Empiria — rozdział 23

Empiria — rozdział 23Harvey wyszedł, zostawiając mnie jeszcze bardziej skołowaną niż wcześniej. Siedziałam jeszcze dłuższą chwilę bez ruchu, aż w końcu wstałam, by odgrzać sobie obiad. Wtedy przez drzwi weszła Julie i od razu zobaczyłam, że coś ją gryzło. Minę miała taką, jakby miała się zaraz rozpłakać.
— Co się stało? — zapytałam od razu.
— Muszę z tobą porozmawiać — powiedziała cichym głosem.
— Ok… — odparłam niepewnie, odchodząc od kuchenki. — O czym?
— Czego chciał Harvey? — Podeszła bliżej stołu.
— Zaoferować mi… — Umilkłam. Jak miałam to powiedzieć? — Domek po swojej ciotce.
— Co?
Opowiedziałam jej w skrócie to, co powiedział mi Harvey i powoli przeczuwałam, co ona miała mi do przekazania.
— I… co mu odpowiedziałaś?
— Że muszę pomyśleć.
— I co myślisz?
— Nie wiem, Julie. — Wolałam, żeby już powiedziała, o co jej chodziło. — Co chcesz mi powiedzieć?
— Bo… — Wzięła głęboki oddech i ukryła twarz w dłoniach. Spojrzała na mnie dopiero po chwili. — Wiem, że mówiłam, że się z tobą przeprowadzę, ale nie wiem, czy…
Czekałam na ciąg dalszy, ale właściwie nie musiałam. Wiedziałam, o co jej chodziło. Przeczuwałam to.
— Z powodu Briana — dokończyłam, a ona pokiwała głową z zaciśniętymi ustami. — Julie, ja to rozumiem…
— Jest mi tak cholernie głupio! — jęknęła głośno, patrząc na mnie z przestrachem. — Czuję się okropnie, bo przecież ci obiecałam… ale wtedy nic mnie tu nie trzymało, a nie sądziłam, że zacznę się spotykać z Brianem…
— Rozumiem cię. Naprawdę. Po prostu nie chcesz go zostawiać. — Gdzieś ze środka brzucha odezwał mi się tępy ból. Ból… samotności. — Nie musisz mnie przepraszać. Rozumiem, że chcesz być z nim.
— Z tobą też. Nie chcę cię zostawiać samej z dzieckiem. Nie wiem, co mam robić.
— Nic. Nie masz żadnego obowiązku zmieniać swojego życia.
— Ale…
— Nie ma żadnego „ale”. Sytuacja się zmieniła. — Uśmiechnęłam się pokrzepiająco. — Przecież nie będę stawała wam na drodze. Wtedy ja czułabym się okropnie. Nie musisz mnie przepraszać. Poradzę sobie sama. — Bo nie będę miała innego wyjścia. Gdzieś w środku czułam rozpacz i jeszcze większą bezradność, ale jednocześnie było mi głupio, bo nie chciałam być samolubna i stawać Julie na drodze do szczęścia. — Nie martw się.
— To po prostu nie w porządku. Obiecałam ci.
— To nie była obietnica złożona przy ołtarzu, a nawet takie się łamie. — Wysiliłam się na żart. — Daj spokój, ja przecież też chcę, żeby wam wyszło z Brianem. Nie musisz czuć się winna. Będziesz mnie odwiedzać. Nas — poprawiłam się. — A ja będę podrzucać ci dziecko, kiedy będę już absolutnie wykończona i będę musiała odespać. Tak w ramach rekompensaty.
Parsknęła krótkim śmiechem.
— Może jednak nie musisz się wyprowadzać — dodała z nadzieją w głosie. — Mogłabyś zostać tutaj. Wtedy wszystko by się wyklarowało…  
— Chciałabym, naprawdę, ale staram się patrzeć realistycznie… Nie mogę ryzykować, że Gavin któregoś dnia postanowi tu wrócić.
— A zakaz zbliżania się?
— Pewnie zadzwonię do komisarz Fox i spróbuję go załatwić, ale to nie jest rozwiązanie problemu, dobrze o tym wiesz.  
— Wiem, tylko… to takie niesprawiedliwe, że przez jednego skurwiela musisz zmieniać całe swoje życie, w dodatku sama. Zwłaszcza że… jeśli będzie chciał cię znaleźć, to pewnie to zrobi. Ale sama mówiłaś, że przestał ingerować w twoje życie. Nagle zniknął.
— Tak, ale jeszcze nie wie, że nie chodzi tylko o mnie — powiedziałam cicho. — I nie może się dowiedzieć. Nie mogę ryzykować, że któregoś dnia zobaczy mnie z dzieckiem i postanowi o nie walczyć. Muszę je chronić. Nawet kosztem bycia daleko od rodziny. — W tym momencie wiedziałam już, że nie było odwrotu. — Popatrzę jeszcze na mieszkania, poszukam czegoś odpowiedniego, a jeśli nie znajdę… przyjmę propozycję Harveya. Tak czy inaczej… wyprowadzę się.
Po moich słowach zapadła głucha cisza, ale wiedziałam, że miałam rację. Że to było jedyne słuszne rozwiązanie. Julie miała rację, Gavin mógł mnie znaleźć, gdyby tylko chciał to zrobić, ale ryzyko, że to zrobi, było na pewno mniejsze, jeśli byłabym z dala od rodzinnych stron. Fakt, chwilowo nie miał po co tego robić, bo wszystko wskazywało na to, że jednak ze mnie zrezygnował. Ze mnie. Bo jeszcze nie wiedział, że to nie była już sprawa tylko między nami dwojgiem. Mieliśmy razem dziecko. Gdyby o nim wiedział, na pewno by mnie szukał. Nie spocząłby, póki by nas nie znalazł. Dlatego musiałam zminimalizować ryzyko do zera. Uciec stąd, zanim będzie miał szansę nas odszukać.
Żadna z nas nie miała już najlepszego nastroju. Julie nadal czuła się winna, a ja powoli oswajałam się z myślą, że będę musiała się wyprowadzić — i to w pojedynkę. Poszłam do pokoju, pisząc rodzicom, że jednak decyduję się na wyprowadzkę. Chciałam im powiedzieć o propozycji Harveya, ale nie dzisiaj. Najpierw sama musiałam rozeznać się we własnych myślach.  

