AIDEN
Wyszedłem z domu, by kupić papierosy. Sklep znajdował się tuż za rogiem, więc nie przywiązywałem wagi do stroju. Jednak gdy mroźny wiatr zaczął przenikać przez szary dres, szybko pożałowałem, że nie włożyłem kurtki. Naciągnąłem kaptur, wsadziłem dłonie do kieszeni bluzy i, ze wzrokiem utkwionym w chodniku, mijałem kolejne bloczki. Po drodze spotkałem niewiele osób, co mnie nie zdziwiło; warunki były na tyle dotkliwe, że nawet psa by z domu nie wygonił. Gdy dotarłem na miejsce, moim oczom ukazał się napis: „Zamknięte”. Burknąłem pod nosem i, nie myśląc długo, postanowiłem podejść do sklepu na końcu ulicy, modląc się, aby mi sprzedali, bo nie miałem tam znajomości. Niemal biegłem, pragnąc jak najszybciej wrócić do nagrzanego pokoju, zasiąść przed komputerem z papierosem w zębach i piwem w dłoni. Zimno stawało się coraz bardziej dokuczliwe, palce mi zgrabiały, a do celu wciąż było kawałek drogi.
– Stoją i się gapią, a po karetkę nikt nie zadzwoni! Na co czekasz?! – doleciało z pobliskiej bramy. Kobiecy głos był głęboki i władczy.
– Odejdź! Zostaw mnie! Nie dotykaj jej! Gdzie z łapami?
Znałem ten głos, przynajmniej tak mi się wydawało.
– Człowieku, daj sobie pomóc – ten sam stanowczy ton odbił się echem od cegieł starej kamienicy.
– Spadaj, głucha jesteś? Kochanie, otwórz oczy. Nie rób mi tego, słyszysz? – przez wypowiadane słowa przebijała taka rozpacz, że aż dostałem gęsiej skórki. Wzdrygnąłem się, a zimno nie miało z tym nic wspólnego.
– Wezwijcie policję, to jakiś ćpun, w dodatku agresywny. Udusi tę dziewczynę, a może już to zrobił i dopadły go wyrzuty sumienia – zasugerował jakiś mężczyzna.
– Służby są już w drodze – oznajmił zachrypnięty głos.
Robiło się coraz głośniej: wrzask, jakby kogoś ze skóry obdzierali, wyzwiska, a jak to przy widowisku bywa, każdy miał coś do powiedzenia. Nieważne, że okoliczności były nieznane albo że dopiero co się tam pojawili, jak ten rosły mężczyzna, który wymachiwał rękami, nawet nie widząc zajścia. Pal licho papierosy, ciekawość zwyciężyła i po chwili stałem w bramie, gdzie przy świetle latarni rozgrywał się dramat.
Nie wychodziłem z cienia, obserwując, jak czterech gapiów podchodzi do klęczącego na zimnych płytach chłopaka w czarnej kurtce i czapce. Trzymał w ramionach kobietę i potrząsał jej ciałem, głową… Nie widziałem jego twarzy, ale nieustanna walka, aby otworzyła oczy... Niemoc przeplatająca się z rozpaczą, że może już nigdy ich nie otworzy, słyszana w jego łamiącym się głosie sprawiła, że serce mi się zacisnęło. Gdy podszedłem bliżej, zesztywniałem. Aż mi dech zaparło, gdy dotarło do mnie, kto tak bezsilnie próbuje ocucić osobę, która nie dawała oznak życia. Poczułem niesmak na widok wychudzonego ciała i białej jak kreda twarzy Holly.
Czy ją lubiłem? Balowałem z nią na paru imprezach i tolerowałem, bo to dziewczyna kuzyna, ale w ogień bym za nią nie skoczył.
Podszedłem i kucnąłem, kładąc Justinowi dłoń na ramieniu. Nie chciałem, żeby odebrał to jako atak, bo ostatnio nasze drogi się rozjechały, ale mieliśmy ze sobą kontakt.
– Co się stało? Co z nią? Zaraz będzie karetka, spokojnie.
Nie zareagował, więc wyciągnąłem rękę z zamiarem sprawdzenia pulsu, ale spojrzenie, jakim mnie obdarzył, sprawiło, że zrobiło mi się gorąco i skapitulowałem. Poza tym nie było czego sprawdzać, i on to przeczuwał. Z całych sił ściskał ukochaną, całował i głaskał jej twarz. Kiwał się i drżał, szepcząc jej do ucha:
– Nie zostawiaj mnie. Jesteś silna. No, spójrz na mnie. Kotku, wróć do mnie – mówił szybko, przez ściśnięte od łez gardło.
Był naćpany. Miał świadomość tego, co się dzieje, ale bałem się, że zrobi coś, z czego wujek go już nie wyciągnie. Chciałem go wesprzeć, więc ścisnąłem za ramię. Miałem cichą nadzieję, że na mnie spojrzy, a znajoma twarz ulży w bólu, lecz nie przekręcił głowy.
– Zostaw, bo nie ręczę za siebie – fuknął.
– Lepiej go nie dotykaj, bo kto wie, co takiemu do głowy przyjdzie. Od razu widać, że to bandzior i menel. Znam takich jak on. Włóczą się, hałasują, śpią, gdzie popadnie, piją i ćpają, i oto mamy skutek – chłopak w czerwonej kurtce poprawił czapkę i splunął.
Miałem ochotę wstać i dać mu w zęby za ocenianie po wyglądzie i brak współczucia dla osoby cierpiącej, ale stłamsiłem gniew w zarodku.
Z oddali dolatywały odgłosy policji albo ambulansu. Nigdy ich nie rozróżniałem. Najchętniej bym stąd zniknął, jednak gdy patrzyłem na zacięte twarze gapiów, nienawiść, jaką emanowali, zdałem sobie sprawę, że zaszufladkują go bez pytania, a on nie był w stanie się bronić.
Pierwsza przyjechała karetka. Sanitariusze odciągnęli Justina od Holly. Nie protestował, a chwilę później lekarz stwierdził zgon. Nie obeszło go to, co usłyszał. Zmiana o sto osiemdziesiąt stopni, w porównaniu do tego, jak jeszcze przed chwilą płakał nad jej ciałem. Nie wiem, czy to przez szok, koks, ale stał grzecznie i patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem, po czym widziałem jedynie jego plecy i malejącą sylwetkę w słabo oświetlonym przejściu. Kierował się w stronę parku.
– Łapcie go! – krzyknęła gruba, kręta pani z psem na smyczy.
– Justin, co ty robisz? By to szlag – syknąłem.
Musiałem go odnaleźć. To był mój cel, a nie gapienie się na czyjeś zwłoki. Korzystając z zamieszania, pobiegłem za chłopakiem w czerwonej kurtce, który ruszył w pogoń. Nie ubiegł daleko. Zawrócił na widok mężczyzn i kobiety pijących piwo na ławce. Wyminąłem go i zwolniłem.
– Aiden? Nie wierzę! Gdzie tak pędzisz? Dołącz do nas – zaproponował jeden z nich, grzebiąc w kieszeni kurtki.
– Chętnie, ale nie dzisiaj. Muszę znaleźć Justina. – Minąłem ich, pozdrawiając dłonią.
– Przebiegał tędy. Nie wyglądał najlepiej, a Aiden, trzymam za słowo!
Nie odpowiedziałem. Do sylwestra zostały jeszcze cztery dni, a stara ekipa już świętowała. Co krok, to gwarniej: krzyki, gwizdy, śmiechy. Z głośnika wybrzmiewała muzyka Linkin Park, a ja czułem, jak głowa samoczynnie porusza się w rockowym rytmie. Co jak co, ale wiedzieli, co dobre. Serce waliło mi w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć, a oddech stawał się płytki i urywany. Biegłem coraz wolniej, bo chodnik był nierówny, a lamp jak na lekarstwo.
Gdy dołączyłem do grupki ludzi balujących w najlepsze, zdałem sobie sprawę, że całe towarzystwo zlewa się z nocą w swoich mrocznych, gotyckich strojach. Zacząłem pytać o Justina, ale nikt nie potrafił mi pomóc, a jak już, to sam diabeł by się w tym nie połapał.
„Jak mam go znaleźć w tym rozgardiaszu?” – pomyślałem.
Ściągnąłem brwi. Po chwili obserwacji, oganiania się od pytań i odmawiania alkoholu – papierosa wziąłem – wypatrzyłem w tłumie jasnowłosą dziewczynę i ruszyłem do niej z prędkością światła.
– Widziałaś Justina?
Wysoka blondynka o niebieskich oczach i pełnych ustach ewidentnie mnie zignorowała, więc szarpnąłem ją za ramię. Parsknęła śmiechem, opierając się na ramieniu chłopaka, który macał ją bez opamiętania, i pokazała mi środkowy palec.
– Kim! – Za każdym zaciągnięciem się czułem, jak odmarzają mi płuca, ale paliłem dalej, dygocząc.
– Gdzieś tutaj jest – rzuciła od niechcenia, otaksowując mnie chłodnym spojrzeniem. – Mamusia kazała maluszkowi wrócić do domu, a może nawywijał i się chowa?
Odwróciła się do mnie plecami, uderzając w ślinę, i tyle z jej pomocy. Nigdy nie wybaczyła mi, że jej nie chciałem, więc odpowiadała, by dopiec. Miałem ochotę nią potrząsnąć.
„Co za uparta laska!” – wykrzyczałem w myślach i rozejrzałem się wśród towarzystwa. Dotąd nie rozumiałem, co ja w nich widziałem.
Bawili się i wyszczerzali zęby, jakby na tym polegał sens życia.
Zataczali się i przewracali o butelki po alkoholu, który wlewali w siebie litrami.
Deptali po wymiocinach, aż zbierało mi się niedobrze.
Nie chciałem tutaj być, więc spróbowałem raz jeszcze:
– Dziewczyno! Holly przedawkowała, a Justin zwiał!
Oderwała się od ust blondyna, wycierając nabrzmiałe wargi o rękaw kurtki. Zerknęła na mnie spod sztucznych rzęs i puknęła palcem w czoło. Traciłem cierpliwość, do tego się oparzyłem.
– Dobre sobie. Dopiero co widziałam, jak się migdalili pod drzewem. Przyparło ich, więc poszli w krzaki, a ty się ciskasz. Wyluzuj i odejdź, bo stygnę.
– Jego ulubiona miejscówka? Bujałaś się z nim jakiś czas, to powinnaś wiedzieć. Rusz mózgiem, to ważne!
– Nie wiem, to było dawno. Musiałabym pomyśleć, a jak widzisz, nie potrafię się skupić.
Zmierzyłem wysokiego chłopaka spode łba i, łapiąc go za fraki, odciągnąłem od niej. Pogroziłem mu pięścią i stanowczym ruchem dłoni nakazałem, aby został tam, gdzie go przemieściłem. Na szczęście posłuchał, bo jakbym się zamachnął, to powaliłbym go jednym uderzeniem. Był strasznie chudy.
– Kim, do cholery! Holly nie żyje!
– Wiedziałam, że ta ćpunka źle skończy. Justin był świetnym ciachem, a przez nią sięgnął dna – skwitowała, a gdyby nie chłopak, który w ostatniej chwili złapał ją w pasie, runęłaby jak długa.
Była pijana i nie tylko, a ja nie miałem czasu na głupoty. Zaczynałem zgrzytać zębami jak automat wypluwający kolejne serie.
– To nie ma teraz znaczenia. Myśl, a ty stój, jak chcesz mieć wszystkie zęby.
Chudy chłopak machnął ręką i odszedł. Kim westchnęła i pokiwała głową.
– Dobra, już, bo zaczynasz mi działać na nerwy. Ma taką miejscówkę na skraju parku. – Wskazała konkretnie, unosząc leniwie rękę.
– Dzięki.
Zbliżyła się i zarzucając mi ręce na kark, powiedziała:
– Przepędziłeś mi zabawkę, to może…?
Beknęła, aż mnie od niej odrzuciło. Strąciłem jej ręce i, nie czekając na uszczypliwość, zrobiłem zwrot i zacząłem wymijać towarzystwo jak pachołki na torze przeszkód. Od jednego wziąłem papierosy, od drugiego piwo, bo zaschło mi w ustach. Nawet udało mi się wysępić kurtkę. Mała, nie dopiąłem się, ale lepsze to niż nic.
***
Szybkim krokiem pomknąłem w stronę wskazaną przez Kim, błagając opatrzność, bym zdążył. Justin był niestabilny emocjonalnie jak chorągiewka na wietrze. Nikogo nie słuchał, do domu wrócić nie chciał, a zakazy manifestował buntem. Zresztą, gdy widziałem go ostatnio, stwierdził: „Moje miejsce jest przy Holly i jeśli będzie trzeba, rozwalę cały system, aby z nią być”. Nie rzucał słów na wiatr i mówił to na poważnie. W sensie: gdy jej zabraknie, on też umrze, bo nie będzie się błąkał po tym świecie, nie czując jej ciepła, nie słysząc głosu, nie widząc uśmiechu.
Wiedziałem, że jest słaby i delikatny jak mak, który rozkwita, a potem marnie kończy, nie potrafiąc utrzymać płatków.
Gdy dotarłem do interesującego mnie rewiru, rozejrzałem się uważnie, poszukując miejsca, w którym mógł się skryć. Wytężałem wzrok i wszedłem w gęste krzaki, o mało się nie wywracając, zahaczając stopą o konar. Miejsce było ładne, ustronne, idealne na randkę albo coś więcej, jednak było puste. Rozłożyłem ręce z bezsilności i wyszedłem z gąszczu, lustrując okolicę.
– Justin! – wykrzyczałem jego imię parę razy, ale nawet echo nie udzieliło mi odpowiedzi.
Przeczesałem spory kawał parku z językiem na brodzie i uczuciem, że płuca są za małe, aby dotlenić przeforsowany organizm. Żywej duszy. Obawa: co zrobię, gdy zobaczę jego pokaleczone ciało, zimne, z zamkniętymi powiekami, nieustępliwie nurtowała mózg.
– Gdzie mogłeś pójść? Kurwa mać! – wydarłem się. Cisza, jedynie gawrony krakały jak najęte, bo mój podniesiony głos wyrwał je z błogiego lenistwa.
Wyjąłem telefon, wybrałem numer i, jak przypuszczałem, złapała mnie poczta głosowa. Z bezsilności kopnąłem w pień. Potrzebowałem chwili, aby zebrać myśli, więc usiadłem na ławce i po paru nieudolnych próbach odpalenia zapalniczki sztywnymi palcami, w końcu zapłonęła i mogłem zapalić.
Nienawidziłem go – kochałem go.
Nienawidziłem jej za to, że stanęła na jego drodze i podcięła mu skrzydła, nim opadł z nich puch.
Ruszyłem dalej, byle iść i nie tkwić bezczynnie w miejscu. Mróz dawał mi się we znaki. Niewidzialne cząstki zimna prześlizgiwały się po mięśniach i skórze. Zacząłem chuchać na dłonie. Nie czułem palców. „Zapalenie płuc gwarantowane” – pomyślałem, obejmując się ramionami.
Opuściłem park i skręciłem w alejkę prowadzącą do miejsca, gdzie często przesiadywał ze znajomymi. Może tam go znajdę, poza tym zamierzałem opowiedzieć o wszystkim ojcu. Powinienem to zrobić na początku, ale cóż… Wyjąłem komórkę i pech chciał, że mi wypadła. Schyliłem się, a gdy się prostowałem, usłyszałem szloch dochodzący z pobliskiej bramy. Coś mnie tknęło, aby to sprawdzić. Ostrożnie podszedłem bliżej i ulżyło mi, lecz nie na długo. Justin siedział pod ścianą, kurtka zdjęta, rękaw podwinięty, a w dłoni strzykawka niebezpiecznie blisko skóry.
Wyglądał jak trup. Oczy czerwone, opuchnięte, wzrok płochliwy, włosy poprzyklejane do czoła i policzka. Trząsł się jak galareta, powtarzając: – „Żyć albo nie żyć, oto jest pytanie”.
– Wyrzuć to gówno! Proszę cię Justin, nie rób głupstw.
– Aiden? Zostaw mnie.
Nie posłuchałem i podszedłem. Nie za blisko, bo nie byłem w stanie przewidzieć jego reakcji. Narkotyki, alkohol, rozpacz, gniew… nie chciałem wylądować na intensywnej terapii. Pomimo że się zapuścił i zrezygnował z siłowni, wciąż był ode mnie silniejszy. Nie dalej jak dwa tygodnie temu pokonał mnie na rękę.
– Oddaj to – oznajmiłem głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Nie pozwolę ci się zabić.
– Ja już nie żyję, rozumiesz? Chcę dołączyć do niej. Tyle razy prosiłem, aby zwolniła tempo, a ona śmiała mi się w twarz. Nigdy sobie nie wybaczę, że pozwoliłem jej umrzeć. Chcę odejść, abym nie musiał żyć w bólu, smagany sztyletami własnej głupoty. Poszatkowanego serca nie da się pozszywać, a rany nigdy się nie zasklepią. Całe życie będę czuł, jak otwierają się na nowo. Ty wiesz, jak to jest i teraz cię rozumiem – głos mu się łamał.
Zakłuło mnie w klatce piersiowej, a serce stanęło, jakby ktoś wsadził zatyczkę w żyłę. Teraz to ja zacisnąłem szczękę i pięści. Nie skomentowałem. Nie chciałem rozdrapywać ran i wracać do tego, co było.
– Nie jestem tak silny, jak ty i nie dźwignę tego. Wyrządziłem wszystkim wokół tyle zła, że powinienem się smażyć w piekle, a nie stąpać pomiędzy aniołami. Ty jesteś takim aniołem, Aidenie, bo może nie wybaczyłeś mi tego, co ci zrobiłem, ale zapomniałeś i pozwoliłeś nadal być częścią twojego życia.
– Wstań. Pójdziemy do mnie, ojciec będzie wiedział, co z tym fantem zrobić.
– Nie podchodź, bo cię połamię i na co ci to?
Odtrącił dłoń, którą wyciągnąłem w jego kierunku i spojrzał na mnie nienawistnym wzrokiem, jakbym to ja był wszystkiemu winien. Nigdy nie widziałem go w takim stanie i zacząłem się bać. O siebie, o niego, o nas. Nie było czasu na negocjację. Gdy szykował się do wkłucia, pochwyciłem go za dłoń, wytrąciłem strzykawkę i odkopnąłem.
– Chciałeś to zrobić szybko, aby uniknąć cierpienia, ale nic z tego – skwitowałem.
– Co narobiłeś, idioto?! Gdzie ona jest?!
Miotał się wokół własnej osi, próbując odnaleźć narkotyk. Wyglądał jak dzik przekopujący ziemię w poszukiwaniu smakołyku, ale był od niego gorszy. Niebezpieczny, a kto wie, czy nie na głodzie.
– Nie ma i nie będzie, rozumiesz? – zakomunikowałem i złapałem go od tyłu, co okazało się błędem. Pochwycił mnie za łydki. Straciłem równowagę i wylądowałem na brudnym bruku, przyjmując ciosy. Miał ciężką rękę, ale kondycja nie ta.
– Prosiłem, abyś sobie poszedł! Kto dał ci prawo wtrącać się w moje życie?! – wykrzyczał.
– Przestań! Co ci to da? Siniaki się wygoją, a śmierci nie da się cofnąć – stwierdziłem, cierpliwie znosząc atak. Nie broniłem się, bo to by go tylko podkręciło. Jedyne, co zrobiłem, to osłoniłem twarz.
– I tak to zrobię, a ty zejdź mi z oczu, rozumiesz? – Odpuścił, sapiąc mi prosto w twarz. Pogłębił bliskość, dodając: – Beze mnie będzie wam lepiej.
– Opamiętaj się, do cholery! Co ty wyprawiasz? Naprawdę chcesz się zaćpać na śmierć? Co z planami, marzeniami, wyjazdem na Kretę?
Odpowiedzią była determinacja, z jaką poszukiwał strzykawki. Podrapałem się po szczęce i wstałem. Musiałem go uprzedzić. Rozejrzałem się, nie tracąc czujności. Justin był na granicy wytrzymałości, uderzał dłońmi w bruk, rzucał epitetami, podczas gdy ja starałem się przypomnieć sobie, gdzie się potoczyła.
Dostrzegłem ją. Leżała niedaleko ściany, skryta w mroku. Podbiegłem i jedyne, co mi przyszło do głowy, to wystrzyknąć świństwo, co zresztą uczyniłem, bo inaczej ten koszmar nigdy się nie skończy.
– Nieeee…! Coś narobił? By cię szlag!
– To, co trzeba. Ratuję cię przed głupotą. Nie myślisz trzeźwo.
Odliczałem sekundy, czekając, aż pięści Justina potraktują moją twarz albo ruszy w poszukiwaniu towaru, jednak nic takiego nie nastąpiło. Przyjął pozycję embrionalną, schował głowę pomiędzy nogi i zaczął płakać.
– Daj emocjom upust, ulży ci. Jestem tutaj dla ciebie i nie pozwolę, abyś mi ciążył na sumieniu.
– Nienawidzę cię za to, że mi przerwałeś, a z drugiej strony dziękuję, bo chyba nie chcę umierać. Sam nie wiem. Mam mętlik w głowie.
– Pamiętaj, że po burzy zawsze wychodzi słońce i daje nadzieję na lepsze jutro. Wstań, bo wylądujesz w szpitalu, a w twoim stanie to samobójstwo. Łap. – Rzuciłem mu kurtkę, którą natychmiast włożył.
– Aiden, co będzie dalej?
– Komisariat, oddział psychiatryczny i odwyk. Spodziewałeś się wycieczki na Karaiby?
Jego rysy twarzy stężały, a w oczach malował się lęk przed nieznanym.
– Daj mi rękę. – Podciągnąłem go mocnym szarpnięciem, przytuliłem i poklepałem po ramieniu. Dygotaliśmy jak liście na wietrze, grzejąc nawzajem skostniałe ciała.
– Ojciec mnie zje z keczupem i odrobiną ostrej papryczki, jak się o tym dowie. Przyleci pierwszym samolotem, aby opluć mnie jadem.
– Pomoże ci. Już dawno powinniśmy wyrwać cię z tego bagna, ale fakt jest taki, że nawet własny ojciec się ciebie boi. Jesteś pojebany, wiesz o tym?
– Wiem. Dużo osób o tym przebąkiwało. Nawet ludzie z paczki mówili, że odkąd związałem się z Holly, stałem się potworem, który wkurza samym widokiem.
– Kiedyś nie byłeś tak agresywny i nieobliczalny. Co te dragi z tobą zrobiły, aż niemiło patrzeć. Wiem, że to, czego doświadczyłeś, to przykra sytuacja, ale widocznie tak miało być. Inne wersy piszą twoją przyszłość i może to ona, bo nikt inny nie przemówiłby do twojej pustej mózgownicy, abyś rzucił to tułacze życie.
– To, co mówisz, ma sens – westchnął, a oczy mu się zaszkliły. – Nie wiem, co jest jawą, a co snem, ale to, że odeszła, do mnie dotarło. Jak puści bomba, dopiero się wścieknę, załamię i wiesz co. Lepiej, abym był gdzieś, gdzie się mną zajmą, bo mogę zrobić krzywdę nie tylko sobie.
– Wariat do wariatkowa, a po wszystkim zaczniesz układać życie od nowa. Wykończyłbyś się szybciej, niż myślisz. – Uśmiechnąłem się krzywo, wciskając ręce do kieszeni, aby ogrzać dłonie, bo traciłem czucie w palcach.
– Chodźmy do domu.
Przytaknąłem, nie mówiąc więcej ani słowa. Miałem wobec niego plan. Taka mała, słodka trucizna nazywana powszechnie zemstą.
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Jedrekmast1973
Fajnie napisane , daje do myślenia.Zapowiada się literacka uczta.Nie mogę doczekać się reszty.Brawo!
Shadow1893
@Jedrekmast1973, dzięki za miłe słowo. Pozdrawiam.