Empiria – rozdział 10

Empiria – rozdział 10Parę następnych dni było cudowne w swojej normalności i zwyczajności. Zaczęliśmy funkcjonować według określonego schematu — rano Harvey szedł do pracy, później ja robiłam nam obiad, wieczorem oglądaliśmy serial. Harvey zwykle popijał whisky, którą proponował też mi, ale odmawiałam — bałam się, że po alkoholu zrobię coś głupiego, czego będę potem już żałować. Już raz tak było — w górach, z Gavinem — i wszyscy wiedzieliśmy, do czego to doprowadziło.
Normalność została przerwana, gdy musiałam po raz kolejny stawić się na policji. Komisarz Fox zadzwoniła do mnie z prośbą o pojawienie się z materiałem dowodowym — czyli listwą z nagraniem. Bałam się jechać sama, więc poprosiłam Harveya, czy mógłby mi towarzyszyć. Zgodził się i dzięki temu nie umierałam ze strachu, że zza jakiegoś rogu wyskoczy na mnie Gavin. Wyjście na zewnątrz jednak nie było już taką samą czynnością jak do tej pory i bałam się, że nigdy już nie poczuję się bezpiecznie.
Oddałam materiał dowodowy i poprosiłam też o zakaz zbliżania się. Fox obiecała, że się tym zajmie. Wolałam, by stało się to szybciej niż później, zwłaszcza że nie mogłam dłużej ukrywać się u Harveya. Ślady na szyi zbladły i prawie całkiem zniknęły. Mogłam wrócić do pracy. Musiałam też wkrótce iść na zdjęcie szwów. Chciałam też spotkać się z rodzicami. I tak musiałam iść do domu po swoje rzeczy, które wkrótce miałam przenieść do nowego mieszkania, tego, które wynajęła Julie. Gdy w końcu założyłam nową pocztę, przesłała mi jego zdjęcia. Choć standard tak naprawdę mało mnie obchodził, musiałam przyznać, że mieszkanie było ładne. W duchu zastanawiałam się, czy to rzeczywiście było konieczne, bo gdybym dostała zakaz zbliżania się, teoretycznie mogłabym nadal mieszkać z rodzicami, by zmniejszyć wydatki… Ale czy na pewno czułabym się tam bezpiecznie? Sama komisarz Fox powiedziała, że niektórzy policjanci znają Gavina, lubią go i mogliby przymknąć oko, jeśli złamałby zakaz. Chyba jednak było lepiej wyprowadzić się do miejsca, którego adresu nie znał. W końcu i tak musiałam kiedyś iść na swoje.
Dowiedziałam się, że Gavin został aresztowany, ale szybko wyszedł za kaucją. Nie mogli go zamknąć na stałe bez procesu, czego się oczywiście spodziewałam. Byłam na to przygotowana. Świadomość, że był za kratami chociaż przez kilkanaście godzin, była pokrzepiająca. Chciałam tylko, żeby tam został już na zawsze.
Starałam się nie denerwować, ale gdy wróciliśmy z posterunku policji, zaczęłam się trząść. Tak bardzo chciałam schować się w bezpiecznym mieszkaniu, już nigdy nie chciałam wychodzić — tymczasem następnego dnia wracałam do pracy, a wątpiłam, że w ogóle pamiętałam, jak się przebywa wśród ludzi. Kończyłam zmianę o czternastej, ale Harvey pracował do szesnastej, co oznaczało, że będę musiała iść do jego nowego miejsca pracy, by wziąć klucze.  
— Albo po prostu wyjdę wcześniej…  
— Nie, Harvey, nie trzeba. Poradzę sobie. Po prostu przyjdę do ciebie i dasz mi klucze. Wrócę sama. Żadna filozofia.
