Nawiedzona Rezydencja (III)

Nawiedzona Rezydencja (III)Tytuł oryginału: „The Haunting of Palmer Mansion”
Autor oryginału: Rawly Rawls

Utwór ten jest fikcją literacką. Wszelkie nazwy postaci, miejsc i zdarzeń są wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do autentycznych osób żywych lub zmarłych, firm, miejsc lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe. Wszystkie postacie w tym utworze mają ukończone 18 lat. Miłej zabawy!


     – Myślę o pójściu w ten weekend do biblioteki, aby zobaczyć, czego jeszcze możemy się dowiedzieć o naszym nowym domu. – Dariusz rozejrzał się po wszystkich z błyskiem w oku. W swoich rozczochranych blond włosach wciąż miał trochę kurzu, mimo że siedzieli przy kolacji. – Kto się ze mną zgadza?
     – Brzmi ciekawie. – Monika w zamyśleniu przeżuwała swojego kurczaka Kung Pao. – Czego chcesz się dowiedzieć?
     Zarówno Sylwia, jak i Bartosz nie odrywali oczu od swojego jedzenia. Tego wieczoru zachowywali się dziwnie cicho.
     Dariusz zmarszczył brwi.
     – Wszystko w porządku Sylwia? Bartek?
     Oboje spojrzeli na niego i szybko skinęli głowami.
     – Tak, myślę, że to... –  Sylwia przerwała, gdy Bartosz niechcący jej przerwał.
     – … dużo testów w szkole, więc… – Bartosz spojrzał na matkę, jego policzki zarumieniły się i znów spojrzał na swój talerz. Pchnął kawałek kurczaka widelcem.  
     – Cóż, zachowujecie się dziwnie. – Dariusz potrząsnął głową i spojrzał na swoją córkę. – Odpowiadając na twoje pytanie, chciałbym się dowiedzieć, co stało się z Fryderykiem i Luizą w 1896 roku. Może moglibyśmy dostać plany domu, zobaczylibyśmy, o co chodzi z tym zamkniętym pokojem. Nie znalazłem żadnych kluczy, które mogłyby pasować do tego zamka. Czy coś jeszcze?
     Sylwia i Bartosz potrząsnęli głowami i rozejrzeli się w różnych kierunkach.  
     – Nie, tato. – odparła Monika.
     – W porządku. – Dariusz podrapał się w siwiejącą brodę i pomyślał o tajemniczej przeszłości posiadłości.
     – Więc, w sobotę idę do biblioteki. Kto jeszcze chce ze mną pójść?  
     – Ja pójdę. –  Monika podniosła rękę.  
     – Może wykorzystam ten czas na drzemkę. – powiedziała Sylwia. – Nie wysypiam się zbyt dobrze.
     – Prace domowe. – Bartosz szybko zerknął na ojca.
     – Więc pozostaliśmy tylko ty i ja, Moniu. –  Dariusz westchnął.
     Monika z entuzjazmem skinęła głową.
     – Inspiruje mnie pani, pani Sylwio Czerwińska.
Luiza podniosła wzrok znad wyściełanego filcem fotela z oparciem w pobliżu kominka w głównym salonie. Gdzieś w domu zegar wybił drugą w nocy. Blada kobieta czytała przy ognisku, wkładając palec do oprawionej w skórę książki, aby zaznaczyć miejsce gdzie czytała, by przywitać gościa.
     – Dawno nie czytałam „Pierwszej miłości”. To bardzo inspirujące.
Piękna kobieta upięła rude włosy w kok i miała na sobie białą, koszulę nocną z falbaną sięgającą jej do kostek. Luźny materiał prawie zakrywał jej ciężarny brzuch.
     – I przyniosłaś książkę z powrotem do mojego domu. Dobra robota.  
     – W jaki sposób?
