Podcięte skrzydła / 1

                                                              JUSTIN
   Aiden wkroczył do mojego pokoju z szerokim uśmiechem na ustach i torbą w dłoni.
   – Justinie Green, gotów podbić Oksford, gdy zgaśnie światło dnia? Za godzinę, góra dwie ruszamy w miasto. Nie próbuj się wykręcać, bo widzę, jak intensywnie myślisz, aby mnie spławić. Trzeba uczcić twój pierwszy dzień wolności, a zaczniemy od twojego ulubionego trunku. – Potrząsnął torbą. Po pokoju rozszedł się brzęk szkła.  
   – Czyżby Stella Artois? – spytałem, połykając ślinę na samą myśl.  
   – A jakby inaczej. Oczy ci świecą jak lampa za rogiem. Pamiętasz jeszcze posmak goryczki w ustach?  
   – Moje kubki smakowe szaleją z tęsknoty – stwierdziłem, niecierpliwie czekając, aż Aiden sięgnie do torby.
   Minęły sekundy, które dla mnie wydawały się wiecznością, zanim rzucił butelkę, którą natychmiast otworzyłem o kant biurka. Na widok piany wydostającej się przez szyjkę i zapachu unoszącego się w powietrzu, zrobiło mi się ciepło na sercu. Wziąłem porządny łyk i wykrzywiłem twarz. Odwykłem od tego smaku, niemniej łaknąłem więcej.  
   – Widać starą szkołę. Dwa podejścia i prawie nic nie zostało – stwierdził, siadając na fotelu i zarzucając nogi na łóżko. Jego jasnobrązowe włosy sięgające uszu zafalowały.
   – Od razu lepiej. Jak mi tego brakowało – przyznałem, machając butelką. Dopiłem i postawiłem ją obok łóżka.
   Aiden postawił torbę na biurku i zdjął szarą bluzę. Dzisiaj był wyjątkowo ładny i ciepły dzień. Zero chmur. Zachodzące słońce zaglądające przez okno sprawiało, że chciało się żyć.  
   – Na rozluźnienie? – zaproponował, wymachując piwem przed moją twarzą.  
   – Jeszcze pytasz. – Wybuchnąłem śmiechem, pozbywając się kapsla i od razu wlałem do gardła dużą ilość płynu. Ogarniał mnie spokój. Napięcie przed zderzeniem z przeszłością i wkroczeniem na okupione bólem ścieżki trochę zelżało.  
   – Zwolnij, bo będę cię zbierał z podłogi, a nie taki jest plan – drwił ze mnie, marszcząc nos.
   Czyżby zapomniał, na co mnie stać? Na imprezach nie miałem sobie równych, a gdy konkurenci odpoczywali z głową na stole albo lądowali pod nim, ja sięgałem po kolejne.
   – To i jeszcze jedno dla równowagi. Już się dzisiaj nasłuchałem i mam na uwadze, żeby się pilnować, bo jak się odpalę i coś odwalę, z automatu wracam do ośrodka. „Ojciec już o to zadba”, jak powiedziała mama.          
   – Miałeś długą przerwę, poza tym obaj wiemy, że ty i alkohol… Ciotka już mnie zbeształa, że piwo przemycam. – Zaśmiał się, zerkając, czy przypadkiem ktoś nie stoi pod drzwiami.
   – Obiecałem, że będę grzeczny.  
   – Wybacz, ale trudno mi w to uwierzyć. Kiedy na imprezie u Paula rozwaliłeś ścianę łączącą pokój z sąsiadami, również mówiłeś, że będziesz grzeczny – parsknął śmiechem.
   – Dawno nie widziałem cię w tak dobrym humorze. Ostatnio… – Gardło mi się zacisnęło na wspomnienie tego, co mu zrobiłem.
   – Justin, co się stało? – spytał z troską w głosie i spojrzał na mnie tymi swoimi ni to niebieskimi, ni szarymi oczami, które zmieniały kolor jak kameleon.
   Uśmiechał się, żartował, znów się na mnie otwierał, a we mnie budziły się wyrzuty sumienia. Nie powiem, ucieszył mnie ten widok, zważywszy, że w dużej mierze to przeze mnie był pozbawiony życia.  
   – Nic takiego. Zamyśliłem się.
   – Chciałeś coś powiedzieć i urwałeś. O czym pomyślałeś?
   „O swojej głupocie” – stwierdziłem w myślach, patrząc na zaniepokojoną twarz Aidena.
   Jakiś czas temu nawaliłem i pomimo tysiąca wiązek przeprosin, nigdy mi tego nie wybaczył. Chciałbym umieć cofnąć czas, odwołać kumpli, których na niego nasłałem, czego następstwem była półroczna hospitalizacja i rehabilitacja. Mieli go nastraszyć, aby trzymał język za zębami i nie szczekał, że diluje, a oni... Kurwa, mało go nie zabili!  
   Gdy zobaczyłem go w szpitalu, podłączonego do tych wszystkich rurek, z posiniaczoną twarzą, takiego bezbronnego, cierpiącego przez to, że czasami zapominałem użyć mózgu, otrzeźwiałem i skończyłem z łatwym zarobkiem. Powiadają, że z tej branży się nie wychodzi, ja wyszedłem, dzięki Amber i jej bratu.
   Było coś jeszcze: w jego zachowaniu, spojrzeniu, traktowaniu mnie… Często odnosiłem wrażenie, że mnie nienawidzi, wręcz gardzi mną, jakbym zrobił coś jeszcze. Z drugiej strony, może źle to interpretowałem, bo przecież uratował mnie i dzwonił, gdy byłem na odwyku.  
   – Czasami się zawieszam, przywykniesz. Pozostałość po terapii. – Wymyśliłem na poczekaniu. Nie zamierzałem rozgrzebywać starych ran, chociaż nigdy tego nie przegadaliśmy, bo Aiden ucinał temat.  
   – Mam podobnie. – Zacisnął dłoń na moim bicepsie i zaczął go ściskać. – Przybyło ci tu i ówdzie
   Zmiana tematu była mi na rękę. Odłożyłem piwo i wstałem. Aiden bacznie obserwował, jak podwijam luźną bluzę, a ja z trudem powstrzymywałem śmiech na widok jego wytrzeszczonych oczu i rybiej miny, gdy zobaczył mój brzuch i klatę.  
   – Jakim cudem masz taką rzeźbę? Z tego, co się orientuję, w wariatkowie siłowni nie ma – zagadnął, marszcząc czoło.
   – Ojciec pogadał z kim trzeba i ćwiczyłem, bo co innego miałem do roboty pośród czterech ścian i materacy. Fakt, że pilnował mnie pielęgniarz, bo samemu nie mogłem, ale dzięki jego obecności i marudzeniu pod nosem, nie myślałem tyle o tym, co było.  
   – To ten, którego ugryzłeś w rękę? – spytał, powstrzymując uśmiech. Zdradzały to drżące wargi i policzki.
   – Tak. Skąd o tym wiesz? – Wziąłem kolejny łyk, głośno przełykając.  
   – Opiekunowie z ośrodka wydzwaniali do ciotki co najmniej dwa razy w tygodniu, skarżąc na ciebie. W kuchni na szafce wisi lista tego, co tam wyprawiałeś. Jest tego sporo: drapanie, kopanie, wyzywanie, płakanie, wyrywanie sobie włosów nie tylko z głowy, rwanie materaca, plucie, tańczenie, śpiewanie, mówienie do siebie itp. To wszystko mogę zrozumieć, ale żeby kogoś gryźć? Głodzili cię tam, czy co? – Puknął się w skroń kłykciem i otworzył piwo, do którego od razu się przyssał.
   – Nie byłem w kuchni, a co do jedzenia, karmili dobrze. Poszło o gazetę, której nie chciał mi oddać. Ściskał ją w dłoni i machał nią przed moim nosem, więc sam sobie wziąłem i zostawiłem pamiątkę, aby wiedział, że nie ze mną takie zabawy. Za każdym razem, gdy spojrzy na pełne uzębienie na swoim przedramieniu, pomyśli pięć razy, zanim zacznie kogoś przedrzeźniać. Oczywiście, oberwałem za to osiem dni izolacji, jednak nie żałuję – przyznałem dumnym tonem.