Jak zwykle siedzieliśmy na kanapie. Jedliśmy pizzę. Ja popijałam ją Colą, a Harvey whisky. W tle leciał serial, ale żadne z nas nie zwracało na niego uwagi. Ja skupiałam się na przełykaniu pizzy i niemyśleniu o jutrze.
— Pamiętaj o gazie pieprzowym.
— Pamiętam. Wezmę go. I zapytam Julie, jaki jest status naszego nowego mieszkania, bo nie chcę dłużej zawracać ci głowy…
— Lubię mieć cię tutaj — przerwał mi cichym głosem, a ja zamarłam. Nie spodziewałam się usłyszeć takich słów. — To przypomina mi dawne czasy.
— Tutaj przynajmniej nie masz głośnych sąsiadów — powiedziałam po chwili, nie reagując na to, co powiedział.
— Zdziwiłabyś się. — Harvey oparł się wygodniej o poduszkę. — Mieszkał tu chłopak, który uwielbiał grać na gitarze, więc przez większość czasu miałem darmowe koncerty.
— To chyba dobrze? — Uśmiechnęłam się lekko.
— Byłoby dobrze, gdyby umiał grać, ale, jak się okazuje, to, że coś uwielbiasz, nie znaczy, że jesteś w tym dobry.
Parsknęłam śmiechem.
— W poprzednim mieszkaniu też nie było tak źle. Sąsiadka w końcu przestała rozgłaszać telewizor.
— Przestała, ale myślę, że skrycie nas za to nienawidziła.  
Chciałam coś powiedzieć, ale przerwało mi pukanie do drzwi, donośne na tyle, że wiedziałam, kto się za nimi znajdował. Mina momentalnie mi zrzedła. Sheila. Spojrzałam na Harveya. Zaprosił ją i mi nie powiedział? Wyglądał na równie zaskoczonego co ja, więc chyba nie. Mimo wszystko wstał i poszedł w stronę drzwi. Też wstałam, bo nagle wydało mi się całkiem nie na miejscu, że siedziałam z Harveyem jak gdyby nigdy nic. Przeszłam parę kroków w stronę sypialni, akurat w idealnym momencie, by zobaczyć, jak Sheila całowała Harveya na powitanie. Coś jakby skręciło mi żołądek. Od razu odwróciłam wzrok.
— Cześć, Sheila — wymamrotałam. — To ja… pójdę… — O mały włos nie powiedziałam „do siebie”. Chciałam schować się w sypialni, ale z przerażeniem pomyślałam, że może właśnie tam chcieli iść i lepiej by było, gdybym ja została w salonie. Może chcieli… Nie, nie byłam w stanie nawet o tym myśleć. Ale w takim razie po co tu przyszła?
— Cześć, Aurora! Nonsens, nigdzie nie idziesz. Chodź tutaj. — Sheila wkroczyła śmiało do mieszkania, a Harvey, wyraźnie zmieszany, zamknął drzwi, patrząc to na nią, to na mnie. — Przyniosłam pączki, bo sporo nam zostało, a przecież nie mogą się zmarnować. — Podniosła do góry duże papierowe pudełko.
Nie żartowała, znajomość z nią naprawdę oznaczała przynoszenie kawy i pączków. Nawet miałam na nie ochotę — szczerze mówiąc, nie pamiętałam, kiedy ostatnio je jadłam… ale nie chciałam siedzieć z nimi razem. Być piątym kołem u wozu. Wyglądało jednak na to, że nie miałam wyboru. Sheila już przechodziła do części z salonem.
— Och, pizza! Kapitalnie. Zjedliście coś wytrawnego, to teraz czas na słodkości. — Przesunęła pudełko z pizzą, by postawić swoje. Otworzyła je, ukazując nam całą masę pączków, posklejanych ze sobą lukrem. — Kochanie, nalejesz mi trochę whisky?  
Kochanie. Ponownie poczułam skręt żołądka. Teraz to ona piła z nim whisky, a nie ja.  
— Jasne — mruknął Harvey, oddalając się. Ja dalej stałam z boku, nie wiedząc, co robić. Sheila krytycznym wzrokiem mierzyła kanapę.
— Nie zmieścimy się tu we trójkę. Niech Harvey weźmie sobie krzesło, a my, dziewczyny, usiądziemy tutaj. W końcu nam się należy, czyż nie? — Pociągnęła mnie delikatnie za rękę i zmusiła, bym usiadła obok niej. Jej optymizm był zaraźliwy, ale mnie nie dosięgał. Przyjrzałam jej się i poczułam się jak Kopciuszek. Sheila wiedziała, jak się ubierać. Dziś miała na sobie długą przylegającą do ciała sukienkę w kolorze beżowym, na to narzuconą dżinsową kurtkę i złote dodatki, które pasowały do jej brązowych loków. Miały pewien złocisty połysk, który bardzo jej pasował. Odruchowo przygładziłam swoje włosy. Dawno nie byłam u fryzjera, więc czerwono-różowe refleksy już zniknęły. Teraz miałam po prostu czarne włosy, nijakie. Dokładnie tak się czułam — nijako. Gavin miał rację, moje ubrania były po prostu starymi szmatami. Nie potrafiłam się ubierać tak jak Sheila, która mogłaby w tym stroju iść pozować do zdjęć. Była szczupła, ale miała krągłości, które ja ostatnio straciłam. Teraz byłam po prostu wieszakiem. Zazdrościłam jej — i to bardzo. Bo miała Harveya. Bo miała w sobie „to coś”. Była wesoła, ładna i miła. Człowiek chciał przy niej przebywać, bo była po prostu ciekawą osobą. A ja? Olivia zabrała ze sobą do grobu moją radość. Tę, która pozostała, zabił Gavin.
— Proszę. — Harvey podał Sheili szklankę wypełnioną whisky. — Aha, czyli wy siedzicie tutaj, a ja na podłodze?
— Weź sobie krzesło. — Sheila zachichotała. — I nie udawaj, że jesteś taki poszkodowany. — Zerknęła na telewizor. — O, oglądałam to ostatnio! Widzieliście już ten odcinek, gdzie główny bohater… — Zaczęła opowiadać, gwałtownie gestykulując, aż musiałam się odsunąć. Słuchałam jej tylko przez chwilę, bo jej entuzjazm był nieco męczący. Żeby czymś się zająć, sięgnęłam po pączka. W duchu stwierdziłam, że jeśli będę się tak dalej odżywiać, to bardzo szybko odzyskam stracone kilogramy. Przypomniałam sobie jednak, że jutro wracam do pracy i kęs pączka stanął mi w gardle.
Nie miałam serca przerywać Sheili, która wyraźnie była taką osobą, która zawsze musiała mówić, nawet jeśli nikt jej nie odpowiadał. Trochę mnie to męczyło, bo ja zwykle nie rozmawiałam aż tak dużo i z taką energią. W większości milczałam, więc to głównie Harvey jej odpowiadał, a ja marzyłam o tym, byśmy skończyli ten nieplanowany wspólny wieczór. Nie powinno mnie tu być.
W końcu odważyłam się wtrącić, że idę jutro do pracy i chciałabym się wcześniej położyć. Sheila natychmiast zaczęła mnie przepraszać i chciała iść, a ja od razu się zmieszałam. Przecież nie musiała wychodzić. Przyszła do swojego chłopaka — to ja byłam tu intruzem. Wymamrotałam tylko, że pójdę szybko pod prysznic i uciekłam do łazienki, gdzie na szczęście miałam swoją piżamę. Odetchnęłam głęboko, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi. Ta sytuacja była bardziej niż niezręczna, ale chociaż pomogła mi w odciągnięciu myśli. Teraz znów powracały. W głowie odbijały mi się echem słowa Harveya, gdy mówił, że Gavin na pewno nie przepuści okazji, by dopaść mnie w pracy. Niestety, zapewne miał rację. Sama mówiłam, że Gavin nic mi nie zrobi przy ludziach, ale to nie wystarczało. Nie chciałam w ogóle go widzieć. Nie chciałam się do niego zbliżać. Na samą myśl o nim czułam panikę i strach, mimo że jeszcze parę dni temu mieszkałam z nim w jednym mieszkaniu, spałam w jednym łóżku.