Następnego dnia obydwie miałyśmy wolne, a to nie zdarzało się za często. Julie robiła nam omlety na śniadanie, a ja zajęłam się kawą. W drodze wyjątku postanowiłam także dla siebie zrobić normalną, kofeinową, bo potrzebowałam energii, a wiedziałam, że jeden kubek raczej mi nie zaszkodzi. Dalej byłam pochłonięta własnymi myślami, więc nie zauważyłam, że Julie przyglądała mi się badawczo. W pewnym momencie odezwała się:
— O rany. Widać.
— Co? — Zerknęłam na nią i dopiero po chwili zorientowałam się, o czym mówi. Spuściłam wzrok na swój brzuch. — Tak, rzeczywiście. Zauważyłam to już parę dni temu, ale stwierdziłam, że chyba nie jestem obiektywna. Naprawdę widać?
— Pod luźniejszą bluzką raczej nie, ale teraz, gdy tak na ciebie patrzę… tak. — Uśmiechnęła się lekko. — Rany, to takie… dziwne. Ty w ciąży.
— Prawda? — Przeniosłam kubki na stół. — Bardzo dziwne. Ja w ciąży. Ja samotna matka. Dziecko bez ojca.
Nie wiedziałam, co mnie napadło, że zaczęłam mówić takie rzeczy, zwłaszcza żartobliwym tonem, ale Julie pobladła.
— Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało…  
— Spokojnie, to nie twoja wina. To po prostu realia. — Usiadłam przy stole, zdjęłam z nadgarstka gumkę i zaczęłam wiązać włosy. — Będę młodą, samotną matką, wytykaną palcami przez nieznajomych ludzi, którzy będą mówili, że się puszczałam, a ja wtedy im powiem, że to dziecko mojego byłego męża, który znęcał się nade mną fizycznie i psychicznie. Ich miny będą wtedy bezcenne.
Chyba kofeina zaczynała wywierać na mnie zły wpływ. Julie wyraźnie zatkało, a ja miałam ochotę się roześmiać z tej dawki czarnego humoru. Nie wiedziałam, co się ze mną działo.
— Tak czy inaczej… — rzuciłam, by przerwać niezręczną ciszę. — W sumie jest już maj, a ja zaszłam w ciążę… w lutym? Jakoś tak. Nie wiem, ciężko mi określić dokładny moment poczęcia, skoro byłam zajęta staraniem się, by mąż nie zatłukł mnie na śmierć — mówiłam tonem tak lekkim, jakbym mówiła o pogodzie. Julie zapewne zastanawiała się, czy zwariowałam. Sama się nad tym zastanawiałam.
— Co w ciebie wstąpiło?  
— We mnie? Nic. — Obserwowałam, jak Julie zsuwa z patelni parujące omlety. — To po prostu moje życie, czarno na białym. Przez najbliższe osiemnaście lat nie pójdę na żadną randkę. A może już w ogóle nigdy na taką nie pójdę, bo to jest po prostu bez sensu. Już teraz nie pamiętam, jak to się robiło. I po co miałabym szukać sobie jakiegoś faceta? Żeby on też mnie tłukł, gdy nie posprzątam kuchni na czas? — Głos zaczął mi się lekko łamać, ale ciągnęłam dalej: — Kupię sobie kota. Albo dziesięć kotów. Dziecko będzie już odchowane, a ja będę mogła siedzieć w domu z kotami, które zabiorą resztę mojego czasu, energii i pieniędzy. Chyba że ty i Brian będziecie mieć dzieci, wtedy będę darmową opiekunką. Fajnie, nie?
— Aurora… dobrze się czujesz?
— Wyśmienicie.
Julie podała mi sztućce i talerz, po czym usiadła naprzeciwko mnie z trudną do określenia miną.
— Wiesz… może ta propozycja Harveya nie jest najgorsza. Mogłabyś sporo zaoszczędzić, a zaoszczędzone pieniądze wydać na…  
— Dziecko? Tak, przemknęło mi to przez myśl.
— Na dziecko i na terapię. — Mocno zaakcentowała to słowo. — Wiem, że ostatnio działo się sporo innych rzeczy i raczej o tym nie myślałaś, ale najwyższy czas to zrobić. Gavin zbyt długo prał ci mózg, a skoro masz zostać mamą, powinnaś…  
— Co? Co powinnam? Być normalna? Zdrowa? Szczęśliwa? — Potrząsnęłam głową. — Wątpię.
— Powinnaś iść do psychoterapeuty — powiedziała stanowczo. — Naprawdę uważasz, że nie masz nic do przepracowania?
— Jest tego tyle, że starczy na resztę życia, a ja nie mam tyle pieniędzy. Koty wyjdą mnie taniej.
Westchnęła i widziałam, że była zirytowana.
— Coś w ciebie dzisiaj wstąpiło, ale ja nie odpuszczę — rzuciła. — Musisz się skupić także na sobie, wiesz? By to dziecko miało szczęśliwą mamę.
Ja… szczęśliwa. To połączenie brzmiało dziwnie nawet w mojej głowie. Nie pamiętałam, jak wyglądało szczęście. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio je czułam. To były tylko krótkie, ulotne chwile. Na początku związku z Gavinem i… z Harveyem. Byłam z nimi szczęśliwa. Życie jednak szybko to zweryfikowało. Harvey ze mną zerwał. Prawdopodobnie nigdy mnie nie kochał. Gavin okazał się być chorym socjopatą. Moja siostra nie żyła. Moje dziecko — jeśli szczęście dopisze — miało dorastać bez ojca. Co mu powiem, gdy któregoś dnia zapyta o swojego tatę? Pozwolę, by go znienawidziło? Czy skłamię i pozwolę, by znienawidziło mnie?  