   – Od dawna wiadomo, że coś z tobą nie tak. Do tego te dziary. Aż strach spojrzeć, a co dopiero zagadnąć. Ręce widziałem, ale tors? Kiedy go zrobiłeś? Tylko tam, gdzie serce, pusto. Dlaczego tak?
   – To wszystko Aleca. Ma chłopak talent. – Zdjąłem bluzę, rzuciłem na łóżko i zadarłem podkoszulek, dodając: – Miejsce na sercu przeznaczone jest dla kogoś wyjątkowego. Była taka jedna, ale nie zdążyłem jej tutaj umieścić, zresztą sam wiesz. Może poznam kogoś, kogo imię przykryje skórę.
   Zrobiło mi się duszno, oddech przyspieszył. Nadal cierpiałem, gdy o niej myślałem, jednak z każdym dniem bolało mniej.
   – Co do Alecka, otworzył zakład i tatuuje dwie przecznice dalej.
   Aiden szybko pociągnął temat, gdy zauważył, że smutek zamazuje entuzjazm.  
   – Wiem, pochwalił się. Mam jeszcze plecy i nogi, które zamierzam upiększyć w najbliższym czasie. Mówił, że ma tylu klientów, że jeszcze trochę, a studio stanie się jego domem, ale dla mnie znajdzie czas – stwierdziłem.
   – Wiadomo, a tak z innej beczki, jak tam było? Chodzi mi o ośrodek i początki odwyku? – Nabrał powietrza do płuc i wypuścił je ze świstem. Był ciekawy, a ja nie miałem zamiaru dzielić się z nim trudnym okresem swojego życia.
   – Depresja, szaro, buro. Ogólnie do dupy, ale dałem radę. – Uznałem, że tyle mu wystarczy, a jak nie, to ma pecha, bo więcej się nie dowie.  
    Zaskoczył go mój minimalizm słowny, ale nie naciskał, bo już wiedział, że niczego ze mnie nie wyciągnie. To, czego doświadczyłem, nie było przyjemne, a tym bardziej łatwe do omówienia. Może kiedyś, gdy sam się z tym oswoję i będę gotowy, aby się przed kimś otworzyć, wyrzucę z siebie to, co mi ciąży.  
   – Gdzie idziemy?  
   – Do klubu. Niedawno otworzyli i jest w czym wybierać. Dziewczyn tam jak mrówek w mrowisku.  
   – Amber znalazła sobie kogoś? – Gryzłem wnętrze policzka, czekając, aż odpowie „nie”, bo podświadomie chciałem, aby tak właśnie było.
   – Jest sama. Chcesz do niej wrócić? Odradzam, bo… zresztą sam wiesz, jaka jest. Wulkan seksu ze skrzywioną psychiką. Frustratka, zazdrośnica i wariatka. Jest bardziej zakręcona niż tornado w Ameryce i nieprzewidywalna jak huragan na Hawajach.  
   – Nie mam wyjścia. Chyba że znasz inną, wokół której mógłbym się zakręcić? – Wlepiłem w niego wzrok, przygryzając górną wargę.  
   – Niestety nie – oznajmił bez owijania w bawełnę, a ja zrobiłem posępną minę, wzdychając głośno.
    Bywały chwile, że miałem dość Amber, jednak dużo nas łączyło i byłem wyposzczony. Gdy poddawano mnie terapii, dopiero przekonałem się, komu na mnie zależy i ona była jedną z osób, które nie zerwały ze mną kontaktu i dzwoniły, zainteresowane moim losem.
   – Napiszę do niej.  
   Wsadziłem dłoń do kieszeni bluzy, by wyjąć telefon, gdy Aiden powiedział:
   – Nie ma takiej potrzeby. Będzie w klubie, bo wie, że wyszedłeś i zawaliła mnie gradem pytań. Dałem jej namiary, gdzie nas szukać, więc pewnie spuścisz z krzyża. Jednak gdyby na twojej drodze stanęła inna, przypomnij jej zasady, bo znając jej tendencję do zapominania, może być grubo.
