Empiria — rozdział 27

Empiria — rozdział 27— O mój Boże! — jęknęłam zachwycona, gdy wysiedliśmy z autobusu i pokonaliśmy kilkaset metrów, które dzieliły nas od domku. — Dlaczego od razu nie powiedziałeś mi, jak tu pięknie?
Harvey parsknął śmiechem.
— Aha, czyli nieważne były inne argumenty, że nie musiałabyś za to płacić, że byłabyś z dala od centrum albo że miałabyś dużo miejsca dla siebie i dziecka, najważniejsze było to, że jest tu pięknie, tak? Faktycznie, mogłem od tego zacząć. I właściwie na tym skończyć.
— Mogłeś. Wtedy już dawno bym tu zamieszkała. — Patrzyłam z zachwytem na drewniany domek z zielonym daszkiem oraz zieloną werandą pełną kwiatów, podczas gdy Harvey szukał kluczy.  
— Uprzedzam, że być może będziemy musieli trochę tam posprzątać — zastrzegł, otwierając w końcu drzwi. — Dawno tu nikogo nie było.
— O ile to nie będzie pleśń, grzyby czy jakieś dzikie roślinności, to w ogóle mi to nie przeszkadza. — Weszłam do środka i wylądowałam w dość przestronnej, biało—drewnianej kuchni, pełnej nieco staromodnych szafek oraz kredensów. Na środku stał biały stół z białymi krzesłami, które były przewiązane zielonymi poduszeczkami. Ku mojemu zdziwieniu, stał tam też wazon z kwiatami, które wcale nie wyglądały na stare, tylko świeże. Od razu zdjęłam buty, by stanąć boso na zimnych kafelkach, co przyniosło natychmiastową ulgę. Rozglądałam się z ciekawością po niskim, drewnianym dachu, po meblach, by odkryć stary, ale bardzo zadbany komplet filiżanek oraz spodeczków, a nawet małą szafeczkę na butelki z winem. Obróciłam się w stronę Harveya z szerokim uśmiechem. — Boże, mogłabym tu zostać na resztę życia — przyznałam. — To totalnie moje klimaty.
— Cieszę się — powiedział z uśmiechem. — Wiesz, że zawsze możesz tu wrócić. Kiedy tylko będziesz chciała. Tchnęłabyś tu trochę życia.
— Życie i tak już tu jest. — Wskazałam na wazon z kwiatami. — Mówiłeś, że dawno tu nikogo nie było, ale to temu przeczy.
Na chwilę zmarszczył brwi, po czym nagle wywrócił oczami.
— Chyba wspomniałem mamie, że przyjedziemy najpierw tutaj, więc pewnie tu wpadła i posprzątała, żebyś ty nie musiała tego robić.
— O rany. — To brzmiało bardzo miło, ale tylko dodatkowo mnie zestresowało. — Jak ja się jej za to odwdzięczę?
— Nie musisz się nikomu za nic odwdzięczać.
— Nie muszę? Twoi rodzice byli gotowi zaoferować mi ten domek, nie chcąc nic w zamian, a teraz jeszcze został w dodatku przygotowany na moją wizytę? To już za dużo.
— Moja mama właśnie taka jest. I też nie będzie chciała, żebyś się jej odwdzięczała. — Otworzył nagle drzwi obok jednego z kredensów i zajrzał do środka. — No tak, mogłem się tego spodziewać. Dziwne, że nie ma na łóżkach łabędzi z ręczników.
Przez chwilę zastanawiałam się, czego takiego mógł się spodziewać, ale okazało się, że to był po prostu kolejny wazon ze świeżymi kwiatami. Przeszłam do pokoju, który okazał się beżową sypialnią z dużym łóżkiem, na którym leżała fioletowa pościel. Czuć było od niej intensywny kwiatowy zapach, więc musiała zostać świeżo wyprana. W rogu pokoju stał wielki biały fotel z fioletową poduszką. Wyszłam z powrotem do kuchni, obok odkrywając drugie drzwi, za którymi były kręte schody. Poszłam na górę, by odkryć kolejną sypialnię oraz łazienkę na poddaszu, również z drewnianymi akcentami — nawet na podnóżkach wolnostojącej wanny. Wyglądało to absolutnie wspaniale.  
Harvey nagle znalazł się obok mnie.
— Chcesz się wykąpać?
— Może za chwilę. Harvey, tu jest po prostu cudownie. Jak to możliwe, że nie chcesz tu mieszkać?
