Empiria — rozdział 25

Empiria — rozdział 25— Chyba pomylili się z rozmiarem. — Harvey wyciągnął z paczki beżowe body dla niemowlęcia i przyglądał mu się sceptycznie. — Przecież to będzie za małe.
— Nie, to dobry rozmiar.  
— Chyba żartujesz. Takie małe coś?
— Może być nawet lekko za duże — powiedziałam z rozbawieniem, a Harvey spojrzał na ubranko z przerażeniem.
— To dzieci są naprawdę takie małe?
Parsknęłam śmiechem.
— Powiedz to komuś, kto musi je donosić, aż w końcu nie będzie mógł już samodzielnie zawiązać butów.
— Niewiarygodne. — Odłożył ubranko do szuflady. — Ale podoba mi się ten kolor. Taki neutralny płciowo.
— Nadal nie znam płci, więc… — Składałam beznamiętnie pozostałe ubranka. — Staram się wybierać takie, które będą akceptowalne i dla chłopca, i dla dziewczynki. Nie chcę zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę.
— A kiedy płeć?
— Jeszcze trochę trzeba poczekać. Najważniejsze, że jest zdrowe.  
— A ty co byś wolała? Chłopca czy dziewczynkę?
Zawahałam się.  
— Nie wiem — ucięłam szybko temat. — Jest w tej paczce coś jeszcze?
Harvey podszedł z powrotem do łóżka, na którym leżał ogromny karton i wyciągnął ze środka smoczki.
— Tylko to.
— Ok. Trzeba wynieść ten karton, jak będziemy wychodzić, tylko zagraca miejsce.
— Mogę go wynieść.
— Nie musisz od razu…  
— Wyniosę go — przerwał mi, podchodząc. — Ty masz odpoczywać, więc… poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę. — Pocałował mnie delikatnie i wyszedł z pokoju, trzymając pudełko.
Byłam zmęczona. I to bardzo. Nawet nie ciążą, tylko poranną sesją u psychiatry. W końcu znalazłam do tego odpowiednią osobę, choć wydawało mi się to na nic. Podejrzewałam, że z miejsca dostanę psychotropy, a nie mogłam ich przyjmować ze względu na dziecko. Pozostawało więc tylko siedzenie i rozgrzebywanie przeszłości, a nie miałam na to ochoty. Wiedziałam jednak, że muszę to zrobić. Nikt na mnie nie naciskał, ale po każdym widziałam, co uważali — moi rodzice, Julie i Harvey mieli ten sam wyraz twarzy, gdy pojawiał się temat terapii. Wszyscy sądzili, że powinnam na nią pójść, więc w końcu się poddałam. Wiedziałam, że pochłonie to znaczną część pieniędzy, ale ostatecznie… nie musiałam się wyprowadzać, co wiązało się z dodatkowymi kosztami; nadal miałam oszczędności, choćby te ze sprzedaży kolczyków od Gavina oraz oddania kosztownego pierścionka zaręczynowego i obrączki. No i wywalczyłam podwyżkę u Darrena. Nie było źle. Nadal na pierwszym miejscu stawiałam dziecko, ale nie mogłam całkowicie zignorować swojego zdrowia psychicznego. Bo bardzo chciałam wrócić do normalności.
Nie chciałam psychiatry mężczyzny. Wiedziałam, że przecież nie każdy z nich był Gavinem, ale opowiadanie o tym, jak doświadczyłam przemocy ze strony mężczyzny… wolałam kobietę. Po prostu. Każdy to rozumiał. Wylądowałam u kobiety o dość surowym spojrzeniu, ale zaskakująco łagodnym głosie, który od razu łagodził pierwsze wrażenie. Miała na imię Joanne i wydawała się bardzo kompetentna. Niestety, rozbierała wszystko na czynniki pierwsze. Musiałam opowiadać… całe swoje życie. Nawet dzieciństwo. Chciała wiedzieć, czy wybierając Gavina, kierowałam się być może pierwszym wzorcem mężczyzny, jakiego miałam. To ukryte pytanie niemal odebrało mi dech z oburzenia. Sugerowała, że mój tata też nadużywał przemocy fizycznej i psychicznej, że wybrałam sobie męża na jego podobieństwo. Stanowczo zaprzeczyłam, a ona wycofała się z tematu i drążyła kolejny. Czułam się, jakby tymi pytaniami wypompowywała ze mnie wszystkie siły. Dlatego to tak męczyło.
