Nowy Świat Czarownic, cz. 23.

Ocknął się, leżąc na chłodnej podłodze. Ktoś oblał go strugą zimnej wody. Potrząsnął obolałą głową. Panował półmrok, rozjaśniany tylko słabym blaskiem kilku pochodni. Z pewnym trudem przypomniał sobie wydarzenia poranka. Obiecana przejażdżka, Berenika wyrzucona z siodła przez Demona. Nie, wcale nie Berenika, tylko udająca ją księżna Berengaria. Oskarżenia, które cisnął jej w twarz, a którym nie zaprzeczyła. Rozkaz aresztowania, niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu, zbir z pałką i rżenie Demona...
     - Jeszcze raz, Szlachetna Pani?
     - Na razie wystarczy, chyba się obudził.
     Obecnie także poruszał się z trudem, to jednak nie magiczne zaklęcie czy zarzucona sieć odbierały mu swobodę, ale zwykłe łańcuchy, spinające nadgarstki i kostki nóg. W sposób niezbyt uciążliwy, ale jednak. Czy był więc więźniem? Czy przebywał w lochach pod zamkniętą dotąd przed nim częścią zamku? Wiele na to wskazywało. Gdy w końcu zdołał unieść głowę, przekonał się, że znajduje się w czymś w rodzaju celi, powstałej przez odcięcie żelaznymi prętami jednego z kątów większego pomieszczenia, którego rozmiary trudno było określić z powodu słabego światła. Na zewnątrz przegrody dostrzegł kilka postaci. Przede wszystkim      pachoła dzierżącego wiadro z wodą, gotowego, by ponownie chlusnąć nią w półprzytomnego chłopaka. Ten stał najbliżej. Nieco z tyłu dwaj inni unosili pochodnie. Po chwili do przodu wysunęła się jeszcze jedna postać.
     - Słyszysz mnie, sir Marcusie?
     Księżna Berengaria, przeklęta wiedźma! Przecież ona nie ma prawa go więzić, jest szlachetnie urodzonym panem, synem krwi Międzyrzecza, uroczyście poślubionym i przyjętym pierwszym małżonkiem następczyni tronu! Czy jednak miało to jeszcze jakieś znaczenie? Skoro wydawało się prawdopodobne, że pani Siedmiu Bram w podobny sposób mogła potraktować również własną córkę? Bo chyba w innym wypadku Berenika nie pozwoliłaby na to, co się stało. A sama Lady Berengaria nie musiałaby podszywać się pod nią podczas nieszczęsnej przejażdżki. Właśnie, gdzie jest księżniczka? Może uwięziono ją gdzieś w pobliżu? Spróbował skupić wzrok.
     - Co zrobiłaś z Bereniką?
     - Cieszę się, że dochodzisz do siebie sir Marcusie.
     - Gdzie ona jest?
     - Zapewniam, że ma się dobrze i wkrótce sam się o tym przekonasz.
     Księżna stanęła tuż przy kracie. Nikogo obecnie nie udawała, powróciła do własnej, urodziwej zresztą postaci. Co prawda wiedział już, że nie jest to wcale postać prawdziwa. Odziana w skórę i metal, wyglądała jak wybierająca się do bitwy wojowniczka. Stroju dopełniały sięgające za kolana buty. Przypomniał sobie natychmiast, że w podobny sposób wystąpiła podczas ceremonii zaślubin na zamku margrabiny, gdy nałożyła mu pierścień i przypięła do obroży znak Siedmiu Bram. - „W imieniu własnej córki, oczywiście.” - Pomyślał z ironią. Wtedy jej strój i dumne zachowanie wywarły na nim silne wrażenie. Czyżby teraz wyobrażała sobie... Niedoczekanie! Nienawidzi tej wiedźmy i brzydzi się nią! Dostrzegł też pewną różnicę. Podczas ceremonii księżna pojawiła się bez broni. Obecnie przy spinającym szczupłą talię pasie tkwiła pochwa ze sztyletem, a w obciągniętej skórzaną rękawiczką dłoni trzymała bicz o krótkiej rękojeści. Czyżby zamierzała... Wzdrygnął się mimowolnie. Nie, tym razem tak łatwo jej nie pójdzie! Na początek spróbuje wstać. Nie chciał odbywać tej rozmowy na kolanach. Dźwignął się, chwytając dłońmi krat. Strażnicy przysunęli się groźnie.
     - Dajcie klucze i zostawcie nas samych. - Księżna odprawiła zbrojnych ruchem ręki.
     - Ależ Pani, nie powinnaś...
     - Poradzę sobie, chyba w to nie wątpisz, kapitanie?
     - Oczywiście, że nie, Milady.
     - To na co czekasz? Przygotujcie tymczasem dziewczynę.
     - Wedle rozkazu, Szlachetna Pani.
     Oficer podał pęk kluczy, skłonił się lekko i wyszedł, zabierając swoich ludzi. Opuszczając loch zostawili jedną z pochodni, wetkniętą w umieszczony na ścianie uchwyt.
     - Gdzie jest Berenika i co chcesz z nią zrobić? Do czego mają ją przygotować, ohydna starucho, przeklęta wiedźmo?
     - Ależ książę, rozczarowujesz mnie. Takie ordynarne słowa w ustach szlachetnie urodzonego pana? I to przybyłego z wyrafinowanego dworu Międzyrzecza? Lady Miranda byłaby wstrząśnięta.
     - Nie  mieszaj do tego mojej matki. Obie jesteście siebie warte, ale Berenika jest inna! Wiem o tym! Nie chciała mnie dłużej oszukiwać i dlatego ją uwięziłaś! Ty podstępna czarownico!
     - Sir Marcusie, proszę, porozmawiajmy zachowując dobre maniery.
     - Może powinienem wykonać dworski ukłon z beretem? Albo upaść na kolana? Nie mam beretu i przeszkadzają mi te łańcuchy. A klękać nie zamierzam.
     - Szkoda, byłoby to całkiem na miejscu, nie uważasz, książę?
     - Chcesz mnie zmusić? Bo inaczej nigdy czegoś takiego nie uczynię!
     - Proszę, nie unoś się gniewem, sir Marcusie. Rozumiem, że możesz odczuwać wzburzenie. Te okowy nie przystają godności szlachetnie urodzonego pana, przyznaję. Ale są przydatne. Nie zamierzam tracić więcej mocy na sztuczki podobne tym, które okazały się potrzebne w lesie.
     - To w jaki sposób przymusisz mnie do czegokolwiek? Tym biczem? Bo sama groźba i dumna postawa nie wystarczą!
     - Nie obawiaj się, sir Marcusie. - Lady Berengaria okręciła rzemień bata wokół dłoni, jak gdyby teraz dopiero przypomniała sobie o jego istnieniu. - Nie mam takich planów. Kto wie, może nawet tego rodzaju środki okazałyby się skuteczne i zasmakowałbyś w czymś takim, ale nie teraz. Ten bicz nie jest przeznaczony dla ciebie. Znajdę inne sposoby, by skłonić cię do... współpracy.
     - Nigdy! Co zrobiłaś z Bereniką?
     - Wkrótce ujrzysz swoją panią i małżonkę, raz jeszcze zapewniam, że ma się równie dobrze jak i ty. Ale, ale... Pytasz już po raz któryś z rzędu o moją córkę, a nie zainteresowałeś się losem Demona? Przecież jeszcze niedawno tak bardzo zależało ci tym koniu. Czyżbyś może się zakochał? W mojej córce, oczywiście? To ułatwiłoby w sumie sprawę.
     - Co z nią zrobiłaś?
     - Demon stoi sobie bezpieczny w stajni. A wiesz, w jaki sposób udało się tego dokonać? Poskromiła go Sudrun, któżby inny? Już w Międzyrzeczu wiedziałam, że ta dziewczyna na pewno na coś się przyda.
     - Sudrun? Ale dlaczego? I co z nią?
     - Wreszcie pomyślałeś o swojej wiernej gwardzistce, książę. Otóż chętnie wykonała moje polecenia, gdy dotarło do niej, że od tego zależy całość twojej skóry.
     - Rzucasz puste groźby. Jestem zbyt cenny, potrzebujesz mojej mocy, pamiętasz?
     - Ale do tego, żeby ją oddawać, wystarczy ci jeden palec. Ten najważniejszy. Pozostałe nie są do tego niezbędne. Podobnie jak uszy, nos albo oczy, jeżeli doszliśmy już do takich kwestii.
     - Nie ośmielisz się!
     - Sudrun miała w tej sprawie inne zdanie. To jednak prawda, że wolałabym uniknąć takich środków. Ty chyba również? W tym akurat powinniśmy się zgodzić.
     - Ty wiedźmo...
     - Nie zastanowiło cię jednak, sir Marcusie, dlaczego ta dziewczyna tak bardzo przejmuje się twoim losem?
     - No właśnie, dlaczego?
     - Z jakiego właściwie powodu porzuciła wygodną służbę w Międzyrzeczu i przybyła z tobą do Siedmiu Bram, na pogranicze? Dla konia, którego i tak nie jesteś władny jej ofiarować? Nie wierzę.
     - Ty mi to powiedz, skoro zdajesz się wiedzieć.
     - Och, mężczyźni. Ta dziewczyna cię kocha, sir Marcusie. Nie zauważyłeś? Kocha cię do szaleństwa, bo i sama jest szalona. Zresztą pewnie jedno wiąże się z drugim. Dlatego zrobi co trzeba, żebyś zachował swoje palce... Wszystkie palce. A ty, mam nadzieję, okażesz się równie godnym kawalerem.
     - Och, ty...
     - Ależ proszę, nazwij mnie wiedźmą, ulżyj sobie. To mi nie przeszkadza. Wszyscy tak o  mnie mówią za plecami, a ja się z tego śmieję.
     Pokonany, nie znalazł odpowiedzi.
     - A teraz, mój piękny książę, udamy się na małą przechadzkę. Mam nadzieję, że okaże się ona pouczająca i nie wrócisz już do tej celi. Jak widzisz, nie nakazałam przygotować jej odpowiednio na twój pobyt, nie ma tu nawet słomy, ani wiadra na nieczystości.
     Otworzyła kluczem drzwi i skinęła na Marcusa.
     - Idziemy do Bereniki?
     - Do niej również, ale później. Przedtem chciałabym coś ci pokazać. Pokazać, że potrafię znaleźć różne sposoby przeprowadzenia mojej woli i zaspokojenia moich potrzeb.
     Powłócząc nogami oraz brzęcząc łańcuchami wyszedł z celi. Próba rzucenia się na wiedźmę nie rokowała szans powodzenia. Miała rację, okowy pozwalały stawiać niewielkie kroki, ale skutecznie ograniczały swobodę ruchów. Zresztą, nade wszystko pragnął spotkać Berenikę.
     Księżna zabrała dającą niepewne światło pochodnię, musiała jednak dobrze znać te lochy, nie wahała się bowiem w wyborze drogi. Puściła Marcusa przodem, słyszał za plecami stukot metalicznych obcasów oraz wypowiadane szorstkim głosem, krótkie wskazówki..
