Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Złota Klatka 3

Facet w drzwiach wyglądał jak wyjęty z filmu o gangsterach. Wysoki, w drogim garniturze, z twarzą, która nie wyrażała żadnych emocji. Obok niego stał drugi, znacznie większy, z łapami jak bochny chleba. Sandra odłożyła telefon i widać było, że nieźle się obsrała. Jej pewność siebie wyparowała w sekundę.  

- Marek? Co ty tu robisz? zapytała, a głos jej lekko drżał.

Marek nie odpowiedział. Przeszedł przez salon, ignorując nas wszystkich, i usiadł na fotelu. Wyciągnął z kieszeni paczkę fajek, odpalił jedną i wypuścił dym prosto w stronę Adama. Mój mąż nadal siedział skulony, nie odrywając wzroku od podłogi. To było żałosne.  

- Mówiłem ci, Sandra, że nie lubię niespodzianek, powiedział Marek, patrząc na mnie.

Zaczął mnie lustrować od stóp do głów. Czułam się naga, mimo że stałam w bieliźnie. To spojrzenie było gorsze niż dotyk tamtego gościa. Było zimne, oceniające i całkowicie pozbawione szacunku.  

- Marta, tak? Słyszałem, że jesteś ambitna, rzucił Marek.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Miałam ochotę się zasłonić, ale nogi miałam jak z waty. Ten facet emanował taką władzą, że całe pomieszczenie nagle wydawało się bardzo ciasne. Sandra podeszła do niego, próbując grać swoją rolę, ale on tylko machnął ręką, żeby się zamknęła.

- Adam, wstań, rozkazał Marek.

Mój mąż powoli podniósł się z krzesła. Wyglądał jak zbity pies. Czułam wściekłość, ale też coś jeszcze. Ciekawość, jak to się skończy.  

- Wiesz, ile jesteś mi winien? zapytał Marek, wyciągając z marynarki jakiś dokument.

Adam tylko przełknął ślinę. Nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Marek wstał, podszedł do niego i klepnął go lekko w twarz. To nie było uderzenie, to było upokorzenie.  

- Pieniędzy nie mam, ale mam żonę, powiedział Marek, a potem spojrzał prosto na mnie.

Sandra zaśmiała się nerwowo, ale w tej ciszy brzmiało to jak wystrzał z pistoletu.  

- O co chodzi, Marek? zapytała cicho.

- Chodzi o to, że ta zabawa w dom musi mieć jakieś zasady. Marta zostaje tutaj, z nami. A ty, Adam, możesz wyjść. Albo zostać i patrzeć, jak spłacasz długi w inny sposób.  

W salonie zapanowała cisza, którą przerywało tylko ciężkie oddychanie Adama. Spojrzałam na męża. Czekałam, aż rzuci się na tego faceta, aż pokaże, że ma jeszcze jakieś jaja. Ale on tylko milczał. Jego oczy były puste.  

- No już, decyduj, bo nie mam całego wieczoru, powiedział Marek, podchodząc do mnie.

Poczułam jego dłoń na swojej talii. Była lodowata. Przesunął palcami w górę, w stronę stanika, którego nie zdążyłam jeszcze zrzucić. Adam zacisnął pięści, ale nie zrobił kroku do przodu.  

- Co robisz, Marta? zapytał szeptem mój mąż, patrząc mi prosto w oczy.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego odwróciłam się do Marka i zrobiłam krok w jego stronę. Czułam, jak adrenalina uderza mi do głowy. To było chore, to było pojebane, ale czułam, że to jest moment, w którym przejmuję kontrolę nad swoim własnym upadkiem.  

- Chcesz, żebym została? zapytałam, patrząc prosto w oczy temu psychopacie.

Marek uśmiechnął się pod nosem.  

- Chcę, żebyś klęknęła, odpowiedział.

Sandra wstrzymała oddech. Adam zrobił pół kroku w naszą stronę, a ten wielki osiłek, który stał przy drzwiach, od razu go zablokował.  

- Zostań na miejscu, Adamie, rzucił Marek bez patrzenia na niego.

Zaczęłam powoli uginać kolana. Moje serce waliło jak młot. Widziałam twarz Adama, która była wykrzywiona z bezsilności. Poczułam, jak Marek kładzie dłoń na moich włosach i lekko odchyla mi głowę do tyłu.  

- Dobra dziewczynka, szepnął mi do ucha.

W tym momencie do salonu weszła jakaś kobieta, której wcześniej nie widziałam. Miała w ręku telefon i wyglądała na bardzo poddenerwowaną.  

- Marek, mamy problem, policja jest przy bramie, powiedziała szybko.

Wszystkie oczy skierowały się w stronę wejścia. Marek przeklął pod nosem i puścił moje włosy.  

- Wyłączcie kamery, szybko, krzyknął Marek do kogoś w kuchni.

Sytuacja w sekundę zmieniła się w chaos. Adam w końcu ruszył się z miejsca, ale nie w moją stronę, tylko w stronę okna.  

- Adam, stój, krzyknęłam.

Zignorował mnie. Wypadł na taras, a Marek wyciągnął pistolet z kabury pod pachą.  

- Niech ktoś go zatrzyma, wrzasnął Marek.

Spojrzałam na drzwi, potem na Marka, który celował w stronę tarasu. Nie wiedziałam, czy modlić się, żeby Adam uciekł, czy żeby go dopadli. Wtedy usłyszałam dźwięk syreny policyjnej, która stawała się coraz głośniejsza.  

- Marta, na ziemię, krzyknęła Sandra.

Zanim zdążyłam zareagować, w salonie wybuchła panika. Ktoś rzucił się na mnie, żeby przewrócić mnie na podłogę. Poczułam czyjeś dłonie na ramionach, a potem huk rozbijanego okna. Ktoś wpadł do środka, krzycząc coś o nalocie.  

Wszystko zaczęło się rozmywać. Marek złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę przejścia za regałem, o którym nikt wcześniej nie wiedział.  

- Idziemy, już, krzyknął mi prosto w twarz.

Zanim zdążyłam postawić krok, usłyszałam głos, który zamroził mi krew w żyłach. Głos Adama.  

- Puść ją, sukinsynu.

Dodaj komentarz