Po terapii miałam jeszcze USG, na które pojechałam z Harveyem. Ledwo wróciliśmy do mieszkania, do drzwi zapukał kurier z rzeczami dla dziecka. Teraz, gdy były już rozpakowane, sięgnęłam w końcu po zdjęcia, które schowałam w torebce. Patrzyłam na malutkiego człowieczka i zastanawiałam się, co czułam. Nadal byłam zdziwiona, że ciąża rozwijała się prawidłowo. Spodziewałam się, że wszystko będzie źle, od samego początku, bo przecież… to było dziecko Gavina. On zawsze oznaczał kłopoty… tymczasem wszystko było w porządku. Wszystkie objawy pasowały do piętnastego tygodnia. Mniejsze nudności i wymioty, powrót apetytu, lekko zaokrąglony brzuch — wszystko się zgadzało. Dziecko wyczuwało już moje nastroje, dlatego bardzo starałam się niczym nie martwić bez powodu i dbać o to, by się nie denerwować. Ciężko było to zrobić, jednocześnie chodząc na terapię i wspominając czasy, kiedy bił mnie własny mąż, ale w kółko przypominałam sobie, że teraz już nic mi nie groziło, byłam bezpieczna.
Harvey wrócił akurat, gdy podniosłam się z łóżka i ruszyłam do kuchni, by nalać nam mrożonej herbaty z lodówki. Po głowie ciągle chodziła mi jedna rzecz i zastanawiałam się, czy go o nią zapytać. W końcu stwierdziłam, że i tak nie przestanę o tym myśleć, więc podając mu szklankę, zapytałam:
— Czy Sheila kiedykolwiek wspominała ci o swoim byłym chłopaku?
Harvey zmarszczył brwi i pokręcił głową.
— Nie, nie sądzę. Dlaczego pytasz?  
— Bo raz powiedziała mi coś takiego… — Poszliśmy usiąść na fotele. — Że jej poprzedni chłopak ją uderzył. I że ciężko było jej zaufać kolejnemu mężczyźnie, dopóki nie spotkała ciebie. — Zerknęłam na Harveya, który tym razem uniósł wysoko brwi. — Poczułam z nią wtedy nić porozumienia, ale teraz muszę przyznać, że się zastanawiam… czy nie skłamała.
— Po co miałaby kłamać?
— Żeby mnie przekonać, że mnie rozumie, że mamy coś wspólnego. — Wzruszyłam ramionami. — Powiedziała też, że wiedziała, że zbliżając się do mnie, zbliży się do ciebie.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Upił parę łyków herbaty, a potem rzucił:
— Nie mam pojęcia. Nic takiego mi nie mówiła. Nigdy. Nie wiem, czy skłamała. Powiedziałbym, że nie jest taką osobą, ale ostatecznie nikogo tak do końca nie znamy.
Nie musiał dodawać nic więcej. Ja też nie powiedziałabym, że Gavin był taką osobą.
Chyba wyczuł, że o nim myślałam, bo dodał:
— Żadnych wieści?
Potrząsnęłam głową.
— Nie. Żadnych nekrologów, żadnych wiadomości. Gdyby coś się stało, chyba byśmy już o tym wiedzieli? — Poprawiłam się na fotelu. — Może ten jeden raz mówił prawdę…  
— Nie liczyłbym na to — burknął Harvey.
— A ja właśnie na to liczę. Dużo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że Gavin miał swoje… epizody. Chwile, gdy myślał absolutnie trzeźwo, gdy był normalny i żałował tego, co robił. Oczywiście, szybko się kończyły, ale jednak były. To były chwile absolutnej szczerości. Opowiadał mi wtedy o sobie i swoim dzieciństwie… to były rzeczy, których nie mógł zmyślić, bo odbijały się one w jego zachowaniu.  
— Do czego zmierzasz?
— Że może ta chwila, gdy do mnie zadzwonił, też była jednym z tych epizodów kompletnej szczerości. Może naprawdę chciał wyjechać i zostawić wszystko za sobą.
— Może. — Harvey pochylił się ku mnie. — Ale nawet jeśli tak było, nie jest powiedziane, że po tym epizodzie nie nastąpi kolejny, tym razem negatywny, i nie zmieni zdania. Choćby i początkowo kompletnie szczerego.
Westchnęłam, przykładając rękę do brzucha.
— Masz rację.
— Nie myślmy o tym. Najważniejsze, że go nie ma. Jeśli szczęście nam dopisze, nie wróci. — Nagle coś mu się przypomniało. — Pokażesz mi zdjęcia?
— Jakie zdjęcia?
— Z USG.  
To było… pozytywne zaskoczenie. W gabinecie byłam sama. Nie chciałam, by Harvey ze mną wchodził. Wolałam nie dopuszczać do sytuacji, kiedy pani wykonująca badanie zapyta z uśmiechem, czy tata dziecka w końcu postanowił dołączyć. Nie chciałam, by Harvey poczuł się do czegoś zobowiązany lub zmuszony. Weszłam tam sama, a zdjęcia od razu schowałam do torebki. Nie sądziłam, że chciał je widzieć. Nadal nie wiedziałam, co tak właściwie między nami było.
— Poczekaj, mam je w torebce. — Wstałam z fotela i poszłam do sypialni, by po chwili wrócić z kawałkiem papieru. — Proszę. — Podałam je Harveyowi i obserwowałam, jak jego twarz rozświetla uśmiech.
— Wydaje się spory.
— A waży tylko siedemdziesiąt gram. — Uśmiechnęłam się. — I jeszcze nie znamy płci, a już mówimy jak o chłopaku.
— Bo dziwnie mi mówić „dziecko” albo „to”. Brzmi bardzo bezosobowo. — Oddał mi zdjęcie. — Może powinniśmy wymyślić jakieś neutralne imię.
— Niby jakie?
— Sam nie wiem. Siedemdziesiąt gram… Do czego to można porównać? Wiem, że każdy tydzień ciąży to jakiś owoc. — Zrobił mądrą minę, a ja znowu się zaśmiałam.
— Mała gruszka.
Harvey skrzywił się teatralnie.
— To bardzo słabe imię.
— No właśnie. Nawet samo „gruszka” nie brzmi najlepiej.
— To chyba nie ma się co sugerować tymi owocami. A może… no nie wiem, Jagódka? — Uśmiechnął się szeroko. — Bo cały czas masz ochotę na jagody.
— Ale to brzmi jak imię dziewczynki, a miało być neutralnie.  
— Przecież nie nazwiemy go „Pizza”.  
Parsknęłam śmiechem.
— No nie, rzeczywiście.
— Ewentualnie „Winogrono”. Chyba najbardziej neutralne.
— Nie podoba mi się. Brzmi dziwnie.
— Fakt. Wracamy do damsko brzmiących jagód?
— Dobra, to umawiamy się, że będzie neutralne, nieważne jak brzmi. Jagódka… podoba mi się. — Czułam, jak po całym ciele rozlewa mi się ciepło. To, jak Harvey mówił o dziecku, jak chciał być częścią ciąży i to, że powiedział właśnie „nazwiemy”, w liczbie mnogiej… to było cudowne. — Jesteś głodny?
— A ty?
— Bardzo — przyznałam.
— Na co masz ochotę?
— Na burgera. — Westchnęłam ciężko. — Ale to odpada.
— Czemu?
— A co, myślisz, że taki burger z McDonalda jest szczytem zdrowej żywności?
— Taki z McDonalda niekoniecznie, ale możemy zrobić domowe. Co ty na to? Mogę iść kupić jakieś bułki, mięso, cebulę, sałatę… może do tego sos żurawinowy?
Na samą myśl aż zaburczało mi w brzuchu.
— O rany, tak.
— No to załatwione. Pójdę na szybkie zakupy i zaraz wrócę.
Już zapomniałam, jak dobrze było mieć go obok.

Choć początkowo nic na to nie wskazywało, w końcu mogłam stwierdzić, że… byłam szczęśliwa. To słowo dziwnie brzmiało w moich ustach, ale właśnie tak było. Powoli zaczynałam dostrzegać pozytywy, a negatywne rzeczy znikały. Wszystko było dobrze. Miałam pracę, która nie była już utrapieniem. Miałam przyjaciół. Miałam… Harveya, który cały czas był obok, pomagał mi i sprawiał, że codzienność wcale nie była taka trudna do zniesienia. Miałam dziecko, które już nie było dla mnie tylko źródłem niepokoju i stresu. Zaczynałam je kochać. Zaczynałam cieszyć się tym, że będę mamą. Nawet jeśli nie będzie miało ojca, wiedziałam, że zrobię wszystko co w mojej mocy, by być najlepszą mamą na świecie. Julie miała rację, mówiąc, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Czułam, że nawet teraz było szczęśliwe, tak jak ja — wyczuwało mój nastrój i dostosowywało się do niego. Spotkania z Joanne też przynosiły efekty. Nie spektakularne, oczywiście; raz było lepiej, raz gorzej, ale ten ciężar, który nosiłam w piersi, zaczynał powolutku się zmniejszać. Gavina nie było i z każdym dniem czułam się spokojniejsza. Mogłam zacząć żyć. Rozdrapywanie przeszłości było bardzo bolesne, ale teraźniejszość utrzymywała mnie na powierzchni. Joanne przekonała się, że to wcale nie początkowy wzorzec mężczyzny pchnął mnie w stronę Gavina. Powodem była moja żałoba po Olivii, której nie przepracowałam zbyt dobrze, a raczej — wcale. Teraz już to wiedziałam. Zbyt mało mówiłam o siostrze, bo ból sprawiał, że nie chciałam tego robić. Tłamsiłam uczucia, ból po jej stracie, przez co nie myślałam jasno. Nie byłam sobą. Tonęłam i potrzebowałam kogoś, kto mnie uratuje. Tym kimś… okazał się Gavin. A przynajmniej tak sądziłam. Wykorzystał to, że byłam w nienajlepszym stanie psychicznym i z łatwością wślizgnął się do mojego życia.  
Żałoba nie minęła, bo nadal tęskniłam za siostrą każdego dnia, ale Joanne przekonała mnie, że powinnam zacząć o niej mówić. Odpychanie wspomnień i czasów, gdy żyła, nie było dla mnie dobre. Nie mogłam dłużej wszystkiego dusić, dlatego pewnego wieczora zebrałam się na odwagę i otworzyłam w laptopie folder ze zdjęciami siostry. Musiałam najpierw przepracować to sama. Ze ściśniętym gardłem oglądałam nasze zdjęcia z dzieciństwa, później te z nastoletnich lat. Robiłam to każdego dnia, po trochu. Patrzyłam na zdjęcia, aż przestałam cała zalewać się łzami i byłam w stanie wykrztusić choćby jedno słowo. Dopiero wtedy usiadłam na łóżku z Harveyem i zaczęłam wszystko mu pokazywać. Zaczęłam opowiadać o siostrze, o tym, jaka była otwarta, zabawna, ładna i dużo odważniejsza niż ja. Odtwarzałam głupie filmiki, które w pewnym momencie zaczęły mnie bardziej śmieszyć niż smucić. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio tyle mówiłam. W pewnym momencie trafiłam na film, na którym Olivia otwierała szampana i upuściła go sekundę po tym, jak korek wystrzelił. Szampan upadł na ziemię, a jego strumień pod ciśnieniem uderzył dokładnie w jej twarz i ułożone włosy, przez co zaczęła wrzeszczeć jak opętana. W tym momencie popłakałam się ze śmiechu i z tęsknoty za nią, aż zaczęły mnie boleć mięśnie brzucha. Musiałam się uspokoić. Zamknęłam laptopa, ocierając łzy i przytuliłam się do Harveya.
— Wydaje się zabawna — powiedział, obejmując mnie.
Bardzo spodobało mi się to, że powiedział to w czasie teraźniejszym. „Wydaje się” — nie „wydawała”.
— Tak. Zawsze była tą zabawniejszą. Ja byłam bardziej poważna… w końcu byłam jej starszą siostrą. Ale to ona często zachowywała się jak ta starsza, dawała mi różne rady, bo ja byłam w wielu sprawach kompletnie zielona.
— Na przykład jakich?
— Na przykład… randkowania. — Uśmiechnęłam się lekko. — Nigdy nie potrafiłam wyluzować. Zawsze musiałam się kontrolować. Ona… próbowała mnie nauczyć bardziej luzackiego podejścia do życia. Strasznie mi tego brakuje… — Głos lekko mi się załamał, ale ciągnęłam dalej: — Bez niej czuję się strasznie staro, co jest ironią, bo przecież jestem jeszcze młoda. Tylko że już nie ma obok mnie nikogo, kto by mi o tym przypominał. Kto sprowadzałby mnie na ziemię, gdy tylko zaczynałam gadać i robić głupoty. To dlatego… to wszystko się wydarzyło. Gdybym miała Olivię obok siebie, pewnie wybiłaby mi z głowy Gavina, zanim…  
Nie musiałam kończyć tego zdania. Oboje dobrze wiedzieliśmy, co chciałam powiedzieć. Przez chwilę milczeliśmy. Harvey gładził mnie palcami po ramieniu. W końcu odezwałam się ponownie:
— Wiesz, jeśli to dziewczynka… myślałam, żeby dać jej na imię Olivia.  
Czułam, że na mnie spojrzał, choć ja nadal patrzyłam przed siebie.
— A chcesz, żeby to była dziewczynka?  
— Nie wiem — odparłam zgodnie z prawdą. — Ta ciąża jest taka… dziwna. Nadal jest dla mnie czymś nowym. Sam fakt, że w ogóle jestem w ciąży, jest niedorzeczny.
— Pytam, bo wydaje mi się, że unikasz rozmowy o płci. Ale może się mylę.
Westchnęłam cicho. Nie mylił się.
— Nie. — Odsunęłam się, by na niego spojrzeć. — Ja po prostu… boję się. Tak, może podświadomie chcę, by to była dziewczynka, bo tak strasznie się boję, że jeśli to będzie chłopak…  
— Będzie miał jego twarz — dokończył Harvey za mnie. Już się nie uśmiechał. — I będzie taki jak on.
Skinęłam głową ze ściśniętym gardłem, a wtedy on westchnął i lekko się wyprostował.
— Rozumiem cię, ale nie wydaje mi się, żeby to tak działało. Zło nie jest dziedziczone. To wybór. Gavin miał popapranych rodziców i okropne dzieciństwo, ale wiele osób tak ma. I wiele z nich wychodzi jednak na ludzi. To on źle wybrał. Źle postępował, usprawiedliwiając się parszywym dzieciństwem. Jasne, że to ma wpływ, ale nie musi być definiujące. Ty wychowasz swoje dziecko dobrze, więc nie masz się czego obawiać.
