Nowy Świat Czarownic, cz. 39.

     Dotrzymała słowa i Marcus aż zachłysnął się wiedzą. Poznał sposób wzbudzania wiatru, poruszania ziemią, wzburzania wody. Przywoływać ogień sam już potrafił i tutaj Aurora nie pokazała mu nic nowego. Ale objawiła za to sztukę wznoszenia osłon, dotychczas zupełnie mu obcą. Nie będzie więcej bezbronny, potrafiłby teraz oprzeć się każdemu rzuconemu przeciwko niemu żywiołowi. O ile starczyłoby mu sił, o ile dysponowałby większą mocą niż przeciwnik. Ale w to nie wątpił, młodość i potęga nie znały podobnych wahań. Obecnie lady Berengaria nie mogłaby już unieruchomić go niczym marionetkę, której przecięto sznurki. Zerwałby splecione przez nią więzy, przez własną matkę, margrabinę, również. Zerwałby bez trudu i nie potrzebowałby pomocy Demona. Sam również umiałby podobne nałożyć. Potrafiłby jeszcze wiele innych rzeczy. Kotłowały mu się w głowie, na zrozumienie i uporządkowanie całej tej wiedzy oraz wszystkich umiejętności znajdzie jeszcze czas. Przyjdzie pewnie poćwiczyć, jak ze wszystkim, co ważne, ale wiedział, że na pewno podoła temu zadaniu. Stał się pierwszym od wieków magiem-mężczyzną, nie tylko z jednym, ukrywanym czarem, jak poprzednio. Ciekawe, jak przyjmie to Berenika? Będzie musiała się z tym pogodzić. Zresztą nie zamierzał odmawiać jej mocy. Przecież kochał swoją panią i małżonkę, pragnął obdarzać ją nasieniem i magiczną siłą, obdarzać rozkoszą i samemu tej rozkoszy doznawać. O tak, moc również dawała cudowną rozkosz, teraz, gdy potrafił jej używać. Ale za nic, nawet dla tej nowej potęgi, nie wyrzekłby się miłości kobiety, miłości Bereniki.
     Miał pewność, że dorównuje czarodziejom sprzed wieków, a nawet ich przewyższa. Nie rozumiał jednak swoich poprzedników. Jak mogli dla władzy i potęgi wyrzec się ekstazy miłości? Nic dziwnego, ze oszaleli, sprowadzając zagładę na samych siebie i omal nie niszcząc przy okazji całego świata. On nie pójdzie w ich ślady, okaże się mądrzejszy. Nie odrzuci miłości i zachowa rozum. Czyż nie ma przy boku wyjątkowej pani i małżonki? Która zrozumie go i wesprze, a on podzieli się z nią mocą. Czyż nie dysponuje wyjątkową siłą? Czyż magia nie odradza się w jego lędźwiach zadziwiająco szybko? Zwłaszcza ostatnimi czasy? Nawet teraz czuł jej pierwsze drgnięcia, pomimo tego, że nie tak dawno kochał się z Aurorą. Niech wiedźmy mają się na baczności, pomimo ich  kłamstw i oszustw. To nasunęło mu nową myśl.
     - Nie pokazałaś mi żadnego sposobu na zmianę postaci. W Królestwie znają je i wykorzystują podobno wszystkie szlachetnie urodzone panie. Może niekoniecznie aż tak bardzo jak lady Berengaria, która zwodziła mnie i innych całymi tygodniami, jeżeli nie dłużej, ale urodę poprawia prawie każda wielka dama.
     - Nie, nie pokazałam, Marcusie. Nie pokazałam, bo nie znam takich sposobów. My nie używamy tutaj podobnie kłamliwych sztuczek. I bardzo dobrze, do niczego ich nie potrzebujemy! - dorzuciła z bezlitosnym okrucieństwem prawdziwie urodziwej młodości.
     - To może chociaż wiesz, jak takie maski rozpoznawać i zrywać, gdy ktoś je jednak nałoży?
     - Nie. Już mówiłam, że to rodzaj czarów, którego nie znamy. Te twoje szlachetnie urodzone panie, czy raczej dziwki, korzystają z nich pewnie po to, żeby podniecać swoich mężów i tym łatwiej zabierać im moc. Nic dziwnego, że rozwinęły takie metody na własny użytek. My ich nie potrzebujemy – powtórzyła z dumną pewnością siebie.
     - Rozumiem.
     „Ciekawe, czy Berenika zna te sposoby? Nauczyła się od matki? Sama z pewnością ich nie używa, bo podobnie jak Aurora wcale nie musi.” - Nurtowała go jednak ciekawość. Cóż, kiedyś zapyta.
     - Moja moc już się powoli odradza. Chciałbym poćwiczyć.
