Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Złota Klatka 4

Adam stał w oknie, wpadł do środka z jakimś ciężkim narzędziem w ręku. Wyglądał jak wariat. Marek skulił się nieco, wciąż trzymając mnie za rękę tak mocno, że czułam jak krew przestaje płynąć w palcach. Syreny wyły już tuż przed bramą osiedla. To nie była policja, przynajmniej nie ta prawdziwa, bo w tej okolicy nikt nie wzywał mundurowych. To musieli być ludzie z ochrony, albo prywatna ekipa kogoś, kto chciał przejąć interes.

- Puść ją, sukinsynu, powtórzył Adam, idąc w stronę Marka.

Marek nawet nie drgnął, tylko wycelował w niego pistolet. Nie było w tym żadnego wahania, żadnego strachu. On był do tego przyzwyczajony. Widziałam to po jego oczach. Był chłodny jak lód.

- Adam, nie rób głupstw, rzuciłam drżącym głosem.  

- Zamilcz, Marta, warknął Marek, nie spuszczając wzroku z mojego męża.  

W salonie zrobiło się dziwnie cicho, mimo że na zewnątrz wszystko huczało od syren. Sandra, która jeszcze przed chwilą chciała mnie przewracać na ziemię, teraz stała w kącie i wycierała sobie usta. Wyglądała na znudzoną, jakby to wszystko było tylko częścią jakiegoś scenariusza.  

Adam rzucił to, co trzymał w ręku. To był tylko kawałek metalowego pręta. Marek zaśmiał się krótko, dźwięk był suchy i nieprzyjemny.  

- Myślałeś, że mnie wystraszysz tym żelastwem, Adamie? Jesteś żałosny.  

Marek pchnął mnie w stronę ściany, a sam zrobił krok do przodu. Czułam jak serce wali mi w piersi. Wiedziałam, że jeśli teraz nic nie zrobię, to Adam zginie. Albo Marek go wykończy, albo ludzie na zewnątrz wpadną tu i sprzątanie będzie o wiele brutalniejsze. Zaczęłam działać instynktownie. Zsunęłam się wzdłuż ściany i wyciągnęłam rękę w stronę stolika kawowego, gdzie leżał telefon Marka i jakieś klucze. Zamiast nich chwyciłam ciężką szklankę z niedopitym alkoholem.  

Nie zastanawiałam się. Rzuciłam nią prosto w twarz Marka.  

Szklanka rozbiła się na jego skroni, krew trysnęła od razu. Marek zawył z bólu, a pistolet wypadł mu z dłoni na dywan. To była sekunda. Adam rzucił się na niego, zanim ten zdążył sięgnąć po broń. Zaczęli się bić. Nie było w tym żadnej techniki, żadnego ładnego boksu. To była brutalna walka o przeżycie. Walili się pięściami po twarzach, przewracali meble, niszczyli wszystko dookoła.  

Wtedy drzwi główne wyważyły się z hukiem. Do środka wpadło czterech facetów w czarnych kominiarkach. Nie mieli mundurów. Mieli karabiny.  

- Leżeć, wszyscy na ziemię, darł się jeden z nich.

Padłam na kolana, chowając głowę w dłoniach. Słyszałam tylko odgłosy uderzeń i przekleństwa. Adam wciąż okładał Marka, nawet nie zauważył, że ktoś inny wszedł do pokoju. Jeden z zamaskowanych podszedł do nich i kolbą karabinu uderzył Adama w tył głowy. Adam osunął się na podłogę bez słowa.

Marek wstał, wycierając krew z czoła. Wyglądał jak demon. Spojrzał na mnie, a potem na swoich ludzi.  

- Zwiążcie ich, powiedział Marek głosem, który nie zdradzał żadnych emocji.  

Czułam jak ktoś chwyta mnie za włosy i szarpie w górę. Zaciśnięto mi plastikowe opaski na nadgarstkach. Były tak ciasne, że skóra na rękach zaczęła boleć. Wepchnęli nas do środka tego przejścia za regałem, które prowadziło do piwnicy. Tam było ciemno i śmierdziało pleśnią.  

Marek wszedł za nami, zamykając przejście. Zostało tylko światło jednej słabej żarówki. Podszedł do mnie, chwycił za podbródek i podniósł moją twarz do swojej.  

- Marta, jesteś bardzo nieposłuszna, szepnął mi prosto do ucha, a jego oddech śmierdział krwią i drogim whisky.  

Adam leżał obok, wciąż nieprzytomny. Z jego głowy sączyła się strużka krwi na betonową podłogę. Marek kopnął go lekko w żebra, sprawdzając czy oddycha.  

- Twój mąż jest słaby, powiedział Marek, patrząc na mnie tymi swoimi zimnymi oczami. - Teraz musisz zdecydować. Albo on zostanie tu i zostanie zutylizowany, albo zrobisz dokładnie to, o co cię poproszę.  

Czułam, że całe moje ciało drży, ale nie ze strachu. To było coś innego, jakaś dziwna adrenalina. Spojrzałam na niego i nie mogłam przestać patrzeć na to, jak krew spływa mu po policzku.  

- Czego chcesz, zapytałam, ledwo rozpoznając własny głos.  

Marek uśmiechnął się paskudnie i rozpiął pasek od spodni.  

- Chcę, żebyś udowodniła, że jesteś warta tego luksusu, na który tak bardzo chcesz zasłużyć. Zdejmij sukienkę.

Dodaj komentarz