Wykąpałam się na tyle szybko, na ile potrafiłam. Darowałam sobie dokładne suszenie włosów, bo naprawdę chciałam już znaleźć się w łóżku. Miałam nadzieję, że Sheila i Harvey nie zwrócą na mnie uwagi. Było mi głupio przechodzić z łazienki do sypialni, zwłaszcza w piżamie, na którą składały się krótkie spodenki i koszulka na ramiączkach. Żałowałam, że nie miałam szlafroka — zresztą, wielu rzeczy mi tu brakowało, dlatego naprawdę musiałam się przenieść. Zgasiłam światło, wyszłam ostrożnie z łazienki, zamknęłam za sobą drzwi i prawie podskoczyłam na widok Harveya stojącego tuż przede mną.
— Wystraszyłeś mnie — syknęłam, przyciskając rękę do galopującego serca.
— Przepraszam, nie chciałem. Usłyszałem, że wychodzisz, więc… — urwał, patrząc na mnie z góry, a ja odruchowo chciałam się zasłonić.
— Gdzie Sheila?
— Wyszła.
— Tak szybko? — W sumie się jej nie dziwiłam. Na pewno nie czuła się przy mnie swobodnie.
— Tak wyszło. — Nadal patrzył na mnie intensywnie i czułam, że się rumienię. Jego wzrok prześlizgiwał się po mojej twarzy i… po niższych rejonach. — Idziesz już spać?
— Tak, jeśli nie masz nic przeciwko. Jutro ciężki dzień.
— Obudzić cię, jak będę wstawał?
Miałam powiedzieć, że z nerwów pewnie i tak nie będę spała, ale skinęłam głową.
— Poproszę. Dzięki. I dobranoc.
— Dobranoc.
Nadal czułam na sobie jego wzrok, gdy odchodziłam.

Tak jak sądziłam, nie spałam za dużo, ale musiałam przysnąć nad ranem, bo gdy następnym razem otworzyłam oczy, Harvey się nade mną pochylał i cicho coś mówił. Zamrugałam parę razy, by wrócić do rzeczywistości i szybko odrzuciłam kołdrę. Żołądek od razu podszedł mi do gardła, tak jakbym miała iść na ważną rozprawę do sądu, a nie do pracy. Przecież nawet nie było gwarancji, że spotkam tam Gavina. Czułam jednak w kościach, że wydarzy się coś złego.
Szybko się ubrałam, podczas gdy Harvey robił śniadanie. Stanowczo odmówiłam zjedzenia jajecznicy, bo na sam zapach było mi niedobrze, więc wmusił we mnie jabłko i banana. Uparł się też, że odprowadzi mnie pod kawiarnię, więc wyszliśmy wcześniej. Język plątał mi się z nerwów. W torebce miałam gaz pieprzowy, choć naprawdę miałam nadzieję, że nie będę musiała go użyć.
Ulżyło mi, gdy z daleka ujrzałam Julie, otwierającą szklane drzwi od kawiarni. Nie byłam sama, a to było najważniejsze.  
— To ja już cię zostawiam. Masz dobrą ochronę — powiedział Harvey, ściskając porozumiewawczo moje ramię. — Będzie dobrze. Nic złego nie musi się wydarzyć. Pamiętaj o tym.
— Pamiętam. Dziękuję za odprowadzenie.  
Julie usłyszała nasze głosy i poderwała głowę. Pomachała do Harveya i wyraźnie czekała na mnie. Poszłam w jej stronę tak szybko, jak potrafiłam. Odetchnęłam, gdy znalazłam się już we wnętrzu kawiarni.
— Boże, czuję się, jakbym uniknęła kuli, przychodząc tutaj.
— Wszystko będzie dobrze. A jeśli Gavin choć postawi tu nogę, wyleci szybciej niż zdąży wejść. I załatwimy dziś sprawę z Darrenem, jak raczy się pojawić.
— A jak konkretnie chcesz to „załatwić”? Masz coś na niego?
— Być może. — Uśmiechnęła się złowieszczo. — Sama zobaczysz. Dobra, ruchy, bo czas nas goni.
Przez chwilę czułam się tak jak kiedyś — szybkie tempo, mycie blatów, ściąganie krzeseł ze stolików, ustawianie ciast na witrynie, uruchamianie ekspresu… To była moja codzienność. Nie chciałam zmieniać tej pracy, nawet ze względów bezpieczeństwa. Owszem, Gavin wiedział, gdzie pracowałam, ale co z tego? Przy Julie czułam się bezpieczniej. Niedługo miałyśmy zamieszkać razem, więc nie będę już sama.
Udało nam się wyrobić ze wszystkim na czas, a wtedy zjawił się Darren. Julie od razu rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. Wyglądało na to, że zmierzała do jego biura. Chciałam iść z nią, ale w tym momencie przez drzwi wszedł pierwszy klient. Nie miałam wyjścia, musiałam go obsłużyć. Stałam więc przy kasie, czekając, aż przeczyta wszystkie pozycje wypisane na tablicach i zdecyduje, jednocześnie usiłując usłyszeć głosy dobiegające z biura:
— …wiem, że masz te nagrania, więc lepiej daj mi je po dobroci.
— Słucham? Chyba coś ci się pomyliło.
— Kto pisał na tej tablicy? Takie to niewyraźne… — Starszy pan mamrotał pod nosem, wytężając wzrok. — Ta sałatka na samym dole… z czym ona jest?
— Z kurczakiem, proszę pana.
— …jeszcze jedno słowo i wylecisz. Jeśli Aurora ma jakiś problem, może sama do mnie przyjść.
— Aurora nie ma kuzynki, która prowadzi na Instagramie profil z opisami i recenzjami różnych kawiarni, który obserwują tysiące ludzi…  
— A ta wyżej?
— Z tuńczykiem — odpowiedziałam zniecierpliwiona.  
— Nie mam ochoty na sałatkę. — Machnął ręką.
Musiałam wziąć głęboki oddech.
— To może zaproponuję panu kanapkę albo zestaw śniadaniowy? Mamy bogatą ofertę, są kanapki, jajecznica, pasty, tosty z jajkiem sadzonym i sałatką…
— Grozisz mi jakąś swoją kuzynką z Instagrama? — Po głosie było jednak słychać, że Darren trochę się przestraszył.
— Już powiedziałem, że nie chcę sałatki!
— Owszem, grożę, bo tak się składa, że ta kuzynka dostała niedawno robotę w jednej z gazet. Jeśli nie trafia do ciebie zła recenzja w Internecie, to może ta papierowa do ciebie przemówi?
— W porządku. Bez sałatki. Mogę przygotować panu jajecznicę, omleta lub kanapki. A może smoothie bowl? To połączenie koktajlu z owocami. Co pan na to?
— I co niby znalazłoby się w tej recenzji? Bo akurat kawiarni nie można niczego zarzucić…
— Informacje z pierwszej ręki od jednej z pracownic i o tym, jak szef ją traktuje. Na przykład rozpowszechnia jej prywatne dane osobowe swoim znajomym. A może od dwóch pracownic? Pamiętasz, jak moja babcia była w szpitalu i prosiłam cię, żebyś nie dawał mi porannych zmian, a ty dawałeś mi ich jeszcze więcej i jeszcze opieprzałeś mnie za spóźnienia? Takich sytuacji było sporo, a ja mam bardzo dobrą pamięć. Nie jesteś ideałem szefa, Darren, i my to wiemy, ale dowiedzieć się może też cała reszta świata. Gwarantuję, że wtedy nie będzie tu takich tłumów.  
— Dobrze. Niech będzie to smoothie… coś tam. — Starszy pan zaczął wyjmować gotówkę z portfela, wyraźnie znużony naszą konwersacją. Ja z biciem serca nasłuchiwałam odpowiedzi Darrena.
— Wiesz, że za te groźby możesz wylecieć? — warknął.
— Wiem. I wiem też, że będziesz musiał na szybko znaleźć kogoś nowego i go wyszkolić. Jedną osobę jeszcze da radę, ale więcej? Bo jeśli ja odejdę, Aurora odchodzi razem ze mną. Nie zdziwię się, jeśli Brian pójdzie w nasze ślady, bo też czasami ma dość tej roboty. Dasz mi to nagranie i zapominamy o sprawie, czy dalej chcesz dyskutować?
Przeszłam do kuchni, bo musiałam przygotować zamówienie. Stąd słyszałam rozmowę dużo wyraźniej. Przez chwilę panowało milczenie, aż w końcu Darren chyba się poddał.
— Dobra — warknął. — Wyślę ci to nagranie na maila. Idź już i weź się do roboty.
Julie niemal w podskokach wypadła z biura, uśmiechając się do mnie szeroko. Wzruszenie ścisnęło mi gardło. Szepnęłam jej bezgłośnie „dziękuję”, a ona machnęła ręką i poszła szybko w stronę kasy. Zabrałam się za robienie smoothie bowl z nieco lżejszym sercem. Miałam kolejny dowód — niewielki, ale jednak. Musiałam korzystać ze wszystkiego, co miałam.
W końcu udało mi się rozluźnić, bo dzień przebiegał normalnie. Świadomość, że będę miała nagranie uwieczniające moje siniaki, pokrzepiła mnie i dodała nieco odwagi. Czułam, że Darren patrzył się na mnie dziwnie, ale go ignorowałam. W międzyczasie udało mi się jeszcze porozmawiać z Julie o naszym mieszkaniu, do którego mogłyśmy wprowadzić się za pięć dni. Postanowiłam, że jeszcze dziś spakuję swoje rzeczy i pojadę do domu. Już dość długo zawracałam Harveyowi głowę. Owszem, nie chciałam wracać do domu, bo Gavin mnie tam szybko znajdzie, ale przecież tutaj też byłam niemal wyeksponowana jak na tacy. Przez chwilę pomieszkam jeszcze z rodzicami, a potem przeniosę się z Julie do nowego mieszkania i… wszystko się jakoś ułoży. Po raz pierwszy od dawna naprawdę w to wierzyłam.
W połowie zmiany zamieniłam się z Julie, bo miałam już dość pracy w kuchni i wolałam pójść na kasę, nawet jeśli oznaczało to rozmowy z takimi klientami jak pan z rana. Było już dość ciepło i ludziom chciało się pić. Robiłam mrożone i ciepłe kawy, herbaty, koktajle, non stop chodziłam z tacą, a później ze szmatką i płynem do czyszczenia stolików, nie mając czasu nawet myśleć. Rana na udzie właściwie przestała mi przeszkadzać, prawie jej nie czułam. Choć tak się bałam tego dnia, samopoczucie mi się polepszyło, gdy wróciłam do pracy i jej ustalonego rytmu. Tego właśnie potrzebowałam — stabilizacji, powrotu do życia, które było proste. Ułożonego schematu.
Do czasu, gdy nie usłyszałam głosu:
— Sałatka z kurczakiem i podwójne espresso.
Stanęłam jak rażona prądem. Powoli się odwróciłam, bo stałam akurat przy blenderze, tyłem do klientów, ale ten głos poznałabym wszędzie. Strach ścisnął mnie swoją żelazną ręką i nie chciał puścić. Spojrzałam w niebieskie oczy Gavina, które wyrażały czystą nienawiść.  
Instynktownie przytrzymałam się blatu, jakby miał mnie ochronić, w razie gdyby Gavin przeszedł przez ladę i znalazł się nagle obok mnie — tak jak kiedyś, gdy niemal na siłę wyciągnął mnie na zewnątrz w środku pracy. Zaczęłam się trząść. Tego nie chciałam pamiętać, a jednak zdołał paroma słowami przywrócić wspomnienia. Była punkt dwunasta. Zawsze przychodził o dwunastej. Zawsze zamawiał podwójne espresso i sałatkę z kurczakiem.
Tym razem jednak nie przypominał już czarującego biznesmena z moich wspomnień;  patrzył tak, jakby chciał mnie zabić, szczęki miał zaciśnięte. Wpatrywał się we mnie nawet nie mrugając, co przerażało mnie jeszcze bardziej.
Wydusiłam z siebie:
— Nie dotykaj mnie, bo zacznę krzyczeć. Wyjdź stąd.
— Dotykać cię? — prychnął. — Nie martw się, nie zamierzam tego robić. Jesteś cholernie niewdzięczną dziwką, wiesz? Tak mi się odwdzięczasz za wszystko, co dla ciebie zrobiłem? Nasyłając na mnie policję?  
Z rozpaczą spojrzałam na klientów, siedzących beztrosko przy stolikach. Gavin mówił na tyle cicho, że niczego nie słyszeli, nie widzieli, że działo się coś złego. Byli jednak moim zabezpieczeniem. Gdy tu przebywali, Gavin nie mógł mnie skrzywdzić.
— Biłeś mnie — pisnęłam cicho. — Myślałeś, że ile będę to znosić? Aż w końcu mnie zabijesz?
— Zabijesz? Chryste… jesteś taka głupia. Gdybyś zachowywała się jak porządna żona, nie musiałbym tego robić.
Brzmiał tak przekonująco, że niemal mu wierzyłam. Gdzieś z tyłu głowy siedział mi głos, który mówił, że to wszystko było moją winą, ale nie pozwoliłam mu się odezwać. Już nie.
— Czego ode mnie chcesz? — Odepchnęłam się od blatu i podeszłam bliżej Gavina, próbując mu pokazać, że się go nie boję — nawet jeśli to była nieprawda. — Chcesz, żebym do ciebie wróciła? Bo nigdy tego nie zrobię.
Jego wzrok spoczął na mojej ręce, na której brakowało obrączki.  
— Właśnie widzę — powiedział cicho, sprawiając wrażenie, jakby było mu z tego powodu niemal przykro, choć chwilę temu nazywał mnie dziwką. Z powrotem spojrzał mi w oczy i w jego niebieskich tęczówkach ujrzałam tylko nienawiść. — Nie martw się, nie tego chcę. Nie jesteś mi do niczego potrzebna — mówił, a ja kuliłam się z każdym jego słowem. To bolało, nawet bardziej niż jego pięści. Tak bardzo kontrastowało to z momentem, w którym mówił, że chciał założyć ze mną rodzinę. — Chcę tylko, żebyś wycofała skargę.
— Nie zrobię tego.
— Lepiej posłuchaj się po dobroci, bo inaczej możesz szybko tego żałować. — Pochylił się ku mnie, a ja automatycznie się odsunęłam. — Chcesz rozwodu? Dam ci go. Może wtedy zrozumiesz, jak duży błąd popełniłaś, odchodząc. Nie chcesz rozwodu, jeszcze lepiej. Ale masz wycofać tę skargę, powiedzieć policji, że się pomyliłaś, że pobiłaś się sama albo pobił cię ktoś inny. I tak nie masz dowodów, nie uwierzą ci — mówił tak spokojnie, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie. Ja coraz bardziej kurczyłam się w sobie. — To nie jest prośba, tylko rozkaz.