— To chyba nie moje klimaty — przyznał. — I czułbym się tu dziwnie. Sam, z daleka od centrum… Ale z towarzystwem jest o wiele lepiej. — Przyciągnął mnie do siebie i delikatnie pocałował. — Może jednak kiedyś rozważysz przeprowadzkę tutaj. Widzę, że ci się podoba. Aż oczy ci się świecą. — Uśmiechnął się. — I wyglądasz pięknie.
Uśmiechnęłam się, jednocześnie rumieniąc, bo nie spodziewałam się takiego komplementu.
— Wiesz, gdy po raz pierwszy wspomniałeś o tym domku, brzmiał strasznie obco, ale teraz, gdy go zobaczyłam… tu jest tak swojsko, tak spokojnie. — Aż westchnęłam. — Nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu spotkać coś złego.
Może dlatego, że ten domek był absolutnym przeciwieństwem apartamentu Gavina. On nigdy nie zamieszkałby w czymś takim. To było poniżej jego standardów. U niego musiał królować przepych, a nie taki nieco staromodny, wiejski styl. Może właśnie dlatego tak mi się tutaj podobało.
— Cóż, ekspresu do kawy tutaj nie znajdziesz, ale na szczęście niedaleko są sklepy, kawiarnie i restauracje. Jakbyś czegoś potrzebowała, to mów.  
— Potrzebuję tylko ciebie — wymsknęło mi się, ale przecież to była prawda. Harvey uśmiechnął się szeroko i objął mnie. — Na którą godzinę mamy iść jutro do twoich rodziców?
— Jakoś na obiad. Mama pewnie przygotuje tyle jedzenia jak dla rodziny królewskiej.
— Stresujesz mnie — jęknęłam. — Boże, muszę coś zrobić, bo nie wytrzymam. Może jakieś ciasto.
— Naprawdę nie musisz.
— Ale chcę — powiedziałam z naciskiem. — Możemy pójść do sklepu po jakieś składniki i coś wymyślę.
— Nie wątpię, że wymyślisz, ale miksera też raczej tutaj nie ma. — Uśmiechnął się z rozbawieniem. — A piekarnik… hmm, trochę bałbym się go włączyć. Jest ryzyko, że domek wybuchnie.
— Mówiłeś, że to nie jest żadna rudera.
— Mówiłem. — Westchnął. — No dobra. Próbowałem po prostu zamaskować swoje lenistwo.
Parsknęłam śmiechem.
— Damy radę i bez miksera. Przebiorę się tylko i możemy iść. — Chciałam zejść na dół i wyciągnąć jakieś ubrania z walizki, ale Harvey przytrzymał mnie w miejscu. — Co?
Popatrzył na mnie tak, że aż przeszły mnie ciarki.
— Dawno nie czułem się tak szczęśliwy — powiedział po chwili. — Zacząłem myśleć, że może… spotkaliśmy się wcześniej w nieodpowiednim czasie. Dlatego nasze drogi się rozeszły. Oboje popełniliśmy dużo błędów i to był po prostu zły czas. Nie twierdzę, że dobrze się stało, że przeszłaś przez to wszystko i że tyle wycierpiałaś, ale… sam nie wiem, mam wrażenie, że to nas sprowadziło z powrotem do siebie. Nie wiem, czy to ma sens — przyznał. — Powiedz mi, jeśli gadam głupoty.
Objęłam go mocniej w pasie i spojrzałam mu w oczy.
— Wiem, że nie chciałeś, by tak się stało. Próbowałeś mnie ochronić. Masz rację, to był zdecydowanie nieodpowiedni czas, ale teraz… — Splotłam nasze palce. — Nawet mimo nieprzewidzianych przeszkód mam wrażenie, że właśnie tak miało być. Ja też jestem szczęśliwa, a nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek będę.
Staliśmy przez chwilę w ciszy, przytulając się i napawając tą chwilą, po czym Harvey odsunął się i uśmiechnął.
— No dobrze, to chodźmy do tego sklepu, ty uparta, nadambitna istoto.

Dzień zleciał bardzo szybko. Gdy wróciliśmy ze sklepu, chciałam zabrać się od razu za pieczenie ciasta, ale stwierdziłam, że skoro szliśmy dopiero na obiad, zdążę zrobić to rano i wtedy będzie świeższe. Wobec tego wyciągnęliśmy laptopa, mimo że w domku nie było Internetu, więc musiał nam wystarczyć pakiet z telefonu. Oglądaliśmy serial, a później, gdy zrobiło się już późno, zajęliśmy się innymi rzeczami. Tym razem nie było już żadnych kłótni, a ja ze wszystkich sił próbowałam się nie stresować sobotą.