   Zacisnąłem palce na butelce, aż mi kostka strzeliła. Kiedy ćpałem, było mi lżej, bo zapominałem o szarej rzeczywistości. Teraz miałem się z tym wszystkim zderzyć i to było najgorsze.
   – Dziewczyna za dziewczyną do drugiej bazy, a deser... Amber i tak do końca życia. Też mi zasady. – Ściągnąłem brwi. – Pisałem anonimowo z paroma, lecz nie znalazłem drugiej, takiej jak Amber. Ile się naczytałem obelg w moją stronę, gdy dochodziłem do sedna sprawy, to głowa mała. Nigdy więcej takich eksperymentów.
   – Nie ma jak w realu. – Dopił piwo i sięgnął po kolejne, grzebiąc w telefonie.  
                                                                    ***
   Do pokoju przez uchylone drzwi zajrzała szczupła, wysoka szatynka o szarych oczach, uśmiechając się krzywo.
   – No pięknie. Od paru godzin w domu, a już pije – stwierdziła rzeczowo Nicole, dając do zrozumienia, że źle zaczynam.
   Odkąd pamiętam, miała zacięcie do dogryzania i stawiania kropki nad „i”. Tym pięknym przywitaniem chciała mnie zmotywować, nie zbesztać. To, że kończyłem drugie piwo, miało mi dać do myślenia, czy aby się nie zagalopowałem, bo co jak co, ale miała oczy wokół głowy i dostrzegła pustą butelkę na podłodze zaraz po tym, jak weszła.
   – Cześć, siostra. – Wstałem i przytuliłem ją z całych sił. – Stęskniłem się za twoim marudzeniem, wiesz? Piję z głową, więc nie musisz patrzeć bykiem. Jak coś, to staniesz na straży. Ciebie posłucham. Szkoda, że wcześniej tego nie robiłem.
   – Oj, było, minęło. Człowiek uczy się całe życie i zobaczymy, jakie wnioski wyciągnąłeś. – Poklepała mnie po ramieniu. Robiła tak zawsze, gdy powiedziałem o niej coś miłego. W drugą stronę dostawałem po głowie.
   – Zobaczymy.
  – Dobrze wyglądasz, zmężniałeś, ale to… – Pochwyciła mnie za nadgarstki, dodając: – Jeden, dwa rozumiem, ale tyle, niemniej ładne, a ten wilk na wzgórzu w otoczeniu drzew patrzący na księżyc i kawałek wszechświata ponad tym przykuwa uwagę. Jednak te czaszki i śmierć. No cóż. Twoje ciało.  
   – Siostra, nie zaczynaj. Lubię, to robię, poza tym za darmo. Jedynie głupi by odmówił. Sam gdzie?  
   – Zaraz tutaj będzie. Zapomniałeś, że mojemu mężowi wchodzenie po schodach zajmuje wieki. – Puściła do mnie oczko, spoglądając za siebie.
   – Oto i waga ciężka zawitała w nasze progi. Sam Harris we własnej osobie.– Aiden zaczął bić brawo, co nie spodobało się sapiącemu mężczyźnie.
   – No, wypraszam sobie. Już ci kiedyś mówiłem, że to nie jest śmieszne – zakomunikował oburzonym tonem, ścierając pot z czerwonej twarzy. Zmrużył oczy, jakby obawiał się, że wyskoczą mu z oczodołów.  
   Nie byłbym sobą, gdybym nie pociągnął tematu. Aiden nie odpyskował, co mnie zdumiało. Nie był tak bezczelny, jak ja, ale miał swoje za uszami.
   – Mogłeś zostać na dole, zeszlibyśmy do ciebie. Przytyłeś, widzę. – Przełknąłem ślinę i przybiłem Samowi piątkę. Nie chciałem się do niego przytulać. Podkoszulek przykleił mu się do piwnego brzuszka, a plamy potu były widoczne w okolicy szyi i piersi; o pachach nie wspomnę.
   – Zważaj na słowa, bo mam jeszcze na tyle siły, żeby dać ci po pysku. Sto pięćdziesiąt jeden kilogramów, panie ciekawski. Posuń się, bo nóg nie czuję. Dawno tutaj nie byłem. Nadal trzymasz ten ohydny plakat z mięśniakami. Zasłoń to, bo mi od niego niedobrze.
   Spojrzałem na Aidena – jego oczy się śmiały, a dłoń osłaniała usta. Chichotał pod nosem, co udzieliło się i mnie. Sam usiadł ciężko na łóżku, które zaskrzypiało, i odetchnął z ulgą. Twarz miał naburmuszoną, jak zawsze, gdy ktoś zwracał uwagę na jego wygląd. Patrzył przed siebie, wydając się uciekać myślami gdzieś indziej. Nicole podeszła do niego, dała mu buziaka w czoło, po czym położyła jaśka za jego plecami i docisnęła. Sam uniósł kąciki warg i westchnął, zabierając głos:
   – Zaaklimatyzowałeś się, widzę. Aiden mówił, że porywa cię na miasto. Gotowy rozwinąć skrzydła?  
   Zadał ciekawe pytanie, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie”. W moim przypadku odpowiedź brzmiała „nie”. Skrzyżowałem ramiona na piersi, a tępy ból w klatce piersiowej przybierał na sile.
   „Dlaczego czuję taki uścisk? Czyżby przez stres, lęk przed wspomnieniami i bliskimi memu sercu miejscami? Wstyd przed znajomymi, którzy przypomną mi, kim byłem i co robiłem, kiedy spotkamy się przypadkiem?” – zastanawiałem się, przerażony wizją, że na trzeźwo, bez wspomagania, nie będę umiał się odnaleźć. Przełknąłem wielką gulę zatykającą mi przepływ tlenu, gdy zorientowałem się, że wszystkie oczy są na mnie zwrócone.
   – Kochanie, spójrz na niego. Gołym okiem widać, że ma obawy, ale wiem, że to chwilowe. Co jak co, ale nie wyobrażam sobie, żeby Justin chował głowę w piach, wręcz przeciwnie.  
   – Oby to przeciwnie nie skończyło się telefonem w środku nocy – stwierdził, wytrzymując karcący wzrok żony.
   – Twój pesymizm bywa męczący, wiesz? – Nicole pacnęła go w głowę, na co się obruszył i uszczypnął ją w udo, a Aiden się zakrztusił, bo śmiech i picie nie idą w parze.
   – Wariaty – rzucił, łapczywie łapiąc oddech.
   – No, no…! – Sam przetarł czoło dłonią i wtarł pot w spodnie, po czym pogłaskał się po łysinie.  
   – Oj, przestań, przecież żartował. Powiedz lepiej, co nam przyszło do głowy – poprosiła Nicole, szturchając męża ramieniem.
   Aiden zawiesił na mnie pytające spojrzenie, a ja poczułem się nieco zakłopotany. Skinąłem głową, podążając wzrokiem za pustą butelką. Aiden rzucił mi piwo, co Nicole skomentowała głośnym westchnieniem. Byłem pełnoletni, a to ciągłe patrzenie mi na ręce zaczynało mnie irytować.
   – Aidenowi już proponowałem, ale wyraził niechęć. Ponoć ma dużo nauki przed egzaminami, jakbym nie wiedział, że to ostatnie, co robi. I jeszcze się z tego cieszy. Mam wstać i zmazać ci ten uśmiech z twarzy? – Sam pogroził Aidenowi palcem, kontynuując: – Przeniosłem cukiernię na większy metraż, bliżej placu i przydałaby mi się pomoc. Może chciałbyś sobie dorobić po lekcjach, bo z tego, co słyszałem, wracasz na college. Dwie godzinki, trzy dziennie? – Wlepił we mnie świdrujący wzrok, jakby ostrzegał przed odmową.
   – Czemu nie. Nie mam nic ciekawszego do robienia. – Odchrząknąłem i uniosłem kąciki ust, widząc zadowolenie na jego pucołowatej twarzy.  
   – Może być w poniedziałek po szkole. Szesnasta ci pasuje?  
   – Jasne. – Czułem się dziwnie podekscytowany.  
   – Chodźcie do salonu. Tkwię tutaj sama jak kołek w płocie. Dobrze wiecie, że bolą mnie kolana – doleciało z dołu lekko podniesionym głosem.
   – Już schodzimy. Kochanie, dasz radę sam? – zagadnęła Nicole, widząc, jak Sam chwyta za ramę i próbuje się podźwignąć.
   – Tak, spokojnie.
   – Materac jest dość miękki i zapada się nawet pode mną. Aiden, pomóż mu, a ty, Justinie…
   – Powiedziałem, że sobie poradzę! – fuknął i za piątym podejściem stanął na nogi, po czym jak chmura gradowa wyminął wszystkich i zniknął za drzwiami.
   – Nie rób z niego kaleki. Nie jest aż tak gruby – stwierdziłem, a po chwili dłoń siostry czochrała mnie po włosach.  
   – Idziemy – rzuciła i zniknęła w korytarzu, za nią podążył Aiden.
   Włożyłem bluzę, dopiłem piwo i przeskakując co trzeci stopień, dołączyłem do reszty w salonie.  
   Mama siedziała w swoim ulubionym fotelu nieopodal okna, stukając paznokciami w blat stołu. Miała pięćdziesiąt lat, a brązowe włosy upięte w kok dodawały jej uroku. Podszedłem do niej, objąłem za szyję i pocałowałem w policzek. Odwzajemniła gest, czule gładząc mnie po ramieniu. Gdy się odsunąłem i usiadłem obok Aidena na kanapie, spojrzała na mnie z miłością, a jej szare tęczówki zalśniły od wilgoci.  
   – Zrobiłam herbatę, a gdy wyszłam z kuchni, wszyscy zniknęli – powiedziała, robiąc kwaśną minę, która manifestowała jej niezadowolenie, ale po chwili kąciki ust uniosły się w uśmiechu. Rzadko kiedy schodził on z jej twarzy, a gniew nie był jej mocną stroną.
   – Musiałam go uściskać. Zaraz pójdzie w miasto i tyle z jego towarzystwa. Nie mogę się na niego napatrzeć. Ma rękę jak Sam, ale pozbawioną tłuszczu – przyznała Nicole, śmiejąc się.  
   – Kochanie, wszystko słyszałem. Kiedy się do mnie przytulasz, nie narzekasz, że ci niewygodnie – wtrącił Sam, wchodząc do salonu i od razu usiadł w fotelu, zadowolony, że może odpocząć.
   Oddychał głośno i nierówno. Nicole usadowiła się na poręczy i złapała go za dłoń.
   – Kochanego ciała nigdy za wiele. – Ukłuła go palcem w brzuch, a następnie puknęła w czoło.
   Aiden zniknął, ale po chwili wrócił ubrany w czarną bluzę i dżinsy. Ja nigdy ich nie nosiłem, ponieważ były niewygodne. Wolałem sztruksy, na których właśnie trzymałem dłoń, lub dresy. Podszedł do mnie i skinął głową. Od razu zrozumiałem, o co chodzi.
   – Na nas już czas. Widzimy się jutro. – Pożegnałem się z Samem i siostrą, a gdy nadszedł czas na mamę, jej mina mówiła wszystko. Jeszcze nie wyszedłem, a ona już się martwiła.  
  Jednak byłem spokojny o nią, pocieszając się faktem, że Nicole i Sam zostają na noc, więc nie będzie sama. Ojciec był w delegacji i miał wrócić za dwa dni.
   – Mamo, będzie dobrze – powiedziałem, tuląc ją na pożegnanie.  
   – Ciągle zapominam, że nie jesteś już małym chłopcem – szepnęła mi do ucha, rozpogadzając się i uśmiechając.  
   – Co to za tajemnice? – zagadnęła Nicole, przewracając oczami.
   – Nic, co by cię zaciekawiło – odparłem, ruszając za Aidenem, który opuszczał salon.

Shadow1893

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3516 słów i 19843 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Jedrekmast1973

    Dobrze wiedzieć , że Justin cały i zdrowy. Cóż mogę więcej dodać?Uczta się rozpoczyna.Fajnie się to czyta.To opowiadanie jest takie....życiowe.Brawo.

    2 godz. temu