     - Teraz w lewo. W prawo, prosto.
     Trafiały się też jednak bardziej życzliwe ostrzeżenia.
     - Pochyl głowę. Uważaj na stopień.
     Podziemia okazały się zadziwiająco rozległe. Wreszcie dotarli do solidnych, okutych drzwi.
     - Zapukaj mocno trzy razy. Potem przerwa i znowu trzy razy.
     - Kto tam? - rozległo się stłumione pytanie?
     - Pani Siedmiu Bram! - odparła zdecydowanie.
     Marcus usłyszał jakieś zgrzyty i drzwi stanęły otworem. Znaleźli się w kolejnym lochu, tym razem o wiele mniejszym, ale lepiej oświetlonym. I to nie przez pochodnie. Jasne promienie słońca wpuszczał zakratowany, ale sporych rozmiarów świetlik, przebity w sklepieniu piwnicy. Ze zdumieniem spostrzegł, że drzwi otwarła kobieta. W dojrzałych latach, nawet urodziwa. Podobnie jak księżna odziana w skórzany, nabijany metalem lekki pancerz oraz buty na wąskich obcasach, chociaż nie tak wysokie i nie zakrywające kolan jak te, które nałożyła Lady Berengaria.
     - Pani! – Gwardzistka albo strażniczka oddała wojskowe pozdrowienie.
     - Czy wszystko w porządku? Został przygotowany?
     - O tak, pani. Nie zapowiadałaś wcześniej swojej wizyty, dopiero niedawno otrzymałyśmy wiadomość. Zdwoiłyśmy jednak wysiłki, staramy się, by on zawsze był gotowy. Zajmujemy się tym razem z Olgą, wedle twoich rozkazów.
     - Dobrze wam to wychodzi i macie trochę zabawy, nie wątpię.
     - To nie jest uciążliwa służba, Wasza Wysokość.
     Wojowniczka spojrzała ciekawie na skutego łańcuchami Marcusa, ale nie odważyła się zadać oczywistego pytania.
     - Nie, Edyto. To nie jest nowy gość. Chcę tylko coś sir Marcusowi pokazać.
     - Szkoda, Szlachetna Pani. Zajęłybyśmy się nim z przyjemnością.
     O dziwo, księżna nie zareagowała na tę śmiałą uwagę. Najwidoczniej tutejsze gwardzistki cieszyły się szczególnymi przywilejami, może z powodu rodzaju pełnionej służby?
     W trakcie tej rozmowy chłopak rozejrzał się po dziwnym lochu. Ujrzał jeszcze jedną strażniczkę, zapewne wspomnianą Olgę. Nieco młodsza od Edyty, podobnie odziana, stała przy kracie i bawiąc się biczem drażniła klęczącego po drugiej stronie prętów więźnia. Bo piwnica podzielona została na dwie równe mniej więcej części. Oni sami znajdowali się w tej bardziej surowo urządzonej, w której rozstawiono różne groźnie wyglądające przyrządy jak dyby i pręgierze, w której zwisały podczepione do sufitu łańcuchy, a w ściany wprawiono metalowe pierścienie. Wszystko to wyglądało jak prawdziwa izba tortur, ale wrażenie psuła druga część pomieszczenia. Tę z kolei wyposażono w sporych rozmiarów łoże, stół z krzesłem, jakieś skrzynie, nie zbrakło również miejsca przeznaczonego do mycia się i załatwiania potrzeb fizjologicznych. Wystrój łagodziły rzucone tu i ówdzie skóry dzikich zwierząt, półka z księgami, obrus i przybory do pisania na stole. Ale było to jednak więzienie, a umieszczony w lochu mężczyzna musiał być więźniem. Przecież w przeciwnym wypadku nie przebywałby za kratami i nie klęczałby przy nich z dłońmi skutymi na plecach luźnym łańcuchem. Pochylając głęboko głowę, usiłował przycisnąć wargi do czubka jednego z butów Olgi, która wsuwała stopę pomiędzy pręty. Cofała ją jednak zawsze tuż poza zasięg mężczyzny, smagając przy tym jego plecy biczem. Niezbyt mocno, bo krata przeszkadzała również i w tej czynności. Przejęty swoim zadaniem, więzień nie zauważył nawet zapewne przybycia Lady Berengarii oraz Marcusa.
     - Błagam, pani Olgo. Proszę, zechciej przyjąć mój hołd..
     Głos zdradzał kogoś nie pierwszej już młodości. Podchodząc bliżej, tuż za księżną i nadzorowany przez Edytę, chłopak przekonał się o trafności swoich przypuszczeń. Starzec, bo takie wywarł na nim wrażenie, ale bynajmniej nie zgrzybiały. Przeciwnie, przypuszczalnie w całkiem dobrej kondycji, przynajmniej fizycznej, chociaż o grzbiecie poznaczonym śladami po batach. O kondycji psychicznej oraz o stanie rozumu więźnia wolał nie myśleć. Ze zdumieniem i przerażeniem dostrzegł herbową obrożę oraz skuwający genitalia ochraniacz. Zrodziło się w nim straszne podejrzenie.
     - Sir Marcusie, przedstawiam ci sir Adriana z księstwa Archipelagu, trzeciego męża Lady Berengarii z Siedmiu Bram. – Księżna wypowiedziała te słowa tonem dumnej właścicielki, prezentującej dorodnego konia czystej krwi.
     - Ale... Co on tutaj robi, w takim stanie? Szlachetnie urodzony...