Wstałam rano, bo ze zdenerwowania nie mogłam już dłużej spać. Tak się wierciłam, że Harvey w końcu też wstał — jęcząc, że przecież był weekend — po czym poszedł się umyć, a ja zeszłam do kuchni, by zabrać się w końcu za przygotowywanie ciasta. Nie miałam tu za dużo możliwości, bo miksera rzeczywiście nie było, więc chciałam zrobić ciasto czekoladowe, które było w miarę proste; ponoć jego rodzice też lubili czekoladę, więc miałam nadzieję, że wszystkim będzie to pasowało.
— To ja może pójdę po jakieś śniadanie i kawę, co? — odezwał się Harvey, schodząc w końcu z góry i pachnąc żelem pod prysznic. Pocałował mnie we włosy.
— Jestem tak zestresowana, że chyba nic nie przełknę — jęknęłam.
— Ale Jagódka pewnie by chciała coś zjeść.
— No tak… — Spuściłam wzrok na swój brzuch. Chciałam zadać mu pewne pytanie, ale miał rację — należało coś zjeść. — No dobrze, to czekam na ciebie. I zacznę robić ciasto.
— Jakieś specjalne życzenia? Babeczka z jagodami? Nie wiem, czy akurat taką znajdę, ale…  
— Nie, dzisiaj nie mam ochoty na nic szczególnego. Cokolwiek kupisz, będzie dobrze.
Potrzebowałam dłuższej chwili na zorientowaniu się w nowej kuchni; chciałam też umyć piekarnik, ale okazało się, że lśnił czystością, więc chyba i to już załatwiła mama Harveya. Było mi coraz bardziej głupio, choć przecież o nic jej nie prosiłam. Wydawała się być bardzo miła i uczynna, a jednak jedna kwestia nadal siedziała mi w głowie i spędzała mi sen z powiek.
Harvey wrócił jakieś dwadzieścia minut później, trzymając dwa plastikowe kubki i siatkę z zakupami.
— Proszę. Kawa mrożona. Wiem, że zaśmiecam tym planetę, ale inaczej nie mogłem tego przetransportować. — Podał mi jeden z kubków. — Mam chleb pełnoziarnisty, masło, szynkę, ser, pomidory… były też jakieś kiełki, więc je wziąłem. — Wyciągał wszystko z nieodgadnioną miną. — Bo wyglądają na zdrowe, ale szczerze mówiąc, trochę mnie przerażają.
Parsknęłam śmiechem.
— Przecież nie musisz ich jeść.
— Dotrzymam ci towarzystwa. — Zaczął szukać noża do masła, a wtedy ja zapytałam:
— Harvey, co twoi rodzice sądzą o mojej ciąży?  
W końcu. Powiedziałam to.  
Przerwał poszukiwania i spojrzał na mnie.
— A co mają o niej sądzić?
— Wiesz, o co mi chodzi… Jesteśmy razem, ale jestem w ciąży z innym. To nie najlepsza sytuacja. I stawia mnie w złym świetle.
— Nieprawda.
— No dobrze, wiem, że to dziecko mojego byłego męża, a nie wynik jakiegoś romansu, ale i tak… twoim rodzicom nie musi się to podobać. Jesteś za młody na bycie ojcem i to nieswojego dziecka. Na pewno nie są z tego powodu zadowoleni i nie chcą, żebyś marnował życie…  
Westchnął.
— Nie rozmawiałem z nimi za dużo na ten temat — przyznał w końcu, wyjmując nóż i wyciągając kromki chleba na dwa talerze. — Bo sam nie wiedziałem, co mam robić i co o tym sądzić.  
— To zrozumiałe.
— Ale moi rodzice nie są ograniczeni czy… staroświeccy. Owszem, to dość niekonwencjonalna sytuacja, ale czy mamy na nią jakiś wpływ? Nie bardzo. Przecież to nie twoja wina, że jesteś w ciąży. Wiedzą, jaką szują był Gavin, wiedzą, że cię bił, więc jak mogliby cię o cokolwiek winić?  
Postanowiłam zignorować czas przeszły w tym zdaniu — „był”, a nie „jest” … tak jakby już go nie było.  
Ale może to było najlepsze rozwiązanie — udawać, że już nie istniał.
— Nie twierdzę, że mnie winią. Nie chcę tylko im podpaść, nie chcę, żeby to wyglądało tak, że chcę cię złapać na dziecko albo…  
Przerwał mi jego śmiech.
