Nowy Świat Czarownic, cz. 34

Marta okazała mu nadspodziewanie wiele sympatii, oprócz zupełnie przyzwoitego ubrania przynosząc śniadanie. Niezbyt wyszukane, ale pożywne. A w trakcie wyprawy i tak jadał głównie potrawy z ogólnej, żołnierskiej kuchni.
     - Czy to księżniczka  Aurora kazała to podać?
     - Księżniczka? No, w taki sposób nikt jej tutaj nie nazywa. Widać, że pochodzisz z obcych stron. Tam u was, to pewnie same księżniczki trafiają się takim książętom jak ty. Ale niczego sobie z ciebie chłopak. - Obrzuciła Marcusa spojrzeniem, gdy pospiesznie naciągał na siebie spodnie, a potem kubrak. - Mówiłam już, że nasza Aurora mogła trafić gorzej. A śniadanie? Nie, wy młodzi nie macie głowy do takich rzeczy. Ale ja dobrze wiem, że gdy mężczyzna oddaje moc, to potem chce jeść. Widziałam to niejeden raz.
     - Niejeden raz?
     - Dziewuszka musi skądś brać siłę do tych swoich czarów. Jednak u nas trudno taką zgromadzić. I przez to te twoje wiedźmy mogą na nas napadać, a my niewiele możemy zrobić. Ale teraz ma prawdziwego księcia, tak jak one. I pokaże im, że z ludźmi z Północy nie pójdzie jednak tak łatwo.
     - A skąd brała moc wcześniej? Sam widziałem, jak jej używała.
     - No, niektórzy nasi mężczyźni też trochę jej mają, ale niedużo. I dlatego potrzeba ich wielu, żeby rzucić jakiś czar.
     - Potrafią połączyć swoją moc?
     - Jakiś ty niemądry, chociaż jesteś księciem. Oddają moc Aurorze, a ona łączy ją w sobie. Wtedy może czarować.
     - I potrzeba ich do tego wielu? - spytał nieprzyjemnie zaskoczony.
     - A tak. Z dziesięciu albo i więcej. Ilu da się zebrać. Nasza dziewuszka wie, co musi zrobić i nie może być wybredna. Dlatego mówię, że źle nie trafiła. A ty masz podobno baaaardzo duuuuuużo magicznej siły. Tak powiedziała. Tylko zapomniała, że żeby coś zrobić dobrze, trzeba dobrze zjeść. Wiem o tym, oj wiem, chociaż mnie samej ta cała moc na nic. Ale i bez mocy też może być miło. Tyle, że mężczyzna zjeść musi. A ja muszę zadbać o Aurorę, chociaż ona sama o tym nie pamięta. Dlatego nie wybrzydzaj mi tu i jedz.
     Wszystko to wygłosiła w sposób tak naturalny, jakby opowiadała o rzeczach najzupełniej oczywistych. Zmrożony początkowo wiadomościami o obyczajach Aurory, Marcus nie potrafił następnie ukryć rozbawienia i omal nie parsknął śmiechem. Zresztą, czyż jej postępowanie różniło się aż tak bardzo od uczynków szlachetnie urodzonych dam z Królestwa? I przynajmniej nie używali tu ochraniaczy.
     - No zjadaj, zamiast się naśmiewać. To najlepsze, co udało mi się znaleźć w tym całym zamieszaniu. Może nie to samo, co w waszych zamkach, ale zawsze.
     - Pani Marto, wszystko jest znakomite. Od dawna nie dostałem tak dobrego śniadania.
     - Nie jestem żadną panią! - Starsza kobieta nie potrafiła jednak ukryć uśmiechu zadowolenia z pochwały.
     Aby potwierdzić prawdziwość swoich słów zaczął próbować sera, chleba, zimnego, pieczonego mięsa, warzyw. Popijał mlekiem. Nie było to śniadanie godne dworu margrabiny Międzyrzecza, ani nawet zamku Lady Berengarii, ale okazało się nadspodziewanie smaczne, a on sam naprawdę odczuwał wilczy głód.
     - Dziękuję, pani Marto. Naprawdę, bardzo dobre. A teraz, skoro już mam ubranie, to chciałbym wyjść na wały. Widzę, że szykujecie się do obrony. Pewnie obawiacie się armii z Siedmiu Bram, tak powiedział tan.
     - A tak, tan zerwał z twojego powodu zawarty układ. I teraz obydwie wiedźmy pewnie tu przyjdą.
     - Masz mi to za złe, Marto? To wznowienie wojny?