Sylwia rozejrzała się po pokoju. Wiedziała, że komin wymaga gruntownego czyszczenia, zanim znów zacznie działać, ale w kominku płonął ogień. Na ścianach szkliste oczy dzika, jelenia i łosia patrzyły tępo przed siebie. Meble też były inne. Pomieszczenie było wypełnione ozdobnymi i błyszczącymi drobnostkami z delikatnie toczonymi krawędziami.
     – Jak się tu dostałam?
Sylwia nagle spostrzegła swoją nagość. Okazało się, że jest ubrana tylko w parę białych majtek. Zakryła piersi obiema rękami.
     – Musiałaś zejść na dół głuptasie. – Luiza zmarszczyła nos w beztroskiej kpinie. – Kochanie, proszę, nie zasłaniaj się moim spojrzeniem. Myślę, że twoje półkole zwieńczone rubinowymi sutkami są boskie i mogłabym patrzeć na nie przez całą noc.
Luiza czekała, aż Sylwia opuści ręce. Kiedy Sylwia nie ustąpiła w swojej skromności, Luiza uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami i ponownie otworzyła książkę.
     – Jak sobie życzysz. – Przerzuciła kilka stron i zatrzymała się.
     – Naprawdę idealnie pasujesz do tego domu, słodka Sylwio. Sprowadziłaś mnie z powrotem do tej książki. Nie powiedziałbym, że od „Pierwszej Miłości” wszystko się zaczęło, ale dała mi pewne wyobrażenie o mężczyznach.
     – O czym mówisz?
Sylwia zadrżała i przeszła obok Luizy, by stanąć przy ogniu kominka. Nie poczuła dodatkowego ciepła.  
     – Pozwól, że przeczytam ci fragment. – Zielone oczy Luizy spoczęły na kartkach książki znajdującej się na jej kolanach.
     – Ach, oto jesteśmy. To jest z perspektywy nastoletniego chłopca. Pamiętaj, kochanie, on jest zakochany w starszej damie.
     Luiza przeczytała:
     „Pewnego dnia siedziałem tak na murze, spoglądając w dal i słuchając bicia dzwonów... kiedy nagle coś mnie ogarnęło – nie do końca bryza, nie dreszcz, ale coś przypominającego oddech, świadomość czyjejś bliskości… Spuściłem oczy. Pode mną, w jasnoszarej sukni, z różową parasolką na ramieniu, Zinaída szła pospiesznie drogą. Zobaczyła mnie, zatrzymała się i unosząc rondo słomkowego kapelusza, podniosła do mnie swoje aksamitne oczy. – Co ty tam robisz, na takiej wysokości? –  zapytała mnie z dziwnym uśmiechem. – No już –  ciągnęła – zawsze deklarujesz, że mnie kochasz – zeskocz i chodź do mnie tu drogę, jeśli naprawdę mnie kochasz.
     Zanim słowa wyszły z ust Zinaídy, poleciałem w dół, dokładnie tak, jakby ktoś pchnął mnie od tyłu. Ściana miała wysokość około trzech metrów. Wylądowałem stopami na ziemi, ale uderzenie było tak gwałtowne, że nie mogłem utrzymać równowagi; Upadłem i na chwilę straciłem przytomność. Kiedy doszedłem do siebie, poczułem, nie otwierając oczu, że Zinaída jest przy mnie. – „Mój drogi chłopcze” – mówiła, pochylając się nade mną –  a w jej głosie słychać było tkliwy niepokój – „jak to możliwe? robisz to, jak byłbyś mi posłuszny?... kocham cię... powstań.”  
     Jej pierś falowała obok mnie, jej ręce dotykały mojej głowy i nagle – jakie wtedy były moje odczucia! – jej miękkie, świeże usta zaczęły pokrywać całą moją twarz pocałunkami... dotknęły moich ust... w tym momencie Zinaída prawdopodobnie odgadła z wyrazu mojej twarzy, że już odzyskałem przytomność, chociaż nadal nie otworzyłem oczu –  i szybko wstając, powiedziała: – „Chodź, wstań, łajdaku, głupi chłopaku! Dlaczego leżysz w kurzu?” – wstałem.”  
     Luiza przestała czytać i podniosła wzrok.