— Ty chcesz mnie złapać na dziecko? — powtórzył z rozbawieniem. — Zważywszy na fakt, że to właściwie ja cały czas kręciłem się obok ciebie, a nie na odwrót, to bardzo mało prawdopodobne. — Przerwał smarowanie chleba i podszedł do mnie. — Przestań się martwić. Będzie dobrze. Wiem, że żadne z nas nie wie, co mamy teraz robić i pewnie szybko na to nie wpadniemy, więc… może po prostu płyńmy z prądem i tyle.  
Właściwie wydawało się to rozsądną radą. I tak nie mogliśmy niczego ustalać na sto procent, bo sytuacja była na to zbyt skomplikowana. Skinęłam głową.
— Masz rację. — Wzięłam głęboki oddech. — Spróbuję się uspokoić.
— Naprawdę nie masz się czym denerwować. Jeśli poprawi ci to humor, nie przepadali za Kirą — dodał. — A ty jesteś całkiem inna niż ona, więc…  
Wywróciłam oczami.
— Choć nie wierzę, że to mówię, ja ją lubię.
— Ja też nie wierzę, że to mówisz.
— Miałeś rację, zmieniła się. Nie całkiem, jak to Kira, ale… myślę, że to ona ostatecznie przekonała Gavina do dania mi rozwodu. Tym, że wspomniała o Isobel. Ja nie miałam tej wiedzy i bez niej by mi się to nie udało. — Nagle coś sobie uświadomiłam. — O Boże, Kira.
— Co z nią?
— Ona nawet nie wie… Nie powiedziałam jej, że Gavin zniknął. Albo… — Słowa „nie żyje” nie chciały mi przejść przez gardło.
— A co ona ma z tym wspólnego?
— Jej też zniszczył życie, Harvey.
— Jak wielu innym osobom — burknął.
— Powinna wiedzieć. — Nagle poczułam wyrzuty sumienia, że jej tego nie powiedziałam, że ostatnio o niej zapomniałam. To było dziwne, bo przecież nie była nawet moją przyjaciółką, a jednak… łączyła nas pewna więź. — Muszę się z nią spotkać.
— Naprawdę nigdy nie sądziłem, że to usłyszę — mruknął Harvey, podczas gdy ja sięgnęłam po komórkę i zaczęłam pisać smsa:  
AURORA: Cześć. Możemy się spotkać za parę dni?
— Powiedzmy, że jestem w stanie zrozumieć, dlaczego się w niej zakochałeś.  
— Czyżby? — Uniósł brew.
— To znaczy, gdy ją poznałam, była okropna, zachowywała się jak rozkapryszona księżniczka, ale teraz, gdy już więcej o niej wiem i mam świadomość, że była na dnie… trochę bardziej ją rozumiem. — Przeniosłam wzrok na komórkę.
KIRA: Możemy. A o co chodzi? Masz mi coś konkretnego do powiedzenia czy po prostu zostajemy przyjaciółkami?
AURORA: A może i to, i to?
KIRA: Niech ci będzie.

— Świat jest dziwny — westchnął Harvey. — A kobiet nigdy nie zrozumiem.
— I nie musisz — powiedziałam z uśmiechem. — No dobrze, róbmy, co mamy robić, bo czas ucieka.

Wybór ubrania na zapoznanie rodziców chłopaka nigdy nie był prosty, ale wybór ubrania na zapoznanie rodziców chłopaka w ciąży był jeszcze gorszy, mimo że i tak miałam ograniczone możliwości, bo przecież nie przywiozłam ze sobą całej szafy. Było bardzo ciepło, wręcz gorąco, więc spakowałam ze sobą długą białą sukienkę, która nie krępowała ruchów ani brzucha. Miała kwiatowy wzór, więc wydawała mi się odpowiednia, ale miała też rozcięcie, które odsłaniało nogę i nagle przestało mi się to podobać.  
— Za dużo o tym myślisz. Jest lato, a ty jesteś w ciąży. Moi rodzice naprawdę nie oczekują, że przyjdziesz w burce.  
— Bardzo śmieszne.
— Chyba nie będziemy teraz iść na zakupy — zauważył rozsądnie Harvey. — Zakładaj to — polecił. — Chyba że wolisz iść w tej piżamie, która nawiasem mówiąc też jest urocza, ale na jej widok już mogliby się trochę zdziwić.