     - Tylko nie próbuj posługiwać się tutaj wodą, ziemią czy powietrzem. – Udała, a może naprawdę poczuła niepokój. - Dość już miałam kłopotów z tym przepalonym zamkiem. Bramę rozbijesz jutro ogniem, to z pewnością potrafisz. Poćwiczymy stawianie osłon.
     I tak spędzili dłuższy czas na szczególnej zabawie. Aurora kierowała przeciwko Marcusowi słabe ataki przy użyciu kolejnych żywiołów, a on opierał się im, wykorzystując nabytą świeżo wiedzę. Szło mu tak dobrze, że zirytowana odrobinę dziewczyna cisnęła weń wreszcie poduszką. Zaskoczony, nie zdążył wznieść odpowiedniej bariery i odruchowo przechwycił pocisk rękoma. Odrzucił go z całej siły i wszczęli inną bitwę, niekoniecznie magiczną. Po chwili przeszli do zmagań w zwarciu i chłopak zamierzał już ponownie oddać się przyjemności oddawania mocy w zamian za rozkosz, Aurora wykazała jednak więcej rozsądku.
     - Nie, Marcusie. - Wywinęła się zręcznie. - Musisz mieć jutro jak najwięcej siły. I nie umiesz jeszcze stawiać dobrze osłon.
     - Całkiem nieźle mi idzie. Wiesz, wyczuwam nawet chyba, którego żywiołu zamierzasz użyć i mam wtedy dość czasu, by wybrać właściwą odpowiedź. Przy ostatnich atakach ani razu się nie pomyliłem. Ani razu.
     - Ale poduszką w głowę dostałeś! Strzały nie zatrzymasz rękami. Musisz nauczyć się bronić również przed zwykłymi pociskami.
     Przyznał jej w duchu rację i kontynuowali ćwiczenia. Wreszcie odbił magią rzucony zdradziecko gliniany dzbanek, który szczęśliwie upadł na posłanie i nawet się nie rozbił. Przynajmniej dziewczyna nie celowała w twarz. W nagrodę Aurora uznała, że wystarczy tej zabawy, bo chłopak potrafi się w razie potrzeby obronić.
     - Marcusie, jutro nie będzie mnie w grodzie. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze... że spotkasz tę swoją Berenikę i nastanie pokój. Może nawet jeszcze się wtedy zobaczymy, ale... Ale na pewno nie będziemy już mogli się kochać.
     - To zróbmy to teraz, gdy mamy jeszcze sposobność.
     - Nie, musisz zgromadzić siłę. Może okazać się potrzebna. I pamiętaj, pamiętaj żeby nie zużyć jej całej na tę bramę, bo wtedy... bo wtedy moje poświęcenie i tak na nic się nie przyda. A teraz lepiej już pójdę.
     Nie czekając na odpowiedź zebrała swoje rzeczy i wymknęła się z izby. Może powinien próbować ją zatrzymać, ale czuł, że miała rację. I nie chodziło tu tylko o tę przeklętą moc. Jutro spotka się z Bereniką, a wszystkie ich sprawy i tak zostały już dostatecznie poplątane.
     Rankiem nie spieszył się z wstawaniem. Musiał odespać nocne igraszki i nauki, chciał też dać trochę czasu Aurorze, by zdążyła opuścić gródek ojca, tak jak zaplanowali. Może zresztą bał się ewentualnego spotkania? Ostatecznie z łoża wyrzuciła go Marta.
     - Dość tego wylegiwania się, chłopcze, nawet jeżeli jesteś księciem. Wstawaj i marsz na śniadanie. Dziewuszka już od dawna na nogach, gdzieś tam pojechała. I pytali o ciebie ten Rogwold oraz jego córka. - Starsza kobieta nie ukrywała dezaprobaty w głosie, goście nie wzbudzili chyba jej sympatii.
     Cóż było robić? Nie znalazł już żadnego pretekstu, by odkładać  przystąpienie do działania. Skoro dziewczynę wyprawiono w drogę, wszystko musiało już zostać przygotowane. Pomyślał o rychłym spotkaniu z Bereniką. Pragnął tego, ale też obawiał się trochę, jak pani i małżonka przyjmie nowe umiejętności męża. Na pewno dobrze! Znał ją przecież. I sama, z własnej woli, ofiarowała mu czar ognia. Mocy czuł w sobie aż nadto, odrodziła się w wystarczającej sile.
     Przynajmniej śniadanie pozwolono mu zjeść w spokoju. Ale później poszło już gorzej. Pojawiła się Ragnega. Odczuwał wobec niej dziwną mieszaninę niechęci oraz poczucia winy. Potraktował ją wtedy, dwie noce temu, chłodno, niemal jak wroga. A ona, postawiona w sytuacji bardziej może nawet niezręcznej niż jego własna, postawiona nie z własnej woli, okazała prawdziwe poczucie godności. Nie była szlachetnie urodzoną damą z Królestwa, ale taka Mirella nie dorastała jej do pięt, pomimo wszystkich swoich żałosnych, uwodzicielskich sztuczek. Nie zmieniało to faktu, że na rozmowę nie miał ochoty. Tym bardziej wobec tego, co zamierzał. Spał długo i ociągał się przy jedzeniu, słońce zdążyło więc minąć już szczyt swojej drogi na niebie. Skoro wszystko gotowe, to nie ma sensu sprawy odkładać.
     - Chodźmy na dziedziniec – burknął. - Chciałbym zająć się moim koniem.
     Nie oponowała. Podobnie jak Aurora i większość barbarzyńców bała się odrobinę Demona, nie mieli tu takich wierzchowców, a tym samym okazji do opanowania prawdziwych umiejętności jeździeckich To i dobrze, powinno pójść łatwiej. Osiodłał rumaka, wymienił z przyjacielem kilka zwyczajowych czułości. Wiele dzisiaj od Demona zależało, ale koń nigdy go dotąd nie zawiódł. Nie zawiedzie i teraz. A pierwsza próba czekała już za chwilę. Ocenił spojrzeniem sytuację. Bramę trzymano zamkniętą, w związku z tym nie wystawiono szczególnie licznych straży. Wieży jeszcze nie odbudowano, wartownicy kręcili się więc tylko po koronie wału. Tym lepiej, tan wolał przecież poświęcić raczej wrota, niż ludzi
     - Przejadę konia, na wszelki wypadek trochę się odsuń.
     Ciekawe, czy dziewczyna użyje przeciwko niemu mocy? Czy pod przemożnym poczuciem godności ukrywa odczuwaną do niedawnego kochanka prawdziwą urazę? A może nie ma to dla niej żadnego znaczenia i uderzyłaby magią nawet wtedy, gdyby w płomiennych czynach i słowach wyznawali sobie dozgonną miłość?
     Wskoczył na grzbiet Demona, pokłusował tam i z powrotem po ograniczonej przestrzeni dziedzińca. Krążąc w ten sposób wyczekał do chwili, gdy wszyscy trzej wartownicy oddalili się nieco od bramy. Wykonał kolejny obrót koniem i zebrał siły. Zaczął przywoływać obraz sir Oswalda masakrującego Anitę, gdy wspomniał ostrzeżenie Aurory. Zadowolił się więc postacią mierzącej do niego z łuku Lady Berengarii. Mimo wszystko, do księżnej odczuwał jednak mniejszą nienawiść. Zawrócił, ustawiając się w odpowiednim kierunku i uspokajająco klepiąc przyjaciela po szyi. Teraz!
     Kula ognia uformowała się posłuszna woli Marcusa i uderzyła w prowizorycznie naprawione wrota. Nie potrafił ocenić, ile właściwie siły zużył, na pewno nie całą, ale okazała się ona aż nadto wystarczająca. Cios rozwalił bramę grodu; stanowczo, umocnienia barbarzyńców pozostawiały wiele do życzenia w starciu z potęgą magii. Gdy tylko płomienie osłabły, a raczej runęły na zewnątrz i tam się rozproszyły, ponaglił konia. Demon nie zawiódł, nie przestraszył się ognia. Skoczył w stronę rozbitej bramy, zręcznie omijając tlące się tu i ówdzie resztki konstrukcji. Na zewnątrz przeszli w cwał. Zaskoczeni strażnicy nie zdążyli użyć oszczepów, a kilka posłanych ze sporego już dystansu strzał chybiło. Nie postawił osłony przed zwykłymi pociskami, na szczęście przeleciały w bezpiecznej odległości. Całą uwagę skoncentrował na Ragnedze i mocy żywiołów. Nie oglądał się, ale jakimś sposobem wyczuł, że stanęła w rozbitej bramie. Splatała czar powietrza, to również wiedział. Pozwolił Demonowi wybierać drogę i utkał własną osłonę. Potężne uderzenie wiatru, które w normalnych warunkach powaliłoby Marcusa razem z koniem, odbiło się od niewidzialnej, ale równie silnej tarczy. A raczej nie tyle odbiło, co rozdzieliło i spadło na pojawiające się już tu i ówdzie zarośla oraz młode drzewka. Ostatnie strzały wypuszczone przez strażników przepadły w tej zawierusze. Przyspieszył, dziękując w duchu Aurorze. Ocaliła mu życie, a przynajmniej wolność. Bo Ragnega nie użyła przecież morderczego żywiołu ognia, ale bardziej łagodnego powietrza. Miałby szansę przeżyć, nawet gdyby spadł z konia. Chciała zachować go żywym dla jego mocy? Czy również z jakiegoś innego jeszcze powodu? Odegnał te myśli i ponownie skupił się na wyczuwaniu magii. Nic jednak nie znalazł, dziewczyna zrezygnowała, może zaskoczona, może wobec rosnącej odległości, może oszczędzając siły, a może dla innych jeszcze, jej tylko znanych przyczyn. Popędził w stronę coraz bliższej linii lasu.
     Znając słabe umiejętności jeździeckie prezentowane przez barbarzyńców nie musiał obawiać się pogoni, zwolnił więc, gdy dopadł pierwszych drzew. Dokąd teraz? Nie miał pojęcia, gdzie wyznaczono spotkanie z Bereniką. Nie wiedział nawet, jak znaleźć umówionego z tanem przewodnika. Powinien oczekiwać gdzieś w lesie, to wszystko. Założył, że zaufany człowiek Arnolda obserwował z ukrycia ucieczkę i sam go odszuka. Aby ułatwić mu zadanie, jeszcze bardziej spowolnił krok Demona. I nie pomylił się. Las przerzedził się, osiągnęli brzeg rozległej polany. Ostrożnie wynurzył się spod osłony drzew.
     - Książę Marcusie!
     W pewnej odległości od linii zarośli oderwał się samotny jeździec. Jechał powoli i na znak braku wrogich zamiarów machał ręką nad okrytą głębokim kapturem głową. Ręką, w której nie dzierżył żadnej broni. Drugą powodował koniem. Chłopak wytężył uwagę i na wszelki wypadek przygotował przekazany mu przez Aurorę czar, pozwalający odpierać zwykłe pociski. Okazało się to jednak niepotrzebne. Nieznajomy zatrzymał się, nadal zachowując się przyjaźnie, chociaż kryjąc twarz w cieniu. Może obawiał się, że przy odrobinie złośliwości ze strony bogów ktoś mógłby go przypadkowo rozpoznać w towarzystwie zbiega? A to skompromitowałoby przecież samego tana, który musiał poruczyć tę delikatną misję komuś naprawdę zaufanemu.
     - Przysyła mnie tan Arnold, jak było umówione. Mam cię zaprowadzić na spotkanie z młodą wiedźmą.
     Marcus nie rozpoznał głosu, twarz nadal pozostawała niewiadomą. I tak nie znał  jednak wszystkich ludzi ojca Aurory, cóż więc za różnica? Nie miał innego wyjścia i musiał zaufać temu człowiekowi. Na wszelki wypadek zachowa czujność i gotowość do użycia magii, ale musi mu zaufać, jeżeli chce spotkać Berenikę.
     - Nie traćmy więc czasu. Słońce wędruje już ku zachodowi.
     - Mamy trochę drogi przed sobą, ale zdążymy. Poczekajmy jednak na mojego towarzysza.
     - Towarzysza? Spodziewałem się, że będziesz sam. Tak było umówione.
     - Tan dodał mi pomocnika. To po to, żeby łatwiej odnaleźć cię w lesie, książę. Nie mogliśmy mieć pewności, dokąd się skierujesz. Wyznaczyliśmy sobie spotkanie właśnie na tej polanie.
     - Jeśli szykujecie jakąś zdradę...
     - Tan powierzył mi to zadanie i wykonam je zgodnie z jego wolą, nawet gdyby niekoniecznie mi się podobało, młody panie. A oto i mój towarzysz.
     Podobnie zakapturzona postać wynurzyła się w oddali spośród drzew. Poruszała się równie powoli, w identyczny sposób demonstrowała też brak gotowej do użycia broni. Marcus na nowo wzmógł czujność. Nic strasznego się jednak nie stało. Jeździec zatrzymał się w pewnej odległości, zachowując milczenie.
     - Teraz możemy ruszać. Jeżeli nadal obawiasz się zdrady, pojedziemy obydwaj przodem. Podążaj naszym śladem, ale nie odstawaj za bardzo i nie trać nas z oczu. Lasy tu gęste i łatwo zgubić drogę.
     - Raz już wpadłem w pułapkę zastawioną przez ludzi tana.
     - A ja już raz powiedziałem, że wykonam otrzymane rozkazy i zaprowadzę cię do wiedźmy, chociaż niewiele z tego rozumiem i nie uważam tego za dobry pomysł. Ale tan wie lepiej.
     - Dobrze więc, prowadźcie.
     Kiwnął głową i zajął miejsce za plecami ludzi Arnolda. Nie miał innego wyjścia, jeżeli chciał odnaleźć panią i małżonkę. Ale czujność zachowa. Czujność i gotowość do użycia mocy. Zbyt często zastawiano na niego przemyślne sidła, by znowu dał się zaskoczyć.

5 351 czyt.
95%407
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 2745 słów i 15847 znaków.

7 komentarzy

 
  • Lolek2

    Lolek2 · 8 kwietnia

    Neferze powoli moglbys sie juz szykowac   

  • Asano

    Asano · 31 marca

    Mnie dla odmiany bardzo sie podoba. Opisy bardzo ciekawe- zaczyna sie cos ciekawego dziac choc dla mnie ogromny minus to to ze tak rzadko kolejne czesci, ale pamietam jak Pisales ze masz mniej czasu. Na pewno bede wracał jak tylko sie pojawi kolejna czesc- bede az do konca !

  • BlackCrowew

    BlackCrowew · 29 marca · 193485468

    Wróciłem po długim czasie do tego opowiadania. I..... Do dziesiątego mniej więcej odcinka było wszystko - napięcie, ładne opisy, interesującą akcja. Potem zaczęły się schody... Rozwlekłe, coraz gorszy scenariusz, opisy... szkoda gadać. Teraz - no cóż, zostaje dialog Maklakiewicza z Himilsbachem o polskim kinie w "Rejsie". Szkoda! Ja z przykrością już tego opowiadania nie odwiedzę...

  • emeryt

    emeryt · 29 marca · 202091556

    @nefer, wspaniale, coś mi się zdaje że Markus ma dosyć dużo szczęścia do kobiet. Ty , drogi Autorze tej wspaniałej powieści, sam powinieneś wiedzieć to najlepiej. W końcu to dzięki  Tobie one zaistniały na kartach tej historii. A w dodatku chcą opiekować się nim. Ma chłopak szczęście, dzięki Tobie oczywiście. A ja dziękując za kolejny, wspaniały odcinek, przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia, oraz abyś zawsze znajdował czas na dodawanie kolejnych odcinków.












  • Mily

    Mily · 29 marca · 193944193

    O podium... trzeci

  • seth207

    seth207 · 29 marca · 200838013

    Świetne, absolutnie świetne. Więcej i częściej Pokochałem Twoje pisanie już po Pani Dwóch Krajów i wprost nie mogę się doczekać kolejnych części. Geniusz pióra

  • AnonimS

    AnonimS · 29 marca

    Bardzo emocjonujące część.  Aurorę powinien po rękach i nogach całować bo ocaliła mu życie i diametralnie zmieniła jego los.  Mimo miłości do Bereniki ( tylko za co ją tak kocha?).  To jest trudny wybór . autorze może grozić śmierć z rąk wściekłych i zawiedzionych sojuszników tana.  A po powrocie,  niewiadomo co go czeka.  I ta postać zakapturzona która dołączyła w ostatniej chwili?  Czy to nie przypadkiem przebrana wybawicielka? 😜. Pozdrawiam serdecznie Autorze