Empiria — rozdział 28

Empiria — rozdział 28Nagle był już koniec lipca i czas zaczynał przeciekać mi przez palce. Dwudziestego drugiego tygodnia ciąży już nie dało się ukryć i choć czasem napotykałam znaczące spojrzenia przechodniów, ignorowałam je. Nie miałam czasu, by się nimi przejmować. Nadal pracowałam, nadal chodziłam na terapię, teraz dodatkowo doszła jeszcze szkoła rodzenia, do której zapisałam się po powrocie do mieszkania. Gdy tam poszłam po raz pierwszy, byłam cholernie zdenerwowana, zwłaszcza że byłam sama. Harvey oczywiście proponował, że pójdzie ze mną, ale odmówiłam. Nie był ojcem dziecka. Nie chciałam go tym obarczać. Na miejscu okazało się jednak, że nie byłam jedyną samotną matką. Kamień spadł mi z serca, bo w końcu miałam kogoś, kto był w podobnej sytuacji i z kim mogłam szczerze porozmawiać. Trafiłam na grupę kobiet w różnym wieku, trafiła się nawet jakaś osiemnastolatka. Zyskałam parę nowych koleżanek, co mnie uspokoiło, bo niektóre były już doświadczone i miały jedno dziecko, więc miałam nadzieję, że w razie czego będą mogły mi pomóc. Po zajęciach poszłyśmy na mrożoną herbatę i miałam wrażenie, że w końcu odzyskiwałam swoje dawne życie, nawet jeśli to obecne w ogóle go nie przypominało. Znowu potrafiłam się uśmiechać. Znowu się śmiałam. Nawet czasami żartowałam. Nie mogłam doczekać się nawet spotkania z Kirą, która na mój widok wytrzeszczyła oczy.
— Trochę ci się przytyło — rzuciła, siadając naprzeciwko mnie.  
Gdyby powiedział mi to ktokolwiek inny, poczułabym się urażona, ale wiedziałam, że ona nie mówiła tego na serio. Po prostu dawno mnie nie widziała, więc musiała wygłosić jakiś komentarz na temat brzucha, nawet jeśli on nie był jeszcze ogromny. Przez chwilę jej się przyglądałam. Obcięła włosy i to całkiem drastycznie — jej dotąd długie blond kosmyki sięgały teraz zaledwie do brody. Potrzebowałam chwili, by się oswoić z tą zmianą.
— A tobie ubyło trochę włosów — powiedziałam z uśmiechem. — Ale ładnie ci w tej fryzurze.
— Akurat.
— Mówię serio. — I naprawdę mówiłam. Komu jak komu, ale Kirze we wszystkim było ładnie.  
— Cóż, potrzebowałam zmiany. Zresztą, mała tak za nie ciągnęła, że pewnie za jakiś czas same by odpadły.  
— A gdzie ona jest?
— Została z moją koleżanką.  
— Naprawdę? — Byłam zdziwiona. Może nie tym, że Kira miała jakąś koleżankę, ale tym, że jej zaufała z dzieckiem.
— Tak naprawdę to moja kuzynka, ale… mniejsza o większość. Potrzebowałam trochę czasu dla siebie, a ona lubi dzieci. — Wzruszyła ramionami, po czym przyjrzała mi się uważnie. — Wyglądasz jakoś radośniej. Ciąża już nie daje ci w kość?
— Teraz jest lepiej, ale to nie tylko zasługa hormonów. Zastanawiałam się… Miałaś ostatnio jakieś wieści o Gavinie?
Zmarszczyła brwi.
— Wieści? — powtórzyła. — A co, dorobił się kolejnej fortuny i został milionerem? Nie śledzę go. Przez większość czasu wolę udawać, że go nie ma. Dziwię się, że ty nie robisz tego samego.
— Chodzi o to, że… być może naprawdę go nie ma. Właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać. — Streściłam Kirze ostatnie wydarzenia, to, co Gavin do mnie powiedział podczas tej ostatniej rozmowy, spotkanie z jego pijaną mamą, przeglądanie nekrologów… Jej twarz pozostała niewzruszona, ale w oczy wkradł się lekki niepokój. — Uznałam, że powinnaś wiedzieć.
— Niby co wiedzieć? — odezwała się. — Niczego nie wiemy na pewno.
— Dlatego zapytałam, czy może coś wiesz, bo ja nie mam pewności… przeglądałam nekrologi, szukałam wiadomości, ale nic nie wskazuje na to, że jednak nie żyje. Myślałam, że to były tylko moje myśli, ale to, co powiedziała jego matka…
— To był bełkot pijanej kobiety — przerwała mi.
— Owszem, ale może jednak coś w tym było? Może miała jakieś przeczucie?
— Przeczucie? Co najwyżej przeczucie, że trzeźwiała. — Pokręciła głową. — Nie, nie sądzę, by się zabił.
— Skąd to wiesz?
— Znam go o wiele dłużej niż ty — zauważyła. — Dłużej niż Harvey, dłużej niż… ktokolwiek. I mówię ci, że nie ma opcji, by Gavin postanowił się zabić. Przecież on kochał życie, kochał siebie, pławienie się w swoich luksusach… i kochał niszczyć życie innym. Miałby z tego ot tak zrezygnować, tylko dlatego, że musiał się trochę poużerać z byłą żoną?
— Nie słyszałaś go podczas tej ostatniej rozmowy. Był całkiem zrezygnowany. Jakby już się poddał. Może… to jednak było dla niego za dużo?
Wzruszyła ramionami.
— Możesz wierzyć w co chcesz. Może łatwiej ci jest udawać, że umarł, ale widzę, że chcesz konkretnych informacji, więc właśnie ci ich udzielam.
— Ty też nie wiesz tego na pewno.
— Być może. Może niech każda z nas trzyma się swojej wersji. — Spuściła wzrok na mój brzuch. — Znasz już płeć?
— Jeszcze nie. Jutro mam USG.
— I nadal jesteś z Harveyem?
— Tak. — Nagle poczułam niepokój. — To jakiś problem?
Parsknęła kpiącym śmiechem.
— Boże, to już nie można o nic zapytać? Nie martw się, nie przeistoczę się w tamtą Kirę, która za wszelką cenę chciała mieć dwóch facetów. Nie potrzebuję kolejnych dzieci do wychowania. Jeśli to coś warte, cieszę się, że wygryzłaś Sheilę.  
— Nie wygryzłam jej — zaprotestowałam, jednocześnie czując zalewające mnie wyrzuty sumienia. Sheila. Nawet nie wiedziałam, co się z nią działo i czy nadal była na mnie wściekła.  
— Jak zwał, tak zwał. Z dwojga złego, już wolę ciebie.
— Dzięki — odparłam ironicznie. — Z dwojga złego… ja też wolę ciebie.
Szeroko się uśmiechnęła — niby kpiąco, ale nie do końca.
— Proszę, proszę. Może jednak coś z tego będzie. Ale chrzestną nie zostanę — dodała.
— Nawet nie śmiałabym cię o to prosić.
— Daj mi znać, jak już będziesz znała płeć — dodała, wstając z krzesła. — Przejrzę rzeczy po małej i jeśli będziesz chciała, coś ci podrzucę.
— Dzięki — odparłam, kompletnie zaskoczona. Tego się nie spodziewałam.  
Chyba wyczytała to z mojej twarzy, bo powiedziała ostro:
— Tylko się nie przyzwyczajaj. Nie zawsze będę taka miła.
— Ależ oczywiście.  
Spotkanie było krótkie, jak zawsze z Kirą, ale w dziwny sposób poprawiło mi humor. Ona wcale nie była taka zła. Podobało mi się to, jak zawzięcie broniła się przed naszą „przyjaźnią”, ale jednak była dla mnie miła — na swój sposób.