Miał rację, więc w końcu przestałam roztrząsać kwestię sukienki i po prostu ją założyłam. Zabezpieczyłam ciasto, by nic się z nim nie stało podczas drogi. Mogliśmy ją pokonać na piechotę, ale nogi miałam nieco spuchnięte, więc Harvey zdecydował, że podjedziemy autobusem. Denerwowałam się, i to bardzo, ale starałam się tego nie pokazywać. Gdy wysiadłam z autobusu, poczułam ulgę, choć na zewnątrz wcale nie było dużo chłodniej. Ruszyliśmy w stronę, którą wskazał mi Harvey i po paru minutach szczęka mi opadła na widok ogromnego domu, którego nie spodziewałam się zobaczyć wśród takiej natury, drzew i kwiatów.
— Rany, ile osób tu mieszka? — wyjąkałam, patrząc na rozpiętość domu.
— Tylko rodzice.
— W takim ogromnym zamku?
— To nie zamek.
— Nie, masz rację. To raczej pałac. — Nagle zaczęłam się stresować jeszcze bardziej. Ledwo zdążyłam zauważyć równie duży ogródek z owocami i warzywami obok domu, bo nagle otworzyły się drzwi i ktoś wyszedł ze środka.
— Tylko spokojnie — rzucił Harvey. — Nie zjedzą cię.
Jego mama już czekała z uśmiechem, który się poszerzył, gdy podeszliśmy bliżej. Ledwo wyjąkałam przywitanie, bo nagle zdjął mnie ogromny stres, nawet mimo jej przyjaznego uśmiechu i tego, że objęła mnie na powitanie. Usiłowałam doszukać się w jej twarzy rysów Harveya, ale był zdecydowanie bardziej podobny do swojego taty. Chyba wszyscy widzieli, że się denerwowałam i starali się stworzyć przyjazną atmosferę, więc wkrótce zaczęłam się uspokajać. Póki co nikt nie patrzył nachalnie na mój brzuch, ale wiedziałam, że ten temat nie przejdzie bez echa. Szczęka dosłownie mi opadła, gdy zobaczyłam kuchnię — przestronną, nowoczesną, w kolorze drewna oraz czerni, z bardzo szerokim blatem oraz wyspą na środku. Widać było, że jego rodzice byli bogaci. Sam Harvey nigdy się z tym nie afiszował i dlatego, patrząc na niego, poczułam, że kocham go jeszcze bardziej — właśnie ze względu na ten niby nieistotny szczegół. To nie był Gavin, który szastał pieniędzmi na prawo i lewo. Mimo że dom Harveya też był nowoczesny i duży, tutaj nie czułam się jak w złotej klatce. Może dlatego, że wcale nie panował tu nieskazitelny porządek. Kuchnia była piękna, ale jednocześnie wyglądała tak, jakby należała do zwyczajnych ludzi, którzy gotują sobie posiłki, a nie zamawiają je z restauracji, urządzając pomieszczenie tylko na pokaz.  
— Zrobiłam tortille po meksykańsku, mam nadzieję, że ci to pasuje? — zwróciła się do mnie mama Harveya z ciepłym uśmiechem, wyrywając mnie z zamyślenia.
— Oczywiście. Jestem pewna, że będą pyszne.
— No cóż, mistrzynią kuchni może nie jestem, ale akurat przy tym daniu mam absolutną pewność, że go nie zepsuję. Harvey je uwielbiał. Zanim, oczywiście, przeprowadził się na swoje i zaczął żywić się tylko pizzą. — Wywróciła oczami, odrzucając do tyłu swoje ciemne włosy.  
— Chciałam pani podziękować za przygotowanie domku, naprawdę nie trzeba było, posprzątalibyśmy tam sami…
— Nonsens. — Machnęła ręką. — Jest upał, a ty nie powinnaś się przemęczać. — W końcu jej wzrok zjechał na mój brzuch. — Jak się czujesz?
— Dobrze, dziękuję… — Od razu poczułam skrępowanie.  
— Harvey opowiadał nam, przez co przeszłaś… — dodała łagodnym tonem. — Nawet sobie tego nie wyobrażam. Żadna kobieta nie powinna być tak traktowana. Jesteś… naprawdę dzielna.
— Nie miałam wyjścia. — Wargi zaczęły mi drżeć, ale spróbowałam się uśmiechnąć. — Zwłaszcza gdy dowiedziałam się o dziecku… musiałam jakoś dać sobie radę. Harvey bardzo mi pomaga…  
— Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Zawsze był chętny do pomocy, nawet jako dziecko, a potem to tylko się wzmocniło. Czasem się martwię, że jeszcze się to na nim odbije, bo wiadomo, jak to jest w dzisiejszych czasach… — Potrząsnęła głową. — Człowiek jest dobry, pomocny, ale i tak obraca się to przeciwko niemu.