Przerażała mnie ilość rzeczy, o których musiałam myśleć, które musiałam zrobić. Odpychałam je od siebie, ale w końcu musiałam się z nimi zmierzyć. Prawdopodobnie dlatego już mi odbijało. Wiedziałam, że Julie miała rację, że potrzebowałam terapii, ale przecież miałam tyle ważniejszych spraw do załatwienia. Miałam iść do jakiegoś gabinetu i opowiadać o tym, że mąż mnie bił? Skąd miałam wiedzieć, komu ufać? A jeśli komuś o tym powiem i Gavin jakoś się dowie? Jeśli po moich śladach dotrze do mnie i do dziecka?  
Przez cały dzień dziwnie się czułam. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W jednej chwili sprzątałam w pokoju, w drugiej przeglądałam mieszkania, później ubranka dla dzieci, co było bez sensu, bo nie znałam jeszcze płci i musiałam szukać neutralnych kolorów i wzorów. Musiałam się hamować, by nie kupować zbyt wielu rzeczy, na przykład rogala do spania, który strasznie mnie kusił, ale był też dość drogi i wmawiałam sobie, że wcale go nie potrzebowałam. Patrzyłam na stan mojego konta i żałowałam, że nie był wyższy. Wiedziałam, że rodzice na pewno pomogą mi finansowo, ale nie chciałam ciągle na nich polegać. Musiałam w końcu porozmawiać z Darrenem, złożyć wypowiedzenie, zdecydować się, czy wyprowadzam się tam, gdzie Harvey miał domek po ciotce, czy jednak gdzieś indziej i to tam powinnam zabrać się za szukanie nowej pracy… ale czy miało to sens, skoro przysługiwał mi urlop macierzyński? Tylko że przysługiwał mi tutaj, w tej pracy, której nie mogłam mieć, bo się wyprowadzałam. Głowa mi pękała, nie wiedziałam już, co powinnam robić, w którym kierunku iść. Chciało mi się płakać. Całe swoje życie musiałam wywrócić do góry nogami i to było okropne uczucie.  
W końcu zasnęłam nad książką dla przyszłych mam, ale obudziło mnie… nawet nie wiedziałam co. Jakieś dziwne przeczucie. Stres, który wziął się nie wiadomo skąd. Byłam zaspana i zdezorientowana, dopiero po chwili zobaczyłam, że ktoś do mnie dzwonił. Wzięłam komórkę do ręki i momentalnie się rozbudziłam, bo zobaczyłam na ekranie imię Gavina. Cały brzuch od razu napiął mi się z nerwów, a w klatce piersiowej aż poczułam ucisk, gdy spowolnione od snu serce nagle zaczęło bić bardzo szybko. Była… druga w nocy. Dlaczego do mnie dzwonił? Czego chciał? Powinnam odebrać?  
Zanim zdążyłam się rozmyślić, odebrałam. Nie wiedziałam, po co. Nie wiedziałam, czy robiłam dobrze. Od razu włączyłam nagrywanie. Ledwo byłam w stanie myśleć. Nie wiedziałam, co miałam usłyszeć, ale wolałam być przygotowana. Skąd miał mój numer? Zdobył go? Czy gdy do niego dzwoniłam poprzednim razem, robiłam to z tego numeru, a nie z tamtego, który już znał? Byłam zbyt skołowana, by myśleć. Zdenerwowana jak diabli, przycisnęłam telefon do ucha.
— Halo. — Mój głos był cichy, zachrypnięty, przerażony.
— Aurora… to ja.
Boże. Jego głos… W ogóle nie przypominał tego, który słyszałam od paru miesięcy. Był podobny do mojego, cichy, bezradny… tak jak wtedy, gdy opowiadał mi o swoim dzieciństwie. Gdy płakałam i mu współczułam, bo zastanawiałam się, czy moglibyśmy mieć udane życie, gdyby jego rodzice tak go nie skrzywdzili. Nie brzmiał groźnie. Nie brzmiał, jakby chciał mnie szukać. Brzmiał, jakby był zrezygnowany.
— Czego chcesz? — wyszeptałam.
— Chciałem ostatni raz z tobą porozmawiać.
Ostatni raz?
— O czym ty mówisz, Gavin?
— Wyjeżdżam — powiedział krótko, a potem na chwilę zapadła cisza. — I już nie wracam.
Przycisnęłam dłoń do serca, by trochę je uspokoić, ale jego głos wcale tego nie ułatwiał. Jego słowa też nie. Nie wiedziałam, co miałam mu powiedzieć i po co do mnie dzwonił. Była noc, nie myślałam jasno. On chyba też nie.
— Dlaczego? — zapytałam w końcu.
— Bo mam tego dość. Dość tego, co mnie tu spotkało. Dość tego, co się wydarzyło. Nie chcę o tym pamiętać. Nie chcę pamiętać o tobie. — Westchnął cicho. — Wyjeżdżam, by zapomnieć. — Znowu na chwilę zamilkł. — Pewnie ci ulżyło.
Nie odezwałam się, ściskając telefon, jakby był kołem ratunkowym. Przez chwilę oboje milczeliśmy. Zastanawiałam się, czy był pijany. W końcu Gavin znowu się odezwał:
— Pewnie mi nie uwierzysz, ale naprawdę cię kochałem. Do szaleństwa. Chciałem, żebyś była tylko moja. Chciałem, żebyś urodziła mi dzieci. Chciałem, by wyglądały jak ty i żebym po raz pierwszy w życiu miał rodzinę. Wygląda na to, że się pomyliłem. Popełniłem wiele błędów. Najpierw z Isobel, później z Kirą i… nawet z tobą… — Ściszył głos. — Bo tak bardzo chciałem cię przy sobie zatrzymać…  
Zaczęłam płakać. Bezgłośnie. Łzy potoczyły mi się po policzkach. Zaczęłam się bać. Po raz pierwszy nie bałam się Gavina, ale… tej atmosfery dookoła niego. Dlaczego brzmiał tak zrezygnowanie? Dlaczego mówił, że to ostatnia rozmowa? Co chciał zrobić?
Może to przez zmęczenie. Może przez jego ostateczność i zrezygnowany głos. A może przez to, że był środek nocy i nie miałam siły udawać. Miałam odwagę, by to powiedzieć.
— Kochałam cię, Gavin. Naprawdę. Na tyle, że nawet gdy mnie krzywdziłeś, próbowałam cię zrozumieć…  
Zaśmiał się, ale nawet ten śmiech brzmiał słabo. Jakby już się poddał.
— Za co? Własna matka nie potrafiła mnie pokochać. Zawadzałem jej od dnia, kiedy się urodziłem. Poświęciłem pół swojego życia, by nie być jak ona, jak mój ojciec, a ostatecznie i tak stałem się mieszanką ich obydwojga. Mój ojciec bił mamę i mnie. Ja biłem ciebie. Więc, szczerze, za co mnie kochałaś? — To brzmiało jak pytanie retoryczne. — Za każdy siniak? Za każde uderzenie?
Skuliłam się, dalej cicho szlochając.  
— Gavin, co planujesz? Dlaczego… się ze mną żegnasz? — wyjąkałam.
— Tak jak powiedziałem… mam już dość. — Znowu zamilkł. — Nagrywasz to? Nagrywasz tą rozmowę?
Cała zdrętwiałam ze strachu, ale on nagle dodał:
— Dobrze. Możesz to nagrać. Jeśli wystąpisz o zakaz zbliżania się, uszanuję go. Nie będę cię szukał. Nie będę cię śledził. Rozwiedliśmy się. Już nic nas nie łączy. Pozwalam ci żyć swoim życiem. Więcej tu nie wrócę. Chcę zapomnieć o tym, że nie umiałem być dobrym mężem… że nie umiałem być inny niż moi rodzice. Już zawsze będę za tobą tęsknił, ale wiem, że ty za mną nie. Dlatego się z tobą żegnam. Na zawsze.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Właśnie podał mi wszystko jak na tacy — dowód, że mnie bił, jego własne słowa, które w dodatku zostały nagrane i dobrze o tym wiedział. Nawet jeśli moje dowody mogły być niewystarczające, właśnie miałam… przyznanie się do winy. Coś, czego nigdy nie spodziewałam się usłyszeć. Przerażał mnie jego głos, jego bezradność, zrezygnowanie. Co oznaczały jego słowa? Mówił, że nigdy nie wróci, ale… dlaczego? Czy on planował… się zabić?
— Gavin… — zaczęłam, nie wiedząc nawet, co chciałam powiedzieć, ale on nagle się rozłączył. Usłyszałam dźwięk kończący rozmowę i poczułam pustkę. Spojrzałam na ekran załzawionymi oczami. Telefon właśnie zapisywał nagranie. Nie wiedziałam, co miałam czuć. Byłam taka zmęczona. Serce chciało jeszcze raz do niego zadzwonić, ale umysł krzyczał, żebym tego nie robiła. Ten człowiek zniszczył mi życie. Nie byłam mu nic winna.
Ale nie chciałam, by się zabijał, do cholery. Ten telefon, to pożegnanie… przeraziło mnie do szpiku kości. Chciałam tylko, by wyjechał, by zniknął, ale nie, by umarł. Drżąc jak osika, kliknęłam na jego numer, ale połączenie nawet się nie rozpoczęło. Ten numer już nie istniał. Opadłam na poduszkę, biorąc głęboki wdech, by nie zakrztusić się łzami. Napięcie nie chciało opuścić mojego ciała, mimo że ten telefon zmienił wszystko. Gavin się przyznał. Miałam nagrane jego przyznanie się do winy, co oznaczało, że nawet jeśli zmieni zdanie i tu wróci, chcąc walczyć, ja będę miała dowód, którym bezsprzecznie go pokonam. To oznaczało, że nie musiałam się wyprowadzać. Mogłam tu zostać.
Ale nie potrafiłam się z tego cieszyć, bo otoczona głuchą ciszą zastanawiałam się, co on w tym momencie robił. Stał na jakimś moście? Łykał tabletki? Odbezpieczał pistolet? Jego zgaszony głos sugerował coś bardzo złego. Tak jakby było mu już wszystko jedno. Chciał zapomnieć. Mówił, że nigdy nie wróci. Przyłożyłam rękę do brzucha, walcząc z nowymi łzami. Czy w tym momencie ojciec mojego dziecka się zabijał?