     – Teraz rozumiesz?
     – Nie. – Sylwia potrząsnęła głową i podeszła o krok do siedzącej kobiety. Wydawało się, że chłód w pokoju emanował z bladej, piegowatej skóry Luizy.
     – Prosimy ich o skakanie, kochanie i robią to bez namysłu.
     Luiza spojrzała na Sylwię z najbardziej pocieszającym uśmiechem.
     – Rozpływają się pod naszymi pocałunkami i nie tęsknią za niczym więcej niż kobiecym dotykiem. Pamiętaj, prawdziwa kobieta, taka jak ty, a nie dziewczyna, które chce aby uganiał się za ich spódniczką. Mogłabym sprawić tobie i Bartoszowi taką przyjemność. Wszystko, czego kiedykolwiek chciałaś i nawet więcej.
     – Nigdy bym… – Sylwia cofnęła się o krok.  
     – Ale już to rozpoczęłaś, kochanie. Wystarczy spojrzeć na jeden z tych zapierających dech boskich balonów.
Luiza wstała i wdzięcznie podeszła do Sylwii. Wyciągnęła rękę i przesunęła ramiona Sylwii w dół do boków i przyjrzała się odsłoniętym piersiom kobiety.
     – Jak dwie łzy. Twoje kobiece kształty zapierają dech w piersiach. Wyobraź sobie, co to robi z młodym Bartkiem.
     – On ma dopiero osiemnaście lat.
Sylwia poczuła, jak twardnieją jej sutki, gdy Luiza wyciągnęła ręce i przetoczyła je między lodowatymi opuszkami palców.
     – To mój syn. – pisnęła Sylwia.
Cały pokój pływał. Wydawało się, że różne meble zajmują tę samą przestrzeń, przylegają do siebie, czas się zacierał.
     – Detale.
Luiza zgięła się w talii, pochylając się do przodu i oblizała prawy sutek Sylwii lodowatym językiem. Była podekscytowana, gdy gospodyni zadrżała pod jej dotykiem. Wyprostowała się i spojrzała w oczy Sylwii.
     – Zapłaciliśmy i otrzymaliśmy, a Diabeł odebrał swą należność. Wszystko, czego potrzebujemy od ciebie, to twoja zgoda, słodka Sylwio.
     Słowo „Diabeł” wyrwało Sylwię z Letargu. „Piotr 5:8. Wasz przeciwnik, diabeł, krąży wokół jak ryczący lew, szukając kogo pożreć. Przeciwstawiajcie się mu, niezłomni w swojej wierze.” Sylwia odepchnęła zimne dłonie Luizy, ponownie zakryła swoje piersi i wybiegła z salonu. Niecałą minutę później rzuciła się do łóżka obok swojego ukochanego, chrapiącego Dariusza. Jej pierś uniosła się i naciągnęła kołdrę na głowę, trochę się uspokajając. Po prostu posunęła się za daleko z Bartoszem, pomagając mu z jego problemami. Jej sumienie, używając teraz koszmarów, wywierało na nią swoją presję. Nie zrobiłaby znowu nic niewłaściwego z Bartoszem i wszystko powinno wrócić do normy. Jej oddech zwolnił. A kiedy sytuacja wróci do normy, koszmary z pewnością znikną.

***

     W środę po szkole Monika przyprowadziła do domu swojego nowego chłopaka. Arkadiusz Walczak był sympatycznym chłopakiem. Był również ostatnim rocznikiem w liceum bliźniaków. Monika chciała, aby zobaczył cudowne wnętrze domu, w którym teraz mieszkali.
     Przyprowadziła go do swojego pokoju w wieży i rzeczywiście był oszołomiony. Zwłaszcza widokiem.
     – Niezły widok. Masz sąsiadów? – Arek nakrył oczy daszkiem zrobionym z dłoni i wyjrzał przez jedno z północnych okien.
     – Za drzewami na południu. Właściwie są całkiem blisko, ale jeszcze ich nie poznaliśmy. – Monika usiadła na łóżku i poklepała miejsce obok siebie. – Chodź tu Arku.  
     Arek odwrócił się i spojrzał na południe. Drzewa nie były daleko, ale nie widział skrytego za nimi domu.
     – Co masz na myśli? – Podszedł i opadł na łóżko.  
     Para nastolatków przez chwilę się całowała.  
     W samym środku tej porywającej chwili, kiedy poruszał ręką pod koszulą Moniki, coś połaskotało Arka w stopę. Arek przerwał ich pocałunek i spojrzał w dół. Chrząknął i cofnął się opierając się o wezgłowie. Młody mężczyzna z piegami i rudymi włosami uśmiechnął się do niego spomiędzy nóg łóżka. Chłopak nosił luźne, workowate ubrania z szelkami.
     – Co się stało? – Monika patrzyła, jak kolory odpływają z twarzy jej chłopaka.  
     – Kto… –  Arek wskazał na nogę łóżka, spojrzał na Monikę, a potem z powrotem. Intruz zniknął.
     – O co chodzi? – Monika spojrzała w dół łóżka, ale nie zauważyła nic dziwnego.
     – Przed chwilą był tu chłopiec. – Arek wstał i poprawił koszulę. – Majstrował coś przy mojej stopie.
     – Myślę, że Bartek pomaga moim rodzicom na dole. – Monika zmarszczyła brwi.
     – To nie był twój brat. – Arek rozejrzał się po pokoju, ale nie dostrzegł niczego poza bałaganem. – Posłuchaj, prawdopodobnie powinienem już iść. Możesz mnie wyprowadzić? Ten dom jest… naprawdę dziwny. – Objął ramionami swoją szeroką klatkę piersiową.  
     – Pewnie. – Monika wstała, poprawiła stanik i zaprowadziła go na dół. Gdy dotarli do drzwi wejściowych, pocałowała go w policzek. – Słuchaj, przepraszam za cokolwiek to było. Piątek nadal aktualny?
     – Jasne. – Arek spojrzał obok niej na dom pogrążony w ciemnościach. – Nara. – Odwrócił się, pobiegł chodnikiem, wsiadł do samochodu i odjechał.
     Monika zamknęła masywne dębowe drzwi z głośnym hukiem. Nie tak chciała, żeby minęło jej popołudnie. Wróciła na górę, żeby posłuchać muzyki.

***

     W środku nocy Bartosz obudził się gwałtownie. Światło gwiazd sączyło się przez otwarte okno z bezksiężycowego nieba na zewnątrz. Co do cholery, okno znów było otwarte, wpuszczając zimne nocne powietrze. Dlaczego ciągle to się działo? Wiedział, że tym razem je zamknął. Bartosz rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy drzwi do jego sypialni też są otwarte. Wyglądały na zamknięte. Bartosz nie sądził, że Luiza jest odpowiedzialna za coś tak małostkowego. Albo wrednego. Była taka miła dla Bartosza.  
     Dźwięk stłumionego uderzenia niesiony do jego pokoju przez zamknięte drzwi. Był to dźwięk, jakby ktoś upuścił porcelanę na podłogę. Następnie usłyszał męski głos, również stłumiony przez drzwi znajdujące się gdzieś w pobliżu.  
     – Kto jest ojcem, Luizo? – Zapytał mężczyzna drżącym głosem. Głosem kogoś kto znalazł się na krawędzi. – Twój mały przyjaciel wyśpiewał mi. Śpiewał jak ładny ptaszek. Wiem, że to nie moje dziecko nosisz.
     Rozległ się trzask niczym wybuchająca petarda, a ciało Bartosza drgnęło, gdy usłyszał ten dźwięk. Podciągnął kołdrę pod brodę i leżał idealnie nieruchomo.
     – Nie będziesz waliła mnie w rogi, Luizo – powiedział mężczyzna.
     Bartosz usłyszał wystarczająco dużo, by wiedzieć, iż mężczyzna mówi, że nie pozwoli żonie go zdradzać, aby robić z niego rogacza.
