok tortu i symbolicznego prezentu, widziałam, jak ciężko jej było. Sama walczyłam ze łzami.
– Wszystkiego najlepszego, mamo – powiedziałam z zaciśniętym gardłem, przytulając ją. – Poradzimy sobie ze wszystkim, zobaczysz.
– Wiem, kochanie – odpowiedziała, oddając uścisk. – Dziękuję za prezent. To bardzo miłe z twojej strony, nie musiałaś mi nic kupować…
– Nie jest przecież tak źle. – Usiłowałam się uśmiechnąć. – W końcu wszyscy troje zarabiamy… już niedługo wyjdziemy z tego finansowego dołka.
Spojrzałam na tatę, który zaciskał mocno usta, aż w końcu westchnął rozpaczliwie i powiedział zbolałym tonem:
– Dłużej nie mogę tego ukrywać. Przepraszam, że mówię wam to dopiero teraz… i akurat teraz…
Zmarszczyłam brwi, a żołądek skręcił mi się z niepokoju.
– Co się dzieje, Tom? – zapytała mama przerażonym tonem.
– Straciłem pracę. – Tata zwiesił smutno głowę i wpatrywał się w podłogę. – Trzy dni temu. Nie byłem w stanie wam powiedzieć… były cięcia i padło na mnie… nie wiedziałem, jak…
Urodzinowa atmosfera – jeśli jakaś w ogóle była – zniknęła bezpowrotnie. Mama umilkła i zbladła. Ja kalkulowałam i oceniałam w myślach naszą sytuację. Nie wiedziałam, ile dokładnie zarabiał tata, ale to on był głową rodziny i tym, który wkładał najwięcej do domowego budżetu. Mama była nauczycielką, więc nie miała najwyższej pensji świata – ja w kawiarni też nie zarabiałam kokosów. Wiedziałam, że tata na pewno od razu zajął się poszukiwaniem nowej pracy, nawet jeśli od razu nam nie powiedział o utracie poprzedniej… jednak ile to mogło trwać? Tygodnie. Miesiące. Jak długo mogliśmy tak pociągnąć?
– Przepraszam was. Naprawdę was przepraszam…
– Jakoś sobie poradzimy – powiedziałam zduszonym tonem. – Przepraszam was na chwilę. – Gwałtownie odsunęłam się od stołu i pobiegłam na górę, do swojego pokoju. Choć nienawidziłam się za to, sięgnęłam po kopertę od Gavina i zajrzałam do środka.  
Pięć tysięcy. Połowa kwoty, jaką proponował mi w kawiarni. Nie chciałam nawet dotykać tych pieniędzy, ale miałam przed oczami bezradnego tatę i przerażoną mamę. Byliśmy już spóźnieni z rachunkami, trzeba było zrobić duże zakupy spożywcze i chemiczne, w dodatku wciąż spłacaliśmy kredyt, który zaciągnęliśmy na leczenie Olivii… a mama miała ostatnio problem z zębem i musiała iść do stomatologa, by w końcu przestało ją boleć…
Niektóre wydatki nie mogły czekać. Musieliśmy przecież jeść. Musieliśmy mieć podstawowe artykuły pierwszej potrzeby. Moja wypłata miała przyjść dopiero za dwa, może trzy tygodnie. Musiałam poprosić Darrena o dodatkowe zmiany w kawiarni, ale to nie opłaciłoby się od razu…
Nie, nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam wziąć tych pieniędzy. Czułam obrzydzenie do siebie, że w ogóle o tym pomyślałam. W głowie dźwięczały mi słowa Gavina: każdego da się kupić. Nigdy nie wiesz, co życie przyniesie. W pewnych drastycznych sytuacjach życiowych ludzie uciekają się do drastycznych środków.  
Tak bardzo nie chciałam, żeby miał rację, ale może faktycznie tak było. Potrzebowaliśmy pieniędzy, teraz, już. Mogłam wziąć trochę tych, które Gavin mi przysłał. Mogliśmy zapłacić rachunki i nie martwić się o wizytę komornika. Później wzięłabym więcej zmian w kawiarni, może nawet znalazłabym dodatkową pracę, by zarobić więcej i oddać wszystkie pieniądze, które zabrałam z tej przeklętej koperty.
Tak, zamierzałam je oddać. Nie mogłabym żyć z myślą, że wzięłam cudze pieniądze, nawet jeśli zostały mi dane wbrew mojej woli. Były splugawione szantażem i niemoralną propozycją. W tym momencie nienawidziłam samej siebie, ale Gavin jednak miał rację – to była drastyczna sytuacja. A to był szybki środek na jej naprawę.