Nie zmrużyłam oka aż do rana. Nie potrafiłam. Mięśnie miałam spięte, łzy nie chciały przestać płynąć. Wciąż myślałam, co Gavin robił, dlaczego do mnie zadzwonił, co miały znaczyć jego słowa, jego zrezygnowanie. Czułam się cholernie dziwnie na myśl, że mógł nie żyć. Przecież nie tego chciałam. Tak, raz pomyślałam, że tylko wtedy uzyskałabym spokój, ale… przecież nie myślałam serio… Boże, czy on zabił się przeze mnie?
Wyglądałam okropnie, a czułam się jeszcze gorzej, ale musiałam z kimś porozmawiać. Gdy Julie wstała i zaczęła szykować się na poranną zmianę, wyszłam z pokoju otulona szlafrokiem i zanim zdążyła zdziwić się na mój widok, cichym głosem zrelacjonowałam jej, co wydarzyło się w nocy. Wytrzeszczyła oczy i przytknęła dłoń do ust, ale później na jej twarzy pojawiła się ulga.
— Boże. To… straszne. Przerażające, szczerze mówiąc. Ale to nie musi od razu oznaczać, że nie żyje. — Ścisnęła moją rękę. — Znam cię na tyle dobrze, że wiem, że nie da ci to spokoju. Będziemy… nie wiem, patrzeć nekrologi. Żebyś mogła się uspokoić. Ale może on po prostu doznał jakiegoś olśnienia i tylko wyjeżdża. Na dobre. Masz to nagrane? I dobrze. To oznacza, że możesz tu zostać! — Przytuliła mnie mocno. — O Boże, nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę!
Ja też powinnam się cieszyć, ale jakoś nie potrafiłam. Nadal byłam w zbyt wielkim szoku.
— Naprawdę myślisz, że mogę? — zapytałam cicho. — Ale co, jeśli on wróci?
— Przyznał się do winy! Lepszego dowodu już nie uzyskasz.  
— Ale…  
— Nie, żadnego „ale”. Przyznał się. Nawet jeśli tu wróci, wystarczy, że przypomnisz mu o tym nagraniu i zaraz go ustawisz do pionu. Ale to jest negatywne myślenie, a my musimy skupić się na pozytywach. Wyjeżdża. Możemy gdybać, czy żyje, czy tu wróci, czy nie, ale fakt jest taki, że znika. I wcale nie musi wracać. Możesz tu zostać, nie musisz szukać żadnego mieszkania, nowej pracy. Pomogę ci. Brian ci pomoże. Twoi rodzice będą szczęśliwi! A Harvey… — umilkła. — Harvey jest jak zwykle jedną wielką niewiadomą, ale też będzie szczęśliwy, że tu zostajesz. A Sheila będzie mogła podrzucać ci pączki do końca życia, co jest właściwie irytujące, ale w obliczu tej sytuacji piękne. Muszę już iść, ale nie masz pojęcia, jak się cieszę!  
Gdy wyszła, wróciłam do łóżka. Szłam na popołudniową zmianę, więc powinnam się trochę przespać. Oczy same mi się zamykały. Zanim odpłynęłam, myślałam jeszcze o tym, co mówiła Julie. Boże, tak bardzo chciałam jej wierzyć. Chciałam wierzyć, że mogłam tu zostać. Wtedy moje życie nie musiałoby się aż tak komplikować. Miała rację. Nawet jeśli Gavin nadal żył i zamierzał tu wrócić, nie miał szans na wygraną jakiegokolwiek procesu. Coś jednak mówiło mi, że żadnego procesu nie będzie, bo jego samego też już nie było i czułam się z tym tak cholernie źle. Bo przecież… był moim mężem. Był kimś, kogo kochałam. Był ojcem mojego dziecka. I mimo że tak niewyobrażalnie mnie skrzywdził, nie potrafiłam przyjąć do wiadomości tego, że być może już go nie było na tym świecie.

Wieczorem razem z Julie pojechałam do moich rodziców, by powiedzieć im o rozmowie z Gavinem. Mama była przerażona, ale też rozpłakała się z ulgi. Tata mało mówił, ale wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca. Ja też powoli zaczynałam odczuwać ulgę. Sprawdzałam nekrologi, tak jak mówiła Julie, ale nigdzie nie było żadnej informacji o tym, że Gavin nie żył. Może naprawdę nie miał zamiaru się zabijać. Może to było pożegnanie innego rodzaju. Tata zgrał rozmowę z nim z mojej komórki na swojego laptopa i na kilka pendrive’ów, bo teraz było to niczym sztabka złota — coś bezcennego. Dowód. Przyznanie się do winy. Nie śmiałam o tym marzyć, a jednak byłam w posiadaniu czegoś, dzięki czemu mogłam zostać przy rodzinie i przyjaciołach. Dopiero oswajałam się z tą myślą, ale czułam się tak, jakby z moich barków zniknął duży ciężar. Nagle znowu mogłam oddychać. Nie musiałam być sama.
Zadzwoniłam też do Kiry, bo czułam się zobowiązana powiedzieć jej o słowach Gavina. Ani razu mi nie przerwała, a gdy zamilkłam, nie odzywała się przez dłuższy czas. Ciężko było mi określić, czy jej też ulżyło, ale na pewno wywołało niemały szok. Nie rozmawiałyśmy długo, ale powiedziała, że musimy się wkrótce zobaczyć, co mnie rozśmieszyło. Nie sądziłam, że sprawy przybiorą tak nieoczekiwany obrót, że Kira i ja będziemy jak… przyjaciółki? Dość ekscentryczne, ale zawsze.
Wahałam się, ale w końcu zadzwoniłam też do Harveya. On też zasługiwał, by to usłyszeć. Najchętniej powiedziałabym mu to osobiście, ale nie chciałam kusić losu. Słyszałam, jak gwałtownie wciągnął powietrze i zapytał:
— A więc… zostajesz?
Westchnęłam cicho.
— Wiesz… nadal nie mam pewności. Jest ona większa, jakieś… dziewięćdziesiąt pięć procent. Na tyle jestem pewna, że mogę tu zostać, że on nie wróci. Pięć procent niepewności zostało i pewnie nie zniknie, chyba że… zobaczę nekrolog. — Z wysiłkiem przełknęłam ślinę. — Ale wcale nie chcę go widzieć. Nie chcę, żeby umierał. Chcę tylko… żeby był daleko. Ale wiesz co? Wybieram nadzieję. I pozytywne myślenie. Julie powiedziała, że gdyby chciał, to znalazłby mnie wszędzie. Ma rację. Mógłby mnie znaleźć, gdziekolwiek bym nie była, ale w jego głosie było coś takiego… — Nie chciałam brzmieć jak jakaś naiwna, mała dziewczynka, ale pragnęłam, by Harvey zrozumiał mój punkt widzenia. — Tak jakby się poddał. Zrezygnował ze mnie. Wiem, że nie powinnam ufać temu, co mówi, ale jestem zmęczona ciągłym analizowaniem, uciekaniem. Mam dowód, przyznanie się do winy, więc… tak. Zostaję.
Zostaję. To słowo cały czas odbijało się echem w mojej głowie. Zostawałam tu. Nie musiałam radzić sobie sama. Wiedziałam, że będę miała pomoc i dzięki temu wszystko automatycznie wydawało się łatwiejsze. Wybierałam pozytywne myślenie — oczywiście podparte dowodami. I tak zadzwoniłam do komisarz Fox i poprosiłam o zakaz zbliżania się. Wszystkie przenośne urządzenia i dyski, na których była rozmowa z Gavinem i inne dowody, leżały w domu rodziców, w jednej z szuflad. Miałam zabezpieczenie. W końcu mogłam odetchnąć.

