Serce waliło mi jak młotem, aż czułam puls w skroniach. Marek stał jak wryty, celując z gnata w stronę schodów, a prawnik puścił Adama, żeby wyciągnąć własną spluwę. Wszyscy zamarliśmy, czekając na to, co stanie w progu. Drzwi do piwnicy wyleciały z zawiasów z hukiem, który aż zatrząsł betonem pod naszymi stopami. Kurz zasłonił światło z korytarza, ale postać, która weszła do środka, była nie do pomylenia z nikim innym. To był Robert, brat mojego byłego faceta, który podobno siedział w pierdlu za handel prochami. Miał na sobie drogi garnitur i uśmiechał się tak, jakby był na wycieczce w lunaparku.
- Zostawcie tę zabawkę, Marek, bo narobisz tu tylko bałaganu, którego nikt nie będzie chciał sprzątać, rzucił Robert, chowając ręce do kieszeni.
Marek nawet nie drgnął, chociaż widać było, że ręka mu lekko drży. Pistolet wciąż celował w moją stronę.
- Czego ty tutaj szukasz, frajerze, wycedził Marek przez zęby.
- Przyszedłem po Martę. I po to, żeby wam powiedzieć, że ta wasza mała gierka właśnie się skończyła. Policja to był tylko mój dymny zasłonowy, żebyście trochę spanikowali. Chłopaki, wchodźcie, powiedział Robert w stronę cienia za plecami.
Do środka wpadło dwóch karków, których widywałam tylko na zdjęciach w aktach, które kiedyś ukradłam Markowi z gabinetu. Zaczęła się szamotanina. Marek wypalił w sufit, echo wystrzału ogłuszyło mnie na sekundę. Adam rzucił się do ucieczki w stronę wyjścia, ale prawnik podstawił mu nogę. Upadł z jękiem na ziemię. Nie patrzyłam na nich, patrzyłam tylko na Roberta, który podszedł do mnie i złapał mnie za podbródek. Jego dłoń była zimna, a pierścionek z jakimś dziwnym symbolem wbijał mi się w skórę.
- Wyglądasz fatalnie, mała, powiedział, mrużąc oczy.
- Puszczaj mnie, warknęłam, próbując się wyrwać.
- Nie bądź głupia. Możesz zostać tutaj i skończyć w kawałkach, albo pójść ze mną i przejąć to wszystko. Marek to już trup, tylko jeszcze o tym nie wie.
Marek krzyknął coś niewyraźnego, ale jeden z karków Roberta uderzył go kolbą pistoletu w potylicę. Marek zwalił się na beton jak worek ziemniaków. Prawnik padł na kolana, podnosząc ręce do góry. Zrobiło się nagle cicho, tylko Adam cicho charczał na podłodze, trzymając się za bok. Robert podszedł do mnie bliżej, tak blisko, że czułam zapach jego drogich perfum wymieszany ze smrodem piwnicy i prochu.
- Twój mąż to śmieć, Marta. Zostaw go tutaj. On już swoje zrobił, a ty masz potencjał, którego w tej dziurze nigdy nie wykorzystasz. Chcesz wiedzieć, co naprawdę dzieje się na górze, kiedy wygaszają światła w salonie?
Przełknęłam ślinę. Widziałam, jak kark podchodzi do Adama i wyciąga nóż. Moje serce na chwilę przestało bić.
- Jeśli go skrzywdzisz, sama cię zabiję, wyszeptałam, choć wiedziałam, że to brzmi żałośnie.
Robert zaśmiał się krótko, chłodno, bez cienia humoru. Spojrzał na Adama z pogardą, a potem wrócił wzrokiem do moich oczu.
- On już jest martwy, Marta. Pytanie tylko, czy ty chcesz żyć jako właścicielka tego burdelu, czy jako kolejna zabawka, którą trzeba utylizować. Wybieraj szybko, bo tracę cierpliwość.
W tym momencie światło w piwnicy zgasło całkowicie. Ktoś włączył alarm, który wył tak głośno, że chciało mi się wymiotować. Poczuciałam na udzie zimne ostrze noża, a czyjaś ręka zacisnęła się na moich ustach, ciągnąc mnie w ciemność w stronę ukrytego przejścia w ścianie, o którym nie miałam pojęcia.
- Cicho, szepnął mi ktoś do ucha, a ten głos należał do kogoś, kogo widziałam przed chwilą na podłodze.
Czy to był Adam? Czy może to był jeden z ludzi Marka? W mroku nie widziałam nic, tylko czułam, jak moje ciało drży z przerażenia i jakiejś chorej ekscytacji, która w ogóle nie powinna się teraz pojawiać. Ktoś pociągnął mnie mocniej za bluzkę, a z góry dobiegł dźwięk rozbijanego szkła i krzyk kobiety, który brzmiał przerażająco znajomo. To była żona Marka.
- Chcesz wiedzieć, co on ci ukrył w sejfie, kochanie, zapytał głos w ciemności.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz