Empiria – rozdział 17

Empiria – rozdział 17Stałam z Sheilą pośrodku centrum handlowego, żałując, że w ogóle zgodziłam się na to spotkanie i na pomoc jej. Jak zawsze wyglądała nienagannie, długie dżinsy podkreślały jej szczupłe nogi i sporych — wbrew pozorom — rozmiarów pośladki. Beżowa bluzka i złoty łańcuszek jak zwykle pasowały do jej włosów i idealnie pomalowanej twarzy. Ja byłam po porannych mdłościach i marzyłam tylko o tym, by wrócić do łóżka — ledwo starczyło mi sił na prysznic i pomalowanie tuszem rzęs. Ostatnie, na co miałam ochotę, to zakupy z Sheilą, w dodatku dla Harveya, ale było już za późno, by się wycofać. Słuchałam cierpliwie tego, o czym mówiła.
— Myślałam, żeby kupić mu jakiś zegarek, bo ostatnio mu się popsuł, ale sama nie wiem… Nie znam się na zegarkach, a może on lubi tylko jakieś konkretne.
— Pytałaś go o to?
— Nie. — Pokręciła głową. — Powinnam? To zepsułoby niespodziankę.
— Nie wiem — przyznałam szczerze. — Wiem, że podobały mu się zegarki od Cartiera, ale niektóre są bardzo drogie. Nie wiem, czy by taki chciał.
Zrobiła nieszczęśliwą minę.
— Nie chcę wyskoczyć ze zbyt drogim prezentem, ale też nie powinien być zbyt tani, bo źle na tym wyjdę.
— Masz rację.
— A może jakaś koszula?
— Harvey nie nosi koszul. — Uśmiechnęłam się lekko. — Chyba że musi. Co najwyżej mogłabyś kupić mu koszulkę albo jakąś kurtkę na motocykl.  
— Koszulka chyba nie jest zbyt urodzinowa, a co do motoru… — Wzruszyła ramionami. — Sama nie wiem, chyba niczego mu nie brakuje.
Powoli zaczynała mnie męczyć ta rozmowa.
— To może książkę? — zaproponowałam.
— Harvey nie czyta książek. — Sheila nagle parsknęła śmiechem, a ja poczułam się dziwnie urażona.
— Czyta. Tylko po prostu ma swój ulubiony gatunek. I też nie wszystkie mu pasują. Trzeba się trochę namęczyć, by wybrać coś dobrego, ale to zawsze jakiś początek…
— Dobra, to idziemy do księgarni.  
Patrząc na nią, czułam się jak ta brzydsza przyjaciółka. Nie mogłam pozbyć się tego uczucia. Zazdrościłam jej tego, jak swobodnie rozmawiała i jak się czuła wśród ludzi. Gawędziła wesoło ze sprzedawcą, do którego ja już miałabym obawy zagadać. Nie byłam tak otwarta ani tak wesoła. Zaczynało mnie to męczyć. Zazdrościłam jej — nie tylko Harveya, ale też osobowości. Chyba podświadomie chciałam być taka jak ona, tylko po prostu nie mogłam się na to zdobyć.  
— Sprzedawca bardzo polecał to. — Zamachała mi nagle jakąś książką przed nosem. — Mówi, że to bestseller.
Złapałam książkę, by móc bliżej się jej przyjrzeć.
— Na pewno nie. — Pokręciłam głową. — Nieważne, jak dobra to książka, Harvey w życiu nie przeczyta czegoś historycznego.
— To co lubi?
— Kryminały, ewentualnie literaturę grozy.
— Znaczy… mam mu kupić Stephena Kinga?
— Wszystko, byle nie Kinga. Nie cierpi go.
Jej uśmiech nieco zbladł.
— Sporo o nim wiesz.
Nie wiedziałam, jak miałam to skomentować. Przecież chyba miała tego świadomość i to dlatego poprosiła mnie o pomoc? Dlaczego to brzmiało jak wyrzut?
— Trochę już się znamy — odparłam w końcu. — Nie bierz tego do siebie.  
— Nie biorę. Po prostu… to trochę przykre. Nie potrafię sama kupić mojemu chłopakowi prezentu. Jestem żałosna.
— Nie jesteś — powiedziałam automatycznie, choć nieco mi ulżyło, gdy poniekąd przyznała, że nie jest tak idealna, za jaką ją miałam. — Dopiero się poznajecie. Chodźmy do półki z kryminałami.
Dwadzieścia minut później w końcu udało nam się wybrać książkę. Jej autorem był niedawny debiutant, ale sądziłam, że właśnie taki spodoba się Harveyowi. Mimo fenomenu Stephena Kinga, jego książki nie wzbudzały w nim ciekawości, wolał dać szansę początkującym pisarzom, którzy niekiedy okazywali się być dużo lepsi niż ci, którzy dominowali na rynku od lat. Sheila dokupiła jeszcze ozdobną torebkę. Wychodziłyśmy z księgarni, kiedy odezwała się nagle:
— Sama książka to chyba za mało. Myślisz, że powinnam coś jeszcze dołożyć?
— Myślę, że… — Musiałam się mocno zastanowić, co tak naprawdę myślałam. — Masz zdolności cukiernicze, więc możesz coś mu upiec. To byłby prezent od serca. — Nienawidziłam się za to, że jej pomagałam, tego, że zajęła moje miejsce. Nie wiedziałam, jak miałam pozbyć się tego uczucia — bo przecież poza tym ją lubiłam. Była miła i troskliwa, momentami aż za bardzo. Gdyby tylko nie była jego dziewczyną…
— Ciast robię sporo, myślę, że ma już ich przesyt, ale… — Nagle gwałtownie uniosła głowę. — Może zrobię mu domowe lody. Dawno nie robiłam, przyda mi się odświeżenie tych umiejętności. To dopiero będzie pakiet, książka i domowe lody czekoladowe.
Miałam się już nie odzywać, by nie sprawiać jej przykrości, ale słowa same ze mnie wyleciały:
— Harvey nie lubi czekoladowych lodów.
— Co? — Spojrzała na mnie zaskoczona. — Jak to? Przecież… lubi wszystko, co czekoladowe.
— To jest właśnie Harvey… lubi czekoladowe ciasta, czekoladę, czekoladowe cukierki, ale czekoladowych lodów nie znosi. — Uśmiechnęłam się przepraszająco, jakby to była moja wina.
— Aha. — Uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. — No to… może wymyślę jakieś inne lody.  
Nagle zrobiło mi się jej żal. Fakt, nie za dużo wiedziała o swoim własnym chłopaku, ale może ja zbytnio chwaliłam się tym, że dobrze go znałam? Przecież Sheila była miła. Chciała dobrze.  
— Nie martw się. Każde inne na pewno mu posmakują.
— Coś wymyślę — oświadczyła. — A skoro mowa o lodach, chodźmy. — Ruszyła w stronę części z restauracjami.
— Gdzie?
— No, na lody.
Miałam zaprotestować, ale właściwie… lody brzmiały kusząco. Może nie było jeszcze sezonu, ale w części restauracyjnej znajdował się McDonald’s, więc zamówiłyśmy lody w plastikowych kubeczkach — ona waniliowe, a ja truskawkowe. Usiadłyśmy na wysokich stołkach, dziobiąc łyżeczkami w zimnej masie. Wtedy Sheila zapytała:
— Co u ciebie?
— Hm… nic nowego — powiedziałam szybko. Nie zamierzałam rozmawiać o sobie. Rozpaczliwie chciałam zmienić temat. — Mam wrażenie, że ciągle rozmawiamy tylko o mnie, a przecież praktycznie nic o tobie nie wiem. — Uśmiechnęłam się lekko, dopiero teraz zdając sobie z tego sprawę. — Nie wydaje ci się to dziwne, że znamy się już jakiś czas, a ja nie wiem nawet, ile masz lat?
Roześmiała się głośno.
— Faktycznie dziwne. Mam dwadzieścia pięć lat. A ty? Jesteś chyba młodsza ode mnie?
— Mam dwadzieścia trzy. — Mówiąc to, poczułam się jak kompletny dzieciak. Harvey kończył dwadzieścia siedem — kolejny dowód na to, że to Sheila bardziej do niego pasowała. Nawet wiekiem było mu bliżej do niej.  
— I mimo to masz męża? — wypaliła, po czym nagle jakby sobie uświadomiła, że poruszyła wrażliwy temat. — O rany, przepraszam, nie o to mi chodziło… po prostu… jesteś bardzo młoda.
— Tak, wiem. — Wbiłam wzrok w swoje lody. — Prawdę mówiąc, gdy wychodziłam za Gavina, nie skupiałam się na tym, ile mam lat. Wydawało mi się, że go potrzebowałam, więc… ślub też wydawał się słuszny.
— Przepraszam, nie musimy o tym rozmawiać. Ale… — Wyraźnie chciała coś jeszcze powiedzieć.
— Ale co? — Podniosłam na nią wzrok.
— To okropne. Masz tylko dwadzieścia trzy lata, a jesteś uwięziona przy tym psychopacie…  
— Cóż… — Wzruszyłam ramionami. Fakt, brzmiało to nieco dziwnie — zamężna dwudziestotrzylatka. Jeszcze dziwniej brzmiałaby dwudziestotrzylatka po rozwodzie, ale pragnęłam tego jak powietrza. — Nie mogę nic na to poradzić. Przynajmniej dopóki nie da mi rozwodu.
— Nie czujesz się samotna?
Z wysiłkiem przełknęłam ślinę.  
— Częściej niż myślisz — przyznałam cichym głosem, tłumiąc w sobie resztę słów, które chciały wyrwać się na wolność. Czuję się samotna, gdy widzę cię z Harveyem. Czuję się samotna, bo jesteś z mężczyzną, którego kocham. Czuję się samotna, bo wprowadziłam się do nowego mieszkania z przyjaciółką, której w nim nie ma. Czuję się samotna, bo nie mam nikogo.
Wtedy przypomniałam sobie o tym, że już nie byłam sama — choćbym chciała, nie mogłabym być. Bo rosło we mnie nowe życie.  
Ale to nie poprawiało mi humoru — wręcz przeciwnie.  
Dalej odnosiłam wrażenie, że Sheila chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie zmieniła temat. Później powiedziała, że musi jeszcze lecieć do pracy. Czułam się rozdarta — z jednej strony czułam ulgę, ale z drugiej nie chciałam, żeby już szła. W jej towarzystwie nie bałam się przebywać wśród ludzi i czułam się prawie tak jak normalny człowiek. Teraz musiałam wrócić do swojego pustego mieszkania i jakoś zająć sobie czas — przynajmniej do wieczora, bo wtedy mieli odwiedzić mnie rodzice. Musiałam im wszystko powiedzieć, nie mogłam dłużej ukrywać prawdy.
Sheila odprowadziła mnie na przystanek, a później sama pobiegła w przeciwną stronę. Stąd miałam już całkiem blisko do mieszkania. Zbliżając się pod wiatę przystankową, zobaczyłam jednak znajome blond włosy i wózek. Chciałam się odwrócić, ale było już za późno. Kira odwróciła się i mnie zobaczyła. Z początku chciałam, by mnie zignorowała, ale najwyraźniej byłyśmy już na przyjacielskiej stopie, bo przywitała mnie krótkim skinieniem głowy. Nie odwróciła wzroku, chyba czekała, aż do niej podejdę. Dopiero co byłam na nią wściekła, gdy Harvey w końcu wyznał mi prawdę, ale teraz nie miałam siły rzucić jej tym wszystkim w twarz. Byłam zbyt zmęczona.  
— Cześć — powiedziała, przyglądając mi się uważnie, gdy się zbliżałam.
— Cześć — odparłam krótko, stając tuż przed nią.
— Coś nowego?
Przez chwilę nie wiedziałam, o czym mówiła.
— W sprawie Gavina — dodała, a ja się wzdrygnęłam.
Cóż, skoro już tu byłyśmy…
— Wycofałam pozew — powiedziałam krótko. — Przepraszam za kłopot. — Akurat podjechał autobus, więc skorzystałam z okazji i szybko do niego wskoczyłam. Myślałam, że szczęście mi dopisze i Kira będzie jechała innym, ale nie — ona ładowała się tuż za mną, szarpiąc się z wózkiem. Nie byłam bezduszna, nie mogłam na to patrzeć, więc schyliłam się, by jej pomóc. Dopiero, gdy już stałyśmy obok siebie, a wózek był zabezpieczony, wydyszała:
— Że co? Jaja sobie ze mnie robisz? — Jej oczy rzucały błyskawice. — Jak to: wycofałaś pozew? Dlaczego, do cholery, to zrobiłaś? Najpierw prosisz mnie o pomoc, a potem…
— Nie podoba mi się, że na mnie krzyczysz — przerwałam jej. — I nie będę tego tolerować.
— Więc mi wyjaśnij!  
— Nie muszę ci się tłumaczyć.
— O nie, kochana. — Chwyciła mnie za nadgarstek, a ja szybko się wyrwałam, czując przyspieszone bicie serca. — Tu właśnie się mylisz. Musisz. Potrzebowałaś mojej pomocy, wciągnęłaś mnie w to, więc należą mi się wyjaśnienia.
Miała rację. Chciałam za wszelką cenę uniknąć rozmowy z nią, ale musiałam wszystko jej wytłumaczyć. I wiedziałam, że ona mi uwierzy.
— Gavin spowodował wypadek mojej najlepszej przyjaciółki — powiedziałam ściszonym głosem. — To było ostrzeżenie. Jeśli nie ostatnie, to i tak najgorsze. Nie zamierzam ryzykować zdrowiem i życiem najbliższych…
— Więc tak po prostu odpuścisz? Puścisz mu to płazem? — przerwała mi.
— Słyszałaś w ogóle, co powiedziałam? — Nagle ogarnęła mnie irytacja. — Przez niego moja najlepsza przyjaciółka wylądowała w szpitalu! Naprawdę sądzisz, że będę szła po trupach do celu? Nie jestem tobą — dorzuciłam kpiąco. Zbyt kpiąco. Nie powinnam tego mówić. Jej oczy zwęziły się i wyglądały jak szparki.  
— Jesteś bardziej waleczna niż ostatnio — zauważyła zimnym tonem. — Co się zmieniło? Już się nie lubimy?
— Nienawidzisz mnie. Ciężko mówić o lubieniu się czy jakichkolwiek zmianach…  
— Nieprawda — przerwała mi nagle i wyprostowała się. — Harvey ci powiedział.  
— Niczego mi nie mówił.
— Aha, bo ci uwierzę. Okłamać możesz innych, ale nie mnie — powiedziała ostrym tonem. — Powiedział ci i teraz mnie nienawidzisz. Spodziewałam się tego, dlatego mówiłam ci już: nie mówiłam wtedy serio.  
— Tak? Jaką masz wymówkę? Byłaś zmęczona? Zszokowana? A może zwyczajnie niezadowolona z życia? Dlatego nazwałaś go…
— Byłam pijana. I naćpana — powiedziała, a ja umilkłam. — To mnie nie usprawiedliwia, ale nie myślałam wtedy jasno. Teraz jestem trzeźwa i na trzeźwo mówię ci: wcale tak nie uważam. Podkopałam jego wiarę w siebie, dlatego teraz już do końca będę miała u niego dług. I będzie mógł wykorzystywać mnie do jego spłacenia jak tylko będzie chciał.
Pijana? Naćpana? Nie wiedziałam, co powiedzieć. Obraz tej idealnej, zawsze perfekcyjnej, dobrze umalowanej i ubranej Kiry w ogóle nie pasował mi do tego, co powiedziała. Nie od dziś wiedziałam, że miała problemy, ale to… Wywołało u mnie niemały szok. Nadal jej nienawidziłam za to, co powiedziała Harveyowi. To na pewno przez nią tak o sobie myślał, przynajmniej częściowo. Ale… chociaż zdawała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Chyba żałowała. Ciężko było mi powiedzieć, czy byłam w stanie jej wybaczyć, ale to był jakiś start.  
Autobusem nagle zarzuciło w bok, więc musiałam przytrzymać się poręczy.
— Zaraz wysiadam, więc… — powiedziałam tylko.
— Dobra. Ale niech ci się nie wydaje, że skończyłyśmy rozmawiać.  
Nie skomentowałam tego. Skierowałam się w stronę wyjścia z autobusu. Wtedy usłyszałam jeszcze jej głos:
— Skoro już wiesz, jesteś o krok przed Sheilą. Pamiętaj o tym.
Nawet się nie odwróciłam, choć jej słowa wgryzły się głęboko w mój mózg i serce. Może i wiedziałam coś, czego Sheila nie wiedziała, może znałam Harveya lepiej niż ona, ale to wciąż nie ja byłam jego dziewczyną. Nie ja byłam dla niego najważniejsza.  

— Ja też nie ufam tej Sheili — mówiła Julie, zajadając się burgerem, którego zamówiłyśmy pół godziny temu. Niezbyt jej to szło z jedną ręką w gipsie, ale oświadczyła, że jeśli nie zje burgera, to oszaleje. Ja ograniczyłam się do frytek — burgery źle mi się teraz kojarzyły, i nie chodziło tylko o niebotyczne kalorie. — Ona jest dziwna. Za bardzo się do ciebie przymila.
— Tak trudno uwierzyć w to, że ktoś jest zwyczajnie miły? Ty też jesteś miła, a nikt nie mówi, że dziwna.
— Ale ja jestem twoją przyjaciółką, a nie obecną dziewczyną twojego byłego! Nikt nie mówi, że nie jest miła, ale chyba nie powinna być aż taka akurat dla ciebie. Kirze też nie ufam. Ona z kolei w ogóle nie jest miła, ale…  
— Nieważne — westchnęłam ciężko. — Miła czy nie, właściwie już nie muszę mieć z nią do czynienia. A Sheila, no cóż, ciągle jest obok. To właściwie nie jest takie złe.
— Czemu się tak na nią uparłaś? Bo też miała agresywnego faceta? Kira przeżyła praktycznie to samo co ty. I z tym samym psycholem. Chyba już lepiej przyjaźnić się z nią…  
— Ty tak na serio? Przecież mówimy o Kirze! Z dwojga złego wolę już Sheilę.
— A ja nie. Kira przynajmniej jest szczera i wali prosto z mostu. Mówi to, co myśli. Sheila jest… sama nie wiem. Za słodka. Na bank coś ukrywa. Bo niby czemu miałaby cię tak dobrze traktować? W ogóle nie przeszkadza jej twoja przeszłość z Harveyem?
— A jaka to przeszłość? — Skończyłam frytki i zlizałam sól z palca. — Byliśmy razem może dwa miesiące…  
— A później wbiegł na twój ślub, jak w cholernej komedii romantycznej.
— Nie przypominaj mi o tym. — Aż zadrżałam na wspomnienie tego dnia.  
— Chodziło mi o to, że takich rzeczy nie robi się dla każdego.  
— Harvey czuł się za mnie odpowiedzialny. Tylko dlatego to zrobił.
— I dlatego powiedział Sheili, że nici z ich związku, jeśli nie zgodzi się na jego kontakt z tobą? No, to faktycznie, poczucie odpowiedzialności ma cholernie duże. — Nagle jakby złagodniała. — Co postanowiłaś?
Wzięłam głęboki oddech, ale to nie pomogło. Momentalnie poczułam pieczenie oczu.
— Nie wiem — powiedziałam szczerze. — Rozmawiałam z rodzicami. Mama od razu powiedziała, że ucieczka z dzieckiem to zły pomysł i że nigdy nie wynika z tego nic dobrego…  
— Nawet jeśli twój mąż to psychol?
— O to właśnie chodzi — on nadal jest moim mężem. — Miałam ochotę fizycznie wyjąć sobie to słowo z ust i odrzucić je gdzieś daleko. W tym momencie nie mogłam uwierzyć, jaka byłam głupia — że w ogóle za niego wyszłam, że dałam się nabrać na całą tę farsę i w końcu… że uprawiałam z nim seks bez zabezpieczenia. Obwinianie się nie miało sensu, bo przecież był moim mężem, a nie przypadkowym mężczyzną, z którym zaliczyłam jednorazowy numerek, ale i tak się za to nienawidziłam. — Przez to cholerne małżeństwo nadal ma prawa do dziecka. Muszę jak najszybciej uzyskać rozwód.
— Ale… jak? Skoro powiedział, że ci go nie da…
— Harvey powiedział, żeby się z nim bezpośrednio skonfrontować. — Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i objęłam je ramionami. — Gavin za nic w świecie nie chce ryzykować zniszczenia swojej kariery i reputacji. Wycofałam pozew, ale to nie znaczy, że nie mogę zagrozić mu dowodami bezpośrednio. W końcu nadal mam nagranie, obdukcję lekarską… Chyba aż tak mu na mnie nie zależy, by nadal upierał się przy małżeństwie, które umarło już dawno temu.
— On naprawdę ma nie po kolei w głowie — powiedziała Julie, a jej głos skrywał przerażenie. — Jakim świrem trzeba być, by zrobić to, co on i nie widzieć, że to było złe?
— Wiesz… — Zaczęłam bawić się nitką wystającą z kołdry. — Dużo o tym myślałam i czytałam. On jest po prostu socjopatą. Myślę, że jego dzieciństwo tak na niego wpłynęło. Osobowość socjopaty powstaje, gdy dziecko dorasta, nie mając odpowiednich wzorców. Przez to Gavin stał się zaburzony i ma wypaczone pojęcie tego, co jest dobre, a co złe. I nigdy tego nie zrozumiemy. Może gdyby jego rodzice nie byli alkoholikami, Gavin byłby normalny i… moglibyśmy być szczęśliwi…  
Widziałam, jak Julie aż się wzdrygnęła.
— Nawet mi nie mów o szczęściu z nim. Socjopata czy psychopata, też mi różnica. Powinno się go zamknąć. No dobrze, załóżmy, że da ci rozwód. Co wtedy? Chcesz zatrzymać to dziecko?
Na samą myśl o ciąży czułam rozpacz. Nadal się z nią nie oswoiłam. Próbowałam dobrać słowa, by wyszła ze mnie jak najszczersza odpowiedź.
— Nie wyobrażam sobie aborcji. Ale nie wyobrażam sobie też, że będę z tym dzieckiem sama… — Lekko załamał mi się głos. — Jestem za młoda. Zbyt zniszczona. Ledwo funkcjonuję. Ledwo mogę znieść sama siebie. Jak mam nagle przeistoczyć się w mamę? To jego dziecko. Już zawsze będzie mi o nim przypominało.
— A gdyby nie ono, zapomniałabyś? — zapytała cicho Julie, aż na nią spojrzałam. — Wiem, jak to brzmi, ale nawet gdybyś nie zaszła w ciążę, i tak nigdy nie zapomniałabyś o tym, co Gavin ci zrobił.
— To prawda — powiedziałam cicho. — Ale nie mogę przestać myśleć, że to dziecko okaże się do niego podobne i to mnie przerośnie…  
— Nie jesteś złym człowiekiem, Aurora. Przecież nie znienawidzisz dziecka tylko dlatego, że jego ojcem jest potworem. Nie potrafiłabyś. Gavin zasługuje na wszystko co najgorsze, ale może to dziecko okaże się być czymś dobrym? Szczęściem w nieszczęściu? — Widziałam po jej twarzy, że się zmieszała. — Dobra, to brzmi strasznie tandetnie. Nie chcę cię do niczego zmuszać. Próbuję pomóc, ale nie wiem jak.
— Nie przejmuj się. — Uśmiechnęłam się lekko. — Pomagasz. Naprawdę.  
I naprawdę tak było. Może Julie miała rację. Znałam siebie zbyt dobrze. Wiedziałam, że jeśli jednak zdecydowałabym się na usunięcie ciąży, cierpiałabym. Zastanawiałam się, co by było gdyby… Mimo że to była dużo prostsza droga, która rozwiązałaby niemal wszystkie moje problemy, nie chciałam nią iść. Wolałam wybrać tę cięższą, nawet jeśli oznaczało to masę kłopotów, nerwów, problemów finansowych i bólu psychicznego — ale to wciąż było dziecko, moje dziecko. Jeśli rozmyśliłabym się w trakcie, zawsze mogłam oddać je do adopcji, choć i ta opcja była coraz mniej kusząca. To było moje dziecko, które zdołało powstać nawet mimo tego, jak fatalny obrót przybrały sprawy.
— Zmieńmy temat — powiedziałam nagle. Wyjęłam komórkę i niby od niechcenia zaczęłam przeglądać profil Briana na Facebooku. — O, Brian zmienił zdjęcie profilowe. Widziałaś?
— Nie, pokaż.
Podsunęłam jej telefon, na którego ekranie widniało najnowsze zdjęcie Briana. Widziałam, jak Julie zawiesiła na nim wzrok odrobinkę za długo.
— Przystojny jest, prawda? — rzuciłam.
— Prawda. A co, przerzucasz się z Harveya na Briana?
— Nie przerzucam się z nikogo na nikogo, po prostu stwierdzam fakt. — Zabrałam komórkę z lekkim uczuciem satysfakcji. — Jeśli w końcu usidli go jakaś dziewczyna, będzie miała szczęście. Wspominał mi ostatnio, że się z kimś spotyka…
Oczywiście blefowałam, bo interesowała mnie reakcja Julie. Przyjaciółka szybko przeniosła na mnie wzrok.
— Tak? A z kim?
— Nie wiem, nie mówił dokładnie, ale chyba mu się bardzo podoba.
— Aha. — Uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. — Mnie nic nie mówił.
— Na pewno jeszcze powie.
— Może. — Wydawało mi się, że lekko sposępniała. — Oglądamy jakiś film?
— Tak. Możesz coś wybrać. — Skinęłam głową. Oglądanie filmu wydawało się teraz najlepszym rozwiązaniem. Potrzebowałam tej normalności i czasu z przyjaciółką.
•  
Cholernie zdenerwowana, wsuwałam do torby prezentowej czarne pudełeczko. Ułożyłam je poziomo obok butelki whisky. Po raz setny poszłam do lustra zerknąć, jak wyglądałam, tak jakby miało to jakieś znaczenie. Denerwowałam się. Powtarzałam sobie, że przecież miałam prawo pojechać do Harveya i wręczyć mu prezent urodzinowy. Byliśmy… przyjaciółmi. Miał urodziny, więc chyba nie było w tym nic dziwnego. Przerażała mnie jednak myśl, że w jego mieszkaniu będzie Sheila, a ja będę się czuła jak intruz. W końcu jednak dałam sobie spokój z myśleniem i po prostu wyszłam, ciasno zasuwając kurtkę. Torebka była dosyć ciężka, ale miałam pewność, że przynajmniej część prezentu się spodoba. Ta whisky była jedną z ulubionych Harveya. Nie wiedziałam tylko, jak zareaguje na drugą część. Wolałam, żeby Sheili przy tym nie było.
Gdy pukałam do drzwi, miałam cholernie sucho w ustach. Harvey otworzył po dłuższej chwili, a mnie aż odebrało mowę na jego widok. Był w czarnych spodniach i czarnej koszuli, która leżała na nim… tak cholernie dobrze. Chyba gdzieś wychodził. Natychmiast się zmieszałam.
— Cześć. Przeszkadzam? — zapytałam niepewnie.
— Cześć. Oczywiście, że nie. — Uśmiechnął się szeroko. — Miło w końcu widzieć ciebie przed moimi drzwiami, a nie na odwrót.  
— Nie zajmę ci dużo czasu, chciałam tylko… — Też spróbowałam wykrzesać z siebie uśmiech. — Złożyć ci życzenia.
— I zamierzasz składać je w progu? Wejdź. — Wciągnął mnie do środka delikatnym ruchem. Wszystko wskazywało na to, że był w mieszkaniu sam. Musiałam się spieszyć, w razie gdyby Sheila miała zaraz tu przyjść.
Wyciągnęłam w jego stronę ozdobną torebkę, bo chciałam mieć to już za sobą. Patrzyłam, jak wyciąga ze środka whisky i uśmiecha się szeroko. Na chwilę zatrzymałam wzrok na jego gęstych czarnych włosach, które tak dobrze wyglądały w połączeniu z czarnymi ubraniami. Po chwili wyciągnął też pudełeczko, wcześniej odłożywszy butelkę brązowego płynu na blat. Posłał mi zagadkowe spojrzenie.
— Co to?
— Otwórz, to się dowiesz. — Uśmiechnęłam się drżącymi wargami.
Harvey uchylił wieczko i wyciągnął ze środka męską bransoletkę z kamieniami z czarnej lawy i czerwonego tygrysiego oka, którą kupiłam parę dni temu online, ale później dodałam do niej jeden mały szczegół — czarny kamień z symbolem białego tulipana. Nie był duży, ale widoczny. Harvey podniósł na mnie pytający wzrok.
— Biały tulipan to symbol wybaczenia — powiedziałam cicho. — I chciałabym, żebyś zawsze miał go przy sobie. Żeby ci przypominał, że ci wybaczyłam. — Odważyłam się wyciągnąć ręce i położyć je na jego ramionach. — Wiem, że nadal czujesz się za mnie odpowiedzialny, bo myślisz, że wyszłam za Gavina z twojej winy. Że wszystko, co mi się przytrafiło, to skutek tego, że mnie zostawiłeś.  Cokolwiek się stało, Harvey, wybaczyłam ci. Wybaczyłam ci wszystko, co było złe i chcę pamiętać tylko te dobre rzeczy. A ty… ty też musisz sobie wybaczyć. Wiem, że to niełatwe, ale od pierwszego momentu, gdy cię zobaczyłam, widziałam, że cierpisz i nie mogłam tego znieść. Chciałam przegnać ten smutek z twoich oczu i nadal tego chcę. — Przeniosłam ręce na zarys jego szczęki, wpatrując się w jego czekoladowe tęczówki, które odrobinę zwilgotniały. — I tego właśnie ci życzę. Żebyś sobie wybaczył i był szczęśliwy, bo na to zasługujesz, Harvey. Jesteś wspaniałym człowiekiem i… jeśli chcesz nadal mi pomagać, to musisz liczyć się z tym, że ja będę pomagać tobie, nawet jak nie będziesz tego chciał. Będę codziennie ci o tym przypominać, będę upierdliwa, jeśli będę musiała, ale będę to robić, dopóki… — Nie zdążyłam dokończyć, bo Harvey gwałtownie zgarnął mnie w swoje ramiona i przytulił mocno do swojego ciała, uniemożliwiając mi dalsze mówienie. Przytulał mnie tak mocno, że prawie nie oddychałam, wtulona w jego bark. Z lekkim wahaniem też go objęłam, słuchając, jak ciężko oddychał. Byłam przekonana, że płakał, ale nie chciał, bym to widziała, więc po prostu przytulałam go dalej, ignorując uczucie, które nakazywało mi już nigdy go nie puszczać.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 4739 słów i 26657 znaków, zaktualizowała 1 sie o 22:20.

Dodaj komentarz