Wiedziałam, że będę musiała tłumaczyć się rodzicom z tego, że nagle skądś wzięłam jakieś pieniądze, więc okłamałam ich, że to były moje oszczędności. Widziałam poczucie winy w ich oczach i chciało mi się wyć. Ubolewałam nad niesprawiedliwością losu, tym, że ze szczęśliwej rodziny staliśmy się niepełną i ubogą, która musiała nagle harować, by wiązać koniec z końcem, podczas gdy Gavin rozrzucał swoje pieniądze gdzie popadło, oferował je nieznajomym ludziom tylko po to, by spełniać swoje zachcianki. Czułam się jak oszustka, bo wzięłam te pieniądze, nie zamierzając dotrzymać swojej części jego „umowy”. Nigdy tak naprawdę nie została zawarta, ale czułam się, jakbym ją przyjęła, biorąc część pieniędzy. Nie usprawiedliwiał tego fakt, że miałam nóż na gardle. Przeglądałam wieczorem oferty pracy, chcąc jak najszybciej oddać te pieniądze i mieć to z głowy.  
Nie zjadłam kolacji, ale nie czułam głodu. Tort został wstawiony do lodówki, prawie nietknięty. Myślałam o Olivii i zastanawiałam się, czy byłam złym człowiekiem, jeśli gdzieś głęboko odrobinę winiłam swoją siostrę za to wszystko. Oczywiście, to nie była jej wina, że miała raka. Nie była winna temu, że zapłaciliśmy za drogie leczenie, a ono okazało się nieskuteczne. Nic z tego nie było ani jej ani naszą winą, a jednak… gdzieś w głębi siebie czułam żal i złość. Za to, że umarła. Za to, że nas zostawiła. Za to, jak musieliśmy się teraz męczyć.
Wiedziałam, że było to irracjonalne uczucie, kompletnie ludzkie, ale i tak przerażało mnie, że takie myśli w ogóle miały czelność pojawić się w mojej głowie.
Nagle zadzwonił telefon. Przez chwilę rozważałam zignorowanie go, bo nie byłam w stanie normalnie rozmawiać. Oczy piekły mnie od płaczu. Musiałam się czegoś napić, bo miałam wysuszone gardło. Wtedy jednak spojrzałam na telefon i zobaczyłam, że dzwonił do mnie nieznany numer. Harvey?
Mimo wszystko wcisnęłam zieloną słuchawkę.
– Tak?
– Cześć. – Tak, to był on. Nieco zachrypnięty, nieco oddalony, ale on. – Po pierwsze… przepraszam, że dzwonię dopiero teraz.
– Nic się nie stało.
– Domyśliłem się, że nie chciałaś się umawiać w obecności Gavina… kryje się za tym jakaś przykra historia?
– Można tak powiedzieć – przytaknęłam.  
– Czyli jak zawsze z nim. – Westchnął ciężko, a ja zastanawiałam się, czy nie zastanawiało go, skąd znałam Gavina. Tak jak Gavin założył automatycznie, że znałam Harveya – może działało to też w drugą stronę. – I mimo to nadal chcesz się ze mną spotkać?
– Tak – powiedziałam, nawet nie myśląc o tym, czy powinnam się wstrzymać, skoro on nie zadzwonił od razu, tylko trzymał mnie w niepewności. – Tylko jeszcze nie wiem, kiedy będę miała wolne. – Napisałam do Darrena z prośbą o więcej zmian i właśnie wysłał mi maila z nowym grafikiem, w którym łaskawie mnie uwzględnił.  
– Jasne. – Zawahał się, po czym zapytał: – Wszystko w porządku? Masz… dziwny głos.
Chciałam to wszystko z siebie wyrzucić. Chciałam powiedzieć o tym, jakim okropnym człowiekiem był Gavin, jak przytłoczona byłam naszą sytuacją rodzinną i jak tęskniłam za siostrą. Ale nie mogłam, bo tak naprawdę nie znałam Harveya, a on był w jakiś sposób powiązany z Gavinem. Czy mogłam mu ufać?
– Jak najbardziej. – Teraz ja się zawahałam. – Zadzwonię, kiedy będę miała wolne, może tak być?
– Jasne – powtórzył. – W takim razie… do usłyszenia.
– Pa. – Rozłączyłam się i przez chwilę siedziałam bez ruchu. W końcu zapisałam jego numer w kontaktach. Aktualnie nie czułam się na siłach na spotkanie z kimkolwiek.

