To nie miało tak być – Ucieczka

To nie miało tak być – UcieczkaROXY

– Maaarco! – krzyczała, bezsensownie szarpiąc za klamkę. Pomacała się po kieszeniach, lecz kluczy w nich nie było. Od razu się zestresowała, w pęczku był również klucz do jej sypialni. Spojrzała na biurko – krótkofalówka zniknęła.
      Myśl, Rox, myśl, kurwa! – Zaklęła w ciszy, po czym dopadła do komody i zaczęła przewalać wszystkie szuflady. Szukała coraz bardziej nerwowo, zastanawiając się, gdzie zostawiła klucze i przy okazji amfetaminę, którą miała. Przez ostatnie wydarzenia dziewczyna zrobiła się bardzo roztrzepana.
      – Do chuja, gdzie są te śmieci?! – bluzgała, wiedząc, że kiedyś leżały tu atrybuty biurowe.  
      Nie miała pojęcia, skąd się tam wzięły i do czego służyły, aczkolwiek pamiętała, że były, a teraz nie może ich znaleźć. Za moment jednak jej oczom ukazało się tekturowe pudełko, a w nim to, czego szukała. Zębami odgięła dwa spinacze i przystanęła przy drzwiach.
      – Uwaga, Rox, to będzie bolało. Bardzo bolało. – Uśmiechnęła się kpiarsko i w okowach monstrualnego cierpienia udało jej się po dłuższej chwili odblokować zamek.
      Łzy leciały ciurkiem, a nogi trzęsły się jak galareta. Dziewczyna uśmiechnęła się ponownie, będąc szczerze zdziwioną i dumną zarazem, że udało jej się otworzyć drzwi z połamaną ręką. Z trudem pokonała schody, walcząc ze zmaltretowanym ciałem, przeszukała bar i salę bankietową, lecz kluczy nie znalazła. Za ladą znów nikogo nie było, lecz w tej chwili blondynkę obchodziło co innego.  
      – Marco, otwieraj! – Wydarła się, o mało nie urywając klamki od drzwi salonu dla gości.  
      Wrzeszczała coraz głośniej, w końcu skrzydło się otworzyło. Wpadła do środka i stanęła jak wryta. Co, kurwa?! Nie mogła uwierzyć, że widzi Ronniego. Nieźle cię wzięło, co, śmieciu? – Pomyślała, bardzo niepokojąc się tym faktem.  
     – Ronnie? – Bąknęła ogłupiała.  
      – Cześć… szefowo. – Facet złośliwie się uśmiechnął.  
       To otrzeźwiło Ritę, która jak taran ruszyła na współpracownika. Marco jednak w mig powalił dziewczynę na kolana, łapiąc jej strzaskaną kończynę. Upiorny ból spowodował, że natychmiast przestała walczyć.
      – Puść – wystękała, uderzając w płacz. Nie dała rady się już powstrzymać.
      – Będziesz grzeczna?
      – Będę. Puść.    
      Sutener uwolnił dziewczynę
      – Już możesz sobie ją wziąć – rzekł złośliwie. – Ronnie, spadamy…


– Co tu się stało? – zapytała niewyraźnie Roxy, choć nie musiała.
      Cassie spuściła głowę.
      – Cass.
      – Przecież wiesz.
      – Kurwa, gdzie ten pierdolony Igor? – syknęła blondynka.  
      Była wściekła na chłopaka, który mimo nakazu szefa, zupełnie nie poczuwał się do obowiązku przypilnowania ich.
       – Chodź, pójdziemy do sypialni – mruknęła. – Kurwa, wyglądamy jak niedołężne kaleki, dwie pokraki z burdelu – dodała cierpko i pokuśtykała do baru po krótkofalówkę i papierosy.
      Pokonanie schodów było nie lada wyczynem, obite ciało coraz bardziej dawało się dziewczynie we znaki. – Wszystko w porządku – warknęła nagle, czując na sobie wzrok brunetki. Irytowało ją to, nie chciała, aby Cassie widziała jej słabość.
      Z grymasem na twarzy usiadła na łóżku, łapczywie przysysając się do wódki. Miała nadzieję, że alkohol pomoże w tej beznadziejnej sytuacji. Cassie przysiadła obok w milczeniu.
      – Igor. – Blondynka przez krótkofalówkę kolejny raz wezwała chłopaka.  
      Tak?
      – Nie przychodź już dzisiaj. Idę spać i nie chcę, żebyś mnie budził, rozumiesz?
      Co z ręka?
      – Rozumiesz, co do ciebie mówię!  
     Tak
       – Dobranoc! – burknęła dziewczyna i wyłączyła słuchawkę. – Zabrał mi sprzęt, dlatego nie mogłam ci pomóc, wezwać Igora. – Spojrzała na brunetkę. – Ale zapomniał o tym, że nie potrzebuję klucza, żeby otworzyć drzwi. – Uśmiechnęła się sztucznie. – Marco tego popamięta, obiecuję ci. Za dużo sobie pozwala, w ogóle nie rozumiem, co tu się obecnie dzieje.
      – To wszystko przeze mnie – oświadczyła Cassie.
      – Nie, to przez nich, tylko i wyłącznie. Nie pierwszy raz podskakują, a Anton? Miał zrobić porządek, ale nic z tym nie robi. Mam tego dość. – Roxy wstała, zrobiła drinka i wręczyła Cassandrze. – Napij się, pomoże zasnąć.

              
Mimo że wypiła dość sporo, sen nie przychodził. W głowie kotłowały jej się coraz bardziej pesymistyczne wizje, wszystkie związane z Cassie. Nie wiedziała, co robić, była przekonana, że Anton po dłuższych negocjacjach ustąpi Ronniemu. Nie, kurwa, trzeba stąd spierdalać. – Zadecydowała, nie widząc innej opcji. Wiedziała, czym to grozi i jakie w razie wpadki poniesie konsekwencje, lecz chęć ratowania dziewczyny przeważyła. Sama również chciałaby już skończyć tę chorą zabawę, aczkolwiek czując się zobowiązana wobec Antona, nie potrafiła podjąć jednoznacznych kroków. Poza tym… tak naprawdę nie miała dokąd pójść. Mieszkanie należało do szefa, pieniędzy miała tyle, że starczyłoby zaledwie na kilka tygodni, a do znajomych jechać nie mogła. Nie chciała nikogo narażać, poza tym nie wiedziała, jak zareagują na jej widok. W końcu dwa lata spędziła na ulicy, ćpając i pijąc, do tego nawalona w sztok okradła kolegę, co na pewno rozeszło się wśród przyjaciół. Do dzisiaj tego żałuje, chłopak dużo jej pomógł.
      Jęknęła cicho, przewracając się na bok, po dłuższym bezruchu bolało jeszcze bardziej.  
      Roxy – Usłyszała.
      – Śpij
      Boli cię, prawda? Musisz jechać jutro do szpitala, nie możesz tego ignoro…
      – Kurwa, śpij, dobrze? – syknęła Rita.  
      Poczuła się miło, że Cassie tak przejmuje się jej zdrowiem, aczkolwiek obecnie nie miała ochoty słuchać tej dołującej gadki. Miała inne, gorsze zmartwienia na głowie i zamierzała obmyślić plan, a paplanie Cassie wcale w tym nie pomagało.  
      Roxy, proszę cię. – Brunetka nie odpuszczała.
       Kurwa, jebnę ci zaraz… – Pomyślała Roxy i nagle poczuła dotyk.
      – Co robisz?! – warknęła zaskoczona tym nieoczekiwanym gestem.
      Masz gorączkę – mruknęła Cassie.  
      – Nic mi nie jest. Śpij już, rano mu… – bąknęła Rita, w porę urywając zdanie.  
      Znów miała ochotę się rozpłakać.    
      Co rano?
      Rita zamilkła i, ku jej uciesze, Cassie wreszcie również się zamknęła. Sen nadal nie przychodził, po dłuższych męczarniach prosiła więc Cassandrę o podanie wódki i kazała jej iść spać. Miała nadzieję, że dziewczyna szybko odpłynie i da jej w spokoju pomyśleć.


      Wierciła się bardzo długo, walcząc z dolegliwościami, w końcu wstała i powłócząc nogami, cicho wyszła z sypialni. W barze, jak to o trzeciej rano, nikogo nie było, wzięła więc z sejfu trochę pieniędzy i ruszyła do swojego pokoju. Udało jej się otworzyć drzwi tymi samymi spinaczami, lecz jakie było jej zdziwienie, kiedy odkryła, że rewolwer z szuflady i wszystkie narkotyki zniknęły. No pięknie, jeszcze tego było mi trzeba. Ty pieprzony gnoju! – Poirytowała się, przy czym złość wzmagał fakt, że chciała sobie przyćpać. Wiedziała, czyja to sprawka, choć nie była szczególnie zaskoczona; otwarcie takiego zamka bez klucza nie było specjalnym wyczynem. Kurwa – zaklęła w duchu, wiedząc, że wyjście jest tylko jedno…
Niczym duch przemknęła przez korytarz, z trudnością stawiając kroki i po chwili zaglądała już do sypialni Igora. Chłopak spał głęboko, o czym świadczyło soczyste chrapanie. Spojrzała na szafkę nocną – czarny Walter i srebrne Magnum leżały z gracją na brzegu blatu. Dobra, ruszaj. – Zagadała do siebie i z duszą na ramieniu podeszła do łóżka, modląc się, aby Igor się nie obudził. Musiała zdobyć broń.  
      Dotarła do celu i już sięgała po Waltera, zatrzymała się jednak. Sprawdź. – Pomyślała i nie spuszczając wzroku z kolegi, bezszelestnie otworzyła szufladę. Znalazła pudełko naboi, chwyciła więc rewolwer i nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu, szybko się wycofała. Igor się nawet nie poruszył. Otworzyła bębenek rewolweru – naładowany. Z trudem przebrała się w dżinsy, zostawiła otwartą sypialnię, wzięła z baru wódkę i wróciła do Cassie. Widząc, że dziewczyna smacznie śpi, sprawdziła, co znajduje się w szafie i usiadła przy łóżku, odkręcając wódkę. Musiała czuwać.


Wypiła pół butelki i poczuła się lekko podpita. Wódka pomogła tylko odrobinę, nadal czuła ból. Amfetamina, której zażyła wczoraj dość sporo, nadal krążyła w krwioobiegu, dlatego dziewczyna potrzebowała zdecydowanie więcej alkoholu, aby mógł pomóc. To nic, jak wypiję całą, to mi przejdzie. – Ironizowała.
      Przesiedziała tak do czasu, aż zaczęło świtać. Wciąż główkowała, jak uciec po cichu, czując jednocześnie, że pojedzie do lasu z łopatą w dłoni.
      Roxy – Usłyszała brunetkę.
       Nie zareagowała. Próbowała zmobilizować się do działania i nie chciała znowu słuchać marudzenia.  Cassie po chwili usiadła obok. Ritę dziwiła jej upartość. Była zaskoczona nagłą odwagą tej cichej, wystraszonej dziewczyny.
      Roxy, czemu udajesz twardzielkę, skoro cierpisz? – zapytała niepewnie Cassandra.
      To dogłębnie rozbawiło blondynkę; sposób, w jaki powiedziała to dziewczyna, powalał na kolana.
      – Wyglądam na twardzielkę? – zażartowała, spojrzawszy na Cassie.  
      I nagle postanowiła – teraz albo wcale!
      – Umiesz prowadzić? – zapytała.  
      Cassie postawiła oczy w słup.
      – Umiesz, czy nie?
      – Umiem, ale…
      – Dasz radę?
      – Nie wiem.
      – Cassie. – Roxy wymownie spojrzała na podopieczną. Nie wymiękaj. – Błagała.
      – Dam… mam nadzieję.
      – Nadzieję? Kurwa, jeśli dasz dupy, mamy przejebane – warknęła Roxy. – W szafie jest ciepły sweter, nałóż.
       – Sweter? – Zdziwiła się Cassandra.
       – Ubieraj się! – Zagrzmiała dziewczyna i ciężko wstała. – Kurwa! – Zbluzgała, schowała w kieszeń naboje i podeszła do drzwi, sprawdzając po raz drugi, czy broń jest naładowana. Po ostanich niespodziankach wolała się upewnić.  
      Cassie za chwilę pojawiła się obok.
      – Chodź. – Nakazała Roxy, wręczając dziewczynie kluczyk od swojego auta.    
      Wyszły z sypialni i Roxy wyjrzała przez barierkę.  
      – Idziemy.
       Dasz radę. – Mobilizowała się, próbując nie zwracać uwagi na ból. Gdy zeszły na dół, dziewczyna spojrzała na Cassandrę i ruszyła bezszelestnie, ostrożnie stawiając kroki. Jeszcze kawałek. – Uspokajała sama siebie. Lęk był ogromny, wiedziała, jak bardzo ryzykuje.
     Doszły już niemal do drzwi wyjściowych, kiedy nagle za plecami usłyszała: A ty dokąd? Natychmiast się odwróciła, czując przypływ gorąca.
       – Nie podchodź. – Wycelowała do sutenera; ręka jej drżała.
       Leo stał jak posąg, operując niepojętą miną.
       – Odsuń się! – Rozkazała Rita, coraz mocniej ściskając broń. – Cassie, idź i wsiadaj do Bmw.  
      Cassandra wolno ruszyła do drzwi
      – Szybciej!  
      – Gdzie chcesz uciec? – zapytał rozbawiony sutener, lecz zaraz spoważniał. – Zastanów się, dziwko, czy warto.
      – Odsuń się, powiedziałam!
      Gdy Cassie zniknęła za drzwiami, Rita zaczęła się cofać.  
      – Nie radzę, chyba, że chcesz dołączyć do kundla – warknął Leo. Był bardzo pewny siebie.
       – Nie podchodź, gnoju – ostrzegła po raz kolejny Roxy, gdy mężczyzna postawił krok.
      – Odważna jesteś. Ale pamiętaj, że do czasu, szef ci tego nie daruje. Nie to – zagroził oschle mężczyzna.
      Rita zignorowała jego żale i wyszła z budynku, nie odrywając wzroku od faceta. Przestrzeliła jeszcze po jednej oponie w dwóch stojących na parkingu autach i szybko wsiadła do swojego.
      – Jedź!

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i erotyczne, użyła 2062 słów i 11879 znaków, zaktualizowała 16 cze o 20:04.

Dodaj komentarz