Empiria – rozdział 7

Empiria – rozdział 7Zostałam sama, nadal klęcząc na podłodze, podczas gdy Gavin jak gdyby nigdy nic, poszedł wziąć prysznic. Nie wiedziałam, ile tak siedziałam, ale w końcu tętno mi opadło i byłam w stanie się podnieść. Otarłam łzy i wzięłam parę głębszych oddechów, czując, jak bardzo niedoceniana była to czynność. Wciąż nie wierzyłam, że mnie dusił, jak mocno to robił… To było cholernie niebezpieczne, ale w końcu miałam to, o co modliłam się od tylu dni —  dowód. Może listwa nie rejestrowała obrazu, ale to nie było w tym momencie ważne. Nagrała naszą kłótnię, z której jasno wynikało, jak nieracjonalnie myślał Gavin; nagrała też tłukącą się szklankę, odgłos upadania na podłogę, jego krzyki, moje charczenie i walkę o każdy oddech. Jego całą tyradę o tym, co mu się należało. Wszystkie słowa, którymi mnie obrażał. Nie miał pojęcia o listwie i to mnie uratowało. Uratował mnie tata, który zamówił nie tylko zegarek, ale i ten ukryty dyktafon. Bez niego nie byłabym w stanie niczego udowodnić — teraz miałam na to szansę.
Gdy Gavin wyszedł z łazienki, siedziałam w sypialni w samej bieliźnie. Ciemnoczerwoną sukienkę cisnęłam w kąt. Zadbałam, by zobaczył, jak ostentacyjnie piszę smsa do Darrena, że bardzo mi przykro, ale nie będę w stanie stawić się jutro w pracy. Nie kłamałam. Nie miałam zamiaru tam iść. Miałam ważniejsze rzeczy do zrobienia.
Poszłam do łazienki z komórką, a później zamknęłam się w niej na klucz. Otworzyłam kabinę prysznicową i puściłam wodę, ale nie zamierzałam się myć. Zamiast tego chwyciłam za telefon i włączyłam aparat. Skierowałam obiektyw na swoją szyję. Skrzywiłam się, bo wyglądało to makabrycznie. Ślady były już dość mocno widoczne, a wiedziałam, że jutro będzie tylko gorzej — dla mnie jednak oznaczało to „lepiej”. Zrobiłam zdjęcia szyi z każdej strony —  później takie same w lustrze. Uwieczniłam też siny kształt palców na ramieniu i ranę na udzie. Jęcząc cicho, wyciągnęłam odłamek. Nie był za duży, ale i tak zrobiło mi się słabo. Oglądałam ranę, zastanawiając się, czy wymagała szycia. Być może, ale przecież nie mogłam teraz jechać na ostry dyżur, więc jedynie ją zdezynfekowałam, przystawiłam gazę i przykleiłam plaster. Musiało na razie wystarczyć.  
Samo mycie rąk było wyzwaniem, bo nie chciałam umyć ich za dokładnie. Pod moimi paznokciami znajdowała się zapewne skóra Gavina, której choć trochę udało mi się zdrapać. To świadczyło o tym, że próbowałam się bronić. Chciałam, by zostało to odnotowane.
Później przebrałam się w piżamę, choć myślałam, że zwymiotuję, a szyja bolała mnie niemiłosiernie, tak jakbym ją sobie skręciła. Przez chwilę przykładałam sobie do niej ręcznik, który uprzednio zamoczyłam w lodowatej wodzie. Przyniosło to jedynie chwilową ulgę.
W końcu wyszłam z łazienki do sypialni, gdzie panowały egipskie ciemności. Gavin leżał już w łóżku i chyba nie zamierzał już dziś poświęcać mi więcej uwagi. Ostrożnie, jakbym była ze szkła, położyłam się obok niego, postanawiając sobie w duchu, że to ostatnia z moich nocy spędzonych w tym łóżku.

Gdy Gavin szykował się rano do pracy, udawałam, że śpię, że jestem zbyt zmęczona i obolała, by się ruszyć. Nie było to trudne, bo naprawdę wszystko mnie bolało — zwłaszcza rana na nodze i szyja — ale siły dodawało mi to, co planowałam dzisiaj zrobić. W końcu nastał kres naszego małżeństwa. Właśnie dziś zamierzałam o to zadbać.
Nasłuchiwałam piknięcia windy, a gdy jej drzwi w końcu się zamknęły, od razu się wyprostowałam i chwiejnie wstałam z łóżka. Nie było czasu do stracenia. Teraz nie musiałam już zjeżdżać na dół, do lobby, by do kogokolwiek zadzwonić — po wczorajszym wieczorze nie sądziłam, żeby w którymkolwiek pomieszczeniu znajdowały się kamery. Gavin nie nagrywałby takich rzeczy, bo mogłyby łatwo wpaść w niepowołane ręce. Nadal jednak nie wiedziałam, czy śledził mój telefon, więc na wszelki wypadek jeszcze raz wygrzebałam komórkę od Harveya. Napisałam identycznego smsa do niego, do Julie oraz moich rodziców:
AURORA: To dziś. Pakuję się i uciekam z tego domu. Mam to, czego potrzebowałam. Dopadnę go.
Potem napisałam drugiego, tylko do rodziców:
AURORA: Rzeczy zawiozę do was, ale sama muszę się gdzieś ukryć. W domu łatwo mnie znajdzie.
Ledwo zdążyłam wysłać wiadomość, telefon się rozdzwonił. Harvey. Od razu przycisnęłam komórkę do ucha.
— Tak?
— Nie żartujesz? Naprawdę stamtąd zwiewasz?
— Nie żartuję, Harvey. Wiem, że za długo z tym zwlekałam, ale…
— Co ci zrobił? — przerwał mi cichym pytaniem. Mogłam przewidzieć, że o to zapyta. Domyślił się, że tej decyzji nie podjęłam ot tak — coś ją spowodowało.
— To nieistotne. Istotne jest to, że teraz zamierzam się spakować i najpotrzebniejsze rzeczy wysłać do rodziców. Nie wiem jeszcze, gdzie sama się ukryję, bo u nich za łatwo mnie znajdzie, ale…
— U mnie — przerwał mi znowu. — Przyjedź do mnie. Nie zna mojego nowego adresu. Nie znajdzie cię.
Nawet nie chciałam o to prosić.
— Ale… Harvey…
— Nie masz czasu na dyskusje. Musisz się spieszyć. Wyślę ci adres smsem. — Zaczął mówić bardzo szybko, chyba był jeszcze bardziej zdenerwowany niż ja. — Gdy tylko będziesz mogła, przyjedź.  
— Dobrze — zgodziłam się w końcu, bo co miałam powiedzieć? Nie miałam innej alternatywy. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że Gavin faktycznie nie znał jego nowego adresu. Tam przynajmniej mogłam w spokoju zastanowić się, co dalej. — Dziękuję ci.
Po zakończeniu rozmowy napisałam trzeciego smsa do rodziców oraz Julie:
AURORA: Zatrzymam się u Harveya. Tam obmyślimy, co dalej.
Wrzuciłam komórkę do torebki i przebrałam się w dres — na tyle szybko, na ile pozwalała mi obolała szyja i noga. Włosy związałam, nie dbając o to, jak wyglądały. Harvey miał rację, musiałam się spieszyć. Nie chciałam tu przebywać ani chwili dłużej.
Cały dobytek, który tu ze sobą wniosłam, nie był duży, a to działało tylko na moją korzyść. Oczyściłam garderobę z najpotrzebniejszych ubrań — z tych „starych szmat”, jak określił je Gavin, bo to one były najważniejsze. Nawet nie patrzyłam na te drogie, wystawne sukienki. Zamierzałam je tu zostawić i nigdy więcej nie oglądać. Chodziłam szybko po mieszkaniu, zabierając wszystko, co wartościowe — mój ulubiony kubek, stojący w szafce w kuchni, laptopa, ulubioną książkę, kosmetyki, biżuterię. Nie zawracałam sobie głowy zabieraniem wszystkiego, bo to nie miało sensu. W międzyczasie udało mi się zamówić kuriera. Nie chciałam ryzykować, że portier w lobby zobaczy mnie, wychodzącą z podejrzanie wypchanymi torbami i kartonami. Mógłby zaalarmować Gavina, że dzieje się coś podejrzanego. Kurier był znacznie bezpieczniejszą opcją.
Nagle straszliwie gonił mnie czas, choć dopiero co dobrowolnie zostałam w tym mieszkaniu. Teraz jednak niewidzialna siła wciąż popychała mnie do przodu. Listwę odłączyłam i schowałam w torbie, w której były już ubrania na najbliższe parę dni i podstawowe kosmetyki. Była teraz dla mnie najważniejsza, nie mogła zginąć. W niej była ukryta moja szansa na sprawiedliwość i wolność.
Gdy kurier przyszedł, owinęłam szyję pierwszą lepszą chustą, by nie widział śladów po duszeniu. Był miły, pomógł mi okleić pudła taśmą i je zabezpieczyć. Gdy zniknął w windzie, odetchnęłam z ulgą, rozglądając się po mieszkaniu. Nie wyglądało na bardzo opustoszałe, w końcu większość rzeczy była Gavina. Dopiero wnikliwa obserwacja pozwalała zauważyć, że coś było nie tak, że zniknęło parę przedmiotów, które zwykle leżały w tym samym miejscu. Przeszłam jeszcze do garderoby i sypialni, sprawdzając, czy nie zostawiłam niczego, czego będę potem potrzebowała. Coś siedziało mi z tyłu głowy, wrażenie, że jednak o czymś zapomniałam, ale nie wiedziałam, co to mogło być. Nie mogłam się dłużej nad tym zastanawiać, nie miałam na to czasu. Pościeliłam łóżko i omiotłam sypialnię wzrokiem, zastanawiając się, co poczuje Gavin, gdy wieczorem tu wróci i zorientuje się, że odeszłam. Wpadnie w furię. Zacznie mnie szukać. Ale będę na to przygotowana.  
Usłyszałam brzęczenie komórki. Tata.
— Nie powinieneś do mnie dzwonić z pracy — powiedziałam, odbierając.
— Wiem. Wiem. Ale musiałem. Naprawdę uciekasz? To znaczy że… masz dowód?
— Tak. — To słowo przepełniało mnie szczęściem. — Tak, mam.
Usłyszałam, jak tata oddycha z ulgą.
— Złożę wymówienie. Ale dopiero za jakiś czas. Żeby Gavin nie zorientował się, że coś jest nie tak, że o wszystkim wiem. Jeśli uzna, że nie powiedziałaś nam prawdy, nie będzie wiedział, gdzie cię szukać.
— Tato, to nie ty powinieneś składać wymówienie, tylko on — powiedziałam cicho. Sprawiedliwość nie dosięgała wszędzie. Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy jeśli wytoczyłabym Gavinowi postępowanie o przemoc domową, to straciłby pracę, czy może jego szefa by to nie ruszyło, dopóki wykonywałby on swoją robotę. Kolejna rzecz do dodania do i tak długiej listy problemów. — Przed chwilą wysłałam kuriera z moimi rzeczami. Zostawi paczki u was. Ja pojadę do Harveya, bo Gavin raczej nie wie, gdzie on mieszka. Tam będę bezpieczna. — A przynajmniej miałam taką nadzieję. Tak naprawdę w mojej głowie Gavin był już zdolny do wszystkiego, z kontaktami w całym mieście i potęgą godną FBI. Ale co miałam zrobić? Ukrywać się w bunkrze? Żebym jeszcze taki miała. — Później zastanowimy się, co dalej robić. Będziemy w kontakcie.
W końcu uznałam, że w całym mieszkaniu nie pozostało nic, co jeszcze powinnam zabrać, odchodząc. Chwyciłam torbę i po raz ostatni omiotłam wzrokiem kuchnię oraz salon. Szkło z poprzedniego wieczora nadal tam było. Zrobiłam mu zdjęcie, tak jakby miało być uzupełnieniem nagrania z listwy, ale miałam nadzieję, że to nie będzie konieczne. Że obrażenia będą mówiły same za siebie.
W końcu weszłam do windy, która zamknęła się cicho, a ja czułam, że było mi niedobrze ze stresu. Ale przecież nie mogłam się teraz poddać. Od tego, co teraz zrobię, może zależeć całe moje życie albo przynajmniej kilka następnych lat. Nie wolno było mi się poddać.
Z chustą na szyi wyglądałam zapewne idiotycznie, zwłaszcza gdy do całości dołączyłam okulary przeciwsłoneczne, by ukryć fioletowe cienie pod oczami, ale nie obchodziło mnie to. Pogodnym głosem pozdrowiłam portiera i wyszłam na zewnątrz, machając na taksówkę. Kierunek — najbliższy posterunek policji.
Kierowca nie interesował się, po co tam jadę, ale ja aż cała drżałam, ściskając mocno swoje lodowate palce i miarowo oddychając. Czy na policji też trafię na kogoś, kto okaże się przyjacielem Gavina, czy może jednak mój koszmar w końcu się skończy?

Policjantka przyjmująca zgłoszenie miała ciasno związane rude włosy i przenikliwe spojrzenie. Przypominała mi lisa — skupiona i uważna. Jej nazwisko zresztą mówiło to samo — nazywała się Lisa Fox. W jej twarzy coś drgnęło, gdy spojrzała na moją szyję, z której w końcu zdjęłam chustę, ale to nie wybiło jej z rytmu. Prawdopodobnie nie pierwszy raz widziała coś takiego.
— A więc twierdzi pani, że to sprawka pani męża.
— Ja nie twierdzę. Tak właśnie było. — Mój głos był nieco skrzekliwy, ale nie zamierzałam siedzieć cicho. Musiałam o siebie zawalczyć. Musiałam, bo nikt inny tego nie zrobi. — To nie pierwszy raz, ale wcześniej bałam się komukolwiek to zgłosić. Mąż mi groził. Mój tata pracuje razem z nim w jednej firmie. Pracę dostał dzięki mężowi. Potem… Gavin wykorzystał to przeciwko mnie. Uprzedzał, że mam nikomu o tym nie mówić, bo zwolni tatę, zniszczy mu reputację, tak samo mojej mamie. Groził, że dotrze do moich znajomych i innych ludzi, na których mi zależało. — Ściskałam chustę tak mocno, że palce mi zbielały. Widziałam, jak wzrok policjantki wędruje w tamtą stronę. — Mam dowody. Kamery w pracy zarejestrowały moje siniaki i kłótnię z przyjaciółką. Nagrałam też wczorajszą kłótnię. Słychać, jak mąż zaczyna mnie dusić. — Nagle uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiedziałam, co się nagrało, a co nie. Może na nagraniu wcale nie było nic słychać, a ja, pewna swego, właśnie przewróciłam swoje życie do góry nogami. Zaczęłam drżeć. — Zrobiłam zdjęcia obrażeń. Niestety, to jedyne, jakie mam. — Przesunęłam komórkę w stronę Lisy Fox, a ona uważnie przyjrzała się zdjęciu mojej szyi. — Zrobiłam je w nocy. Poprzednich obrażeń nie uwieczniałam, zbytnio się bałam. Ale mam tego dość.
— Zdaje sobie pani sprawę, że to dość poważne oskarżenia? — zapytała nieoczekiwanie.
Odebrałam jej słowa jako zarzut kłamstwa i nie podobało mi się to. Myślała, że sama się dusiłam?
— Tak.
— I że pani mąż jest… no cóż, dość wpływowym człowiekiem?
Wpływowym? Był wpływowy, ale może w swojej firmie. Oprócz tego miał wszędzie znajomych, gotowych oddawać mu przysługi, ale… czy był aż tak wpływowy, żeby przekabacić policję?
— Nie wierzy mi pani? — zapytałam cicho.  
Lisa Fox nieco się zawahała, ale w końcu powiedziała:
— Oczywiście, że pani wierzę. Mimo że widujemy tu fałszywe oskarżenia o przemoc domową równie często, co te prawdziwe. Chodzi mi o to… Czy na pewno chce pani wnosić oskarżenie? Może pani uciec. Każda chwila, gdy jest pani blisko niego, jest wystawianiem się na niebezpieczeństwo.  
— Mogę chyba wnioskować o zakaz zbliżania się? — zapytałam, zbita z tropu.
— Może pani. Ale… — Ściszyła głos. — Tak między nami… znam tu parę osób, które znają pani męża. I nie jestem pewna, czy nie przymknęłyby oka, jeśli pani mąż złamałby ten zakaz. Do tego dojdzie proces, zapewne długi, analizowanie dowodów, przesłuchiwanie świadków… Czy naprawdę chce się pani w to pakować? — Jej oczy wyrażały czysty niepokój.
Do cholery. Naprawdę miał po swojej stronie nawet gliniarzy? Ale dlaczego? Przecież… był tylko informatykiem. Tylko albo aż. Pomagał tym ludziom i później oczekiwał oddania przysługi? Czy może po prostu był dla nich tak czarujący, jak na początku dla mnie i dla reszty świata był nieskazitelnym obywatelem?  
Wzięłam głęboki oddech.
— Tak, chcę — powiedziałam stanowczo, choć w środku trzęsłam się ze strachu. — Chcę po prostu sprawiedliwości.
Fox przyjrzała mi się badawczo, po czym skinęła głową.
— Oczywiście. — Coś napisała w notatniku, który trzymała. — Cóż, radziłabym pani udać się teraz na obdukcję lekarską. Zapewne będzie… owocna.
Skinęłam sztywno głową, bo właśnie to miałam zamiar teraz zrobić. Jakimś cudem na zewnątrz pozostawałam spokojna, mimo że właśnie rozpoczęłam największą walkę w swoim życiu.