W następnych dniach skupiałam się głównie na pracy, choć ciągle wyczekiwałam dnia i momentu, kiedy będę w końcu miała na tyle dobry humor i na tyle sił, by umówić się z Harveyem. Sen z powiek spędzały mi jednak pieniądze zabrane od Gavina, więc dużo pracowałam, by jak najszybciej zarobić jak najwięcej pieniędzy. Gavin czasami wpadał do kawiarni, ale nie podchodził ani już nie wpatrywał się we mnie tak intensywnym wzrokiem. Zastanawiałam się, czy wiedział, że chciałam umówić się z Harveyem czy może uznał, że mimo wszystko nie wykonam zadania, o które mnie „prosił” i nawet nie zamierzał żądać zwrotu pieniędzy, bo miały dla niego aż tak małe znaczenie.
Harvey milczał; może nie chciał na mnie naciskać, ale coraz częściej myślałam o jego smutnych czekoladowych oczach i kusiła mnie myśl, by znowu go zobaczyć, więc w końcu napisałam do niego smsa:
AURORA: Cześć :) zastanawiałam się, czy masz wolne w sobotę?
Czekałam chwilę na odpowiedź, ale przyszła dość szybko.
HARVEY: Zdaje się, że miałaś zadzwonić.
Nie wiedziałam, o co mu chodziło – dopiero po kilkunastu sekundach przypomniałam sobie swoje słowa sprzed paru dni – obiecałam, że zadzwonię, gdy będę miała wolne. Uśmiechając się lekko, wybrałam jego numer i czekałam. Odebrał niemal od razu.
– Cześć – rzucił do słuchawki dość neutralnym tonem.
– Cześć. No więc… w sobotę idę na poranną zmianę, a potem mam wolne… – Zawiesiłam głos. – Więc jeśli propozycja kawy jest nadal aktualna, z chęcią na nią pójdę. Tylko… gdzieś indziej. Do innej kawiarni.  
– Oczywiście, że jest aktualna. – Wyczułam, że się uśmiechnął. – Może tym razem nikt nie będzie nas szpiegował. Przyjdę po ciebie po pracy. O której kończy się pierwsza zmiana?
– O czternastej.
– W porządku. Będę czekał.  
Dziwne ciepło rozlało mi się w podbrzuszu, gdy usłyszałam jego słowa. Pomyślałam o jego gęstej czarnej czuprynie i o tym hipnotyzującym wzroku. Tak bardzo chciałam poznać go bliżej i dowiedzieć się czegoś o tym trójkącie z Gavinem i Kirą – jednak tylko dla zaspokojenia własnej ciekawości. Nie zamierzałam nikogo wykorzystywać.  

Cały dzień byłam dziwnie zdenerwowana i wszystko leciało mi z rąk. Brian przyglądał mi się podejrzliwie. Gdy wróciłam za ladę z tacą, na której był widoczny ślad po rozlanym koktajlu, uniósł brwi i zapytał:
– Co się dzieje? Jeszcze nigdy nie widziałem, żebyś coś rozlała.  
– Dziwny dzień – odpowiedziałam wymijająco.
– Nie wierzę ci. Coś się za tym kryje. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Idziesz na randkę czy co?
Lubiłam Briana i to bardzo, ale nie czułam się na tyle swobodnie, by opowiadać mu o Harveyu.  
– To tylko kawa – mruknęłam, czyszcząc tacę.
– Aha! Ale z facetem – powiedział triumfalnie. – Znam go? To klient?
– Brian – jęknęłam. – Nie będę…
– Zgadzam się, że nie będziesz. – Usłyszeliśmy za plecami zimny głos Darrena i oboje podskoczyliśmy. – Bo widzę zamówienie na kanapkę na wynos, a wy stoicie tu i plotkujecie jak przekupy na targu. Za co wam płacę? Do roboty.
Wzdrygnęłam się, ale właściwie z chęcią poszłam realizować zamówienie, bo przynajmniej Brian nie wiercił mi już dziury w brzuchu. Pilnowałam, by nie ubrudzić sobie ubrania, bo nie chciałam wyglądać jak fleja. Rano zrobiłam sobie lekki makijaż, jednak nieco bardziej stonowany niż poprzednio, na spotkanie z Gavinem – teraz źle mi się to kojarzyło.
W końcu wybiła czternasta. Czując, że mam spocone ręce, zdjęłam fartuszek, odłożyłam go do szafki i poszłam jeszcze do łazienki, by przejrzeć się w lustrze. Rozpuściłam włosy, trzymane cały dzień w koku, a one spłynęły po bokach, poskręcane w delikatne fale. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam do przodu.
Harvey już czekał, siedząc przy jednym stoliku. Nigdzie nie widziałam Gavina – na szczęście. Podeszłam do niego z uśmiechem, tłamsząc w sobie chęć ucieczki. Stanowczo nadszedł czas pokonania własnych lęków i wyjścia ze strefy komfortu.
– Cześć – powiedziałam delikatnie, a on podniósł głowę znad komórki i spojrzał na mnie tak, że aż przeszły mnie dreszcze. – Skończyłam zmianę. Idziemy?
– Jedziemy – poprawił mnie, wstając. Dopiero zobaczyłam, że na podłodze leżał ogromny kask. – Nie martw się, mam dla ciebie drugi.
Zerknęłam na niego niepewnie, z lekkim strachem w oczach.
– Boisz się?
– Sama nie wiem. – Zawahałam się. – Nigdy nie jechałam na motorze.
– Motocyklu – poprawił mnie z bladym uśmiechem. – Nie bój się. To wspaniałe uczucie, a ja nie jeżdżę szybko. Nie mam zamiaru zostać dawcą narządów. – Spojrzał na mnie wyczekująco. – To jak? Piszesz się na to? Jeśli chcesz, możemy iść pieszo.
Parę sekund się wahałam, po czym pomyślałam: chrzanić to.
– Piszę się na to – oświadczyłam, czując kiełkującą ekscytację. – Dawaj ten kask.
Uśmiechnął się szeroko i gestem ręki wskazał wyjście.
Niemal czułam na sobie wzrok Briana.
Nie myślałam o pieniądzach. Nie myślałam o Gavinie. Delikatnie obejmowałam Harveya w pasie i czułam wiatr we włosach.  
Rozpoczynałam przygodę.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 2634 słów i 14769 znaków, zaktualizowała 26 gru 2020.

1 komentarz

 
  • agnes1709

    Czuję, że Gavin znienacka zarząda zwrotu gotówki, i co wtedy? Będzie zmuszona przyjąć jego propozycję, bo raczej nie sra (przepraszam) pieniędzmi. Zobaczymy, czy mam nosa :D

  • candy

    @agnes1709 zobaczymy :D wesołych świąt! zapomniałam dopisać w rozdziale xd

  • agnes1709

    @candy Wzajemnie :kiss: