Nowy Świat Czarownic, cz. 27

Wyruszyli drugiego dnia o świcie. Księżna zebrała ponad piętnaście setek pieszych oraz cztery setki jezdnych. Jak się dowiedział, kolejne oddziały wymaszerowały z kilku innych zamków. Ich liczby i wielkości nie znał, w szczegóły go nie wtajemniczano. Wiedźma okazała przynajmniej tyle przyzwoitości, że pozwoliła Marcusowi pożegnać się ze swoją panią i małżonką. Prawdziwą panią i małżonką, bo przecież fałszywa Lady Berenika, następczyni tronu, miała oficjalnie towarzyszyć matce, która w odpowiednich momentach zamierzała odgrywać jej rolę. Aby uniknąć konieczności uroczystego, wspólnego opuszczenia Złotej Bramy, rzekoma księżniczka ruszyła już poprzedniego dnia na czele silnego oddziału zwiadowczego. Powróciła ukradkiem po pewnym czasie, pod osłoną kolejnej, przybranej postaci, z grupką zaufanych. Tego akurat Marcus mógł się domyślić, śledząc krzątaninę na zamku. Wszystko to z pewnością przysparzało księżnej sporo kłopotów i pochłaniało zasoby mocy. Wolałaby może uniknąć podobnych komplikacji, ale nie mogła już liczyć na współpracę córki. On sam mocno się do tego przyczynił, demaskując grę Lady Berengarii. Cóż z tego, skoro jak dotąd i tak radziła sobie ze wszystkim doskonale, a on nie ośmieli się otwarcie jej przeciwstawić, dopóki przeklęta czarownica trzyma w ręku zarówno Berenikę, jak i Sudrun. A w pobliżu pozostaje chory, oszalały z żądzy sir Oswald. Jak się domyślał, pan Czwarty podróżował w jednym z drewnianych, wysoko i szczelnie zabudowanych wozów taborowych, przewożących jakoby osobiste bagaże księżnej. W pewnym sensie, hrabiego można było zresztą za takowy bagaż uznać. Z armią pociągnęli także dwaj oficjalni mężowie, sir Waldemar oraz sir Roger. Marcus dziwił się początkowo ich obecności, skoro pani Siedmiu Bram niejednokrotnie wspominała o zaawansowanym wieku oraz niewielkiej w istocie przydatności panów Pierwszego i Drugiego. Domyślił się wreszcie, że stanowili tylko parawan. Skoro zarówno jego własna rola jako dawcy mocy, podobnie jak i poczynania sir Oswalda stanowić miały tajemnicę, to księżna musiała przecież w jakiś sposób wyjaśnić, skąd bierze zużywaną w trakcie kampanii magiczną siłę.
     Rozmowa z Bereniką wypadła krótko. Odbyła się zresztą w obecności Lady Berengarii, co  kneblowało usta obojga.
     - Uważaj na siebie, Marcusie. Będę wyczekiwała twojego szczęśliwego powrotu.
     - Na pewno powrócę, ukochana. Może uda mi się coś wymyślić...
     - Nie ryzykuj na tej wojnie, mój mężu. To przecież ja, jako twoja pani i małżonka zobowiązana jestem do sprawowania opieki oraz zapewnienia nam obojgu bezpieczeństwa.
     - Ale w tej chwili nie możesz nic zrobić. Ja przynajmniej mam teraz pewną swobodę, może...
     - Marcusie, matka zna wiele sztuczek. Sam widziałeś, jak skończyła się moja próba stawienia jej czoła. Liczyłam, że zdołam ją zaskoczyć, ale zdążyła przygotować się na atak. Powinnam była pamiętać, że wyszkolona pani szlachetnej krwi wyczuje każde, najmniejsze nawet użycie magii w swoim otoczeniu. A już zwłaszcza magii bojowej. Powinnam była o tym pamiętać... Okazała się zbyt przebiegła. Nie drażnij matki bezcelowym oporem. Wiem, że zażąda od ciebie oddawania mocy. Nic na to nie poradzisz, nie mam o to żalu, sama pomagałam do czasu w tej sprawie. Ale proszę... Przynajmniej pomyśl wtedy o mnie, a nie o niej, choćby przybrała najbardziej uwodzicielską postać. A to z pewnością potrafi i na to nie pożałuje magicznej siły. I wiedz jeszcze, że chociaż nie przepadam za tą Sudrun, to jednak nie życzę jej tego, o czym mówiłeś. Nie życzę jej losu tamtej służącej z Międzyrzecza. Graj rolę posłusznego małżonka następczyni tronu, a ja może zdołam tutaj coś wymyślić
     - Dostaniesz na to trochę czasu, moja droga. Planuję, że kampania potrwa przynajmniej trzy miesiące. Musimy nauczyć naszych dzikusów rozumu, zanim pogoda się pogorszy i spadną pierwsze śniegi. A teraz wystarczy tych pożegnań, obowiązki wzywają nas obie. Ty zaczęłaś już nawet swoje wypełniać – zażartowała księżna z nutą zadowolenia w głosie. - A sir Marcusowi pomoże w jego własnych ochraniacz. - Istotnie, nałożyła przyrząd na genitalia chłopaka jeszcze w lochach, niemal natychmiast po zakończeniu magicznego pojedynku z córką.
     Ponieważ rozmawiali przez kraty, nie zdołali nawet porządnie objąć się ramionami, przytulić... Mogli jednak spleść palce dłoni, wymienić długi pocałunek. Nie ośmielili się natomiast, choćby szeptem, wypowiedzieć wprost tego, co chcieliby przekazać sobie oprócz wyrazów miłości.
     - Kocham cię, Marcusie. I naprawdę, uważaj na siebie... Uważaj na siebie...
     - Nie obawiaj się, wrócę cały i zdrowy. Ja też cię kocham i zawsze przybędę na twoje wezwanie, jak na dobrego małżonka przystało.
     - A ja nie zamierzam cię wzywać, panie mężu, ale stale cieszyć się twoją obecnością.
     Tymczasem połączyli tylko po raz kolejny usta, po czym zmuszony był opuścić więzienny, chociaż urządzony z luksusem apartament żony.
     A więc będzie musiał uważać. Będzie musiał bardzo uważać, by nie wzbudzić podejrzeń wiedźmy. W jaki sposób zareagowałaby na odkrycie, że oto jako pierwszy od wielu pokoleń pan szlachetnej krwi potrafi posługiwać się własną mocą? Choćby jego skromne umiejętności obejmowały w obecnej chwili tylko zdolność wzniecania niewielkiego płomienia? Księżna bez wątpienia uznałaby to za groźbę nie tylko dla całego porządku Królestwa, ale przede wszystkim oraz w pierwszej kolejności dla samej siebie. Groźbę, którą należałoby natychmiast wyeliminować. I nawet status znakomitego dawcy magicznej siły nie zdołałby go uratować, przeciwnie, tym bardziej przyczyniłby się do zguby. Czy wzbudzanie płomienia można uznać za czar przynależny do magii bojowej, o której wspominała Berenika? Przecież potrafiła to również jego matka, margrabina. Rozpalała świece, by podkreślić przy różnych okazjach własne wejście, oświetlić urodę i eleganckie stroje. Wszyscy brali to za niewinną sztuczkę, służącą zrozumiałej próżności wielkiej pani. A tymczasem, może ognista kula zdolna pochłonąć oddział zbrojnych różniła się od takiego płomyka tylko skalą oraz ilością użytej siły? A magicznej mocy podobno mu nie brakowało. Postanowił, że koniecznie musi to sprawdzić i ćwiczyć. O takich ćwiczeniach wspominała też zresztą Berenika. Potem pojęła jednak, na jakie niebezpieczeństwo wystawiłyby one męża i zdołała go ostrzec. Będzie musiał bardzo uważać.
     Rozmyślał o tym wszystkim, gdy posuwał się stępa, w męskim siodle, na nędznej chabecie, umieszczony w bezpiecznym otoczeniu silnie chronionych taborów. Jeżeli zacznie eksperymentować z magią, przyciągnie uwagę Lady Berengarii. Jeżeli nic nie zrobi, pozostanie w posiadaniu jednego, w tej chwili niewiele znaczącego czaru. Ponurego nastroju Marcusa nie zdołało poprawić pojawienie się Sudrun, która nadjechała od czoła kolumny i zrównała się z chłopakiem. Od chwili zdemaskowania machinacji księżnej nie miał dotąd okazji do rozmowy z gwardzistką, zdążył przemyśleć pewne sprawy i postanowił nie wtajemniczać dziewczyny w mroczne sekrety dworu Siedmiu Bram. W ten sposób wystawiłby ją tylko na dodatkowe niebezpieczeństwo. Może powinien powiedzieć jej przynajmniej o sir Oswaldzie, obawiał się jednak, że nawet taka groźba nie skłoniłaby Sudrun do porzucenia służby i ucieczki. Przecież podobno ona go kocha, przypomniał sobie ciśnięte mu w twarz słowa księżnej.
     - Witaj, paniczu Marcusie. Przydzielono mnie do oddziału chroniącego tabory. Dzięki temu będę mogła częściej ci towarzyszyć. I mam też zajmować się Demonem, oporządzać go i przejeżdżać.
     - To dobrze, to chyba bezpieczniejszy przydział – odpowiedział, chociaż wątpił, czy akurat dzicy mieszkańcy Północy są tymi, którzy najbardziej zagrażają w tej chwili dziewczynie.
     - Nie do końca mnie to cieszy..
     - Tak bardzo spieszno ci do walki z barbarzyńcami?
     - Jestem żołnierzem i do tego mnie szkolono, a to wrogowie całego Królestwa.
     - Sudrun, niech Królestwo samo martwi się o siebie. Nie narażaj się bez potrzeby. Właściwie, byłoby najlepiej, gdybyś zrezygnowała z służby i udała się do jakiegoś innego władztwa, możliwie na drugim końcu świata.
     Już wypowiadając te słowa, zdał sobie sprawę z ich bezsensu. Księżna z pewnością nie pozwoli teraz dziewczynie odejść. Mogłaby wprawdzie spróbować ucieczki, mając Demona pod siodłem zyskałaby niejakie szanse. Ale na jak długo? Lady Berengaria na pewno nie szczędziłaby wysiłków, by odnaleźć zbiega. A to, że jej ręce sięgają bardzo daleko, udowodniło już porwanie Anity. Nie, ich losy były splecione ze sobą. Musi chronić Sudrun, a nie narażać na dodatkowe zagrożenia. Wystarczy, że czuł się winny za okropną śmierć służki. Gwardzistka wcale nie miała zresztą zamiaru przyjmować jego rady.
     - Nie po to przybyłam do Siedmiu Bram, żeby teraz odchodzić, choćby z Demonem. I nawet teraz, gdy twoje sprawy układają się lepiej, książę. Pogodziłeś się z lady Bereniką, zdobyłeś jej życzliwość, okazuje ci względy, chociaż pokonałeś ją w wyścigu. Mówią o tym wszyscy na zamku i w armii. Szkoda, że nie mogłam zobaczyć tego na własne oczy, ale słyszałam, że poradziłeś sobie znakomicie, paniczu.
     No tak, przecież ona o niczym nie wie. Umocnił się w postanowieniu utrzymywania Sudrun w nieświadomości.
     - Miałaś wtedy rację, to Demon zdołał zbliżyć nas do siebie. Nie musisz już dłużej nade mną czuwać - zdobył się na żart.
     - To mój obowiązek, paniczu. Jako żołnierza i gwardzisty. Tak w Międzyrzeczu, jak i tutaj. A pomimo życzliwości młodej pani, starsza księżna nie darzy cię chyba przyjaźnią. I nic dziwnego, biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się podczas naszej podróży z zamku margrabiny. Nadal mogę ci się przydać, sir Marcusie.
     - Sudrun, dlaczego to robisz? Dlaczego tu przybyłaś i chcesz mi pomóc?
     - Bo obiecałeś mi konia, paniczu.
     - Dobrze wiesz, że nie zdołam ci go ofiarować. Nie bez zgody Bereniki, a pewnie i księżnej również. Dlaczego? Z jakiego powodu poskromiłaś Demona na życzenie lady Berengarii?
     - Bo taki wydała rozkaz.
     - I to wystarczyło? Ona sama przedstawiła to inaczej... Powiedziała, że okazałaś posłuszeństwo dopiero wtedy, gdy zagroziła, że to ja zapłacę za twoją krnąbrność.
     - Paniczu, nie mogłam na coś takiego pozwolić!
     - Ale dlaczego? Przecież nie powinienem nic dla ciebie znaczyć.
     - Tak, nie powinieneś, Marcusie. Wiem, że to moja wina. Na zamku Dostojnej Margrabiny otrzymałyśmy pewne rozkazy, to żadna tajemnica. Ale ja nie wykonywałam tylko rozkazów... Nie wykonywałam tylko rozkazów... I mogłam choćby w taki sposób, ale jednak mieć cię dla siebie... Na pewno nie odejdę, dopóki ty tutaj jesteś, paniczu.
     - Sudrun, chcesz powiedzieć, że ty... że ty mnie kochasz?
     Nie odpowiedziała, odwróciła tylko wzrok. Nie potrzebował jednak innego potwierdzenia. Ależ był ślepy! Traktował gwardzistkę jako świetnego kompana podczas konnych gonitw, a wkrótce później również jako gorliwą towarzyszkę innych zabaw. Ochoczą, pomysłową i nienasyconą. W swojej naiwnej nieświadomości nie dostrzegał niczego więcej. Lubił Sudrun, ale lubił też jej koleżankę, Tamarę. No, może wyróżniał odrobinę z powodu umiejętności jeździeckich oraz przyjaźni z Demonem. Ale nigdy by się nie spodziewał, że ona aż tak bardzo... I oto kolejna, zakochana w nim dziewczyna, którą naraża na niebezpieczeństwo, może nawet na śmierć. Nie może dopuścić, by z jego powodu uczyniła coś szalonego.
     - Paniczu, wiem, że to moja wina. Wiem, że ja nie mam prawa, wiem, że poślubiłeś przeznaczoną ci małżonkę i pozostajesz pod jej opieką. W dodatku to bardzo piękna i potężna pani, szlachetnie urodzona, przyszła księżna, doskonale jeździ konno, zdobyłeś jej przychylność, zresztą nie mogło stać się inaczej, sam również ją pokochałeś... To ona posiada wszelkie prawa do twojej miłości, twojego nasienia i twojej mocy, ale ja tego wszystkiego nie potrzebuję, chcę ci tylko pomóc, choćby z daleka... pozwól, sir Marcusie.