Później pojechałam do rodziców, by spędzić z nimi wieczór. Mama nie mogła się nadziwić za każdym razem, gdy mnie widziała, i dotykała mojego brzucha, jakby chciała sprawdzić, czy był prawdziwy. Musiałam zdać jej relację ze spotkania z rodzicami Harveya. Wydawała się zaskoczona, że zaproponowali swoją pomoc, ale przyznała, że to bardzo miłe. Pytała mnie też o relację z Harveyem, ale powiedziałam jej to, na co obydwoje się zgodziliśmy — nie sposób było ustalić na sto procent, kim dla siebie byliśmy, jakie panowały tu zasady i kim Harvey miał być dla dziecka; po prostu płynęliśmy z prądem.  
Harvey chyba bardziej nie mógł się doczekać tego USG niż ja i wyglądał, jakby bardzo chciał iść ze mną, więc ostatecznie darowałam sobie to całe „on nie jest ojcem dziecka” i powiedziałam, że może ze mną pójść, jeśli chce. Ja szłam na poranną zmianę w pracy, z której miał mnie odebrać. Gdy już byliśmy pod gabinetem, zapytał, czy chcę, żeby ze mną wszedł. Chwilę się zawahałam, ale w końcu potwierdziłam. Wiedziałam, że pani wykonująca badanie zaraz zerknie na niego z ciekawością i zapyta, czy tata w końcu postanowił być obecny na wizycie — i oczywiście tak się stało. Tylko że w jej spojrzeniu niekoniecznie była ciekawość, a raczej złość i irytacja.
— Trochę późno się pan zjawił — zauważyła, wyciskając chłodny żel na mój brzuch.
Harvey zakasłał teatralnie, a mnie chciało się śmiać.
— Nie jestem ojcem — powiedział uprzejmym tonem.  
— Och… — Wydawała się zaskoczona. — Rozumiem. Przepraszam.
— Nie ma sprawy — powiedział, choć zerknął na mnie i wywrócił oczami, ale zaraz przeniósł wzrok na monitor, na którym po chwili pojawiło się dziecko. Ja trochę bałam się tam spojrzeć. Podświadomie czułam, że będzie to chłopak. Wszystko szło podejrzanie za dobrze, więc świat musiał dokopać mi w inny sposób. Musiał dać mi syna, który będzie miał twarz Gavina i…
— O, dzisiaj mamy więcej szczęścia! — Usłyszałam radosny głos gdzieś z boku. — Proszę spojrzeć. — Obróciła monitor w naszą stronę, więc w końcu obróciłam głowę i na niego spojrzałam. — Dziewczynka.  
Co?
— Dziewczynka? — powtórzyłam ze zdumieniem.  
— O tak.  
— Wiedziałem. Miałem rację. — Po tonie Harveya słyszałam, że ledwo hamował radość. Przeniosłam na niego wzrok, by zobaczyć, że uśmiechał się od ucha do ucha i ściskał mnie za rękę. — No co? Miałem rację — powtórzył. — Trafiłem z Jagódką w dziesiątkę.
Nadal to do mnie nie docierało. Nawet mimo tego, że już mówiliśmy o dziecku jak o dziewczynce. Byłam przekonana, że to będzie chłopiec, że wyrośnie na podobieństwo swojego ojca… i nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzę. Ale dziewczynka?
— Nie tego chciałaś? — zapytał mnie Harvey, gdy byliśmy już na zewnątrz. — Wydajesz się… nie do końca zadowolona.
— Chyba jestem po prostu w szoku — przyznałam. — Byłam pewna, że to chłopiec.
— A widzisz, ja od początku miałem przeczucie. — Pochylił się i oparł swoje czoło o moje. — Ale to dobre wieści. To nadal dziecko Gavina, ale może będzie bardziej podobna do ciebie? I możesz nazwać ją Olivia, tak jak chciałaś.
— To prawda… — Poczułam zalewające mnie szczęście. Tak jakbym… poniekąd miała odzyskać siostrę. Wiedziałam, że to oczywiście nieprawda, że to nie będzie moja siostra, tylko córka…  
Córka. Jak dziwnie to brzmiało.  
— Więc… cieszysz się?
Podniosłam na niego wzrok, w którym dopiero teraz pojawiły się łzy. Łzy szczęścia.
— Oczywiście — wyjąkałam. — Będę miała córeczkę!
Objął mnie mocno i wiedziałam, że też się uśmiechał.

Byliśmy w środku robienia zakupów, kiedy zaczęli wydzwaniać do mnie rodzice. Planowałam im opowiedzieć o wizycie, kiedy już wrócę do mieszkania, ale tak się do mnie dobijali, że musiałam odebrać telefon na środku sklepu i wykrztusić:
— Dziewczynka!
Mama, standardowo, zaczęła płakać. Nie widziałam twarzy taty, ale mogłam sobie wyobrazić, że jego gardło też zacisnęło się ze wzruszenia. Pewnie myśleli to samo co ja — że wszechświat był nam winien dziewczynkę. Za tą, którą zabrał. Już wiedziałam, że pewnego dnia, gdy moja córka będzie na tyle duża, by to zrozumieć, usiądę z nią i opowiem o cioci Olivii, po której dostała imię. Że ciocia była bardzo silna i że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by moja córka też taka była, ale by nie musiała nigdy tej siły wykorzystywać.
Nadal nie wiedziałam, co powiem o jej ojcu, ale miałam jeszcze czas na przemyślenie tego. Wiedziałam, że jeśli Harvey będzie w pobliżu, dziecko zacznie traktować go jak swojego tatę i… czy ostatecznie będzie to czymś złym?
— Popatrz! — Harvey wyszedł nagle z jakiejś alejki z szerokim uśmiechem. Podniósł do góry maleńkie różowe body z napisem Mommy’s little girl. — Jakimś kompletnie dziwnym przypadkiem zawędrowałem do alejki z ubraniami dla dzieci i… no, chyba już możemy kupować bardziej konkretne ubranka, co nie? — Od razu włożył body do koszyka. — I wziąłem też to. — Pokazał mi różowe, pikowane ubranko zimowe, z kapturem z małymi uszkami, od środka wypełnione polarem. — Będzie zimno, jak się urodzi, więc… to chyba też się nada?
Nie mogłam się nadziwić temu, jaki był szczęśliwy. Tak jakby to naprawdę było jego dziecko. Tak bardzo cieszył się z płci i nawet z patrzenia na różowe ubranka. I powiedział, że my mogliśmy je już kupować — w liczbie mnogiej. Mogliśmy powtarzać do znudzenia, że to nie było jego dziecko, że nie był gotowy do roli ojca, ale… może był bardziej gotowy niż sądził? Nie chciałam wywierać na nim żadnej presji, ale nagle poczułam, że bardzo chciałabym, by jednak był gotowy. Bo w tym momencie poczułam, że byłby dobrym ojcem. Nawet i zastępczym. Że dziecko byłoby równie szczęśliwe, mając go obok. Co z tego, że Jagódka nie byłaby do niego podobna? Może kiedyś… moglibyśmy mieć własne dziecko. I wtedy wszystko byłoby już tak, jak miało być. Bylibyśmy rodziną.
Było grubo za wcześnie na takie rozważania, ale patrząc na jego uśmiech i śmiejące się oczy, nie wyobrażałam sobie, że miałabym wychowywać córkę bez niego. Nawet jeśli będzie tylko fajnym wujkiem, bez narzucania sztywnej roli ojca… Nie chciałam robić tego sama. Albo z kimkolwiek innym. Tylko z nim.
— Nada się — przytaknęłam, uśmiechając się tak, że aż bolały mnie policzki.  
Gdy wyszliśmy ze sklepu, obładowani zakupami, nagle w oddali zobaczyłam wysoką i szczupłą sylwetkę — należącą w dodatku chyba do tej osoby, o której dopiero co myślałam. Szturchnęłam Harveya.
— Zobacz, czy to nie… Sheila?
Spojrzał tam gdzie ja i uniósł brwi.
— Tak, chyba tak.
Biłam się z myślami. Powinnam do niej podejść? Wyjaśnić? Przeprosić? Nie, przecież ich zerwanie nie było moją winą. Ale ostatecznie… Sheila próbowała mi pomóc. Chyba. A ja poniekąd ukradłam jej chłopaka. Patrzyłam na nią, zastanawiając się, co powinnam zrobić, ale nagle podszedł do niej jakiś chłopak i wytrzeszczyłam oczy.
— Czy to nie Kyle?  
Staliśmy w milczeniu, patrząc, jak wysoki chłopak podchodzi do Sheili i całuje ją w usta, obejmując w pasie, aż Harvey parsknął śmiechem.
— Tak, to Kyle. Też coś. Szybko się pocieszyła.  
— Przeszkadza ci to?
— Ależ skąd. Tylko śmieszy mnie to, bo przecież dopiero co umawiała ciebie na randkę z nim. Po co, skoro najwyraźniej na niego leciała? — Potrząsnął głową. — Kobiety są dziwne. — Spojrzał na mnie. — A tobie to przeszkadza?
— Oczywiście, że nie. Prawdę mówiąc, cieszę się, że kogoś sobie znalazła. — Obserwowałam, jak biorą się za ręce i odchodzą, skręcając za róg. — Bo obwiniała mnie za to, że z nią zerwałeś i czułam się przez to okropnie.  
— To nie było przez ciebie, ale na pewno miałaś na to wpływ.
— Bo zalazłam ci za skórę?  
Zaśmiał się.
— Powiedzmy. A w innych, ładniejszych słowach: nie mogłem o tobie zapomnieć. I, jak się okazało, nie potrafiłem też tego ukryć.
Westchnęłam.
— Grunt, że wszystko się jakoś ułożyło. I chyba wszyscy jesteśmy szczęśliwi.  
— A wiesz, co by mnie uszczęśliwiło jeszcze bardziej?
— Co?
— Jakiś super koktajl z twojego nowego super blendera, bo umieram z gorąca, więc wracajmy już. — Pociągnął mnie w stronę przystanku, a ja natychmiast zapomniałam o Sheili.

— Dziewczynka?! — zapiała Julie, podskakując z radości. — O Boże, tak! Czułam to! I miałam rację!
— To ja miałem rację — mruknął Harvey z miną godną obrażonego dziecka.
— Dobra, obydwoje mieliśmy rację. Nie jęcz, tylko przybij piątkę.
— Czyli tylko ja byłam przekonana, że to będzie chłopak? — wtrąciłam, siedząc na fotelu w salonie i patrząc, jak przybijają sobie piątki. — To by było na tyle z mojego instynktu macierzyńskiego.
— Wina hormonów — stwierdziła Julie, zaglądając do lodówki. — O, poczekajcie, są jeszcze truskawki. — Dorzuciła owoce do blendera. — Dobra, teraz to już chyba wszystko. — Znowu na mnie spojrzała. — To będzie absolutnie wspaniałe. Będziemy sobie robić makijaże, podkradać ci buty, a wy będziecie mogły mieć pasujące ubrania… a gdy nadejdzie czas, stanę się edukującą ciocią Julie i dokładnie jej wszystko opowiem.  
— Znaczy co jej opowiesz? — Harvey chyba nie zrozumiał.
— No jak to co? Co gdzie się wkłada i co trzeba wcześniej założyć. — Uśmiechnęła się szeroko, a Harvey aż zakasłał.  
— Może nie tak od razu, co? — mruknął.
— Przecież powiedziałam, że „gdy nadejdzie czas”. Jak będzie miała pierwszego chłopaka.
— Czyli jak będzie miała dwadzieścia lat.
— Chyba żartujesz! — parsknęła śmiechem Julie. — Z genami takiej mamy? Zaczną ją wyrywać, jak tylko skończy trzynaście czy czternaście. Chyba lepiej, żeby już wtedy wiedziała, co ma robić, bo faceci mają w tym wieku siano w głowie. Zresztą, nie tylko w tym…  
— To jakaś aluzja?
— Ależ skąd.
— Czy nikt nie zamierza zapytać mnie o zdanie? — wtrąciłam znowu, mimo wszystko rozbawiona ich konwersacją.
— Ty jesteś tylko mamą, a ja jestem niezastąpioną ciocią Julie, więc… raczej nie. — Julie spojrzała na Harveya i chyba nagle pojęła, że rozmowa o rolach w kwestii wychowania nie była najlepszym pomysłem, bo szybko zmieniła temat: — Robi ktoś ten koktajl czy ten blender ma też funkcję autostartu?
Ich rozmowa była na tyle zabawna i luźna, że nagle większość moich obaw ustąpiła. Choć nadal nie wyobrażałam sobie swojej córki w wieku czternastu czy dwudziestu lat, miło było słuchać o planach Julie. Nie uszło też mojej uwadze to, jak Harvey skrzywił się na myśl o tym, że moja córka będzie kiedyś miała chłopaka. Tak jakby ta myśl mu przeszkadzała. Tak jakby to była też jego córka. Córeczka tatusia. Już teraz chciał ją chronić.  
Nadal miałam milion obaw i wątpliwości, ale po wysłuchaniu ich rozmowy czułam się spokojniejsza. Może mój limit pecha już się skończył. Może wyczerpałam go już tyle, ile powinno starczyć na całe życie i od tej chwili wszystko będzie dobrze.
Przypomniałam sobie, że miałam dać znać Kirze, więc napisałam jej smsa:
AURORA: Będzie dziewczynka 😊  
KIRA: Fajnie. Choć może nie tak fajnie, gdy pewnego dnia wróci do domu z brzuchem, ale będziemy się z tym męczyć prawie że wspólnie.
AURORA: Czyli jednak się przyjaźnimy? Tak właśnie myślałam.
KIRA: Nie przyzwyczajaj się.
AURORA: Nie śmiałabym.
KIRA: Przejrzę rzeczy po małej i potem się odezwę.
AURORA: Dzięki.

— Z kim tak zawzięcie piszesz? — zapytał Harvey, wyrywając mnie z zamyślenia. Podał mi szklankę z koktajlem.
— Z Kirą — powiedziałam, a on wzniósł oczy do sufitu.
— Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
— Lepiej zacznij, bo jesteśmy już najlepszymi przyjaciółkami — odparłam z rozbawieniem.
— Ej! — burknęła Julie z kuchni. — Słyszałam to.
— Kira tak stwierdziła?
— Ja, a ona nie zaprzeczyła.
— No tak, to chyba jedyne, na co możesz liczyć z jej strony. — Usiadł na drugim fotelu. — Właściwie… może i dobrze, że tak się stało. Wszystko się wyklarowało i nie będzie żadnych dramatów, gdy Jagódka się urodzi.
— Olivia — poprawiłam go. — Teraz już nie musimy używać owoców.  
— A ja już się przyzwyczaiłem do Jagódki. Teraz już tego nie zmienię.  
— Musisz. Nie nazwę dziecka po owocu.  
— Dlaczego nie? Brzmi oryginalnie. — Uśmiechnął się. — Możesz jej dać Olivia na drugie. Jagódka już zawsze będzie miała pierwszeństwo.
