Iluzja – rozdział 25

Iluzja – rozdział 25Nie mieliśmy za dużo czasu na odpoczynek, bo wcześnie rano lecieliśmy na Kostarykę. Byłam kompletnie nieprzytomna i tak naprawdę mało obchodził mnie fakt, że moje tak zwane małżeństwo przypominało obecnie relację dwojga ludzi, którzy się nienawidzą. W chwili jazdy na lotnisko byłam zbyt zmęczona, by się tym przejmować. Potrzebowałam porządnej dawki snu. Kofeina jakoś nie działała. Gavin też miał podkrążone oczy i za wiele nie mówił. Na szczęście byliśmy już spakowani i mogliśmy zaczynać nasz „tydzień” miodowy na Kostaryce. Nie cieszyłam się jednak tak jak na początku. Prawdę mówiąc, bałam się. Bałam się, że gdy tam dolecimy, a ja popełnię jakiś błąd, Gavin znowu zacznie mi wypominać, że to on zapłacił za wesele i za te wakacje. Nie pomagały argumenty, że wcale ich nie chciałam. Nie byłam przyzwyczajona do luksusu i go nie potrzebowałam. Mnie wystarczyłoby małe wesele w domu.
Starałam się jednak odpychać od siebie te myśli, zastępować je pozytywnymi. Niezaprzeczalnym pozytywem sytuacji była zmiana otoczenia. Może odcięty od pracy i z dala od wszystkich naszych znajomych, uspokoi się i zrozumie, jak źle się zachował? W dodatku miejsce, do którego lecieliśmy, wydawało się tak piękne na zdjęciach, że aż nierealne. Nie mogłam się doczekać, aż je zobaczę na żywo.
Lot trwał około pięciu godzin. Wiedziałam, że i tak się nie wyśpię, bo zwyczajnie nie potrafiłam spać w samolotach. Gdy już było to dozwolone, włączyłam telefon z ustawionym trybem samolotowym i wetknęłam słuchawki w uszy. Gavin siedział obok, pogrążony w lekturze jakiejś książki. Nikt by nie odgadł, że byliśmy nowożeńcami. Nie wyglądaliśmy jak para, która właśnie się pobrała. Prawdę mówiąc, czułam się jak obca mu osoba.
Wkrótce odłożył książkę, odchylił głowę do tyłu i przysnął. Nadal słuchając muzyki, przyglądałam mu się. Wyglądał tak spokojnie. Nie powiedziałabym, że był w stanie mówić takie przykre słowa do własnej żony. Że potrafił tak ranić. Spojrzałam na moją obrączkę, która delikatnie łaskotała mnie w palec. Nie przywykłam do noszenia takiej biżuterii. Wydawała się nie na miejscu. Kompletnie obcy, nowy element mnie. Wyglądał dziwnie na mojej ręce. Spojrzałam na rękę Gavina, na której obrączka błyszczała tak, jakby właśnie tam miała się znaleźć od samego początku. Miał nieco ciemniejszą karnację od mojej, jego skóra była lekko opalona, co ładnie kontrastowało ze złotem. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak będzie to wyglądało po tygodniu na słonecznej Kostaryce.
Nie mogłam dłużej znieść tej samotności i braku kontaktu. Ostrożnie, nieśmiało, położyłam jego rękę na swojej. Pragnęłam spleść nasze palce, wtulić się w jego klatkę piersiową, poczuć, że nie byłam tu sama.  
Nawet jeśli nie spał, nie dał po sobie niczego poznać. Nie wykonał żadnego ruchu, nie dotknął mnie. Powoli się od niego odsunęłam i przybliżyłam do okna, by podziwiać płynące za nim widoki… i by nikt nie zauważył, że miałam w oczach łzy.

Choć podróż nie należała do najdłuższych, czułam się, jakbym była mokrą ścierką, którą ktoś porządnie wycisnął i rzucił w kąt. Byłam tak zmęczona, że ledwo widziałam na oczy. Ciężko było mi nawet podziwiać uroki miasta San José, które, z tego co zdążyłam zauważyć, było pełne palm i miało kolorowe budynki. Nie zostawaliśmy jednak w centrum, zmierzaliśmy do Zatoki Papagayo, inaczej zwaną Zatoką Papug. Różnica czasu wynosiła tylko dwie godziny do przodu, ale dziś akurat to mi sprzyjało. Wolałam, żeby wieczór zapadł szybciej, żebym mogła coś zjeść i położyć się do łóżka. I tak nie czułam atmosfery miesiąca miodowego, równie dobrze mogłam spędzić go w hotelu.
Na miejscu okazało się – jak zwykle – że hotel nie wyglądał jak zwykły hotel, tylko bardzo w stylu Gavina. Nasz apartament w Four Seasons Resort Costa Rica przywitał nas ogromnym łóżkiem z białym baldachimem, rozsuwanymi drewnianymi drzwiami zamiast okien, które prowadziły na balkon, z którego tuż pod nosem miało się widok na zielone drzewa i plażę. Wszystko było urządzone nowocześnie i ze smakiem – drewniana podłoga, kremowo–czarne meble, białe szezlongi, nowoczesne lampy o geometrycznych kształtach. Choć byłam piekielnie zmęczona, od razu rozsunęłam drewniane drzwi pozorujące na okna i wyszłam na balkon, próbując zapamiętać roztaczający się z niego widok.
Było tu bardzo ciepło, ale na szczęście na suficie był wiatrak. Poszłam wziąć prysznic, podczas gdy Gavin załatwiał ostatnie formalności. Łazienka oczywiście też zapierała dech w piersi. Miałam wrażenie, że wszystko było tu jeszcze lepsze i nowocześniejsze niż w mieszkaniu Gavina.
Myjąc się, miałam cichą nadzieję, że Gavin do mnie przyjdzie, ale niestety się przeliczyłam. Gdy wyszłam z łazienki z wilgotnymi włosami, siedział na jednym z szezlongów z otwartym laptopem. Nawet nie wiedziałam, że go ze sobą wziął. Miałam nadzieję, że nie będzie pracował. Nic jednak nie powiedziałam. Gdy podniósł na mnie wzrok, zapytał tylko:
– Łazienka wolna?
Skinęłam głową, bo nie byłam w stanie nic powiedzieć.
– W takim razie idę wziąć prysznic. – Minął mnie, zostawiając otwartego laptopa. Podeszłam, by zobaczyć, co na nim było. Oczywiście – praca. Nie chciałam na to patrzeć. Znowu chciało mi się płakać, bo nigdy nie sądziłam, że mój miesiąc miodowy będzie wyglądał właśnie tak.  
Ubrałam się w jedną ze swoich letnich sukienek, z niesmakiem stwierdzając, że nie wyglądałam jak żona bogatego faceta. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam na zakupach. Większość moich rzeczy miała już kilka ładnych lat. Nie miały dziur ani innych mankamentów, ale jednak było widać, że nie były nowe.
Postanowiłam o tym nie myśleć. Podczas gdy Gavin brał prysznic, delikatnie się pomalowałam, po czym wyszłam na balkon podziwiać widoki. Włosy schły same. Zmęczenie nieco minęło, ale za to dał o sobie znać głód. Bardzo chciałam iść i spróbować lokalnego jedzenia, mając przy tym nadzieję, że będzie zjadliwe.
Wkrótce Gavin wyszedł z łazienki. Nie mogłam się oprzeć i zerknęłam do tyłu. Cały mokry, z przewiązanym w pasie ręcznikiem, zmierzał w stronę walizki. Przez chwilę podziwiałam jego mięśnie brzucha, aż w końcu poczułam skurcz żołądka. Był moim mężem. Mężem. Najbliższą mi osobą – a ja bałam się choćby do niego podejść, ze strachu przed odrzuceniem. Nie wiedziałam, jak mu wytłumaczyć to, jak bardzo mi przykro, że Harvey zepsuł nam ślub. Chyba musiałam po prostu czekać. Przecież za niego wyszłam – co więcej mogłam zrobić?