Serce biło mi tak mocno, że bolała mnie klatka piersiowa. Miałam dosłownie sekundy na podjęcie decyzji. Oferował mi rozwód. Nie musiałam go do tego przekonywać. Ale przecież ja chciałam sprawiedliwości. Specjalnie zostałam z nim w apartamencie, by zdobyć cholerne dowody, by w końcu pokazać światu, że Gavin wcale nie był taki idealny, za jakiego wszyscy go uważali. Miałam się teraz wycofać? Nie. Za daleko już zaszłam.
— Nie zrobię tego — powtórzyłam.
Wyglądał, jakby się tego spodziewał. Westchnął teatralnie i wyciągnął coś z kieszeni.
— A więc chyba już tego nie odzyskasz.
Musiałam zamrugać, by zobaczyć, co trzymał, a gdy wzrok mi się wyostrzył, żołądek podszedł mi do gardła. Gavin trzymał mój złoty naszyjnik z kolibrem — ten, który dostałam od Olivii.
Odruchowo wyciągnęłam po niego rękę, ale on od razu cofnął swoją.
— Nie, nie, nie, kochanie. Chyba źle się zrozumieliśmy. Wycofaj pozew, a wtedy go odzyskasz.
— Gavin, proszę — szepnęłam. — Wiem, że potrafisz być dobry. Wiesz przecież, że to moja najcenniejsza pamiątka po zmarłej siostrze. Nie odbieraj mi jej.
— Wycofaj pozew — powtórzył. — Więcej razy nie będę powtarzał.
Wzięłam głęboki oddech, czując napływające łzy.
— Nie wycofam go.
W tym momencie usłyszałam za plecami ostry głos Julie:
— Co tu się dzieje? — Zauważyła Gavina i stanęła obok mnie. — Spieprzaj stąd, gnoju albo zaraz zadzwonię na policję. Już szykują zakaz zbliżania się, a jak cię tu zobaczą, to pewnie go przyspieszą.
Gavin jedynie uśmiechnął się szyderczo. Wyglądało na to, że słowa Julie nie zrobiły na nim wrażenia.
— Witaj, Julie — powiedział uprzejmym tonem i schował naszyjnik do kieszeni. — Cóż, skoro tak stawiasz sprawę… — zwrócił się znowu do mnie. W jego głosie pobrzmiewała groźna nuta. — To będę musiał inaczej cię zmusić.
Po chwili już go nie było, ale ja miałam mroczki przed oczami i czułam się, jakbym miała upaść. Darren wyszedł z biura i chwilowo przejął obowiązki w kawiarni, podczas gdy Julie zabrała mnie do łazienki, bym mogła przemyć twarz zimną wodą i uspokoić oddech.
— Czego chciał? — zapytała, gdy w końcu się uspokoiłam. — O co chodziło?
Cichym głosem zrelacjonowałam jej naszą rozmowę, z całych sił starając się nie płakać. Myślałam o tym Gavinie, którego poślubiałam i o tym, który stał dzisiaj przede mną. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że to była jedna i ta sama osoba.
— Chcesz już stąd wyjść? Może zadzwonię do Briana i poproszę go, żeby…
— Nie, nie wygłupiaj się. — W końcu stanęłam prosto. — Zostały jeszcze dwie godziny. Dam radę. Nic się nie stało.
Ale stało się i do końca zmiany miałam gulę w gardle i rozpacz w sercu. Moja chwilowa nadzieja zniknęła. W głowie wciąż miałam jego słowa: „będę musiał inaczej cię zmusić”.  
Co jeszcze mógł zrobić, by jeszcze bardziej rozpieprzyć mi życie?

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 4685 słów i 26203 znaków.

Dodaj komentarz