     - O takich rzeczach to postanawiają mądrzejsi ode mnie. Tan na pewno wie co robi, a Aurora ma teraz tyle mocy, że może walczyć z tymi twoimi czarownicami, choćby i przyszły. Obroni nas.
     - Właśnie! Szykujecie się do walki. Ja też chciałbym się na coś przydać, skoro to z mojego powodu. Chcę iść na wały!
     - Nie ma mowy. Tan osobiście rozkazał trzymać cię w tej izbie.
     - Ale Aurora...
     - Ona przysłała ci tylko ubranie, a ja dołożyłam śniadanie. A teraz muszę już iść. - Marta ucięła rozmowę i zabierając po drodze opróżnione naczynia zniknęła za drzwiami, nie zapominając o zasunięcia rygla.
     No tak. I został tu sam, odsunięty od wszystkiego, podczas gdy wkrótce miały rozstrzygnąć się jego losy. Tan raczej go nie wyda, ale czy Aurora zdoła powstrzymać wiedźmę? Raz już się jej nie udało, może zabrakło wtedy wystarczająco licznej gromady takich, którzy potrafili zebrać i oddać moc?
     Odsunął od siebie takie myśli. Co go to w końcu obchodzi? Wyjrzał przez wąskie okno. Z pewnością nie zdoła się przecisnąć. Gorączkowa krzątanina wyraźnie tymczasem osłabła. Najwidoczniej zdążono wyprawić z fortecy wszystkich zbędnych mieszkańców oraz bydło i inny dobytek. Tu i tam kręcili się już tylko wojownicy, kończący ostatnie przygotowania do odparcia szturmu. Wielu z nich stało na wałach, inni skupili się oddziałach cofniętych pomiędzy zabudowania. Poszukał wzrokiem tana albo Aurory, ale nigdzie ich nie znalazł.
     Poczuł przypływ rozdrażnienia. Znowu traktują go wyłącznie jako dawcę mocy. Postanowili, że odda magiczną siłę czarownicy, która zajmie się wszystkim, a on sam ma pozostać bezpiecznie na uboczu. Bo jest zbyt cenny, a na dodatek nikt mu nie ufa. Nawet Aurora, której uratował przecież życie w obozie księżnej. Tylko dlaczego nie powiedziała ojcu o umiejętności rzucania przez Marcusa ogniem? Aby chronić chłópaka przed zabobonnymi współplemieńcami? Gdyby miał moc, to mógłby rozwalić drzwi i wyjść. Nikt nie zdołałby go zatrzymać. Ale magiczną siłę zabrała Aurora, teraz minie trochę czasu, zanim na nowo się zbierze. I pożywne śniadanie Marty niewiele tu pomoże. Odruchowo spróbował sięgnąć po moc i ku swojemu zdziwieniu coś znalazł. Tak, poczuł siłę, chociaż nie tak znowu dawno oddał nasienie kobiecie. Niewielką, ale zawsze. Moc nigdy dotąd nie wracała aż tak szybko. Czyżby dziewczyna, może nieprzyzwyczajona, może nie aż tak zdolna jak prawdziwa pani szlachetnej krwi, nie zabrała wszystkiego? Nigdy o czymś takim  nie słyszał. A może to rzeczywiście śniadanie Marty zdziałało cuda?
     Nie tracił więcej czasu na próżne rozmyślania i zamiast tego zastanowił się, co może zrobić. W żadnym wypadku nie miał zamiaru tkwić w zamknięciu, gdy tuż obok decydowały się jego losy. Czy mocy wystarczy, żeby rozwalić drzwi albo okno? Może i tak, ale czymś takim z pewnością zwróciłby uwagę. Lepiej ostrożnie wypalić drewno wokół rygla. Skoncentrował się i spróbował. Celowo starał się unikać myśli o Lady Berengarii czy zbrodniach sir Oswalda. Efekty wysiłków Marcusa okazały się jednak nikłe. Ot, wąska smużka dymu. Nie dostrzegł i nie wyczuł nawet porządnego żaru. W ten sposób na pewno się nie uwolni. Pomyślał o Aurorze, o tym jak nazywała go psem, jak nie chciała zabrać ze sobą na wały ani pokazać, jak rzuca się inne czary. Wreszcie o tym, w jaki podobno sposób zdobywała magiczną siłę. Tym razem drzwi buchnęły niewielkim ogniskiem ognia. Niewielkim, ale aż nadto wystarczającym. Pospiesznie wycofał moc. Przepalone drewno nie trzymało już rygla, ale w drzwiach pojawił się uczyniony żarem otwór wielkości dwóch pięści. I tyle wyszło z zamiaru zachowania ostrożności. A przecież przywołał tylko w pamięci drobne urazy wobec życzliwej mu chyba dziewczyny? Teraz każdy, kto ujrzy ślady działania ognia domyśli się, że użyto tutaj magii.
     Chwilowo nie zanosiło się jednak na to, by ktokolwiek przejmował się samym Marcusem oraz jego poczynaniami. Uwagę wszystkich musiały przyciągnąć jakieś wydarzenia poza gródkiem, dowodziły tego dobiegające z zewnątrz okrzyki. Wyjrzał przez okno i ujrzał nagłe poruszenie na wałach. Barbarzyńscy wojownicy potrząsali bronią i wygrażali komuś pięściami. Nie tracił już więcej czasu, porwał przyniesioną również przez Martę opończę, narzucił na głowę kaptur i ostrożnie wyszedł na korytarz. Szybko przemknął ku schodom i zszedł na dół, do czegoś w rodzaju jadalni albo świetlicy. Szczęśliwie, tu również nikogo nie spotkał. Teraz należało zachować spokój i szczególne opanowanie. Otworzył drzwi zewnętrzne i pewnym krokiem ruszył przez dziedziniec, kierując się ku najbliższemu wyjściu na koronę wału. Pomyślał, że z bliska widzieli go pewnie tylko niektórzy z barbarzyńców, uczestnicy nocnego patrolu. Widzieli w ciemnościach i bez ubrania. Chwycił jedno z ustawionych u podnóża wału wiader z wodą i usprawiedliwiając w ten sposób swoją obecność wspiął się z nim po drewnianych schodach na szczyt umocnień. Znalazł w miarę spokojne miejsce, co nie było zbyt łatwe, ale nikt nie zwracał tutaj na niego większej uwagi. Podobnie jak wszyscy, wyjrzał na zewnątrz.
     Ujrzał rozstawiające się wokół grodu szeregi pieszych i konnych wojowników Siedmiu Bram. Jak zwykle, czynili to ze spokojną pewnością siebie doświadczonych żołnierzy. Bez szczególnego pośpiechu, ale i bez zbędnej zwłoki. Jeźdźcy otoczyli już osadę, rozesłane w różne strony szwadrony odcinały wszelkie drogi ucieczki. Piesi skoncentrowali się w dwóch grupach. Marcus widział te przygotowania nie pierwszy raz. Piechota nie niosła ze sobą żadnych drabin ani innego sprzętu szturmowego, ale to również nie stanowiło nowości. Na tyłach dostrzegł kilka rozstawianych pospiesznie namiotów.
     Marcus spodziewał się natychmiastowego rozpoczęcia szturmu i rozglądał się niespokojnie za Aurorą. Tylko ona mogła przeciwstawić się magii, jeżeli rzeczywiście była w tym tak biegła, jak twierdziła. I jeżeli przejęła od niego samego wystarczającą ilość mocy. Co tego zaczynał mieć pewne wątpliwości. Udało mu się przecież przepalić drzwi, a i obecnie czuł, że jego własna siła przyrasta z każdą chwilą. Nie na tyle, by zniszczyć wały, jak byłby to w stanie uczynić przed spotkaniem z dziewczyną, ale jednak szybciej niż zwykle. Barbarzyńskiej księżniczki tak czy inaczej nigdzie nie dostrzegł.
     Tymczasem szturm uległ pewnej zwłoce. Od strony rozstawionych już namiotów wyruszyła niewielka grupka jeźdźców, kierując się w stronę bramy gródka. Powiewała nad nimi dwukolorowa, błękitno-zielona chorągiew, znak posłańców i heroldów. Czyżby tym razem księżna zamierzała jednak negocjować? No tak, zacznie zapewne od żądania, by wydać jej samego Marcusa. Co na to tan Arnold? Pewnie odmówi. Pan forteczki pojawił się na koronie wieży górującej nad wrotami. Czy nie wystawiał się w ten sposób na uderzenie mocy? Bo przecież księżna mogła posłużyć się podstępem i wobec barbarzyńców nie musiała respektować uznanych zasad prowadzenia wojny. Pomyślał, że osłonić ojca może tylko Aurora i rzeczywiście, wydało mu się, że dostrzega wśród świty tana jakąś szczupłą sylwetkę w męskim odzieniu.
     Orszak zbliżył się na odległość pozwalającą na swobodną rozmowę. Marcus przekonał się z pewnym zdziwieniem, że prowadzi go nie kto inny jak Berenika. To znaczy, oczywiście sama wiedźma pod postacią Bereniki. Może zdecydowała się na to, by zmniejszyć z kolei ryzyko potraktowania jej samej zdradziecką strzałą? Barbarzyńcy nie ośmieliliby się raczej na taki krok wiedząc, że prawdziwa wiedźma czuwa gdzieś w pobliżu i weźmie srogi odwet. Rzekoma księżniczka skinęła na dzierżącego chorągiew herolda, który zawołał donośnym, wyćwiczonym głosem.
     - Moja pani, szlachetna Berenika, następczyni tronu księstwa Siedmiu Bram chce rozmawiać z tanem Arnoldem!
     - To ja! - odkrzyknął z wieży ojciec Aurory. - Jestem panem tych ziem i domagam się, abyście odstąpili i odeszli, jak to ustaliliśmy w umowie.
     - To wy złamaliście ten układ, porywając i więżąc szlachetnie urodzonego sir Marcusa z Siedmiu Bram, pierwszego męża księżniczki Bereniki. Wiemy, że zabraliście go tutaj i nadal przetrzymujecie. Moja pani żąda uwolnienia księcia. Żąda uwolnienia swego pana i małżonka.
     - Sir Marcus nie został porwany. Z własnej woli opuścił wasz obóz i szukał schronienia w naszym grodzie z powodów, których nie wymienię, by nie zawstydzać księżniczki.
     Rzekoma Berenika rzuciła kilka słów heroldowi, który ponownie natężył głos.
     - To, co dzieje się między szlachetnie urodzoną panią a jej prawowitym małżonkiem nie jest waszą sprawą. To nie jest niczyją sprawą i dotyczy tylko ich samych. I decyduje wola dostojnej pani! Jej mąż jest wprawdzie pierwszym, ale jednak sługą i poddanym.
     - Nawet wtedy, gdy próbowałaś go zabić? Gdy wymierzyłaś do swego pana z łuku? Co sam widziałem na własne oczy.
     Zniecierpliwiony tan zwrócił się bezpośrednio do udającej Berenikę wiedźmy. Nieobeznanemu zapewne w dyplomatycznych zawiłościach należało to wybaczyć, podobnie jak mało oględny dobór słów oraz potwierdzenie, że osobiście brał udział w porwaniu.
     Lady Berengaria zachowała spokój i odpowiedziała przez herolda.
     - Przyznajecie więc, że w czasie rozejmu knuliście zdradę i wykorzystaliście pierwszą okazję, by porwać pana i małżonka szlachetnej pani! Do tego ośmielacie się rzucać potworne, bezpodstawne oskarżenia, które uwłaczają honorowi Siedmiu Bram. Po raz ostatni żądamy uwolnienia sir Marcusa, po którego jego pani przybyła tu osobiście, nie bacząc ryzyko oraz poniżenie własnej osoby! Czyż nie jest jednak zobowiązana do sprawowania opieki oraz przyjścia z pomocą swemu małżonkowi? Co czyniąc, tym bardziej zadaje kłam waszym oszczerstwom!
     - Sir Marcus pozostaje tu z własnej woli i nie wydamy go w twoje ręce!
     - To niech stanie na tej wieży i sam to powie! Marcusie, jeśli tam jesteś, to chcę cię przynajmniej zobaczyć!
     Tym razem rzekoma Berenika odpowiedziała osobiście, nie wyręczając się heroldem. Chłopak zmartwiał... Jeżeli tan zechce go jednak sprowadzić, jeżeli zaczną go szukać. A nadto, w żaden sposób nie ufał wiedźmie. Rozumiał już jasno, dlaczego ona musi zabić go za wszelką cenę, skoro nauczył posługiwać się mocą. Pewnie tylko po to osobiście podjechała pod bramę, pod pozorem negocjacji. Mogła przygotować jakiś straszliwy czar, który powali go z całą pewnością. A on sam potrafi tylko atakować, rzucać ogniem. Nie zna żadnych osłon. Czy Aurora potrafiłaby taką osłonę postawić? Miał co do tego coraz większe wątpliwości. I przecież ona myśli, że ma przed sobą młodszą, mniej doświadczoną i mniej jednak groźną z obydwu wiedźm.
     Na szczęście tan Arnold nie ufał ani Berenice, ani najwidoczniej samemu Marcusowi.
     - Nie wydamy twojego męża, którego chciałaś zamordować. To moje ostatnie słowo i on nie musi tego potwierdzać. A teraz opuśćcie nasze ziemie!
     Tym razem księżna odpowiedziała ponownie przez usta herolda.
     - Złamaliście umowę, odmawiacie naszej pani jej słusznych praw, obraziliście kłamstwami honor Siedmiu Bram. Pożałujecie tego już wkrótce!
     Orszak zawrócił i jeźdźcy pokłusowali w stronę rozstawionych na tyłach namiotów. Może należało zasypać wrogów strzałami? A może posłać kulę ognia? On sam był jeszcze na coś takiego za słaby, chociaż moc stale narastała. Ale przecież Aurora mogłaby to zrobić. Tyle, że wiedźma z pewnością miała się na baczności...
     Tan pozostał na wieży, skąd rozciągał się najlepszy widok na gród i błonia. Rzekoma Berenika schroniła się natomiast w największym z namiotów. Po co? Zapewne oficjalnie zdawała matce relację z nieudanych negocjacji, podczas gdy w rzeczywistości wracała do swojej własnej postaci. Trochę to trwało, ale przyczyny zwłoki stały się dla Marcusa oczywiste, gdy wyłoniła się wreszcie jako księżna Berengaria. Pani Siedmiu Bram musiała się bowiem przebrać. Wolała uniknąć niepotrzebnego ryzyka, że ktoś może coś skojarzyć, gdyby wystąpiła w stroju identycznym jak uprzednio Berenika.
     Dosiadła teraz innego, przyprowadzonego jej wierzchowca i ruszyła na niewielki wzgórek wśród swoich oddziałów, stając tradycyjnie tuż poza zasięgiem strzały, którą można by posłać z wałów. Herold wzniósł chorągiew, inną jednak niż poprzednio. Tym razem ponad szykującym się do ataku wojskiem powiewał sztandar ze znakiem Bramy. Takim sam, jak ten noszony przez Marcusa. Na szczęście pamiętał o tym, by opatulić szyję opończą.
     Księżna jak zwykle nie traciła czasu. Kula ognia ruszyła ku jednemu z fragmentów wału. Nie osiągnęła jednak celu. Na drodze stanął jej migotliwy, połyskujący błękitem mur. Aurora! Tym razem miała widocznie dość mocy, by pokusić się o osłonę umocnień. Ogień zatrzymał się w swoim locie, nie zrezygnował jednak. Kierowany zapewne wolą i mocą wiedźmy nadal napierał na przeszkodę. Po chwili pojawiła się kolejna kula żaru, ruszając ku innemu punktowi umocnień. I znowu interweniowała Aurora. Teraz już w dwóch miejscach trwał pojedynek ognia i błękitu. Po chwili w trzech, a następnie czterech i pięciu. Marcus przypatrywał się zafascynowany tej magicznej bitwie. Widział już pojedynek Bereniki z wiedźmą, ale wtedy wszystko rozgrywało się w ograniczonej przestrzeni lochu, podczas gdy tutaj obydwie przeciwniczki miały do dyspozycji przestrzeń bardzo rozległą. Przypomniał sobie jeszcze, że wówczas Lady Berengaria zwyciężyła dzięki chytremu podstępowi. Pomyślał o tym nie w porę, bo i teraz sięgnęła po podobną sztuczkę.  Trzy spośród kul nagle zniknęły. W pierwszej chwili uznał to za sukces Aurory, ale zanim zdążył się nim ucieszyć, pojawiła się kolejna, szósta już i znacznie potężniejsza. Uderzyła wprost w więżę! A raczej omal tego nie uczyniła. Marcus odruchowo przymknął oczy, spodziewając się najgorszego. Przecież przebywali tam dowodzący obroną tan, a najprawdopodobniej również jego córka. Dziewczyna zdołała jednak postawić osłonę i tutaj, dosłownie w ostatniej chwili. Ogień napierał, powstrzymany w niewielkiej odległości od bramy. Za ten sukces zapłaciła wysoką cenę. Zaskoczona, nie zdołała utrzymać pozostałych dwóch zapór. Może chciała zlikwidować tylko trzy już niepotrzebne i odruchowo zrobiła to ze wszystkimi? Może zabrakło jej siły i umiejętności, może koncentracji? Dość, że dwa utrzymywane nadal przez wiedźmę pociski uderzyły jednak w wały, wyrywając szerokie wyrwy i zasypując fosę. Rozległy się okrzyki bólu i przerażenia.
     Piesze oddziały Siedmiu Bram wzniosły natomiast zawołanie triumfu i ruszyły ku rozbitym fragmentom umocnień. Stojący jeszcze na nogach obrońcy sypnęli strzałami, nie spowodowało to jednak większych strat wśród dobrze uzbrojonych i wyszkolonych piechurów. Nie zwracając uwagi na szalejące tuż przed nim płomienie, tan wychylił się z wieży i wydawał serie rozkazów, kierując ku wyrwom oddziały rezerwowe. Zaprzątnięta odpieraniem żaru Aurora zdobyła się jeszcze na próbę ataku i po raz pierwszy posłała własną kulę ognia. Lady Berengaria jednak czuwała i osłoniła szturmujących. Dopadli zniszczonych wałów i tutaj starli się z wojownikami tana, odważnymi do szaleństwa, ale gorzej uzbrojonymi. Wszystko zdawało się powtarzać! Jeszcze chwila i stolica Arnolda padnie niczym tamten pierwszy gródek. I pomimo całej pozyskanej od Marcusa mocy Aurora przegra kolejną bitwę. Wiedźma góruje nad nią doświadczeniem i chytrością. Od samego początku zepchnęła rywalkę do defensywy. Pozwolić na to przeciwnikowi, to podstawowy błąd w sztuce wojennej!
     Dziewczyna zwróciła się ku ojcu i wykrzykiwała coś pospiesznie. Tan zbiegł z wieży razem z kilkoma towarzyszącymi mu ludźmi. Zebrał stojący pod bramą odział rezerwowy i posłał go ku jednemu z wyłomów, gdzie barbarzyńcy trochę się cofnęli. Odwody usztywniły obronę. Również Aurora zdawała się powoli odpychać napierający żar. Wojownicy na wałach odstąpili od bramy i wieży, kierując się ku szturmowanym wyrwom. Marcus rozglądał się za jakąś bronią, zły na siebie, że nie pomyślał o tym wcześniej. Przecież potrafi walczyć, a za chwilę pewnie będzie musiał to uczynić. Nie znalazł niczego przydatnego, tylko jakieś zgromadzone do obrzucania napastników kamienie. Z czymś takim to wiele nie zwojuje. A przecież wrogowie lada moment wtargną zapewne do środka. Nawet Aurora, gdyby zdołała zebrać jakieś rezerwy mocy,  nie mogłaby już teraz rzucić kolejnej kuli ognia na napastników, bo ugodziłaby również ludzi ojca. To przypomniało mu o własnej mocy. Sięgnął i znalazł! Odrodziła się jak nigdy dotąd, tylko co z tego? Za późno! Albo on za późno o tym pomyślał, albo sama moc przyszła jednak spóźniona. Obrońcy i napastnicy przemieszali się  już w walce, poraziłby tak jednych, jak i drugich. Ale może przecież zaatakować samą wiedźmę! Raz już próbował. Wtedy miała się na baczności i zdołała się osłonić. Ale teraz, zajęta pojedynkiem z Aurorą... Przywołał obraz pana Czwartego, najskuteczniejszy w pobudzaniu magicznej siły.
     Zanim zdążył uczynić coś więcej, Aurora skoczyła z wieży na koronę wału i rzuciła się płasko na ubitą tam ziemię. Osłona, która chroniła dotąd bramę zniknęła. Ognista kula runęła do przodu, nie napotykając oporu i dokonując z hukiem dzieła zniszczenia. Płomienie omiotły pusty na szczęście dziedziniec i liznęły najbliższe zabudowania. Wokół dziewczyny posypały się płonące belki rozbitej konstrukcji. Nie zważając na to wyprowadziła własny kontratak, do którego zbierała zapewne od dawna siły. Uderzyła żarem w stojący na wzgórzu orszak księżnej. Uderzyła potężnie, wspierając się przy tym całą mocą i całą nienawiścią. Przez chwilę miał już nadzieję, że się jej udało, bo księżna, nie spodziewająca się nagłego zwycięstwa w walce o wieżę, dała się jednak zaskoczyć. Zbyt długo podtrzymywała niszczący ogień i zbyt późno zaczęła stawiać własną osłonę. Ognisty pocisk Aurory musiał jednak przebyć sporą odległość i wiedźma zdążyła ostatecznie spowić wzgórek migotliwym blaskiem. Ugiął się niebezpiecznie, powstrzymywał jednak płomienie. Dziewczyna napierała, ale lady Berengaria z pewnością zbierała już siły. Wtedy uderzył on sam. Posłał wreszcie i swoją porcję żaru. Dopadł już pana Czwartego, teraz miał okazję zrobić to samo z tą, która pozwalała na wszystkie zbrodnie zwyrodnialca, dopuszczając się przy tym własnych. Ogień wzbudzony przez Marcusa dołączył do ognia Aurory, obydwa pociski zjednoczyły się w ogólnym wybuchu, który  wstrząsnął wzgórzem. Uniosła się chmura dymu i kurzu, rozległo się rżenie przerażonych koni oraz okrzyki bólu i strachu wydawane przez ludzi. Spośród wewnętrznych zabudowań wypadł tan Arnold, prowadząc kontratak na ludzi księżnej szturmujących bliższy z wyłomów.
     Marcus nie miał teraz siły, by walczyć w jakikolwiek sposób, czy to mieczem, czy to magią. Obrońcom na nic się już nie przyda. Wlokąc wiadro i nisko pochylony, by nie wystawić się na jakąś zbłąkaną strzałę, zbliżył się do Aurory. Sprawiała wrażenie równie wyczerpanej i półprzytomnej. Odciągnął i zrzucił w dół kilka nadpalonych desek i drągów. Większe bale zalał wodą. Na szczęście żaden z nich nie ugodził dziewczyny bezpośrednio, wydawało się, że wyszła z tego wszystkiego bez szwanku. Wylał jej na twarz resztę wody z wiadra. Otrząsnęła się i spojrzała bardziej przytomnie.
     - Marcus? Co ty tutaj robisz?
     - Nieważne, co z tobą?
     - Jestem cała. Ale co z wiedźmą? Trafiłam ją! Musiałam trafić! Poczułam, jak słabnie jej osłona!
     - Całe wzgórze wybuchło, ale nie wiem...
     - Trafiłam z pewnością, użyłam całej mojej siły i jeszcze ktoś mi pomógł... - Spojrzała uważnie. - To musiałeś być ty.
     - Tak. - Nie widział sensu, by to przed nią ukrywać. - Moc odrodziła się i nie mogłem stać z boku.
     Wyjrzeli przez koronę wału. Rąbanina w wyrwach trwała w najlepsze, nikt nie zyskiwał przewagi. Nikt też jednak nie próbował ruszyć do szturmu przez rozbitą bramę. Wśród wrogiej armii zapanowało zamieszanie. Nad wzgórzem nadal unosiła się chmura dymu i kurzu,  gorączkowo kręcili się tam otumanieni albo spieszący tym pierwszym z pomocą ludzie z Siedmiu Bram. Wiatr rozwiewał powoli szarobury całun.
     - Ale jak..Miałeś czekać w tamtej izbie.
     - Wypaliłem otwór i rygle puściły...
     - Nikt nie może się o tym dowiedzieć. O tym tutaj zresztą też. Atak na wiedźmę wszyscy bez trudu uznają za moje dzieło, ale drzwi... Tak, powiem, że to ja je uszkodziłam, bo chciałam popisać się czarami. Zaraz po tym gdy... No wiesz, po zdobyciu mocy każda kobieta czuje szczególną radość, a ja jeszcze nigdy nie dostałam aż tyle magicznej siły za jednym razem. Wybaczą mi więc zniszczenie drzwi.
     - Ale Marta, ona wie, że były całe.
     - Będzie milczeć, jeżeli jej każę. Albo raczej poproszę.
     - Spójrz na to!
     Przerwał wywody dziewczyny wskazując na wzgórze i rozbite na tyłach namioty. Wszczął się tam wzmożony ruch. Z pola pospiesznie kogoś znoszono, dookoła zapanowało niezwykłe wśród tak doświadczonych żołnierzy zamieszanie. Nawet zbrojni w wyłomach pojęli chyba, że stało się coś złego, ich animusz wyraźnie osłabł. Fala szturmujących zatrzymała się w miejscu i zaczęła powoli ustępować. Jeszcze chwila i rozległy się dźwięki rogów, wzywające do odwrotu. Odbył się on w uporządkowany sposób, w żadnym razie nie była to ucieczka. A i ludzie Arnolda nie kwapili się do pościgu w otwartym polu.
     - Patrz! Zwyciężyliśmy, odstępują. I dopadliśmy chyba wiedźmę!
     - Może i tak. Inaczej nie przerwaliby pewnie szturmu.
     - Na pewno, Marcusie! Czułam, jak słabnie jej osłona. To również twoje zwycięstwo! Ale teraz musisz wracać do swojej izby. Wracaj, zanim zaczną mnie szukać i ktoś cię tutaj zauważy. Przyjdę tak szybko, jak tylko zdołam.

6 718 czyt.
100%469
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 4666 słów i 26315 znaków.

9 komentarzy

 
  • Lolek2

    Lolek2 · 18 stycznia

      

  • Mam

    Mam · 15 stycznia · 193487166

    Witaj. Kiedy następna część 😁

  • Lolek2

    Lolek2 · 14 stycznia

  • Lolek2

    Lolek2 · 1 stycznia

    Witamy w nowym roku.

  • PF

    PF · 9 gru 2018 · 194024558

    Co prawda dzien po Mikolaju ale piekny prezent dla Twoich wiernych czytelnikow. Emocje jak w Potopie w obronie Czestochowy, Jezeli nie bedzie przed Swietami i Nowym Rokiem nastepnego odcinka to juz teraz zycze  zdrowych i pogodnych Swiat i wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

  • emeryt

    emeryt · 7 gru 2018 · 202091556

    @AuRoRa, moje gratulacje, masz naprawdę wdzięcznych i wiernych czytelników. Panowie AA jak do tej pory nigdy nie zawiedli. Do nich przyłączam się i ja. Przesyłam pozdrowienia, oczywiście łapka w górę.

  • Almach99

    Almach99 · 7 gru 2018

    Warto bylo czekac Na kolejny odcinek. Ale emocje!  
    Mam nadzieje, ze stars wiedzme nieco osmolilo choc 😃

  • AnonimS

    AnonimS · 7 gru 2018

    Siły zaczynają się wyróżniać.  Ciekawe w jakim stanie jest Berengaria i co zrobi Berenika.  Wzajemnie życzę  Ci wszystkiego najlepszego,  zdrowia i udanego wyjazdu.  Tylko wróć bo tu czekają wierni czytelnicy.

  • nefer

    nefer · 7 gru 2018

    Dzień dobry. Zapraszam do lektury kolejnego odcinka opowieści o losach Marcusa. W tym roku jest to już odcinek ostatni, za kilka dni bowiem wyjeżdżam w dłuższą podróż i wracam w styczniu. Korzystając z okazji składam wszystkim życzenia udanych Świąt oraz pomyślnego roku 2019.