Minęło pięć dni. Pięć dni miesiąca miodowego, podczas których powinniśmy zachowywać się jak na nowożeńców przystało. Powinniśmy chcieć przebywać razem, nie odrywać od siebie rąk, robić zakochane zdjęcia, kochać się przy zachodzie słońca…  
Nic z tego jednak się nie wydarzyło. Gavin nadal trzymał mnie na dystans – niemal tak, jak jeszcze niedawno ja trzymałam jego, gdy jeszcze nawet nie byliśmy razem. Byliśmy jak dwójka znajomych turystów, która razem zwiedzała Kostarykę. Samo miejsce absolutnie mnie nie zawiodło – zatoka Papagayo była jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach, które oglądałam w Internecie. Biały piasek, krystaliczna, turkusowa woda, w której uwielbiałam się pluskać, ponieważ swoim wyglądem przypominała basen – nie tworzyła fal, była niemal przez cały dzień nieruchoma. Była też przyjemnie ciepła i kojąca, pozwalająca zapomnieć, że ten wyjazd ani trochę nie przebiegał tak, jak pragnęłam. Plaża była osłonięta skałami, więc nawet gdy wiało, nie było tego czuć. Gdy leżałam na białym piasku, mogłam udawać, że jestem tu sama.
Gavin i ja nie rozmawialiśmy dużo, chyba że chodziło o wybór jedzenia lub atrakcji, których mieliśmy od groma. Zwiedzaliśmy niemal każdy zakamarek, do którego mogliśmy dotrzeć, wykupowaliśmy wycieczki, z których jedną zapamiętałam najbardziej – próbowaliśmy nurkowania z rurką, surfingu, a na koniec dostaliśmy prywatną kolację na plaży – grilla z mnóstwem jedzenia. Było już całkiem późno, więc uprosiłam Gavina, byśmy poczekali do zachodu słońca. Przewodnik wycieczki użyczył nam koca, na którym mogliśmy usiąść. Zachód słońca był nieziemski i żałowałam, że aparat nie mógł oddać tego piękna, które podziwiały moje oczy. Siedzieliśmy tam, aż zrobiło się całkiem ciemno. Pragnęłam, by Gavin mnie przytulił, choćby objął, żeby dał jakikolwiek znak, że faktycznie zależało mu na mojej obecności. Nic jednak nie zrobił – równie dobrze mogłam być tam sama.
Powoli zbierał się we mnie gniew. Tak, Harvey wpadł na nasz ślub i go zepsuł. Tak, zawahałam się wtedy. Nie byłam pewna, co zrobić. Poruszyło mnie to bardziej niż powinno – ale i tak się pobraliśmy. To Gavinowi przyrzekłam miłość i wierność. Jego zachowanie nie było adekwatne do winy.
Gdy wróciliśmy do apartamentu, a on wciąż milczał, postanowiłam, że do diabła ze spokojem. Do diabła z czekaniem. Musiałam mu coś powiedzieć.  
– Mam tego dość – oświadczyłam drżącym głosem.
Powoli się odwrócił.
– Czego?
– Czego? – Jeszcze się pytał. Wykonałam nieokreślony ruch ręką. – Tego! Tego pseudo miesiąca miodowego. Czujesz w ogóle, że jesteś tu z żoną? Bo ja nie czuję się, jakbym była z mężem. Czuję się, jakbym była tu sama. Nie rozmawiasz ze mną. Nie dotykasz mnie. Karzesz mnie za coś, co nawet nie jest moją winą! – Byłam zła, ale głównie rozżalona. Gavin patrzył na mnie w milczeniu, gdy nabierałam powietrza i kontynuowałam: – Rozumiem, że jesteś wściekły. Uwierz, Harvey wkurzył tym także mnie. Nie po to planowałam idealny ślub, żeby wszystko zostało w ten sposób zrujnowane. Nie mam innego wyjścia, jak tylko zaakceptować to, co się stało, bo złość i tak już nic nie zmieni! I ze wszystkich sił staram się, by Harvey nie zniszczył także tego małżeństwa! Byłoby cholernie dobrze, gdybyś i ty się postarał. Gdybyś w ogóle zauważył, że tu jestem! Czuję się jak pieprzone gówno. Jak worek do bicia! Boję się do ciebie odezwać! Nie mogę nawet zasnąć przytulona do męża, bo mój mąż patrzy na mnie z taką wrogością, że wolę nic nie robić, by przypadkiem go nie wkurzyć jeszcze bardziej! – Czułam, że zbliżam się do granicy łez, więc czym prędzej złapałam piżamę i poszłam do łazienki. Powiedziałam już wszystko.  
Od razu się rozebrałam i weszłam pod prysznic, by zmyć z siebie cały dzisiejszy dzień, dosłownie i w przenośni. Wycieczka była bardzo udana, nie mogłam jej nic zarzucić; problem leżał gdzie indziej. Szorowałam mocno całe ciało, zastanawiając się, co robić. Każdego wieczora zapadał niezręczny nastrój. Nagle nie miałam co ze sobą zrobić. Gavin często otwierał laptopa i pracował, a ja żałowałam, że nie przywiozłam swojego, bo wtedy mogłabym chociaż włączyć sobie serial lub jakąś książkę i zająć się czymś innym, niż tylko patrzeniem w ścianę i myśleniem o tym, jak bardzo źle zaczęło się moje małżeństwo.
Gdy wyszłam spod prysznica, całe lustro było zaparowane. Przeciągnęłam po nim ręką i otworzyłam małe okno w łazience, by wpuścić do środka trochę powietrza. Przez chwilę patrzyłam na siebie, na swoje nieszczęśliwe oczy, zapadnięte policzki. Delikatnie ich dotknęłam. Dlaczego były tak zapadnięte? Kiedy to się stało? Rozchyliłam ręcznik i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Moje nagie ciało było chudsze, niż zapamiętałam. Piersi jakby zmalały, brzuch zrobił się wklęsły. Straciłam na wadze, mimo że zdawało mi się, że jadłam normalnie. Nie trzeba tu było filozofów. Znałam odpowiedź. Byłam po prostu nieszczęśliwa.  
– Jesteś piękna – usłyszałam nagle głos dochodzący gdzieś z boku. Drgnęłam, przestraszona i spojrzałam w kierunku drzwi, w których stał Gavin. Był w krótkich spodenkach, bez koszulki. Odruchowo zasłoniłam się ręcznikiem z powrotem. – Mówiłem ci to już?
Byłam tak zaskoczona, że chwilę mi zajęło znalezienie odpowiednich słów.
– Cóż… chyba nie.
Odepchnął się od framugi i powoli do mnie podszedł. Stanął za moimi plecami, tak, że teraz w lustrze widziałam odbicie nas obojga. Delikatnie chwycił za moje nadgarstki, którymi trzymałam ręcznik.
– Nie zakrywaj się przede mną – szepnął mi do ucha, aż poczułam ciarki na całym ciele. Mimowolnie oparłam się plecami o jego twardą klatkę piersiową i pozwoliłam mu zrzucić z siebie ręcznik. Jeszcze niedawno spaliłabym się ze wstydu w takiej sytuacji – teraz jednak powoli zaczęłam odzyskiwać nadzieję, że jeszcze będziemy tworzyć normalny związek. Chciałam, by na mnie patrzył. Chciałam być pożądana. Wciąż opierałam się o niego, czując, jak coś twardego zaczyna ocierać się o moje pośladki. Nagle było mi strasznie gorąco. Gavin wyciągnął rękę i zaczął wodzić palcami po moim ciele. Przesunął nimi po mojej szyi, po obojczykach, aż dotarł do piersi. Przez chwilę zataczał palcami koła wokół sutka, a później jego ręka zaczęła zjeżdżać niżej, po brzuchu, w kierunku krocza. Było mi tak dobrze, tak przyjemnie, że niemal cały ciężar ciała nieświadomie przenosiłam na niego. Gdy poczułam jego palce, zatapiające się w moim wnętrzu, głośno jęknęłam. Odchyliłam do tyłu głowę, a on ugryzł mnie w szyję. W tym momencie byłam tak cholernie szczęśliwa, że mój wyrzut chyba w końcu przebił jego mur wściekłości i że Gavin w końcu zaczynał być sobą.
Przez chwilę drażnił się z moim ciałem, doprowadzając mnie do szaleństwa, aż nagle wykonał gwałtowny ruch, którego się nie spodziewałam – popchnął mnie do przodu i położył na zimnym, marmurowym blacie łazienki. Leżąc pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, prawie nie czułam zimna marmuru, bo cała ta sytuacja była tak cholernie podniecająca. Przez chwilę na zmianę całował i kąsał moje plecy, drapiąc zarostem, jednocześnie zdejmując spodnie – aż w końcu lekko rozchylił mi nogi i poczułam, jak wszedł we mnie od tyłu. Chwyciłam ręką brzeg umywalki, by mieć jakąkolwiek stabilizację i głośno dyszałam. Seks był szybki i gwałtowny – tak jak zawsze z Gavinem, ale po tylu dniach nagle miałam wrażenie, że uprawialiśmy go po raz pierwszy. Posuwana od tyłu w łazience nagle poczułam, że jestem inną osobą. I że może jednak mieliśmy szansę.
Po paru szybkich ruchach poderwał mnie do góry i obrócił przodem do siebie. W jego oczach płonął ogień czystego pożądania. Przylgnęliśmy do siebie tak ciasno, że chyba już nie było między nami żadnej wolnej przestrzeni. Zaczęliśmy się całować, a jego ręce znalazły się na moich pośladkach. Instynktownie zarzuciłam mu ręce na szyję i lekko podskoczyłam, by owinąć go nogami. Trzymając mnie, wyszedł z łazienki, by po chwili rzucić mnie na łóżko. Nie zdążyłam nic zrobić, a już przykrywał swoje ciało moim, po raz kolejny rozsuwał mi nogi, przytrzymywał ręce po bokach i pieprzył tak, że brakowało mi tchu.  
W końcu.
W końcu byłam szczęśliwa.

Powrót do domu przebiegał już w kompletnie innej atmosferze. Gavin znów był sobą. Ja znowu miałam uśmiech na twarzy. W końcu mogłam trzymać go za rękę i przytulać się do niego. W końcu czułam, że nie byłam tu sama ani z jakimś kolegą – tylko z mężem.
Po powrocie musieliśmy zabrać się za oficjalną przeprowadzkę – póki co ustaliliśmy, że zostaniemy w apartamencie, który wynajmował Gavin; w końcu był dość duży dla nas obojga. Ewentualnie potem mogliśmy zaczynać poszukiwania czegoś nowego, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Póki co musieliśmy przewieźć resztę moich rzeczy, bo jednak zdecydowana większość pozostawała u mnie w domu rodzinnym. Teraz jednak mogłam w końcu oficjalnie się przeprowadzić. Było mi trochę przykro, gdy widziałam wzrok mamy; nie umiałam się w pełni cieszyć, gdy wiedziałam, że zostawiam rodziców samych. Przez ostatnie półtora roku mieszkaliśmy razem i wspieraliśmy się wzajemnie po śmierci Olivii. Teraz ich zostawiałam. Niby nie wyprowadzałam się na koniec świata, ale to była jednak duża zmiana. Obiecałam, że będę do nich wpadać tak często, jak tylko będę mogła.
Gavin pomógł mi rozpakować rzeczy i w końcu zaczęłam się z tego cieszyć, gdy ustawiałam w kuchni kubki, a w szafie rozwieszałam swoje rzeczy. W końcu miałam poczucie, że nie byłam jedynie gościem, a kimś, kto mieszkał tu na stałe. Musiałam też przyznać przed samą sobą, że luksus łatwo dawał się pokochać i jeszcze łatwiej można było się do niego przyzwyczaić. Różnica była ogromna i widziałam ją niemal w każdej czynności – gdy wchodziłam pod nowoczesny prysznic, w którym leciała woda o takiej temperaturze, jaką chciałam; w domu nierzadko bywało tak, że odkręcałam ciepłą, a leciała zimna, a słuchawka prysznicowa często nie chciała współpracować – lub gdy gotowałam coś na kuchence, która błyskawicznie gotowała wodę i nie musiałam się obawiać, że oparzę się płomieniem, który w domu wzniecałam przy użyciu zapalarki. Ochrzaniałam przy tym samą siebie, bo czułam się trochę tak, jakbym tym samym krytykowała dom, w którym się wychowałam, ale przecież wcale tak nie było. Uwielbiałam go i wiedziałam, że zawsze będę chętnie do niego wracać. Tutaj po prostu… żyło się łatwiej i przyjemniej. Gdy rano robiłam sobie kawę, mogłam ją pić, podziwiając przy okazji wysokie wieżowce. Później szłam do biblioteczki, w której znajdował się pamiętny stół bilardowy – tam po prostu siadałam w ogromnym fotelu i czytałam książki, jedna po drugiej. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio miałam na to czas.
Oczywiście, musiało minąć trochę czasu, zanim przyzwyczaiłam się do tych ogromnych okien, do wysokości, na jakiej teraz żyłam, do tego, że zamiast drzwi wejściowych znajdowały się drzwi od windy. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale wkrótce zaczęłam się niepokoić – czy będą mogli tu wejść ot tak obcy ludzie? Gavin uspokoił mnie, mówiąc, że trzeba znać specjalny kod, by winda dojechała na nasze piętro.  
Milczenie, które wcześniej panowało, na szczęście zniknęło bezpowrotnie. Gavin jakby zapomniał o całym wydarzeniu z Harveyem – z powrotem zachowywał się normalnie. Czasem nadal nie mogłam uwierzyć, że byliśmy małżeństwem i zerkałam na swoją obrączkę, tak jakby miała stamtąd wyparować. Ona jednak nadal tam była, potwierdzając, że byłam teraz żoną; a to uczucie tylko się nasiliło, gdy pewnego wieczora Gavin nagle zaczął mówić o przyszłości:
– Kiedy zajdziesz w ciążę, będziemy musieli poszukać innego mieszkania, takiego, w którym będzie osobny pokój dla dziecka.
Spojrzałam na niego, nieco spłoszona.
– Tak, jasne, ale… czy to nie za szybko? Ledwo wróciliśmy z miesiąca miodowego – powiedziałam niepewnie. – I tak żyliśmy w szalonym tempie. Dzieci to poważna decyzja i…
– Jasne, rozumiem – przerwał mi. – Ale chciałbym poruszyć też inną kwestię. Mianowicie, twojej pracy.
– Mojej pracy? – spytałam zaskoczona. – A… co ci ona przeszkadza?
– Mnie? Nic. Ale wiem, że niezbyt ją lubisz. Chciałem ci powiedzieć, że nie musisz już tyle pracować, by pomóc rodzicom. Tak naprawdę, nie musisz pracować wcale. Z łatwością utrzymam nas oboje. Twoim rodzicom też zawsze chętnie pomogę, jeśli będą w potrzebie, przecież wiesz. Teraz jesteśmy rodziną.
Pomysł rzucenia pracy wydawał mi się dziwny, ale Gavin kontynuował:
– Mogłabyś dokończyć studia, które przerwałaś. Mogłabyś zrobić sobie wolne, może poszukać czegoś, co chcesz robić. Co o tym sądzisz?
Nie myślałam o powrocie na studia – pogodziłam się z tym, że musiałam przedwcześnie je zakończyć i iść do pracy. Teraz ta perspektywa wydawała mi się… sama nie wiedziałam. Nie zareagowałam na nią z entuzjazmem. To prawda, niezbyt lubiłam pracę u Darrena, ale w końcu nie było tam tak źle – pensję miałam niezłą, miałam też tam przyjaciół – Julie, Briana… Miałabym ich zostawić, by nie robić nic? By siedzieć samej w tym wielkim apartamencie i czekać z ugotowanym obiadem, aż Gavin wróci z pracy, jak jakaś żona z lat pięćdziesiątych?
Nie podobało mi się też uzależnienie finansowe od Gavina. Musiałam mieć własne pieniądze, choćby on miał ich jak lodu. Niby byliśmy małżeństwem, ale też osobnymi ludźmi. Dodatkowo miałam wrażenie, że jego sugestia wcale nie była podyktowana tym, żebym miała więcej czasu. Pomyślałam, że chciał uciąć mój kontakt z Harveyem. Ryzyko, że któregoś dnia pojawi się w kawiarni, było całkiem duże. Może Gavin nie chciał, bym go spotkała, dlatego namawiał mnie do zmiany pracy na taką, w której Harvey by mnie nie znalazł.  
– Przemyślę to – powiedziałam. – A teraz… pójdziemy spać? Jestem zmęczona, a muszę rano wstać.
Tej nocy miałam koszmar, którego w ogóle się nie spodziewałam. Przyśniła mi się Olivia – blada jak śmierć, wychudzona, wysuszona, prawie nieprzypominająca siebie. Wydawała się żywa, ale… odległa. Patrzyła na mnie oskarżycielsko.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi, że wychodzisz za mąż? – Wskazała na obrączkę na moim palcu.
– Ja… – Nie wiedziałam, co jej powiedzieć; nogi miałam jak z waty, poruszałam się jakby w zwolnionym tempie. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.
– Tak mało dla ciebie znaczę? Nie powiedziałaś mi o ślubie… ba, nie zaprosiłaś mnie na niego! Twoją druhną była jakaś koleżanka z pracy. Wybrałaś ją, zamiast własnej siostry?
– Przecież ty…
– Naprawdę wzięłaś ślub po paru miesiącach znajomości? – prychnęła, patrząc na mnie z nienawiścią, jakiej nigdy u niej nie widziałam. – Z facetem, co do którego miałaś tyle wątpliwości? Postradałaś rozum?
Poczułam presję, by bronić Gavina. Olivia nic nie wiedziała. Nie znała go.
– On nie jest… – zaczęłam, ale mi przerwała:
– Jesteś głupia. Myślałam, że jesteś mądrzejsza! Zostawiłaś rodzinę, poleciałaś na jego pieniądze! Żyjesz sobie teraz w tym wielkim mieszkaniu, a rodzice muszą sami zarabiać na rachunki…
– To nieprawda – wycharczałam z takim trudem, jakby ktoś zabraniał mi mówić. – Kocham go. Jest dobrym człowiekiem.
– To się jeszcze okaże – rzuciła Olivia z obrzydzeniem, po czym nieoczekiwanie ruszyła w moją stronę – szybko i gwałtownie, robiąc ruch, jakby chciała mnie uderzyć. Odruchowo się zasłoniłam i wrzasnęłam:
– Nie! Przestań!
Poderwałam się gwałtownie do góry, czując, jak mocno wali mi serce. Na policzkach miałam łzy. Przez chwilę uspokajałam oddech, próbując odgonić sprzed oczu twarz Olivii, wykrzywionej w nienawiści. Jej głos był tak realny… przez chwilę naprawdę myślałam, że tu była. Że naprawdę mnie krytykowała.
Spojrzałam obok, ale Gavina nie było. Doleciał do mnie szum wody spod prysznica. Może to i lepiej. Nie chciałam, by widział mnie w takim stanie.
Półtorej godziny później byłam już w pracy. Ruch był na szczęście spory, więc nie miałam czasu myśleć o przerażającym śnie. Uwijałam się jak mrówka, przygotowując kawy, herbaty i koktajle, zanosząc do stolików sałatki i kanapki. Nie patrzyłam nawet na ludzi, którzy stali przed ladą, skupiałam się wystukiwaniu na kasie odpowiednich komend.  
– Dzień dobry, co podać? – rzuciłam, gdy kątem oka zobaczyłam, że do przodu wysunęła się następna osoba z kolejki.
– A więc to prawda – usłyszałam głos, który wydał mi się dziwnie znajomy. I ten ton… Podniosłam szybko głowę i doznałam niemałego szoku, widząc przed sobą Kirę.
Jej się na pewno tu nie spodziewałam. Na chwilę zaniemówiłam, patrząc na jej kpiący uśmieszek, aż w końcu odezwałam się:
– Co jest prawdą?
– Że wzięliście ślub. – Wskazała na moją rękę, którą trzymałam nadal na kasie i na obrączkę. – Musiałam tu przyjść i zobaczyć to na własne oczy. – Pokręciła głową. – Gavinowi strasznie popsuł się gust.
– Czego ode mnie chcesz? – syknęłam, w końcu odzyskując zdolność reakcji. Nie zamierzałam pozwolić, by i ona psuła mi dzień.
– Jesteś strasznie nijaka – mówiła dalej, przyglądając mi się, jakby nie usłyszała mojego pytania. – A jakimś cudem zabrałaś mi ich obydwu. Jak?
– Może dlatego, że ty jesteś perfidną suką – wymsknęło mi się, zanim zdążyłam to przemyśleć. Kira jednak tylko się roześmiała.
– Myślisz, że mnie obrażasz, ale dla mnie to komplement. No cóż, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć wam szczęścia na nowej drodze życia – dodała tonem, w którym krył się sarkazm. – I… poproszę owocowe smoothie.
Nie miałam najmniejszej ochoty robić jej koktajlu, ale nie miałam wyjścia. Z zaciśniętymi zębami wbiłam na kasie odpowiednią kwotę, a ona nagle cofnęła się, wyciągając z torebki portfel. Wtedy to zobaczyłam – jej ogromny brzuch. Była w ciąży.
Niemal poczułam, jak automatycznie zbladłam. Moją pierwszą myślą było – to dziecko Harveya. To dlatego ze mną zerwał. Nie potrafiłam określić, w którym była miesiącu, ale wyglądała, jakby niedługo miała termin. Jeśli dowiedziała się o ciąży tamtego wieczora, kiedy Harvey ze mną zerwał… to by się zgadzało. I to oznaczało również, że mnie zdradzał.
Zszokowana, podniosłam na nią wzrok, a ona uśmiechnęła się szeroko i rzuciła:
– Kartą.
Część mnie chciała rzucić jej tym koktajlem w twarz, a druga – zadzwonić do Harveya i w końcu dowiedzieć się prawdy. Dlaczego ze mną zerwał? Komu dał się nabrać? Z kim Kira była w ciąży?
Opanowałam się jednak, bo nic by to nie zmieniło. Cokolwiek Harvey zrobił, należało to już do przeszłości. Teraz byłam żoną innego.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 4828 słów i 26678 znaków, zaktualizowała 4 mar o 21:45.

Dodaj komentarz