Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Złota Klatka 5

Stałam tam jak słup soli. Beton był zimny pod moimi bosymi stopami, a w piwnicy śmierdziało tak, że aż mnie mdliło. Marek stał nade mną z tym swoim pewnym siebie wyrazem twarzy. Czekał. Widziałam, jak mu się oczy świecą w tym słabym świetle. To nie był strach, to była chora satysfakcja.

- No już, słyszałaś mnie, powiedział znowu, tym razem ciszej.

Moje ręce trzęsły się tak bardzo, że ledwo mogłam złapać za zamek na plecach. Pociągnęłam go w dół. Materiał sukienki zsunął się na ziemię. Zostałam w samej bieliźnie, która wcale nie była ładna, bo była stara i rozciągnięta. Marek spojrzał na mnie, potem na moje piersi, a na koniec na moje nogi. Nie było w tym ani grama czułości. Traktował mnie jak kawałek mięsa w rzeźni.

- Wyglądasz żałośnie, rzucił pogardliwie. - Ale przynajmniej wiesz, co trzeba zrobić. Podejdź tu.

Zrobiłam krok w jego stronę. Czułam na sobie wzrok Adama, który wciąż leżał bez ruchu. Bałam się, że zaraz otworzy oczy i zobaczy, co wyczyniam, ale jednocześnie w głębi duszy czułam, że on na to zasłużył. Przez te wszystkie długi i kłamstwa, przez to, że wciągnął mnie w to bagno. Marek złapał mnie za włosy i odchylił moją głowę do tyłu. Zabolało, ale nie pisnęłam.

- Klękaj, rozkazał.

Opadłam na kolana na brudny beton. Zgrzyt kamyków pod moimi kolanami był jedynym dźwiękiem, jaki słyszałam. Marek rozpiął spodnie do końca. Nie było żadnej gry wstępnej, żadnych czułości. Tylko surowy przymus i atmosfera, która dusiła mnie w gardle. Czułam, jak jego dłoń zaciska się na moich włosach, kierując moją twarz w dół.  

- Pokaż, co potrafisz, Marta. Jeśli zrobisz to dobrze, może ten idiota przeżyje jeszcze jeden dzień. Jeśli nie, to wywiozę go w bagażniku tam, gdzie nikt go nie znajdzie.

Zaczęłam to robić. Było mi niedobrze, czułam smak jego skóry i czegoś słonego, ale w środku coś we mnie pękło. To było jak wyłączenie sumienia. Myślałam o tym, ile mam długów i jak bardzo chcę mieć to wszystko za sobą. Marek jęknął, zaciskając palce na moich włosach mocniej niż wcześniej. Jego oddech stał się ciężki i nierówny.

W pewnym momencie drzwi do piwnicy z hukiem się otworzyły. Światło z korytarza wpadło do środka, oślepiając nas na chwilę. Marek przestał się ruszać, ale nie puścił moich włosów. Do środka weszła kobieta. To była żona Marka, ta z tymi lodowatymi oczami, o której krążyły legendy na osiedlu. Miała na sobie jedwabny szlafrok i w ręku trzymała telefon. Nagrywała nas.

- Kochanie, przerywasz nam, mruknął Marek, nie patrząc nawet w jej stronę.

Kobieta podeszła bliżej, uśmiechając się szeroko. Jej wzrok spoczął na mnie. Nie było w nim zazdrości, tylko czyste, zimne wyrachowanie.  

- Nie przerywam, tylko dołączam, powiedziała głosem, który brzmiał jak ostrze noża. - Adam właśnie zaczął się ruszać. Szkoda byłoby, żeby przegapił taki widok, prawda?

W tym samym momencie usłyszałam, jak Adam stęknął na podłodze. Próbował się podnieść, ale jego ręce bezwładnie opadły na beton. Patrzył prosto na mnie, a w jego oczach malowało się coś, czego nie potrafiłam zdefiniować. Szok, niedowierzanie, a może coś jeszcze gorszego.  

- Marta, to ty? wykrztusił, krztusząc się własną krwią.

Marek kopnął go jeszcze raz, tym razem w skroń, tak że Adam od razu znieruchomiał. Spojrzał na mnie, a potem na swoją żonę.

- Skoro już tu jesteś, to dokończ, powiedział do niej, odpychając mnie brutalnie na bok.

Poczułam, jak tracę równowagę i uderzam ramieniem o ścianę. Kobieta podeszła do mnie, chwyciła mnie za podbródek i zbliżyła swoją twarz do mojej. Czułam zapach jej drogich perfum, który gryzł się ze smrodem pleśni w piwnicy.

- A teraz, kochana, zrobisz to, co ci każemy, albo on w tej chwili przestanie oddychać, powiedziała i wyciągnęła z kieszeni szlafroka małą, czarną zabawkę.

Dodaj komentarz