     - Pewne okoliczności zmusiły mnie, sir Marcusie, do wyznaczenia sir Adrianowi tych właśnie apartamentów, co zresztą korzystnie wpływa na jego obowiązki. Sam zobaczysz.
     Odsunęła Edytę i zajęła jej miejsce przy kracie.
     - Witaj, sir Adrianie. Miło widzieć cię w dobrym zdrowiu, jak zapewniają twoje opiekunki.
     - Pani moja, księżno, błagam... - Najwidoczniej więzień nie stracił jednak zupełnie władz umysłowych i rozpoznał Lady Berengarię.
     - O co chodzi? Czyżby źle cię traktowano?
     - Nie, nie... Pani Olga i pani Edyta okazują mi łaskawą życzliwość... Ale z jednym wyjątkiem. Nie zezwalają, bym ucałował ich stopy i buty, czego zawsze bardzo pragnę. Pragnę podziękować za to, że poświęcają mi tyle uwagi. - Marcus zwątpił w poprzednią konstatację, zdecydowanie, z głową starego arystokraty musiało być coś nie w porządku.
     - Sir Adrianie, zechciej im wybaczyć. Wykonują tylko moje rozkazy i to mnie powinieneś podziękować. To ja jestem twoją panią i małżonką, Berengarią, władczynią księstwa Siedmiu Bram. To mnie należą się twoje hołdy.
     Wzorem Olgi wsunęła stopę pomiędzy pręty, gdy jednak sir Adrian usiłował ucałować czubek wysokiego buta księżnej, podobnie jak strażniczka cofnęła się i pan Trzeci, bo mimo wszystko przysługiwał mu przecież taki tytuł, przywarł tylko bezsilnie twarzą do żelaznych prętów.
     - Pani moja, błagam – wyjęczał. - Pragnę złożyć ci ten hołd.
     - Nie odmówię tego przywileju mojemu prawowitemu mężowi, ale wiesz, co masz zrobić. Przywitaj się i pozdrów mnie w należyty sposób, jako swoją panią i małżonkę, Lady Berengarię z Siedmiu Bram!
     Słowa wsparła smagnięciem bicza. Uczyniła to z większą wprawą, albo też może z mniejszymi oporami niż Olga, gdyż sir Adrian wyraźnie drgnął z bólu. Co jednak tym bardziej pobudziło jego podniecenie i elokwencję.
     - Najdostojniejsza księżno, błagam. Pragnę złożyć ci hołd jako pani Siedmiu Bram. Pragnę stać się twoim sługą i niewolnikiem. Zechciej przyjąć moje służby.
     - Czyim sługą i niewolnikiem, panie mężu?
     - Twoim, o pani księstwa.
     Nadal z jakiegoś powodu niezadowolona, Lady Berengaria nie kwapiła się do spełnienia prośby więźnia i trzymała stopy poza zasięgiem jego ust. Smagnęła za to ponownie plecy sir Adriana. Ona również musiała jednak w końcu uznać, że kraty przeszkadzają w wymierzaniu porządnych razów, wydała bowiem nowe polecenie.
     - Otwórzcie drzwi!
     Po wykonaniu rozkazu przez Edytę weszła do celi, umyślnie powoli, prowokująco stukając obcasami. Pan Trzeci natychmiast upadł na podłogę i usiłował przyczołgać się do jej stóp, w czym przeszkadzał mu trochę ochraniacz. Lady Berengaria cofnęła się odrobinę i uniosła ostrzegawczo bicz. Zniewolony arystokrata poprzestał więc na pokryciu pocałunkami kamiennej posadzki, tuż przed czubkami butów księżnej.
     - Błagam, nie odmawiaj mi tej łaski, Dostojna Pani. Pragnę służyć ci z całych sił. Błagam, dłużej już nie wytrzymam!
     - Komu pragniesz służyć, mężu?
     - Tobie, Szlachetna Pani! Twojej sile i potędze. Jesteś niczym sama Bogini, racz przyjąć moje hołdy i moje służby!
     W odpowiedzi Lady Berengaria wymierzyła kolejny cios biczem. Potem drugi, trzeci, czwarty. Uderzała mocno, chociaż panowała nad sobą i swoim okrucieństwem, Sir Adrian wił się na podłodze lochu, nadal usiłując błagać i całować kamienie u jej stóp.
     - Pani, łaski. Pragnę służyć ci ze wszystkich sił!
     - Nieprawda! Okazujesz zuchwałą krnąbrność, nadal nie powitałeś mnie w sposób należny pani i małżonce!
     - Bo nie mogę, wiesz, że nie mogę! Wybacz, o Bogini, ale tego jednego nie mogę!
     - Oczywiście, że możesz. Możesz i musisz to zrobić. A teraz milcz, chyba że nabierzesz rozumu, uparty, stary głupcze!
     Posypały się kolejne smagnięcia, spadające na barki, plecy, pośladki i uda sir Adriana, który, by uniknąć przynajmniej poranienia dłoni, rozsuwał je na tyle, na ile pozwalał skuwający okowy łańcuch. Księżna uderzała teraz mocno, z gniewnie zaciśniętymi ustami oraz rzucającymi groźne błyski oczyma. Jeżeli z jakichś powodów uprzednio odgrywała tylko rolę srogiej i okrutnej pani, to obecnie zawładnęła ona jej uczuciami. Przecież wijący się i skulony pod ciosami bicza więzień nie był w stanie ujrzeć jej twarzy! Po cóż miałaby więc udawać?
     - Łaski,  Szlachetna Pani, łaski o władczyni Siedmiu Bram!
     Księżna nie reagowała na te daremne prośby, nadal okładając plecy małżonka batem.
     - Łaski, Lady Berengario – wykrztusił wreszcie.
     Uderzyła jeszcze raz czy drugi, ale w końcu opuściła groźne ramię.
     - Poproś głośniej i przywitaj swoją panią!
     - Błagam, Lady Berengario. Błagam, pani i żono. Jestem szczęśliwy, że zechciałaś zaszczycić mnie swoją wizytą. – Głos upokorzonego, złamanego sir Adriana brzmiał głucho i żałośnie, ale wyraźnie.
     Na twarzy księżnej pojawił się uśmiech triumfu i satysfakcji. Trąciła lekko czoło męża czubkiem prawego buta. Potraktował to jako znak łaski i przyzwolenia, może nawet wybaczenia niezrozumiałych dla Marcusa przewin. Przywarł ustami do okrytej skórą stopy pani Siedmiu Bram i gorączkowo okrywał ją pocałunkami. Pozwalała na to, przesuwając się nawet odpowiednio, by zajął się także podeszwą oraz wąskim obcasem. Gdy uznała, że wystarczy już tej zabawy, podsunęła drugi but. Sir Adrian rzucił się gorliwie, by i tutaj zlizać pył oraz okazać swoją adorację i uległość. Jego załzawiona twarz zdawała się jaśnieć prawdziwym szczęściem, ale oczy, które Marcus zdołał ujrzeć, gdy księżna przydepnęła wolną stopą głowę męża, po czym, zwiększając powoli nacisk podeszwy i groźnego obcasa zmusiła więźnia do odwrócenia spojrzenia w bok, wyrażały pogardę oraz upokorzenie. Upokorzenie głębsze chyba niż tylko to, spowodowane samym gorliwym składaniem hołdu, którego uprzednio gorąco przecież pragnął, a pogardę, kto wie, może dla samego siebie?
     - Wybaczam ci twoje zachowanie, sir Adrianie, mój mężu. Czyż nie tak powinna postąpić godna tego miana małżonka? Na znak darowania winy przyjmę twoje służby.
     - Dziękuję ci, Szlachetna i Dostojna Pani, dziękuję ci pani i żono. – Pan Trzeci nadal wił się pod butem Lady Berengarii, do chwili, gdy ta cofnęła stopę.
     - Wstań! A wy, pomóżcie mu i przykujcie do łoża.
     Więzień podniósł się z pewnym trudem, nie mogąc posłużyć się unieruchomionymi na plecach rękoma. Pomogły mu jednak gwardzistki, biorąc pod ramiona. Po chwili leżał już na szerokim posłaniu, rzucony na plecy. Strażniczki szybko i sprawnie uwolniły jego dłonie, tylko po to jednak, by natychmiast przymocować je do pierścieni wbitych w ramę łoża. Podobnie postąpiły z kostkami nóg. Nie ulegało wątpliwości, że całą procedurę miały dobrze opanowaną.
     - Podejdź bliżej, sir Marcusie. - Księżna od niechcenia bawiła się biczem, którego jeszcze przed chwilą używała z dużą wprawą. - Jak ci się to wszystko podobało?
     Z pewną obawą wszedł powoli do celi. W końcu on również nosił łańcuchy.
     - Jestem... To przecież szlachetnie urodzony, twój prawowity małżonek. Dlaczego, cóż takiego uczynił? - Pomyślał, że jakiekolwiek przewiny pana Trzeciego nie mogły być raczej większymi od jego własnych.
     - Ach, mój słodki książę. - Lady Berengaria ponownie wcieliła się w rolę uprzejmej i łaskawej damy. - Jak ty mało wiesz o takich sprawach. Nie pojmujesz, że sir Adrian to lubi? Że takie traktowanie podnieca go do szaleństwa? Dlaczego więc nie miałabym sprawiać mu odrobiny przyjemności? Przyznaję, nie jest już, niestety, najmłodszy i jego moc narasta wolniej. Potrzebuje więc silniejszych bodźców. I ja mu ich dostarczam, w czym pomagają Edyta i Olga.
     - Ale to wszystko, ta chłosta, to upokarzanie...
     - On uwielbia czuć się niewolnikiem władczej damy. W szczególności podniecają go łańcuchy oraz całowanie butów, najlepiej wysokich i na obcasach. Sam widziałeś i słyszałeś, jak o to błagał. Zawsze to lubił, wykorzystujemy więc jego upodobania, by podnieść temperaturę doznań. Ostre słowa i kilka batów dodają mu odwagi, może pozwalają pozbyć się jakiegoś głupiego wstydu, że w taki właśnie sposób pragnie wyrazić swoje oddanie? Mnie to nie przeszkadza i chętnie ofiarowuję mu ból, uwalniając od zażenowania.
     A więc miałaby to być odgrywana w dobrej wierze komedia, służąca erotycznemu pobudzeniu pana Trzeciego, a może również i samej księżnej? Słowa Lady Berengarii nie do końca przekonały chłopaka. Czuł, że pani Siedmiu Bram naprawdę chciała złamać małżonka, okazywała gniewne niezadowolenie, gdy stawiał jej opór, a potem objawiła satysfakcję, gdy uległ. Z kolei sir Adrian ustąpił wbrew sobie, pokonany bólem chłosty, szaleńczym pragnieniem ucałowania stóp i butów księżnej, które wydawało się chyba akurat prawdziwe, oraz jej władczą postawą. Później odczuwał jednak równie prawdziwą pogardę do samego siebie, więc o uwolnieniu od wstydu nie mogło być mowy. Marcus nie potrafił jednak zrozumieć, na czym właściwie ten opór pana Trzeciego polegał i w jaki sposób więzień ostatecznie skapitulował.