Wkrótce machina ruszyła i ciężko było ją zatrzymać. Gdzieś w szafce na posterunku policji leżał obszerny raport z opisem zdarzenia, z którym się zgłosiłam. Wkrótce miał zostać poszerzony o sprawozdanie z obdukcji lekarskiej. Już wcześniej czytałam, że mogę się z tym udać do każdego lekarza, ale jeśli ma to posłużyć jako dowód w sprawie, zatwierdzić musi to lekarz biegły sądowy z zakresu medycyny sądowej i właśnie do takiego się udałam. Pomogło zlecenie prokuratury. W duchu żałowałam, że nie zdecydowałam się na ten krok już dawno temu, zwłaszcza po tym, jak Gavin wziął mnie siłą. Teraz mogłam jedynie pluć sobie w brodę i cieszyć się — choć może było to nieodpowiednie słowo — z tych ran, które były widoczne i które na pewno znajdą się w raporcie.  
Okazało się, że miałam szczęście. Poza widocznymi obrażeniami — raną na udzie, która została dogłębnie oczyszczona i zszyta, bo jednak potrzebowała szwów, oraz zasinieniami na ramieniu oraz na szyi — były też widoczne te starsze obrażenia. Zrobiono mi prześwietlenie, na którym było widać złamania żeber. Widoczny był też uraz na plecach, po którym została blizna. Było jasne, że zostałam popchnięta z dużą siłą na coś ostrego. Została też opisana moja ostra anemia i niedowaga. Lekarz był bardzo uprzejmy, nie zadawał niestosownych pytań, traktował mnie delikatnie, jakby się bał, że się rozpłaczę, gdy tylko mnie dotknie. Ja jednak siedziałam spokojnie i rozkoszowałam się każdym elementem obdukcji — każdym, który będzie potem dowodem przeciwko Gavinowi.  
Gdy wyszłam z gabinetu, dochodziła szesnasta. Zaczynałam się denerwować. Gavin zapewne wkrótce wyjdzie z pracy i zobaczy, że uciekłam. Musiałam być wtedy w bezpiecznym miejscu. Nawet, jeśli mieszkanie Harveya nie dawało mi stuprocentowej gwarancji, na obecną chwilę nie miałam lepszego wyjścia.
Złapałam taksówkę i podałam taksówkarzowi adres, który Harvey wysłał mi smsem. Kojarzyłam tę okolicę — wcale nie przeprowadził się daleko. Napisałam mu wiadomość, że jestem w drodze. Miałam nadzieję, że był w domu. Przez głowę przemknęło mi wspomnienie, kiedy weszłam do jego poprzedniego mieszkania i zobaczyłam Kirę. Wtedy odesłał ją z kwitkiem. Chciał, żebym zobaczyła, że mu na mnie zależało. Wydawało mi się, że to był jakiś alternatywny świat, alternatywna wersja mnie, bo już nie pamiętałam tamtej siebie. Wtedy byłam tylko rozdarta tym, że czułam coś do dwóch mężczyzn naraz i miałam wrażenie, że obydwaj się mną bawili. W końcu i tak wybrałam tego złego. Najgorszy wybór w moim życiu, który pociągnął za sobą lawinę konsekwencji i bólu.
W końcu taksówka zatrzymała się przed szarym blokiem. Zapłaciłam gotówką, którą wcześniej wypłaciłam z bankomatu obok posterunku policji — wolałam nie używać karty, bo może Gavin miał sposoby, by śledzić moje konto bankowe. Nie chciałam dawać mu broni do ręki.  