— Czy ktoś tutaj mnie obgaduje? — Harvey nagle wszedł do kuchni i posłał mi kojący uśmiech. — Ponoć miał być obiad, a nie pogaduszki.
— To bądź tak miły i zanieś to do jadalni. — Jego mama wcisnęła mu w ręce naczynie żaroodporne. — Żebyśmy mogły dalej cię obgadywać.
Parsknęłam krótkim uśmiechem, a Harvey wywrócił oczami.
— Wiedziałem, że tak będzie.
— Mam coś zanieść? — zapytałam, bo nagle zrobiło mi się głupio, że stałam z pustymi rękami.
— Ależ nie. Wszystko już jest gotowe, więc mam nadzieję, że jesteś głodna. — Wzięła mnie pod rękę i poszłyśmy za Harveyem, do pomieszczenia obok, czyli przestronnej jadalni. Na widok masy jedzenia od razu zrobiłam się jeszcze bardziej głodna. Oprócz tortilli stał tam też koszyczek z chlebem, talerz z pokrojonym awokado, sałatka i parę innych rzeczy. W tle leciała muzyka z telewizora. W końcu zaczęliśmy jeść, a ja byłam już prawie spokojna. Jego rodzice byli naprawdę bardzo mili. Nie wchodzili na niewygodne tematy, rozmawiali ze mną tak, jakby wcale nie poznali mnie pięć minut temu. Wiedziałam jednak, że prędzej czy później wrócimy do tematu dziecka — i nie myliłam się.
Tata Harveya w końcu odchylił się na oparcie i posłał mi znaczące spojrzenie.
— Wiesz, Aurora, jeśli będziesz miała problem… jakikolwiek… zawsze możesz się do nas zwrócić o pomoc.
Znowu się zawstydziłam.
— Dziękuję, to bardzo miłe, ale… — Cóż, trzeba było w końcu powiedzieć na głos to, co wszyscy myśleli. — Nie chcę robić kłopotu. To nie jest dziecko Harveya… — Od razu ściszyłam głos, tak jakbym mówiła coś zakazanego. — I tak zrobili państwo dla mnie wystarczająco dużo.
— Nieważne, kto jest ojcem, to też twoje dziecko — wtrąciła jego mama. — A jesteś ważna dla Harveya, więc też dla nas.
— Dziękuję, ale naprawdę nie…  
— Mówiłem, że ona tak zawsze — przerwał mi Harvey. Już miałam lekko się zirytować, bo jego wypowiedź brzmiała dziwnie, ale uśmiechał się do mnie ciepło. — Ty naprawdę nie lubisz przyjmować pomocy.
— Bo… — Nie znalazłam na to argumentu. — Bo to tylko i wyłącznie moja sprawa, więc nie chcę angażować w to innych… Nie potrzebuję żadnej jałmużny.
— Kochanie, nikt nie mówi o jałmużnie — odezwała się jego mama, potrząsając głową. — Mówimy o czymkolwiek. Naprawdę. Jeśli będziesz miała jakikolwiek problem, po prostu możesz się do nas zwrócić. Trzeba sobie pomagać. Jesteś młoda, masz przed sobą całe życie i osobiście chciałabym, żebyś jeszcze zdążyła się nim nacieszyć. Nie zasługujesz na bycie samotną matką. Jeśli byś potrzebowała, żeby ktoś zajął się dzieckiem, jeśli ty lub twoi rodzice będziecie już tym wykończeni… nie wahaj się dzwonić. Przydałoby się tu trochę życia. — Odwróciła się, by posłać uśmiech swojemu mężowi. — Harvey stanowczo za szybko dorósł. Już zapomniałam, jak brzmi dziecięcy płacz.
Jego tata teatralnie się skrzywił.
— Za tym akurat nie tęsknię — powiedział i zaśmiał się. — Ale masz rację. To mogłoby być ciekawe.  
To by było na tyle z tego, co mówił Harvey — że nie czuje się gotowy na bycie ojcem, ale chce być obok. Jego rodzice już przejęli rolę dziadków, czym byłam wzruszona, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jemu mogło się to nie do końca podobać. Już sama nie wiedziałam, co było lepsze.
— Dziękuję — powiedziałam w końcu. — Będę o tym pamiętać.