     Mógł oddawać się tym rozmyślaniom, gdyż Lady Berengaria zwróciła się ponownie ku mężowi. Podeszła do leżącego na łożu sir Adriana, przesunęła zwiniętym biczem po torsie, udach, stopach. W tejże chwili, gdy dotykała podeszwy lewej stopy, mężczyzna wyraźnie drgnął, czyżby odczuł nagły atak strachu? Być może to właśnie było celem księżnej, raczyła bowiem odezwać się do zniewolonego małżonka.
     - Chciałeś coś powiedzieć, panie mężu?
     - Błagam, pani. Tylko nie tam, proszę. Błagam, pani i żono!
     - Nie obawiaj się, przecież już ci wybaczyłam. - Odrzuciła bicz. - Przybyłam w odwiedziny, oczekując oddanej służby. Masz więc okazję odwdzięczyć się za moją łaskawość.
     - Tak, pragnę tego. Dziękuję za twoje miłosierdzie, Lady Berengario.
     Głuchy głos sir Adriana zdradzał, że przeżywa on silne emocje. Czy było to podniecenie rolą sługi i poddanego, jak zapewniała księżna, czy też jakieś inne, głębsze upokorzenie? Marcus nie potrafił zdecydować. Ale też nie posiadał żadnych doświadczeń w podobnych grach, by moc to ocenić.
     Pani Siedmiu Bram nie traciła czasu. Ze zwykłą dla siebie wprawą uwolniła przyrodzenie męża. Z pewnością musiał odczuwać pobudzenie, w tym Lady Berengaria miała całkowitą rację. Okrytą rękawiczką dłonią, z satysfakcją drażniła przez chwilę sterczącego fallusa.
     - Widzę, że naprawdę chcesz okazać swoją wdzięczność, sir Adrianie. Przyjmuję to z zadowoleniem.
     - Pani, czy nie zechciałabyś... - Ośmielił się wyrazić niedokończoną prośbę pan Trzeci.
     - O nie, sługo. Wiem, czego byś pragnął. Ale mam dzisiaj jeszcze wiele obowiązków i nie mogę poświęcić ci całego mojego czasu. A nadto, okazałeś krnąbrne nieposłuszeństwo. Wybaczyłam ci i uniknąłeś kary, ale na nagrodę nie zasłużyłeś. Może następnym razem, gdy potrafisz zachować się w sposób bardziej odpowiedni dla prawowitego małżonka, potraktuję tę twoją pałkę i orzeszki podeszwą albo obcasem mojego buta. Może następnym razem. A teraz oczekuję gorliwej służby!
     Wspięła się na łoże i dosiadła pana Trzeciego, sadowiąc się wygodnie na jego biodrach. Dłoń księżnej pomogła umieścić fallusa w wiadomym otworze. Marcus pomyślał, że pewnie przezornie nie nałożyła żadnej bielizny. To jednak wydawało się oczywiste. Tą samą dłonią księżna uderzyła sir Adriana w twarz, pobudzając go do galopu. Pan Trzeci nie ociągał się.
     Przed oczyma chłopaka w nieunikniony sposób pojawiły się obrazy z poprzedniego wieczoru, gdy to on sam występował w roli wierzchowca. Galopował wówczas, cwałował wręcz, przekonany, że czyni to razem  Bereniką! A tymczasem... Musiała zostać aresztowana wkrótce po ich wyścigu, zapewne w trakcie rzekomej narady, na którą zaprosiła ją Pani Siedmiu Bram. To oznaczało, że wczoraj wieczorem... Tak, bez żadnych wątpliwości! Poczuł obrzydzenie. Ile razy? I kiedy dokładnie? Czy miało to obecnie jakiekolwiek znaczenie? Jednak tak! Słuchając jęków sir Adriana oraz dostrzegając na twarzy księżnej narastającą satysfakcję, obsesyjnie rozpamiętywał wszystkie szczegóły swoich własnych, prawdziwych lub rzekomych spotkań z księżniczką Bereniką. Kiedy właściwie kochał się z żoną i to jej oddawał moc, a kiedy kradła ją ta podstępna wiedźma? Na pewno wtedy, gdy po raz pierwszy zaofiarował fałszywej Berenice Demona. Tak, to wyjaśniałoby jej późniejsze zaskoczenie i zmienne postępowanie. Kiedy jeszcze? Ależ był głupcem! Ale przecież księżna nie mogła ukartować tego wszystkiego sama. Berenika musiała jej pomagać! Zdejmować ochraniacz, czego potrafiła dokonać jakoby tylko dama, która sama ten przyrząd nałożyła i wzmocniła osobistym zaklęciem. Tak mówiła swego czasu również Lady Miranda i pewnie było to prawdą. Obydwie panie Siedmiu Bram musiały się w tym wymieniać, ukrywając się w bocznej komnacie. Wprawdzie w gniewie wygarnął to już Lady Berengarii tam, na polanie, ale wszystkie konsekwencje uświadomił sobie w pełni dopiero teraz. Berenika zdradziła go, wydając na pastwę wiedźmy! Potem wprawdzie zmieniła zdanie. Może z powodu Demona? Czuł, że zbliżyli się do siebie w trakcie wspólnych ćwiczeń oraz podczas gonitwy. Okazywała mu życzliwość, nawet pomimo wzburzenia niespodziewaną porażką. A on prawie ją pokochał... Czy ona... Jeżeli nawet, to zbyt późno, jak się okazało. I teraz oboje ponosili konsekwencje. Nie potrafił jednak wzbudzić w sobie nienawiści do dziewczyny, choćby i zasłużyła. Przecież ostatecznie sprzeciwiła się matce, a teraz przebywała gdzieś niedaleko, może w identycznej celi.
     Rozmyślania te przerwał okrzyk triumfu Lady Berengarii. Wyprostowała się w siodle, odrzuciła głowę. Musiała osiągnąć swój cel. Ujeździła starego rumaka i wydarła z niego moc. Czy w wystarczającej ilości, by zadowolić wiedźmę? Czy jej okrutne zabawy z trzecim mężem okazały się skuteczne? Czy zresztą były to tylko zabawy? Ledwie skrywane emocje księżnej oraz dziwne reakcje sir Adriana wskazywały, że mogło tu chodzić o coś więcej, niż tylko o nietypowe upodobania pana Trzeciego i komedię odgrywaną przez panią Siedmiu Bram.
     Zadowolona Lady Berengaria zakończyła galopadę, zsuwając się energicznie z bioder zmęczonego małżonka i zeskakując z łoża. Olga podała jej mokrą ściereczkę, którą oczyściła swoje intymne miejsca. W tym czasie Edyta uczyniła to samo z oklapłą teraz męskością sir Adriana. Pani Siedmiu Bram nałożyła ochraniacz. Stary arystokrata poruszał się słabo w więzach, z pewnością bardzo wyczerpany. O tym ostatnim Marcus wiedział z własnego doświadczenia.
     - Wybacz mi, Berengario... Wybacz, moja ukochana... Jestem słaby i nie potrafię... - wyszeptał pan Trzeci, ale Marcus zdołał to usłyszeć.
     - Już ci wybaczyłam, panie mężu. Dobrze się dzisiaj spisałeś. - Księżna raczyła pochwalić i poklepać rumaka dłonią po twarzy. - W nagrodę przyślę tutaj dzban twojego ulubionego wina. - Kolejne słowa skierowała do gwardzistek. - To również wasza zasługa, tylko nie przesadzajcie z tym winem. Musicie uważać. - Lady Berengaria krążyła po komnacie, rozsadzana mocą, metal obcasów stukał o kamienie posadzki. - Obiecuję, mężu, że następnym razem znajdę więcej czasu i zajmę się tobą dłużej.
     - Odchodzisz już, pani? Kiedy znowu zaszczycisz mnie odwiedzinami? - Głos pana Trzeciego nadal wydawał się głuchy, może z osłabienia.
     - Gdy będziesz gotowy, by mi usłużyć. Doceniam twoją ochotę, sir Adrianie, ja też staram się dla ciebie, ale nie jesteś już najmłodszy i potrzebujesz czasu, żeby zebrać siły. Edyta i Olga ci w tym pomogą. Macie tu mnóstwo różnych zabawek, na pewno nie będziesz się nudził.
     - Ale, pani i żono, widzisz, jestem posłuszny twojej woli, okaż łaskę. Chciałbym ujrzeć wiosenne niebo, trawę, drzewa, proszę. Źle znoszę zimy w twoim surowym kraju.
     - To niemożliwe i dobrze o tym wiesz. Możesz dostać więcej ksiąg, pomyślę też w wolnej chwili nad nowymi rozrywkami. Olga i Edyta również mają zawsze jakieś pomysły. To pomoże ci w zebraniu mocy.
     - Pani, proszę... Zbiorę dla  ciebie tę moc, jeśli tylko zdołam, ale pozwól...
     - Nie możesz stąd wyjść i nie muszę tłumaczyć, dlaczego. Ciesz się, że kazałam przebić ten otwór, że widzisz światło dnia. A moc zbierzesz, czasu ci wystarczy. Ruszam na wojnę, nadeszły wieści o barbarzyńcach.
     - Pani i żono...
     - Nie obawiaj się, na pewno zwyciężę. Pani Siedmiu Bram zawsze zwycięża. I możesz poczuć się dumnym, że w tym pomagasz.
     - Błagam!
     - Sir Adrianie, zachowuj się, jak na pana szlachetnej krwi przystało. Choćby przez chwilę. A teraz wybacz, ale na mnie już czas. Mam jeszcze dzisiaj wiele obowiązków.
     - Ach, ty... Myślisz, że możesz zbyć mnie takimi obietnicami, zmusić do milczenia...
     Nie czekając nawet na znak Lady Berengarii, stojąca przy łożu Edyta wcisnęła w usta pana Trzeciego knebel. Reszta jego słów zamieniła się w niewyraźny bełkot.
     - Dziękuję, Edyto. Znowu ma napad złego humoru. Jak zawsze po tym, gdy dałam mu okazję do ofiarowania mocy. Gdy dusi ją w sobie, jest gotowy na wszystko, byle zasłużyć na moją łaskę. A zaraz potem... Mężczyźni! Najlepiej byłoby utrzymywać ich w stanie ciągłego napięcia. Gdybyśmy tylko nie potrzebowały ich nasienia oraz ich mocy. Bogini zrządziła jednak w swojej mądrości inaczej. Doprawdy, czasami mam ochotę kazać obciąć mu język. Ale wtedy nie mógłby lizać moich butów i zbierałby moc jeszcze wolniej, niż obecnie. Pomyśl o tym, sir Adrianie. - Roześmiała się z własnego żartu. - Potrzymajcie go trochę w tym łożu, aż ochłonie. Wino przyślę, jak obiecałam. Ale zasłużył na podwieszenie i może dodatkowe baty. Tylko uważajcie, on naprawdę nie jest już najmłodszy. Zresztą, wiecie, co robić.
     - Jak rozkażesz, pani.
     - Chodźmy, sir Marcusie. To jeszcze nie koniec naszej wycieczki. I przyrzekłam ci przecież spotkanie z panią i małżonką. Ale wszystko po kolei.

5 424 czyt.
100%396
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne, użył 5694 słów i 32259 znaków.

6 komentarzy

 
  • Robert72

    Robert72 · 4 cze 2018

    ???

  • CzarnaKaczuszka

    CzarnaKaczuszka · 11 maj 2018 · 194008866

    Coś mi tu nie gra, wszystko wydaje się za proste, a w drobnych szczegółach brakuje spójności. Przeczytałam wszystko od początku i moje przekonanie, że coś tu nie gra jeszcze bardziej urosło. Najpierw Anita - o tym, że ona coś kombinuje wiedzieliśmy już dawno, ale teraz zdałam sobie jeszcze sprawę, że margrabina też coś podejrzewała - tylko co? Wiemy więc, że za kulisami pozostaje osoba zdolna władać magią, która niedawno pozyskała bardzo silną moc. Czy była to Anita - zwykła służka z zamku margrabiny, wątpię, w końcu szlachetne panie potrafią zmieniać swój wygląd. Jak się okazuje, nie zapach (Demon rozpoznał po zapachu, że nie ma do czynienia z Bereniką), a "Anita" pachniała wówczas perfumami. Jej nocna wizyta u Marcusa zgrała się w czasie z powrotem Mirandy z objazdu - odpowiednio podstępna osoba mogłaby zamordować czy chociaż pozbawić przytomności jakąś jej służkę i pod jej postacią wmieszać się w orszak, dostać niepostrzeżenie do zamku. Obstawiam więc osobę z zewnątrz, która jakoś dowiedziała się o małżenskich planach Siedmiu Bram i uknuła własne plany. Być może przedstawicielka barbarzyńców lub jakaś popleczniczka? My wprawdzie dowiedzieliśmy się późno, wraz z samym Marcusem, ale matki musiały się po cichu układać już wcześniej. Po zdobyciu sporych ilości mocy od Marcusa tamtej nocy, miała zapewne sporo możliwości. Czy aby na pewno zasypana po drodze przełęcz była przypadkiem, czy może celowym działaniem mającym kupić trochę czasu na inne knowania w samej Złotej Bramie? Dalej, Berenika wspomniała, że ma własny ochraniacz - skąd? Mam tutaj dziwną wątpliwość, której nie potrafię do końca zwerbalizować. Znikanie i pojawianie się "Bereniki", oczywista podmianka między osobą korzystającą z mocy, a osobą zakładającą ochraniacz to pozornie sprawa między matką a córką. Ale czy na pewno?  Wydaje się, że prawdziwa Berenika to ta, która się z Marcusem kocha - to podczas manipulacji orzy ochraniaczu padają zdania, które potem wylatują księżniczce magicznie z pamięci (a w prawdziwość księżniczki podczas wyścigu nie wątpię). Co Berengaria by tym osiągnęła, poza niepotrzebnym zaostrzeniem konfliktu z córką? Zdaje się raczej, że Anita-nie-Anita wplątała jakieś podstępne zaklęcie w ochraniacz i szantażowała później Berenikę. Berengaria, osłabiona przygotowaniami do wojny i zniszczeniem głazu w przełęczy, bez własnego silnego źródła mocy (starzy mężowie), które pod jej nieobecność mogło zostać w ten czy inny sposób osłabione przez wroga (bierzmy poprawkę, że choć Berengaria się bardzo spieszyła w podróży, musiała w drodze powrotnej dostosować tempo jazdy do ograniczeń Marcusa, szacuję więc, że potencjalny wróg mógł, w dużym pośpiechu i korzystając z możliwości samotnego jeźdźca, być w Siedmiu Bramach pod jej nieobecność nawet 4-5 dni, po uprzednim skorzystaniu z potężnej mocy Marcusa, a zdaje się, że wywołanie lawiny przez poruszenie odpowiedniego, małego ale ważnego kamienia kosztowało o wiele mniej mocy, niż usuniecie jej skutków), mogła zwyczajnie nie zauważyć tego zaklęcia, sprawdzając wyniki córki. Uwięziony mężczyzna w tej części *coś* wie, jednak jest kontrolowany bardzo skutecznie i nie ośmieli się powiedzieć tego na głos. Dosyć wymowne jest jednak, że wiedźma jest zadowolona dopiero, gdy ten nazywa ją Berengarią, a inne tytuły, którymi ją obsypuje traktuje jako przejawy buntu. Czy więc Marcus ma tutaj do czynienia z teściową? Szczerze wątpię. Choć muszę przyznać, że taka podwójna intryga jest bardzo sprytna - jakaś wstrętna ropucha sprawia, że córka (i jej mąż) obwinia o intrygę matkę, a matka córkę, przez co nie zjednoczą się przeciwko temu zewnętrznemu wrogowi. Martwi mnie jeszcze jedno - po przywitaniu tuż po powrocie do Siedmiu Bram, już nigdy nie widzieliśmy Bereniki, Berengarii i Surdun na raz. Czy to coś znaczy? Niewątpliwie, prawdziwa Surdun gdzieś tu jest, bo wówczas widzieliśmy całą trójkę, ale już po wyścigu Marcusa z Bereniką nie. Również wówczas to oczywiście Berenika zdjęła Marcusowi ochraniacz - bodaj pierwszy raz samodzielnie. Czyżby uzyskana od niego moc pozwoliła jej stawić czoła intrygantce, która wobec tego powzięła bardziej stanowcze kroki? Wydaje się, że tak, bo ochraniacz później założył już ktoś inny, a Berenika została zabrana w pilnej sprawie przez "matkę" tuż po wyścigu. Ale czy wielka Lady Berengaria osobiście wysyłałaby mało znaczącą gwardzistkę w "jakiejś sprawie" do Srebrnej Bramy? Byłoby to chyba dosyć dziwne. Podobnie, jak jej obecność na błoniach wówczas. Czyżby była w okolicy pod postacią Anity, którą potem szybko zmieniła na postać Berengarii, żeby działać? Tak mi się wydaje. Gdzie jest prawdziwa Berenika, gdzie jest prawdziwa Surdun i co się stało z prawdziwą Berengarią - to są pytania, na które liczę poznać wkrótce odpowiedzi.

  • Milady

    Milady · 30 kwi 2018

    Ha! Byłam ciekawa, jak to dalej rozwiniesz i jestem pozytywnie zaskoczona. Co prawda, zastanawiało mnie, czemu Berengaria nie używa własnych mężów, teraz jednak muszę wszystko zweryfikować. Czekam niecierpliwie na spotkanie Marcusa z żoną.

  • AnonimS

    AnonimS · 27 kwi 2018

    To że Marcus wylądował w lochu ma najpewniej na celu pokazać mu co go czeka w przypadku nieposłuszeństwa. A dalej same zagadki. Czemu Berengaria wspomniała o miłości Sundrum do Marcusa? No i ta scena ze staruszkiem . Sadystyczna ale wyrafinowana w moim odczuciu. Ma na celu zastraszenie Marcusa  to fakt. Ale czy tylko? I co z Bereniką, jaką pełni rolę w tym wszystkim? Mnożysz te zagadki Autorze i dajesz pole do popisu fantazji i domysłów czytelników. Ja też mam przemyślenia ale zachowam je dla siebie... pozdrawiam

  • violet

    violet · 27 kwi 2018

    Odcinek zaskakujący i odsłaniający, dużo, bardzo dużo i niewiele. Jest jednak w nim jakaś płytkość, jakaś pobieżność, celowa czy...? No, właśnie, poczekam na dalszy rozwój sytuacji, ponieważ Neferze potrafisz zwodzić jak mało kto.

  • POKUSER

    POKUSER · 27 kwi 2018

    Pierwszy tym razem. Łapka w górę i rozsiadam się wygodnie szykując na ucztę dla ducha