— Dlatego, że zgadłeś, że to będzie dziewczynka?
— Właśnie dlatego.
Wywróciłam oczami, po czym zaryzykowałam stwierdzenie:
— Jak ostatnio sprawdzałam, to było moje dziecko — powiedziałam lekkim tonem, żeby przypadkiem Harvey nie poczuł się urażony czy zmuszany do jakichś deklaracji. — Ale widzę, że chcesz przejąć pałeczkę.
Posłał mi niepewny uśmiech.
— Może i chcę. Kto wie… — Chwilę patrzył na mój brzuch, po czym jakby się otrząsnął. — Nadal płyniemy z prądem?
— Nadal — przytaknęłam, a on wstał i pochylił się do mojego ucha, by powiedzieć cicho:
— To chodźmy popływać w łóżku, co?
Parsknęłam śmiechem i dałam mu się zaprowadzić do sypialni.  

— Boże, ale dziś gorąco — jęknęłam do Julie, która stała przy kasie, a ja opierałam się o blat. — Chyba wolałabym już tu zostać aż do wieczora. Tu chociaż jest klimatyzacja.
— Nie marudź. Ciesz się, że masz pół dnia wolnego i nie musisz się tu męczyć. — Wywróciła oczami. — Bo ja muszę zostać, w dodatku z najlepszym szefem świata. — Skrzywiła się. — Idź, serio. Niech chociaż jedna z nas korzysta z wolności.
— Dobra, już idę. — Zdjęłam fartuszek i odłożyłam go na miejsce, po czym wzięłam torebkę i dodałam: — Do zobaczenia wieczorem. O ile nie rozpłynę się z gorąca.
— I o ile ja się nie zaharuję na śmierć.
Wyszłam z uśmiechem z kawiarni na zalany słońcem chodnik. Potrzebowałam chwili, by przyzwyczaić wzrok do tej jaskrawości. Zaczęłam żałować, że nie wzięłam ze sobą okularów przeciwsłonecznych.  
— Aurora? — Usłyszałam nagle głos Harveya za moimi plecami. — Hej, tu jestem.
Miał po mnie przyjść? Nie pamiętałam, żebyśmy się umawiali, ale chyba zrobił mi niespodziankę. Odwróciłam się z uśmiechem, który natychmiast zniknął, bo przede mną nie stał Harvey, tylko Gavin. Mimo upału miał na sobie granatowy garnitur. Z pochmurną miną wpatrywał się w mój brzuch.
— Jak mogłaś mi nie powiedzieć? — zapytał cicho, ale w jego tonie czaiła się gotowość do walki.
— Nie wiem, o czym ty… — Ze stresu zaschło mi w ustach.
— Dobrze wiesz, o czym mówię — warknął, wskazując na mój brzuch. — Chcesz mi powiedzieć, że to dziecko Harveya? Masz mnie za idiotę?
— Nie… — Zaczęłam się cofać, jednocześnie zerkając z rozpaczą na kawiarnię, ale nikt na mnie nie patrzył. Każdy z gości jakby nagle zamarł. Byłam tylko ja i Gavin.  
— To moje dziecko. Moje! — Jego twarz zaczęła wykrzywiać wściekłość. — A ty niczego mi nie powiedziałaś. Uciekłaś ode mnie. Pozbawiłaś mnie szansy na bycie ojcem. I zarzekasz się, że jesteś lepsza ode mnie? Już się nie wywiniesz.  
— Zostaw mnie. — Odruchowo objęłam brzuch, tak jakby sam ten gest miał ochronić dziecko. — Nie zbliżaj się nawet na krok. Dostałeś zakaz zbliżania! Powiedziałeś, że go uszanujesz…
Prychnął donośnie.
— Naprawdę? Ty mi mówisz o szanowaniu czegokolwiek? Ukryłaś przede mną moje własne dziecko. Uwierz mi, kochanie, w takiej sytuacji ten zakaz zbliżania nie mógłby obchodzić mnie mniej.  
— Już nie jestem twoją żoną — wyszeptałam, dygocząc na całym ciele, choć dopiero co było mi gorąco. — Nie masz żadnych praw do tego dziecka. Ona jest moja…  
— Ona? — przerwał mi, a na jego twarzy nagle wykwitła błogość. — To dziewczynka? — zapytał z zadowoleniem. — Och, mówisz o tym? — Nagle w jego dłoni pojawiły się papiery rozwodowe, które przedarł jednym gwałtownym ruchem. — To da się szybko zmienić. Już zapomniałaś, że mogę wszystko odkręcić? Mogę sprawić, że już nigdzie nie pójdziesz nieobserwowana. Mogę sprawić, że już nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Mogę odebrać ci dziecko. I to wtedy ty nie będziesz miała do niego… do niej… żadnych praw.
— Gavin, proszę — wyszeptałam, przełykając łzy. — Nie rób tego.
— Obiecałaś mi rodzinę — warknął. — Więc dotrzymasz słowa. — Nagle znalazł się tuż przy mnie, kładąc rękę na moim brzuchu. Zanim zdążyłam wrzasnąć, zatkał mi usta i unieruchomił ręce. — Dotrzymasz go, choćby nie wiem co.
— Nie! — wrzasnęłam, tym razem budząc się i podrywając do góry. Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. Moja ręka od razu skierowała się do brzucha, zasłaniając go, chociaż w sypialni nie było nikogo oprócz mnie. Byłam sama. Nie było tu Gavina. Nigdy nie wrócił. To tylko mój mózg wciąż płatał mi figle.
Usłyszałam gorączkowe pukanie do drzwi.
— Aurora, co się stało? — Nie czekając na odpowiedź, Julie weszła do środka z przerażeniem na zaspanej twarzy. — Krzyczałaś?
Otarłam łzy i starałam się głęboko oddychać.
— To tylko koszmar.
— Gavin? — zapytała cicho, a ja skinęłam głową. — Cholera. — Wdrapała się na łóżko i objęła mnie mocno. — Nie denerwuj się. To tylko sen. Nie ma go. Nie wrócił.
— A jeśli to proroczy sen? Jeśli wróci? Jeśli zabierze mi dziecko?
— Pamiętaj, co ustaliliśmy — przypomniała mi. — Nawet gdyby wrócił, mamy dowody na to, co ci zrobił i jego przyznanie się do winy. Żaden zdrowy na umyśle sędzia nie da mu prawa do opieki.  
Westchnęłam ciężko.
— Wiem. Masz rację. Łatwo o tym zapomnieć… Szkoda, że on nie chce wyjść z mojej głowy.
— Pewnie jeszcze z niej nie wyjdzie przez długi czas, ale nie możesz się poddawać. Zaszłaś tak daleko. To tylko twój strach, a nie rzeczywistość. Nie możesz dać mu się pokonać.
Serce nadal nie chciało się uspokoić, miałam wrażenie, że moje ręce nadal były unieruchomione, a usta zasłonięte. Tak jak wiele razy wcześniej. Kiedy mnie bił. Kiedy mnie gwałcił. Kiedy musiał się wyżyć.
Myślałam, że już zaczęłam sobie z tym radzić. Że było dobrze i mogłam być szczęśliwa, ale on… nie chciał ode mnie odejść.
— Czy ja jeszcze kiedyś będę w stanie żyć normalnie? — zapytałam cicho. — Czy w końcu przestanę go widywać w snach? Bo on zniknął, ale mam wrażenie, że i tak się od niego nie uwolnię…  
Spodziewałam się jakiejś odpowiedzi Julie, ale ona tym razem milczała.
Bo obydwie wiedziałyśmy, że na żadne z moich pytań nie mogła odpowiedzieć twierdząco.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 4623 słów i 26012 znaków.

Dodaj komentarz