— Na pewno nie mam? — zapytałam cicho. — Ile matek psychopatów i morderców było w szoku po odkryciu, co zrobiły ich dzieci? Zarzekały się wtedy, że były dobre, że dały im szczęśliwe dzieciństwo, że ich synek był absolutnie normalny i nie potrafiłby skrzywdzić muchy… tymczasem ich kochane dziecko kogoś zabiło. Z zimną krwią. Może to nie jest kwestia wychowania, ale genetyki. Może ona jednak jest silniejsza. Wiesz… — zawahałam się, ale skoro już rozmawialiśmy na ten temat… — Czytałam kiedyś książkę… Ojciec dziecka miał skłonności psychopatyczne i był agresywny. Jego dziecko wychowywało się w innej rodzinie, więc teoretycznie nie powinno być do niego podobne, ale jednak było. Zdiagnozowano u niego coś, co nazywa się dzieckiem nieczułym emocjonalnie. — Skrzywiłam się. — A u dorosłych po prostu psychopatią. I skąd to się wzięło? Skąd, jeśli to dziecko było z dala od swojego biologicznego ojca? Tu zarządziła genetyka. Może jednak coś w tym jest i wychowanie nie ma znaczenia…  
— Poczekaj — przerwał mi Harvey, widząc, że się nakręcałam. — Po pierwsze, to tylko książka. Wcale nie musi mówić prawdy. Nie twierdzę, że coś takiego nie istnieje, tylko po prostu autor mógł nagiąć rzeczywistość tak, by pasowało mu to do fabuły. O ile nie był to żaden poradnik napisany przez psychologa, nie ma co się tym sugerować. — Zerknął na mnie z niepokojem. — Poza tym, mówisz, że chodziło o dziecko. Dziecko, które nadal się rozwijało. Skąd mamy wiedzieć, kim okazało się być, gdy już dorosło? — Wziął mnie za rękę. — Możemy gdybać, ale nigdy nie dowiemy się czegoś na sto procent. Zgadzam się, dziecko może odziedziczyć po Gavinie więcej niż wygląd. I może być podatne na coś, co tylko on był w stanie przekazać, coś złego. Ale uważam, że najważniejsze jest to, że ty będziesz jego mamą. I pokażesz świat od tej dobrej strony. Pokażesz, że ludzie mogą być dobrzy.
Wzruszenie ścisnęło mi gardło.
— A jeśli to będzie chłopak? Jeśli będzie wyglądał jak Gavin? Boję się, że go znienawidzę… — szepnęłam, z całych sił starając się nie płakać.  
— Nie znienawidzisz go. — Harvey brzmiał tak pewnie, że niemal mu uwierzyłam. — Nie mogłabyś. Nie ty.  
Julie mówiła to samo. Chciałam im wierzyć, bo sama nie byłam tego taka pewna.  
— A jeśli to rzeczywiście będzie dziewczynka… uważam, że to świetny pomysł, by nazwać ją Olivia. Może dzięki temu poczujesz się, jakbyś odzyskała siostrę. — Uśmiechnął się. — Jedna z moich kuzynek nie jest w ogóle podobna do swoich rodziców, wszyscy mówią, że cała z niej siostra mamy. Może i tutaj tak będzie. Może to będzie mieszanka ciebie i Olivii.  
Uśmiechnęłam się lekko.
— Być może. — Podobała mi się ta myśl. Może naprawdę mogłam po części odzyskać siostrę. Może dzięki temu ciężar w mojej piersi mógł nieco się zmniejszyć.
Zamilkliśmy na chwilę, a Harvey nagle powiedział:
— Raz widziałem cię na cmentarzu. Z nim.  
Zaskoczyła mnie ta nieoczekiwana zmiana tematu. Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
— Byłeś tam?
Pokiwał głową.
— Przyszedłem i was zobaczyłem. Widziałam, jak z nim stałaś… I widziałem, jaka byłaś nieszczęśliwa. Nie masz pojęcia, jak bardzo wtedy żałowałem tego wszystkiego.  
Pokręciłam lekko głową. Nie chciałam o tym myśleć, ale w środku mnie rozlało się ciepło, gdy usłyszałam, że Harvey tam był. Przecież nie musiał. Wtedy nie było go w moim życiu.  
— Przestań się obwiniać. Nie możemy ciągle do tego wracać. Wszystko minęło. Wszystko dobrze się skończyło. Gavina nie ma. Nie możemy ciągle żyć przeszłością.  
— Żeby to było takie proste…  
— Nie jest. Ale trzeba iść naprzód. Zbyt wiele już wycierpiałam, nie chcę dłużej w tym siedzieć. Nie mogę dłużej zajmować się przeszłością… mam wystarczająco dużo rzeczy na głowie. Teraźniejszych. Zbyt długo tkwiłam w przeszłości, a teraz… mam wrażenie, że wszystko zaczyna się układać. — Wyciągnęłam rękę, a Harvey splótł nasze palce.
— Masz rację. Nie wracajmy do tego. Skupmy się na Jagódce.
To była chyba najlepsza rzecz, jaką mógł w tej chwili powiedzieć.  

Nagle zrobił się środek czerwca i było już bardzo ciepło. W kawiarni non stop pracował blender, robiąc mrożone kawy, a jeszcze częściej była uzupełniana kostkarka do lodu. Ludziom nie chciało się aż tak bardzo jeść, więc rzadko robiliśmy coś w kuchni. Najwięcej roboty było z różnymi frappuccino, koktajlami, z nakładaniem lodów i ciast. Mój brzuch na szczęście nie był jeszcze na tyle duży, by mi w tym przeszkadzać, choć byłam już w czwartym miesiącu — ale chyba i tak byłam jedną z tych szczęściar, które miały mały brzuch przez całą ciążę. Gdy miałam na sobie luźniejszą bluzkę, właściwie niczego nie było po mnie widać. Minęły mi już praktycznie wszystkie dolegliwości, byłam ciągle głodna, bo jedzenie stało się nagle moim najlepszym przyjacielem. Miałam dzięki temu dużo energii i czułam się lepiej. Dziecko było już wielkości średniej pomarańczy, ale dla nas — dla mnie i dla Harveya, a także dla Julie, której spodobał się nasz pomysł — nadal pozostawało Jagódką.
Każdego ranka budziłam się i zastanawiałam, czy to będzie właśnie ten dzień, kiedy coś zburzy mój spokój i wszystko się zmieni; czy punkt dwunasta do kawiarni wejdzie Gavin i pośle mi swój uśmiech, wiedząc, że byłam przekonana, że już nigdy więcej go nie zobaczę, a on jak zwykle mnie przechytrzył… ale nic takiego się nie działo. Nie było go, a ja nie słyszałam o nim niczego nowego. Przestałam śledzić nekrologi, bo już nie widziałam w tym sensu. On wcale się nie zabił. Miał wtedy dziwny nastrój, ale wyglądało na to, że po prostu chciał zacząć od nowa. Zastanawiałam się, czy miał kolejną dziewczynę, czy z nią też chciał zbudować rodzinę w równie toksyczny sposób. Nie wierzyłam, że się zmienił, ale w naszej ostatniej rozmowie miał świadomość swoich błędów. Chciałam, by tak zostało i by nikogo więcej już nie skrzywdził. Nie pozwalałam sobie jednak na długie myślenie o nim. Poświęcałam mu jedynie mały ułamek każdego swojego dnia, bo miałam mnóstwo innych spraw, nad którymi musiałam się zastanawiać.
Tak jakby sama ciąża nie była dostatecznym wyzwaniem… Nadal miałam mętlik w głowie, jeśli chodziło o Harveya. Nadal nie byliśmy razem. Od tamtej rozmowy żadne z nas nie rozpoczęło ponownie tematu. Nie zmieniało to faktu, że Harvey cały czas był obok — pomagał mi, przytulał, pomagał w przygotowywaniu jedzenia czy rozpakowywaniu paczek dla maluszka. Zachowywał się, jakby był moim partnerem, ojcem dziecka, i choć bardzo to doceniałam, nie chciałam w żaden sposób na niego naciskać. To przecież nie była jego rola. Pogodziłam się już z tym, że będę samotną matką. Nie mogłam oczekiwać od Harveya, że będzie zajmował się dzieckiem Gavina. Nie byliśmy na to przygotowani. Nadal nie wiedziałam, jak powinniśmy rozwiązać ten problem. Mieliśmy się teraz znowu… spotykać? Chodzić na randki? Mogliśmy, ale co później? Nie mieliśmy za dużo doświadczenia w byciu razem; tym bardziej w wychowywaniu razem dziecka. Przecież nie mogliśmy zacząć razem mieszkać. Nie było też czasu na pozwolenie, by sprawy między nami rozwijały się same, bo w pewnym momencie randki będą musiały się ukrócić, gdy będę myślała jedynie o tym, czy moje dziecko jest nakarmione, czy nie trzeba go przewinąć, kiedy trzeba je położyć na drzemkę. Zapewne będę od stóp do głów pokryta wymiocinami, śliną i ostatnie, o czym będę myślała, to wyjście na randkę. Nie widziałam wyjścia z tej sytuacji i choć nie była ona nagła, to źle się czułam z tym, że nie wiedziałam, kim dla siebie byliśmy. Nie potrafiłam określić, jaki właściwie Harvey miał stosunek do mojej ciąży. Niby czasami kładł rękę na moim brzuchu, mówił o Jagódce, pomagał ze wszystkim, ale czasem jakby był zdziwiony, że w ogóle w tej ciąży byłam. Ciężko było go za to winić, bo czasem sama o tym zapominałam. Łatwo było o tym zapomnieć, zwłaszcza jak czułam się dobrze, ale wtedy na przykład się przytulaliśmy i już coś było nie tak, bo brzuch, choć niewielki, już nieco zawadzał. Chcąc nie chcąc, zastanawiałam się też, czy w obecnej sytuacji pójdziemy w ogóle do łóżka. Przytulanie powoli przestało mi wystarczać, a ciągła obecność Harveya obok nie pomagała. Nie miałam żadnych przeciwwskazań, by nie uprawiać seksu w ciąży, więc tym bardziej mnie to kusiło. Gdybym miała, gdyby lekarz mi zabronił, byłby to solidny argument i mogłabym przestać o tym myśleć… ale tak? Nie mogłam powstrzymać się od zastanawiania, czy w ogóle byłam jeszcze dla Harveya atrakcyjna, czy on w ogóle chciałby… I jeśli mielibyśmy to zrobić, to teraz, zanim mój brzuch już całkiem nam to uniemożliwi…  
Powoli wariowałam. Chciałam porozmawiać o tym z Julie, ale jakoś ciężko było mi zacząć ten temat. W dodatku to chyba nie z nią powinnam rozmawiać. Może Harvey uważał, że ja tego nie chciałam? Że nie byłam gotowa albo się bałam? Nie bałam się jego. Miałam blizny na psychice, ale wiedziałam, że Harvey nigdy nie zachowałby się tak jak Gavin. Nigdy by mnie nie skrzywdził. Ale skoro nie byliśmy razem, czy w ogóle miało to sens? Czułam się też winna, bo wiedziałam, że przez nas Sheila teraz cierpiała. Ostatecznie przecież była miła i dobra, nie zasłużyła na to. Nie chodziłam już w okolice, gdzie pracowała, bo bałam się konfrontacji z nią i właściwie nie miałam po co tam iść. Nawet gdybym jej powiedziała, że Harvey i ja nie byliśmy oficjalnie razem, pewnie by mi nie uwierzyła. Musiałam wyrzucić ją z głowy.
Skończyłam zmianę o czternastej i minęłam się w drzwiach z Pam i Julie. Zaczekałam na Briana, który był ze mną na porannej zmianie, ale musiał jeszcze wylewnie przywitać i pożegnać się z Julie. Później odprowadził mnie do mieszkania i poszedł do siebie. Poszłam wziąć prysznic, bo po bieganiu przez pół dnia było mi strasznie gorąco. Później odgrzałam sobie obiad, usiadłam do książki i nagle minęły prawie trzy godziny, a Harvey zdążył wrócić z pracy. Zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam, że trzymał jakąś paczkę.
— Co to? — zapytałam z ciekawością, wstając, by odgrzać mu obiad.
— Prezent.
— Dla mnie?
— A dla kogo? — Wyszczerzył się, stawiając paczkę na stole. — Nie zrozum mnie źle, lubię Julie, ale nie aż tak, żeby kupować jej prezenty.
— Ale… dlaczego? — Porzuciłam odgrzewanie obiadu i odwróciłam się, przewiercając wzrokiem paczkę.
— A musi być jakiś powód?
— Zwykle prezenty daje się na urodziny. Albo w ramach podziękowania.
— A ja ci go daję tak po prostu. — Wziął nożyk z szuflady i zaczął rozcinać paczkę. — Ale skoro potrzebujesz powodu… W porządku, daję ci to za wszystkie urodziny, których nie chciałaś świętować.  
— Ale…  
— Nie chcesz zobaczyć, co to jest, zanim powiesz kolejne „ale”? — przerwał mi, uśmiechając się szeroko.
— Chcę — przyznałam, bo byłam szalenie ciekawa. Podeszłam do stołu i ze środka paczki odgarnęłam folię i wypełniacze, by po chwili wyciągnąć kolejne pudełko. Wytrzeszczyłam oczy. — Harvey…  
— No co? Nie wmówisz mi, że ci się nie podoba.
— Oczywiście, że mi się podoba, ale…  
— To bądź cicho i podziękuj. — Uśmiechnął się i pochylił, by mnie pocałować.
— Dziękuję, ale… — Nie mogłam uwierzyć, że kupił mi blender kielichowy — i to nie byle jakiej jakości.
Westchnął i parsknął śmiechem.
— To już chyba z piąte „ale”, które usłyszałem w ciągu dwóch minut. Nie będę tego zwracał. Jest ciepło, więc nie chce ci się jeść, ale przecież musisz, więc będziesz mogła robić sobie koktajle… chyba nawet można zrobić w nim lody. — Zaczął wyciągać z pudełka części.
Miał rację. Było zbyt ciepło, by chciało się jeść normalne posiłki. W pracy niestety przysługiwała mi tylko jedna kawa i z pewną zazdrością patrzyłam, jak klienci popijali chłodne, owocowe koktajle. Nie miałam w mieszkaniu blendera, więc musiałam obejść się smakiem… aż do teraz. Nie mogłam się powstrzymać i szeroko się uśmiechnęłam.
— Nie musiałeś… ale dziękuję. Bardzo. — Podeszłam, by mocno go przytulić. Zaczęłam cieszyć się jak dziecko. — To wspaniały prezent.
— A więc się cieszysz?
— Bardzo. I Jagódka też się ucieszy — dodałam, po czym szybko podeszłam do zamrażarki, żeby sprawdzić, czy miałam tam kostki lodu. — To co, myjemy i robimy pierwszy koktajl? — Aż zatarłam ręce z radości.
— To ja umyję, a ty pomyśl, z czego chcesz zrobić.
Blender szybko dostał swoje miejsce w kuchni, a ja nadal byłam wzruszona. To był taki… dorosły prezent, ale i tak cholernie romantyczny i przydatny. Koktajl wyszedł idealny i cieszyłam się jak wariatka, bo wiedziałam, że Harvey chciał ułatwić mi życie i rzeczywiście mu się to udało. Posiedzieliśmy jeszcze trochę, a później rzucił pomysł, byśmy poszli do kina. Otworzyłam laptopa, by zobaczyć ofertę, ale po głowie chodziło mi zupełnie co innego. Przeglądałam listę filmów, podczas gdy Harvey stał przy blacie, ale jednocześnie zastanawiałam się, czy w ogóle chciałam tam iść.  
— No i co? Grają coś ciekawego? — zapytał w końcu Harvey, chyba już lekko zniecierpliwiony.
Otrząsnęłam się z transu.
— Zdefiniuj „coś ciekawego”.
— Coś, co nie zanudzi na śmierć ani mnie ani ciebie.
Parsknęłam śmiechem.
— Nie wiem. Jest dużo komedii romantycznych…  
— O nie.
— I ze dwa dramaty, ale dramatów mam już powyżej uszu.  
— A coś kryminalnego? — zapytał z nadzieją.
— Coś chyba się znajdzie, ale ta jedna komedia romantyczna też brzmi nieźle…  
Westchnął.
— Zanim się zdecydujesz, to te wszystkie filmy zdążą już zdjąć. — Uśmiechnął się ironicznie.  
— Bardzo śmieszne. Wolałbyś, żebym wybrała pierwszy lepszy? — Zamknęłam laptopa i wzięłam głęboki wdech. Teraz albo nigdy. — Chyba jednak nie chcę iść do kina.
— Ok, nic na siłę. A co chcesz robić? — Przyglądał mi się uważnie.  
Odłożyłam laptopa i podeszłam do niego, obejmując go w pasie i wyciągając szyję, by go pocałować. Odwzajemnił pocałunek, wyraźnie zaskoczony, bo to nie był jeden z tych krótkich buziaków, którymi zwykle się raczyliśmy. Wplótł rękę w moje włosy, ale wyczułam, że robił to dość ostrożnie, jakby się wahał, czy mógł sobie na to pozwolić. Nieśmiało wsunęłam rękę pod jego koszulkę i wtedy już stało się jasne, czego chciałam. Wtedy się ode mnie oderwał.
— Ale… Jesteś pewna? — zapytał cicho. — Może nie powinniśmy…  
— Nie chcesz?
— Oczywiście, że chcę. — Wywrócił oczami. — Ale…  
— I kto teraz powtarza „ale”? — Uśmiechnęłam się pod nosem.  
— Bardzo śmieszne — powtórzył po mnie. — Po prostu nie chcę zrobić czegoś, co…  
— Nie jestem porcelanową lalką, Harvey. Nie jestem już skrzywdzona i bojąca się wszystkiego. Chcę znowu poczuć się jak kiedyś.
Widziałam po jego minie, że nadal się wahał, więc znowu zaczęłam go całować i tym razem już się tak nie opierał. Zaczęły powracać znajome motylki w brzuchu. Tym razem już nikt nie stał nam na przeszkodzie, ani Kira, ani Gavin, ani Sheila. Byliśmy tylko on i ja. Przenieśliśmy się szybko do sypialni, gdzie zaczęliśmy zdejmować z siebie ubrania. Nie czułam się do końca pewnie, mając lekko wystający brzuch, ale Harvey traktował mnie dokładnie tak jak zawsze i wydawało się, że wcale mu to nie przeszkadzało. Całował mnie tak jak kiedyś, ale odczuwałam to jeszcze mocniej, intensywniej.
Tym razem nie musieliśmy już używać prezerwatywy. Nie musieliśmy przerywać i chyba oboje się z tego cieszyliśmy. Nieważne, czy byliśmy razem czy nie, chciałam po prostu, by był blisko. Mimo upływu czasu… nic się nie zmieniło. Jeśli już, było tylko lepiej. Nagle znowu czułam się sobą. Czułam się, jakbym wróciła do domu.  




Przepraszam za długą nieobecność, ale niestety skupiłam się bez reszty na nieuchronnie zbliżającej się obronie magisterki... jak już w końcu będzie po, będę spać przez tydzień 😅

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 5973 słów i 33402 znaków.

1 komentarz

 
  • sylwinka

    powodzenia na obronie

  • candy

    @sylwinka nie dziękuję 😃 stres mnie pożera 🙈