Drzwi od klatki były otwarte. Szłam powoli po schodach, coraz bardziej zdenerwowana. Czy Harvey był już w mieszkaniu? Czy to był na pewno dobry pomysł? Co teraz o nim wiedziałam? Minęło tyle czasu… Mógł być już całkiem innym człowiekiem. Mieć swoje życie, w które teraz się wtrącałam, bo byłam jego poszkodowaną byłą, która nie umiała sama sobie poradzić. Nie chciałam tego. Owszem, potrzebowałam pomocy, ale może jednak nie powinnam jej przyjmować, jeśli to on ją oferował?
Myśl urwała mi się wpół, kiedy nagle dotarłam na czwarte piętro, nieźle zmachana, a jedne z drzwi nagle się otworzyły i stanął w nich Harvey. Na jego widok od razu poczułam łzy w oczach, a on utkwił wzrok w mojej szyi. Chwilę temu zdjęłam chustę, bo było mi gorąco. Gwałtownie wciągnął powietrze i od razu do mnie doskoczył, jakby się bał, że zaraz się przewrócę i połamię.
— To nic, to naprawdę nic — odezwałam się łamiącym głosem, gdy delikatnie dotykał palcami posiniaczonej szyi. — Dobrze się stało. Teraz mogę go pozwać.  
Zacisnął usta, wyraźnie cisnęły mu się na nie przekleństwa, ale wziął głęboki oddech i poprowadził mnie w stronę drzwi.
— Chodź. Zrobię ci herbaty i wszystko mi opowiesz.
Poczułam, jak nagle opuszczają mnie siły. Nagle znalazłam się zupełnie gdzieś indziej, gdzie nie było Gavina — po długim dniu znalazłam się w normalnym mieszkaniu i to było wspaniałe uczucie. Żeby choć na chwilę odciąć się od tego, czym do tej pory żyłam, zaczęłam rozglądać się dookoła, podczas gdy Harvey wziął ode mnie torbę i odstawił na krzesło.
— Mogę się rozejrzeć? — zapytałam nieśmiało. Cholera, byłam nagle dość wstydliwa. Niemal nie pamiętałam czasów, gdy byliśmy parą, uprawialiśmy seks. Ta bliskość wydawała się tylko wyobrażeniem.
— Oczywiście.
To mieszkanie było nieco większe od jego poprzedniej kawalerki, ale tak samo przytulne i dość podobne. Szare ściany, jasnobrązowe podłogi. Wchodziło się do aneksu kuchennego, który rozchodził się na mały salon. Stał tu szklany stolik z trzema krzesłami, obok szara rozkładana kanapa, ciemnoszary dywan i telewizor na szafce naprzeciwko. Różnicą było to, że w tym mieszkaniu była też osobna sypialnia — odkryłam ją za drzwiami obok stołu. Była w niej tylko biała szafa, jasne łóżko małżeńskie, które zajmowało większość pomieszczenia oraz długa na całą szerokość jasnobrązowa szafka z przegródkami i szufladami. Na niej stała lampa, która chyba służyła jako jedyne światło, bo nie zauważyłam żyrandola. Wyszłam z sypialni i skierowałam się do ostatnich drzwi — łazienki. Była szaro-biała z dużym prysznicem z dość kanciastą szybą. Przyglądałam mu się przez chwilę. Wyglądał oryginalnie i podobał mi się. Nie żeby to miało jakieś znaczenie.
Wróciłam do salonu, pocierając ramiona dłońmi. Czułam się niezręcznie, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Wciąż nie docierały do mnie fakty z dzisiejszego dnia. Uciekłam. Naprawdę uciekłam.
Wyjęłam dyskretnie małą komórkę, by wysłać rodzicom i Julie smsa, że jestem bezpieczna. Musiałam koniecznie zmienić numer, by Gavin już nie miał żadnej drogi kontaktu ze mną. Odłożyłam oba telefony na stolik przy kanapie i przez chwilę przyglądałam się Harveyowi, który krzątał się przy kuchennych szafkach. Czarne włosy miał gęste i poskręcane, mięśnie widoczne pod rękawem koszulki były chyba większe. Wyglądał tak cholernie dobrze w czarnych dżinsach i luźnej szarej koszulce. Chyba wyczuł na sobie mój wzrok, bo spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. Odwzajemniłam uśmiech, choć czułam się tu intruzem. Może miał dziewczynę, z którą się spotykał, a ja wszystko mu niszczyłam?
— Usiądź. Nie stój tak — powiedział nagle. Posłusznie usiadłam przy stole, ale dodał: —  Te krzesła nie są za wygodne. Chodźmy na kanapę.  
A więc poszliśmy — ja ułożyłam się w jednym końcu, on w drugim. Chciałam przyciągnąć nogi do siebie, ale nagle poczułam ciągnięcie szwów, więc musiałam znaleźć inną pozycję. Harvey podał mi kubek herbaty, a sam chwycił za komórkę.
— Zamawiamy pizzę? — zapytał, uśmiechając się do mnie łagodnie.
To pytanie było tak… tak normalne, że prawie się popłakałam.
— Tak.
Nie mogłam uwierzyć, że nagle znów tu byłam. Po tylu miesiącach, po tylu kłamstwach, przejściach, ogromnej ilości bólu i krzywd, nagle znowu byłam obok Harveya, nagle znowu zamawialiśmy pizzę i świat znowu wydawał się normalny.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 4162 słów i 23124 znaków, zaktualizowała 29 maj o 19:48.

2 komentarze

 
  • Agaaa

    To byłoby zbyt proste. Ta ucieczka.
    Tak łatwo napewno nie będzie.  
    Czekamy na odsłonę jeszcze prawdziwszej twarzy Gavina, bo tak łatwo nie odpuści.  
    Jestem bardzo ciekawa jego powrotu do domu i odkrycia że Aurory już tam nie ma.  
    Świetny rozdział , jak zawsze🙂

  • candy

    @Agaaa dziękuję <3 dokładnie, to byłoby zbyt proste, a u mnie nic nigdy nie idzie łatwo, lubię rzucać kłody pod nogi :D

  • Iga21

    Na jej miejscu wyrzuciałabym tą komórkę, którą oficjalnie urzywała. Mąż mógł jej lokalizacje namierzać. Oczywiście całą pamięć zdjęcia itd wcześniej zgrać na karte pamięci.  
    A teraz zobaczymy co będzie dalej.

  • candy

    @Iga21 namierza się numer, a nie telefon, więc wystarczy go zmienić 😊 dużo rzeczy ma biedna na głowie, ale wszystko ogarnie :)

  • Iga21

    @candy czym szybciej zmieni tym lepiej.