Nie wróciliśmy już do tego tematu. Zjedliśmy obiad, a po nim przyszedł czas na deser. Wszyscy oprócz mnie wypili też trochę wina, uprzednio pytając mnie ze sto razy, czy nie mam nic przeciwko temu. W końcu zrobiło się późno. Mimo że na dworze było jeszcze trochę jasno, zrobiłam się senna. Harvey w końcu przeciągnął się i powiedział:
— Chyba powinniśmy już wracać.
— No co ty. — Jego mama stanowczo pokręciła głową. — Jest już późno, a ty wypiłeś alkohol.
— Przecież nie jestem nawet pijany. A nawet gdybym był, to nie prowadzę samochodu.
— Nie ma sensu, żebyście teraz wychodzili. Po alkoholu dzieją się różne rzeczy, zresztą robi się ciemno. Przygotowałam Aurorze pokój gościnny. Na pewno chciałaby się już położyć.
Chciałam, ale nie planowałam spędzać tutaj całej nocy. Mimo wszystko doceniłam jej gest.  
— Dziękuję. Właściwie… możemy zostać. — Zerknęłam niepewnie na Harveya. — Wrócimy jutro rano.
— No dobra — westchnął, wstając i sięgając po talerze. Od razu wstałam, by mu pomóc, ale zbył mnie machnięciem ręki. — Ja posprzątam.
— Chcę ci pomóc.
— Powinnaś odpoczywać.
— Nie jestem w dziewiątym miesiącu, jeszcze umiem się poruszać.
— Nie wątpię. — Posłał mi szelmowski uśmiech, tak, by jego rodzice nie widzieli, a ja musiałam się pilnować, by się nie zarumienić. — Ale i tak obstawiam przy swoim.
W końcu przegrałam tę walkę — wszyscy troje sprzątnęli ze stołu, a mnie udało się zanieść do kuchni jedynie sól, pieprz i butelkę oliwy. Później Harvey zaprowadził mnie na górę, kierując się zapewne do pokoju gościnnego. Gdy zapalił światło, przesunęłam wzrokiem po pomieszczeniu, pozytywnie zaskoczona szarawą tapetą z motywem lasu oraz nocnego nieba. Pokrywała tylko jedną ścianę, a reszta była pomalowana jasnoszarą farbą. Stał tam biały stolik z białymi krzesłami, biała komoda z telewizorem i ciemnoszara rozkładana kanapa, na której leżała pościel. W rogu pokoju stało drzewko z białymi światełkami, a na komodzie zielone roślinki i świeczki. Było tu bardzo ładnie.  
— Masz piękny dom. — Aż westchnęłam. — Całkiem inny od domu cioci, ale też wspaniały.
— Dzięki, ale to raczej nie ja powinienem dziękować, tylko mama, bo to ona go urządzała.  
— W takim razie ma gust. — Opadłam na kanapę, po czym przeniosłam wzrok na Harveya. — Czy twoja mama przygotowała mi ten pokój, żebyśmy spali osobno?
Parsknął śmiechem.
— Myślę, że nie łudzi się, że żyjemy w celibacie. Raczej zrobiła to dlatego, że ja mam dość małe łóżko, a ty potrzebujesz miejsca.
— Jeszcze nie jestem wielorybem. Pokażesz mi swój pokój?
Lekko się zmieszał.
— No… nie wiem… dawno tam nie wchodziłem. Pewnie wszędzie leży kurz.
— Czyli twoja mama sprząta wszędzie, ale nie tam?
— Już dawno temu zawarłem z nią pakt, że ma nie ruszać niczego, co leży w moim pokoju. Potem tego pożałowałem, jak sam musiałem go sprzątać i składać sobie pranie.
Zaśmiałam się.
— I sądzisz, że nie rusza go nawet teraz, jak już tu nie mieszkasz?
— Nie odważyłaby się.
— No to sprawdźmy. — Wstałam z łóżka i poszłam w stronę drzwi. Harvey powlókł się za mną, mrucząc coś pod nosem. Wskazał mi drzwi, przez które weszłam i zapaliłam światło. Nigdzie nie było kurzu, za to normalny pokój, należący niegdyś do nastolatka — nawet tutaj było widać, że wszystko było nowoczesne. Kolorystyka była podobna do tej w kuchni, ściany były ciemne, a meble drewniane. Łóżko rzeczywiście było trochę małe. Przesuwałam wzrokiem po półkach z książkami, po biurku, na którym leżała porzucona klawiatura i komputer stacjonarny, który wyglądał, jakby od dawna nie był włączany. — No cóż, nie widzę tu kurzu. Jednak mama złamała wasz pakt.  
Westchnął ciężko.  
— Tego się obawiałem.
— Czyli… zamierzasz spać tutaj?
— A chcesz, żebym spał z tobą?
— Oczywiście, że tak.
— To dobrze, bo odzwyczaiłem się od tego łóżka. I, szczerze mówiąc, ta kanapa w pokoju gościnnym jest wygodniejsza. — Wywrócił oczami. — Typowo. Niech dziecko połamie sobie kręgosłup, ale ważne, że goście się wyśpią.
Parsknęłam śmiechem.
— Dasz mi coś do spania? Raczej nie będę spała w tej sukience.
— Jasne.  
Gdy leżeliśmy już na kanapie, a światło dawało jedynie drzewko stojące w rogu pokoju, Harvey objął mnie ramieniem i zapytał:
— No i jak ci się podobała wizyta? Było się czego bać?
— Nie było — przyznałam. — Ale zrobiło mi się głupio, gdy twoi rodzice zaoferowali mi pomoc.
— Wiem, że chcesz być silną i niezależną kobietą, ale naprawdę nie musisz aż tak opędzać się od pomocy. — Pogłaskał mnie po włosach. — Dlaczego aż tak się przed tym bronisz?  
— Bo to nie fair.  
— Nie fair jest, żebyś ze wszystkim musiała radzić sobie sama, zwłaszcza że nie planowałaś tej ciąży, a w dodatku zaszłaś w nią z byłym mężem, który zniknął. Dziwisz się, że ludzie chcą ci pomagać?
Fakt, to naprawdę kiepsko brzmiało.
— Co innego, gdy pomaga mi Julie albo ty… ale twoi rodzice? To już za dużo.
— Sama ich słyszałaś. Chętnie to zrobią.
— Ale nie powinni. Dopiero co do siebie wróciliśmy i… to nie tak, że mają być teraz dziadkami. — Aż przymknęłam oczy z zakłopotania. — A przez chwilę poczułam się, jakby przyjęli taką rolę.
— To tylko oferta pomocy — powiedział z naciskiem Harvey. — Nie roztrząsaj tego tak.
Milczałam przez chwilę, usiłując dotrzeć do sedna problemu, aż w końcu przypomniały mi się słowa, których użył Harvey, gdy mówił mi, dlaczego tak naprawdę ze mną zerwał. Uświadomiłam sobie, że idealnie pasowały do obecnej sytuacji.
— Chodzi o to, że… ja też nie chcę, żebyś marnował życie u boku kogoś, kto przez najbliższe osiemnaście lat będzie musiał myśleć o dziecku… To mój bałagan, nie twój.  
Westchnął ciężko.  
— Więc co? Oczekujesz, że cię zostawię? Bo to nie mój problem?
— Nie, oczywiście, że nie, tylko…  
— Wiem, że to okropna sytuacja. I wiem, że nie chcę jej przyspieszać. Bo może poczułabyś się pewniej, gdybym włożył ci pierścionek na palec i wtedy chociaż część twoich wątpliwości by się rozwiała.
O Boże. Aż zarumieniłam się ze wstydu.
— Nie o to mi chodziło — bąknęłam. Ostatnie, czego potrzebowałam, to to, by myślał, że chciałam go do czegoś zmusić — na przykład do takich kroków. — Broń Boże, Harvey, w ogóle nie o to…  
— Wiem. To był tylko przykład. Bo pewnie wtedy byłabyś spokojniejsza i być może wtedy moi rodzice mieliby większe prawo oferować swoją pomoc, bo byłoby to normalniejsze. — Założył mi kosmyk włosów za ucho. — Ale nic tu nie jest normalne. — Uśmiechnął się lekko. — A ja nie chcę marnować czasu, roztrząsając to. Wolę zobaczyć, co będzie. Dlatego byłoby dobrze, gdybyś ty też spróbowała to zrobić. Po prostu zaakceptować to, że nie znamy wszystkich odpowiedzi i że potrzebujesz pomocy, którą możesz otrzymać od większej ilości osób. I tyle.
Przez chwilę milczałam. W końcu rzuciłam:
— Jestem strasznie uparta, co?
Uśmiechnął się.
— Owszem. Ale ja też. Czeka nas ciężka droga.
— Damy radę. Musimy tylko… nawzajem się stopować.  
— Brzmi jak plan.
W końcu głowa mi opadła i zaczęłam przysypiać. Tym razem już niczym się nie stresowałam. Byłam z daleka od centrum, od Gavina, od wszystkich problemów… i spałam jak dziecko.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 5416 słów i 30617 znaków.

Dodaj komentarz