     - Sudrun, to nie ma sensu. Lubię cię, zawsze lubiłem. Dałaś mi wiele przyjemności, co ja mówię, rozkoszy. Mam nadzieję, że odwzajemniłem się tym samym. Wiesz jednak, że taki panuje obyczaj. Tak szkoli się dorastających panów szlachetnej krwi, by potem potrafili usłużyć poślubionej małżonce. Ja także mam teraz panią i małżonkę. Tak jak powiedziałaś, jest piękna, odważna... I to ona posiada wobec mnie wszelkie prawa. Przecież ja nie mogę dać ci zupełnie niczego, nawet... A przede wszystkim, ja sam kocham lady Berenikę. Kocham swoją panią, a nie ciebie, Sudrun. Wybacz, ale im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej. - Liczył, że te bezlitosne słowa zdołają ochłodzić uczucia dziewczyny. - Gdy skończy się ta wyprawa, poproszę księżną, żeby pozwoliła ci opuścić służbę. Z sowitym wynagrodzeniem, to na pewno mogę obiecać. I kto wie, czy nie z Demonem?
     Może uda się przeprowadzić coś takiego? Jeżeli Sudrun przestanie okazywać swoją niewczesną miłość, może księżna uzna dziewczynę za niepotrzebną? Skorzysta też z okazji, aby w przynoszący chwałę jej hojności sposób pozbyć się konia, którego nie potrafi dosiąść i który utrudnia Lady Berengarii udawanie własnej córki. Tym ważniejsze, by Sudrun nie dowiedziała się o niczym kompromitującym dwór Siedmiu Bram w stopniu większym niż obecne plotki. Opowiedział wprawdzie gwardzistce o przybieraniu przez księżną młodszej, bardziej urodziwej postaci. Ale różnego rodzaju magiczne zabiegi poprawiające urodę stosowały prawie wszystkie szlachetnie urodzone damy, o ile tylko posiadały dość mocy. To nikogo specjalnie nie zdziwi.
     - Nie zależy mi na srebrze, książę! A i Demona nie chcę dostać w taki sposób!
     Ostatnie słowa o ukochanym rumaku wypowiedziała z mniejszą może niż te o srebrze pewnością, zadarła jednak dumnie głowę i popędziła konia. Został sam ze swymi myślami. Poczuł się podle, ale przecież musiał tak postąpić. To dla jej własnego dobra!
     Aby odegnać wyrzuty sumienia zaczął uważniej przyglądać się okolicy. Około południa pokonali wreszcie wydłużoną przełęcz Złotej Bramy, chronioną przez wysunięte posterunki. Kolumna wydostała się na szerokie, pokryte głównie surowym lasem równiny. Tu i tam trafiały się jednak rozległe, trawiaste łąki, poprzecinane gęsto strumieniami. Trzymali się raczej otwartych przestrzeni, wyraźnie wzmocniono jednak czujność. Od głównej kolumny odrywały się oddziały konnych zwiadowców, przetrząsające krawędzie mijanych kniei. Tymczasem barbarzyńców nie napotkano, dawało się jednak odczuć, że oto armia wkroczyła na ziemie wroga. On sam często czuł na sobie czyjś wzrok. Raz czy drugi przyłapał Sudrun na tym, że przypatrywała mu się z pewnej odległości. Natychmiast odwracała spojrzenie, ale po pewnym czasie sytuacja powtarzała się. Nie podjechała już jednak bliżej.
     Przed wieczorem rozbili obozowisko na rozległej, przeciętej strumieniem polanie. Otoczone silną strażą tabory rozstawiono na skraju głównej kwatery wojsk. W pobliżu rozbito namioty księżnej, jej dwóch oficjalnie uznawanych mężów oraz jego własny, bo okazało się, że jako małżonek następczyni tronu także posiada do takowego prawo. Przynajmniej obyło się tutaj bez urodziwych służek. Prawdę mówiąc, nie przydzielono mu żadnej służby i musiał sam zająć się koniem oraz urządzić w namiocie. Strawę otrzymał przydziałową, jak wszyscy. Wcale mu to zresztą nie przeszkadzało. Pomyślał przelotnie, jak radzą sobie sir Waldemar i sir Roger. Nie wyglądali na doświadczonych wojowników czy choćby myśliwych. Ale skoro sama pani Siedmiu Bram obywała się na wyprawie bez osobistej służby, to i oni musieli się dostosować. Tak oto surowe, żołnierskie obyczaje księżnej znowu przychodziły jej z pomocą. Brak wścibskich służek kręcących się po kwaterach szlachetnie urodzonych znakomicie ułatwi jej machinacje. Podobnie jak założenie własnego obozowiska nieco na uboczu. Znowu zauważył Sudrun. Tym razem zajmowała się Demonem, zabrała go nawet na krótką przejażdżkę po najbliższej, chronionej przez patrole okolicy. Miał wielką ochotę poszukać pociechy w bliskości czworonożnego przyjaciela, ale przecież postanowił, że zmrozi i zniechęci do siebie dziewczynę. Dla jej własnego dobra. Dostrzegł jednak, że ona nadal posyłała mu długie spojrzenia.
     Słońce chowało się już za krawędzią drzew, gdy wszczął się nowy ruch. Oto rozstawiano jeszcze jeden namiot, tuż obok kwatery Lady Berengarii. I tak jak w przypadku namiotu księżnej, wywieszono na jednym z masztów chorągiew ze znakiem Bramy. Posłyszał, że właśnie powróciła niespodziewanie księżniczka Berenika. Zdaje właśnie raport matce, bo podobno przyniosła ważne wiadomości. Zostanie już na noc i dlatego księżna poleciła przygotować dla córki osobną kwaterę. - „Ciekawe, czy tylko dla samej młodej pani.” - Pomyślał złośliwie, bo po krótkiej chwili zdziwienia pojął, o co musi w tym wszystkim chodzić. I nie zdziwił sił się, gdy po pewnym czasie, w zapadającym już zmroku z namiotu księżnej wynurzyła się znajoma sylwetka.
     - Hola, sir Marcusie! - zawołała Berenika machając przyjaźnie dłonią. - Nie przyjdziesz przywitać się z małżonką? Skończyłam już na dzisiaj z obowiązkami, matka dała mi wolne i mamy trochę czasu dla siebie.
     Nie wypadło do szczególnie dostojnie, powinna wezwać go przez posłańca, ale przebywali przecież przy armii, na wyprawie wojennej i pałacowe maniery można było odłożyć w kąt. A młoda pani lubiła przecież bezpośredniość. Tak, prawdziwa Berenika wybrała ostatecznie szczerość i odrzuciła fałsz. I za to teraz płaciła, zamknięta w lochach Złotej Bramy. A on miał do czynienia z wiedźmą. Poczuł gwałtowną niechęć. Wiedział, że musi ulegać jej woli, przynajmniej w tej chwili, ale nie oznacza to przecież jeszcze odgrywania komedii miłości na oczach gwardzistów i zwykłych żołnierzy. Zmrozi przeklętą czarownicę uprzejmym, lodowatym chłodem. W tejże chwili poczuł jednak na plecach znane już sobie spojrzenie. Sudrun wpatrywała się zachłannie w całą scenę, nie odrywając oczu od obojga małżonków.
     - Witaj, piękna i szlachetna pani! Witaj, Bereniko! Cieszę się, że wróciłaś bez przeszkód. I do tego tak szybko!
     Zmusił się do wykrzyczenie tych słów i ruszył w stronę rzekomej księżniczki jeśli nie biegiem, to przynajmniej szybkim krokiem. Otworzyła ramiona, a on zamknął ją w uścisku. Poczuł przyjemny, wytworny zapach.
     - Zmieniłaś perfumy, pani? Odświeżyłaś się i może wzięłaś nawet kąpiel?
     - Berenika czasami ich używa. Z kąpieli wypadało zrezygnować, ale przecież nie musimy przy takiej okazji rozkoszować się odorem stajni.
     - Ja nie poczyniłem żadnych przygotowań i obawiam się, że pachnę koniem. Tak zresztą wolę, a myślę, że i Berenice nie byłoby to przykre.
     - Tu mógłbyś się zdziwić, sir Marcusie. Kobiety potrafią okazywać zmienność upodobań w zależności od sytuacji. Ale to miło z twojej strony, że tak radośnie witasz swoją panią i małżonkę. Tylko tak dalej, a nie wyjdziesz na tym źle. Potrafię okazać łaskawość, a to wszystko nie musi odbywać się w aż tak przykry sposób, jak pewnie myślisz.
     Omal nie żachnął się, słysząc te słowa. Chyba zresztą nie po raz pierwszy padły one z ust księżnej. Nadal czuł jednak wbity we własne plecy wzrok Sudrun. Przymknął powieki i przywarł wargami do warg wiedźmy. Przedłużał tę chwilę na użytek obserwującej ich dziewczyny. - „Wybacz, Bereniko. Tak jak chciałaś, mam przed oczyma ciebie, tylko ciebie.” - Usta wiedźmy okazały się zadziwiająco miękkie i chętne, przejęły inicjatywę i teraz to ona wyciskała pocałunek, wsuwając język pomiędzy wargi i zęby chłopaka. Miał ochotę potraktować tego niechcianego gościa w sposób, na który zasługiwał, ale to przecież niczego by nie zmieniło.
     - Otwórz oczy, sir Marcusie. Wiem, że chcesz widzieć tylko Berenikę, swoją ukochaną panią i małżonkę, ale czyż tak właśnie nie jest? Czyż to właśnie nie ona stoi tutaj, a ty tulisz ją w ramionach? Czyż to nie jej oddasz za chwilę moc? W sposób, który może sprawi ci choćby odrobinę rozkoszy? Chodźmy do namiotu księżniczki.
     „Muszę okazywać jej teraz czułość oraz własne pożądanie, ze względu na Sudrun. - Powtarzał uporczywie, prowadzony do wejścia. Obejrzał się przez ramię. Tak jak się spodziewał, dziewczyna obserwowała scenę, stojąc nieruchomo za grzbietem Demona. Złapał jej spojrzenie, ale natychmiast odwróciła wzrok. - „To wszystko dla jej dobra” - Pomyślał, odrzucając płachtę i wchodząc do środka.
     Niestety, otwarcie oczu okazało się błędem. Bo oto istotnie, tak jak zapowiedziała wiedźma, miał przed sobą Berenikę. Pojmował, że to tylko uczyniona magią postać ukochanej, ale zmysły też wiedziały swoje. Wysyłały sygnały, nad którymi umysł nie potrafił zapanować. I ku swemu wstydowi poczuł ból w zniewolonych ochraniaczem genitaliach. Lady Berengaria swoim zwyczajem roznieciła płomyki kilku świec. Teraz i on pewnie by to potrafił, nie zamierzał jednak ujawniać się ze swoimi nowymi zdolnościami. Berenika też rozpalała niekiedy świece, więc uczynek wiedźmy nie zepsuł odgrywanej roli. Ubrana w prosty strój jeździecki, nie próbowała tym razem wywierać wrażenia oporządzeniem wojownika, orężem czy przesadnie władczą postawą. To byłoby nie na miejscu. Zamiast tego usadowiła chłopaka na stołku, podała wino, sama również popiła z kielicha i zapowiedziała.
     - Siedź spokojnie, mój szlachetny książę. Pozwól, bym sprawiła ci rozkosz.
     Nie czekając zresztą na żadne pozwolenie, zmysłowo pozbywała się kolejnych elementów odzieży. Nie potrafił oderwać wzroku. Mimo woli przypomniała mu się scena ostatniego zbliżenia z Bereniką. Obrazy rozmazywały się, przenikały wzajemnie i nakładały na siebie. Ona też odrzucała części stroju jeździeckiego, w równie pociągający sposób. Wyginała ciało, obracała się dookoła, wyciągała ramiona, prężyła dumnie piersi, gdy już je obnażyła. Nie skąpiła też widoku swego własnego miejsca rozkoszy. Ból narastał.
     - A teraz, zajmę się tobą, mój piękny panie.
     Całkowicie już naga, podeszła od tyłu i objęła chłopaka ramionami. Pochyliła głowę i przytuliła do jego policzka. Znowu poczuł ten zapach, poczuł jej włosy. Przymknął powieki i przywołał obraz Bereniki, prawdziwej Bereniki. Tak jak przedtem otwarcie, tak teraz zamknięcie oczu nie okazało się najlepszym posunięciem. Wyobrażenie niczym nie różniło się od tego, co mógł mieć przed sobą tu i teraz, w tym namiocie. Poczuł, jak zwinne palce rozwiązują sznurowania kubraka, ściągają go przez ramiona i głowę, rozpinają pas... Usiłował przypomnieć sobie Anitę i sir Oswalda, okropne sceny, których świadkiem był w lochach, nawet upokorzonego, całującego stopy księżnej sir Adriana. Pojawiły się jakieś blade i rozmyte, pan Trzeci wydawał się zresztą nawet zadowolony ze swojej służby. Ciepła, zwinna dłoń zacisnęła się lekko na ochraniaczu i genitaliach. Obrazy z lochów zniknęły. To znaczy, niezupełnie. Powróciła wizja Bereniki, pobudzającej go ustami, przyjmującej  i wciągającej pomiędzy wargi sterczącego fallusa. W tejże chwili opadł zniewalający przyrząd i męskość wyprostowała się w sporej okazałości. Otworzył oczy, Berenika, nie - to Lady Berengaria, uśmiechała się lekko, gładząc dłonią sterczące przyrodzenie chłopaka.
     - Doskonale, mój ukochany – wyszeptała.
     Dokładnie tak, jak w jego wyobrażeniu, upadła na kolana i przyjęła wyprostowany trzonek w usta, wciągając głęboko. Zachłysnął się z wrażenia, gdy w zjednoczonym, idealnie zgranym rytmie podjęły pracę jej wargi, jej zęby, jej język... Wspomagane ruchami całej głowy, które to odrobinę uwalniały przyrodzenie, to znowu wprowadzały je niemal w gardło. Popił z kielicha,  odstawionego uprzednio z nietkniętą zawartością. Musiała wzorować całą sytuację na ich ostatnim miłosnym spotkaniu z Bereniką, spotkaniu, którego była świadkiem. Robiła mu to z całą świadomością wyuzdanej uwodzicielki, doświadczonej w tego rodzaju łowach oraz w usidlaniu zdobyczy. O tak, była w tym lepsza od córki. Księżniczka okazywała żywiołowy entuzjazm, z naddatkiem nadrabiając brak doświadczenia i pewną gwałtowność. Teraz miał do czynienia z wyrafinowaną kusicielką, mistrzynią sztuki sprawiania rozkoszy. Nawet nie poczuł, kiedy pojawiło się znajome gorąco.
     - Wybacz Bereniko, wybacz moja ukochana... Jestem słaby i nie potrafię... - wyszeptał. Czy słyszał już kiedyś podobne słowa? Nieważne, teraz liczyło się tylko pożądanie.
     Lady Berengaria z doświadczeniem prawdziwej mistrzyni wyczuła właściwą chwilę. Nie bawiła się już teraz w żadne gry tylko zerwała z kolan i pociągnęła chłopaka w stronę przygotowanego legowiska. Było mu obojętne, w jaki sposób i w jakiej pozycji to zrobią, Byle szybciej, byle szybciej wytrysnąć w jej wnętrzu. Upadła na posłanie, podparła się rękoma. A więc tak, żeby przyjąć jak najwięcej nasienia i jak najwięcej mocy. Nie robiło mu to większej różnicy. Sam również opadł w dół, przybrał odpowiednią postawę, otrzymał gorliwą pomoc zręcznej dłoni i już po chwili tonął w gorącej, wilgotnej studni. Najchętniej zanurzyłby się w niej cały. Nie silił się na jakąkolwiek finezję tylko pchał raz za razem, a ona wspomagała go ruchami bioder. Uwolnienie, uczucie ssania i nieodłączne osłabienie przyszły bardzo szybko, niemal nie do rozdzielenia. Runął na rozłożone skóry.
     - Dlaczego mi to zrobiłaś? - spytał, gdy odzyskał odrobinę sił.
     Księżna zdążyła już powstać, oczyściła się i nakładała właśnie kolejne elementy garderoby.
     - Bo potrzebowałam twojej mocy – odparła po prostu, teraz nie musiała już udawać, a z jego oczu opadły łuski zauroczenia.
     - Ale dlaczego tak? Dlaczego aż tak bardzo udawałaś?
     - Mój słodki książę, pytałeś kiedyś, jaki to sposób jest najlepszy wobec ciebie. Obawiałeś się nawet, że może zechciałabym użyć bicza i łańcuchów. Bez obawy, to nie dla sir Marcusa, chociaż lubisz może skórzane stroje wojowniczek. W końcu wychowywałeś się wśród gwardzistek. Otóż najlepszym sposobem w twoim przypadku jest miłość, nic innego, tylko stara, dobra miłość. W sam raz dla zakochanego, naiwnego młodzieńca.
     - Ty mówisz o miłości?
     - Czyż nie kochasz Bereniki? Nie próbuj nawet zaprzeczać. Kochasz ją do szaleństwa. I bardzo dobrze. Jak widzisz, bardzo skutecznie przybrałam postać własnej córki, a ty nie potrafiłeś się jej oprzeć. Obiecałeś Berenice mieć ją przed oczyma w chwilach, gdy będziesz służył mi mocą, a ja ułatwiłam ci dotrzymanie słowa. - Roześmiała się. - Nienawidzisz tej wiedźmy, lady Berengarii, jakkolwiek uwodzicielsko by się dla ciebie przystroiła, ale z jednym wyjątkiem. Kochasz księżniczkę i jej względów nie potrafiłeś odrzucić.
     Gdyby posiadał w tej chwili choć odrobinę mocy, cisnąłby bez wahania potężną kulą ognia. Czuł, że dokonałby tego nawet bez żadnych ćwiczeń
     - Po co to wszystko? - rzucił zgnębiony. - To już prędzej zakuj mnie w kajdany i potraktuj biczem, jak pana Trzeciego. Naprawdę, poczułbym się lepiej!
     - O nie. Potrzebuję dużo mocy. Jesteśmy na wojnie i nie mogę zawieść w najważniejszych chwilach. Barbarzyńcy muszą dostać nauczkę. A sir Waldemar oraz sir Roger... Są przydatni, owszem, ale ich magiczna siła na pewno nie wystarczy. Cóż, mamy jeszcze sir Oswalda, ale on potrzebuje szczególnej podniety, chwilowo niedostępnej, bo nie zabierałam ze sobą żadnych dziewek, by rzucić je na pożarcie. A tymczasem moc przyda się jeszcze tej nocy.
     - O czym ty mówisz?
     - Berenika przyniosła ważne wieści, to już pewnie słyszałeś. Nawet zdradzę ci jakie. Zwiadowcy odnaleźli wioskę dzikusów. Ośmielili się podejść tak blisko przełęczy, dostaną nauczkę. Wkrótce wyruszam na czele trzech szwadronów jazdy. Nie spodziewają się nas tak szybko, liczą, że kolumna posuwa się powoli. Spadniemy na nich o świcie. Lady Berengaria rozpocznie kampanię od szybkiego sukcesu, żołnierze nabiorą dodatkowego animuszu.
     - Nocny wypad na czele niezbyt wielkich sił? Czy to nie ryzykowne?
     - Nie wtedy, gdy posiadam tyle mocy, ile właśnie mi ofiarowałeś, piękny książę. To powinno wystarczyć do ukrycia przemarszu oraz jako zabezpieczenie, nawet gdyby... Nie spodziewają się zresztą, od dawna nie miałam okazji wystąpić z taką siłą. - Urwała i zmieniła temat. - Ty zostaniesz tutaj, najlepiej w tym namiocie. W końcu Berenika pragnie nacieszyć się obecnością przy armii ukochanego małżonka. Rano zniknie z obozu, okaże się, że wyruszyła z następnym zadaniem. Wybacz, że będziesz mógł wyobrazić sobie tylko kolejne dowody miłości swojej pani i małżonki. I będziesz musiał uczynić to w ochraniaczu, bo na mnie już czas. Ale towarzystwa starej wiedźmy nikt przecież nie będzie żałował.

4 981 czyt.
100%696
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne, użył 5234 słów i 30032 znaków.

6 komentarzy

 
  • mily

    mily · 17 lip 2018 · 193487195

    haha 2 miesiace mnie tu nie bylo jestem szczesliwy czytajac te kilka czesci... caly czas czekam... fajnie poczytac wiecej :-)

  • Ewa

    Ewa · 12 lip 2018 · 197751660

    Muszę przyznać, iż przy całym okrucieństwie i przebiegłości Berengarii, wzbudza ona pewien rodzaj szacunku. Można jej nie lubić, można znienawidzieć - jak kto woli, bo powodów ku temu wiele. Póki co, owa Lady, wszelkie działania podejmuje jednak z pewnego rodzaju klasą. Rzeknę przytaczając z grubsza znany niektórym cytat, że widać rękę mistrza-postać Berengarii prowadzona perfekcyjnie. Pozdrawiam serdecznie.

  • Milady

    Milady · 5 lip 2018

    Starej i bardzo mądrej wiedźmy, trzeba dodać 😉 I kto jak kto, ale ja jej towarzystwa pożałuję. Część napisana mistrzowsko, czyta się jednym tchem, aż chciałoby się jeszcze!

  • CzarnaKaczuszka

    CzarnaKaczuszka · 30 cze 2018 · 194008866

    „To powinno wystarczyć do ukrycia przemarszu oraz jako zabezpieczenie, nawet gdyby...” zdaje się sygnalizować powód, dla którego Berengaria tak desperacko poszukuje mocy. Ciekawe, o co może chodzić. Czyżby wśród barbarzyńców znajdowali się mężczyźni obdarzeni mocą? A może ta sama osoba, która stoi za „przypadkowo” zablokowaną przełęczą? Brak choć kilku służek w orszaku dziwi - przy jej desperackiej walce o każdą kroplę mocy, dodatkowa podnieta dla dwóch pierwszych mężów to raczej coś, o czym by pomyślała. A skoro ma najwyraźniej kilka zaufanych osób wtajemniczonych w swoje intrygi, czemu nie miałaby mieć równieź zaufanej służki czy dwóch? Kilka dodatkowych kobiet, których postać mogłaby przybrać w razie potrzeby wydaje się dobrym dodatkowym zabezpieczeniem dla intrygi. Tymczasem Marcus został sam. Czy będzie w stanie poeksperymentować z magią? Czy też ochraniacz całkowicie to uniemożliwia? Odsunięcie Surdun całkowicie od intrygi wydaje się mało rozsądnym pomysłem. To jedyna osoba, której chłopak może teraz ufać - a widzieliśmy ją jednocześnie z Berengarią, więc wiedźma się pod nią nie podszywa. Mogłaby być nieocenioną pomocą, np. upewniając się, że Berengaria rzeczywiście jest daleko, kiedy Marcus prowadzi swoje eksperymenty z magią. Pozostaje mieć nadzieję, że Marcus będzie miał dość rozsądku, żeby w pierwszym odruchu przeszukać namiot. Może znajdzie cokolwiek użytecznego - choćby pióro, atrament i papier, bo o jakiejś księdze związanej z magią nie ma raczej co marzyć. Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale na korzyść chłopaka wydaje się świadczyć fakt, że mnóstwo czasu spędzi, nudząc się w namiocie - to sprzyja układaniu planów.

  • AnonimS

    AnonimS · 29 cze 2018

    Ja to odbieram jako przejściowy odcinek. Takie oczyszczenie przedpola do dalszych poczynań. Nic nie zostaje wyjaśnione, poza próbą odsunięcie Sundrum . Ale dopóki Marcus  będzie kochał Berenikę to Sundrum jest marnym zabezpieczeniem. Potrzebna jedynie że względu na Demona. Bo w rozgrywce jest pionkiem, który możni tego świata chętnie poświęcą . Być może tylko Marie by odczuwał żal lub wyrzuty sumienia. Pozdrawiam

  • Gabas

    Gabas · 29 cze 2018 · 381258676

    Bardzo rzadko. Krótkie. Mało.  Więcej niż dobre!!!👍