Nagle jakby wszystko się uspokoiło. Gdy minął szok, przespałam całą noc i w końcu czułam się dobrze. Stres mnie opuścił i świat wydawał się piękniejszy. Przekonałam się, że mój brzuch rzeczywiście był widoczny i planowałam porozmawiać niedługo z Darrenem. Póki co czułam się lepiej i nawet praca nie sprawiała mi większych trudności. Brian też został wtajemniczony w całą sytuację i gdy oznajmiłam mu, że się nie wyprowadzam, porwał mnie w ramiona i obrócił dookoła, ciesząc się jak wariat. Ja też się cieszyłam. Dawno nie słyszałam swojego szczerego śmiechu, a ten powracał do mnie coraz częściej. Postanowiłam nawet przeprosić się z Sheilą. Ostatnio byłam dla niej trochę ostra, więc chciałam wszystko naprawić. Do jej piekarenki nie miałam wprawdzie po drodze, ale któregoś ranka w końcu tam wstąpiłam, ciesząc się już na pączka i kawę. Odkąd wstałam, miałam dobry nastrój. Słońce przyjemnie grzało, dając mi energię. Pokusiłam się nawet o zrobienie makijażu, bo po pracy miałam iść z Julie i Brianem na obiad. Weszłam do piekarenki z szerokim uśmiechem, który nieco przygasł, gdy zobaczyłam Sheilę z zapuchniętą twarzą i włosami związanymi w byle jakiego kucyka.
— Co się stało? — zapytałam od razu, zapominając o jakimkolwiek przywitaniu. W środku nie było żadnego innego klienta, więc podeszłam do lady, zapominając o pączkach. Zerknęłam na Sheilę z niepokojem. Chciałam jakoś usprawiedliwić swoje pytanie, ale gdybym dodała, że wygląda okropnie, nie polepszyłoby to sytuacji.
Podniosła głowę i wyglądała na zdumioną.
— To ty nie wiesz?
— Ale o czym?  
— Harvey ze mną zerwał — powiedziała krótko, unikając mojego spojrzenia, a ja aż odchyliłam się do tyłu, jakby wylała na mnie kubeł zimnej wody. — Sądziłam, że wiesz.  
— Nie wiedziałam. Nic mi nie mówił. Nawet z nim nie… — zająknęłam się. — No dobra, rozmawiałam z nim, to prawda, ale o czym innym. Kiedy to się stało?
— Nieważne — ucięła. — Nie czuję się zbyt komfortowo, gadając o tym, zwłaszcza że chyba rzucił mnie, by być z tobą.
— Co? Nie, Sheila, to na pewno nie tak.  
— A jednak.
— Nic mi nawet nie powiedział, więc jak mogło chodzić o mnie?
Prychnęła pod nosem.
— Zawsze chodziło tylko o ciebie — powiedziała z żalem w głosie, znowu na mnie patrząc, ale w końcu się wyprostowała. — Kupujesz coś?  
— Nie. — Chciałam już stąd wyjść. Zrzuciła na mnie bombę, której kompletnie się nie spodziewałam. — Nie, już pójdę. Przepraszam. Przykro mi…  
— Na pewno — mruknęła, po czym odwróciła się i poszła na zaplecze.
Wyszłam na zewnątrz, nadal będąc kompletnie zszokowana. Harvey zerwał z Sheilą. Ona uważała, że z mojego powodu, ale niby jak to było możliwe, skoro nawet nic mi o tym nie wspomniał? Powinnam z nim teraz porozmawiać? Czułam się winna, choć przecież nic nie zrobiłam. Moje wyznanie miłości miało miejsce już jakiś czas temu. Nie odpowiedział, nic nie zrobił w tym kierunku. Może wcale nie chodziło o mnie. Chyba podświadomie sądziłam, że jeśli by zerwał z Sheilą, to rzeczywiście z mojego powodu. Skoro jednak nic mi nie powiedział… może chodziło o jeszcze inną dziewczynę. Ta myśl bolała jak cholera.  
Przez całą zmianę debatowałam, czy powinnam się do niego odezwać, ale wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, to i tak cały czas będę o tym myślała. Musiałam się jednak wstrzymać. Usiłowałam się skupić na obiedzie z Brianem i Julie, ale później poprosiłam Briana, by podrzucił mnie do Harveya. Julie zerknęła na mnie pytająco, ale mruknęłam, że powiem jej wszystko później. Miałam tylko nadzieję, że Harvey był w domu.  
W końcu zapukałam do jego drzwi i czekałam chwilę, aż pojawi się w drzwiach. Był w czarnych spodniach i beżowej koszulce i wyglądał… tak cholernie przystojnie. Ale po jego twarzy nie było niczego widać, oprócz zdziwienia, gdy mnie zobaczył, i uśmiechu.
— A to niespodzianka. Wejdź. — Przesunął się, bym mogła wejść. — Poczekaj, nie mów, że coś się stało i dlatego tu jesteś. — Uśmiech na chwilę zniknął.
— Stało się — stwierdziłam, stając naprzeciwko niego, gdy zamknął drzwi. — Zerwałeś z Sheilą.
Zaskoczenie powróciło. Chyba nie sądził, że o tym wiedziałam. Przez chwilę mi się przyglądał, aż w końcu skinął głową.
— Tak.
— „Tak”? Tylko tyle? — zapytałam z zaskoczeniem. — Dlaczego mi nie powiedziałeś?  
— Nie wiedziałem, czy powinienem ci mówić. Masz tyle spraw na głowie…  
— Podobno jesteśmy przyjaciółmi.
— Jesteśmy. W końcu bym ci powiedział. — Westchnął. — Musiałem sobie najpierw wszystko poukładać.
— Chcesz o tym pogadać? — Niepewnie przestąpiłam z nogi na nogę. Czy na pewno chciałam o tym słuchać? — Ona… twierdzi, że to przeze mnie.
— Próbowałem tego uniknąć, ale oczywiście wyciągnęła swoje własne wnioski. — Na chwilę uciekł spojrzeniem w bok, ale znowu spojrzał na mnie. — Nawet jeśli rzeczywiście tak jest.
Poczułam się, jakby żołądek fiknął mi koziołka.
— A jest? — zapytałam drżącym głosem. — Więc dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
— Bo nie wiem co robić — powiedział szczerze, a jego głos brzmiał smutno. — Miałem od razu do ciebie lecieć po tym wszystkim? Sprawiłem ci już zbyt dużo bólu. Nie jestem dla ciebie odpowiedni. Nie chciałem dokładać ci problemów. Będziesz miała dziecko i… masz ważniejsze sprawy na głowie niż ja. Ja już miałem swoją szansę i ją zmarnowałem — mówił dalej, a ja lekko rozchyliłam usta i po prostu na niego patrzyłam, nie wierząc, że to faktycznie się działo. — Więc chcę po prostu być obok. Jako przyjaciel bądź nie. Chcę być obok, by ci pomagać i jakoś ulżyć ci w cierpieniu, a nie go dokładać…  
— Poczekaj… — Mówił za dużo i za szybko, albo to ja zbyt wolno to wszystko przetwarzałam. Musiałam zapytać. Musiałam mieć pewność, bo do zbyt wielu spraw miałam wątpliwości. Musiał to powiedzieć. Na chwilę obecną nie potrzebowałam tego moralnego Harveya, gotowego do pomocy i poświęceń. Potrzebowałam tego, który w końcu mówił wprost o tym, co czuł. — To znaczy, że… nadal coś do mnie czujesz?
Popatrzył na mnie i uśmiechnął się lekko. Tym razem ten uśmiech w końcu sięgnął jego brązowych oczu.  
— Nigdy nie przestałem.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 5763 słów i 32056 znaków.

2 komentarze

 
  • Wer...

    Żadnego końca to wszystko jeszcze musi się rozwinąć ale wszystko idzie w dobrym kierunku 🥰 Oby szybko pojawiła się kolejna część :)

  • candy

    @Wer... Na pewno idzie w dobrym ❤️ ale tak, powoli zbliżamy się do końca. Myślę, że dotrwamy do 30 rozdziałów i wtedy się pożegnamy.

  • sylwinka

    Czy to znaczy, że będą razem? Czy zbliżamy się do końca?

  • candy

    @sylwinka powoli się zbliżamy 😊 ale jeszcze mam tu parę rzeczy do "załatwienia" 😃

  • sylwinka

    @candy  A kiedy następna część ?

  • candy

    @sylwinka mam połowę rozdziału, ale wena mi uciekła ;) pewnie jakoś za parę dni. Postaram się :)