     –  Wychodź Gabrielu. – z głosu mężczyzny sączyła się groźba. – Powiedz mi, gdzie ukrywa się twoja matka. – Głos był teraz bliżej drzwi do sypialni Bartosza. Rozległo się pięć kolejnych trzasków, którym towarzyszył dźwięk rozsypujących się drzazg.
     Bartosz wstrzymał oddech. Czy jego drzwi były zamknięte? Usłyszał brzęk metalu. Domyślił się, że mężczyzna niósł rewolwer i wyrzucił zużyte łuski na podłogę, aby przeładować.  
     Nagła świadomość rozprzestrzeniła się poprzez nerwy Bartosza. W sypialni był z nim ktoś jeszcze. Wszystkie jego mięśnie skurczyły się, gdy biały kształt wyskoczył w jego stronę z cienia przy zgaszonym kominku. Westchnął przeciągle, kiedy zobaczył życzliwą twarz Luizy. Jej obecność była nieco mniej kojąca, kiedy ujrzał, że jej zielone oczy rozszerzyły się ze strachu. Miała na sobie długą białą koszulę nocną, która zakrywała jej kostki.  
     –  Chodź, młody –  szepnęła Luiza. Wyciągnęła lewą rękę do Bartosza i dwa diamenty na jej pierścionku zamigotały w świetle gwiazd. Spojrzała przez ramię na drzwi, a potem z powrotem na Bartosza. – Nie możemy pozwolić mu znaleźć nas tutaj. Podejrzewa nasz związek.
     Bartosz bez słowa wziął ją za rękę. Zapomniał jaka była zimna, jej lodowaty uścisk był mocny. Pozwolił jej wyciągnąć go z łóżka. Gładkie deski podłogowe pod jego bosymi stopami były prawie tak chłodne jak dłoń kobiety. Dzięki Bogu za ciepło jego flanelowej piżamy.
     – Nadciąga burza Luizo – powiedział mężczyzna. Mógł być tuż za drzwiami sypialni. Rozległ się kolejny stukot i dwa kolejne trzaski. – Kiedy nadejdzie, nawet sam diabeł cię nie uratuje.
     – Szybciej. – Luiza pociągnęła Bartosza bezpośrednio w stronę kominka z nagłym pośpiechem.  
     Kiedy się zbliżyli, Bartosz zdał sobie sprawę, że palenisko znalazło się jakimś sposobem z boku, natomiast z drugiej strony pojawiła się ziejąca czarna dziura.
     – Co? – Pozwolił jej poprowadzić go w ciemność. Zatrzymali się po drugiej stronie kominka, Luiza przesunęła wolną ręką po ścianie i po cichym zgrzytnięciu palenisko cofnęło się i zamknęło przejście z sypialni.  
     – Poleciłam konstruktorom zainstalować te ukryte schody bez wiedzy Fryderyka. W zamkniętej przestrzeni głos Luizy brzmiał stłumionym tonem. – Już na początku naszego małżeństwa był człowiekiem o nastrojach często godnych ubolewania i oczywiście, robotnicy bardzo chcieli zadowolić panią domu.
Jej zmarznięta dłoń mocno trzymała ciepłą dłoń Bartosza.
     – Idź ostrożnie, daj tutaj krok. Dobrze, a teraz tutaj. – Wyciągnęła rękę i wolną ręką chwyciła go za łokieć, prowadząc go po krętych schodach w ciemności.
     – Fryderyk ciągle nie ma pojęcia o tej części domu.
     – Dzięki Bogu za to. – Bartosz ostrożnie stawiał stopy na schodach.
     – Zgadza się... – W głosie Luizy było słychać rozbawienie. – ...albo komuś innemu.
     – Gdzie idziemy? – Bartosz otworzył oczy tak szeroko, jak tylko mógł, ale widział tylko czerń.
     – Do piwnicy, kochanie. – Luiza uspokoiła Bartosza, gdy prawie stracił równowagę.
     –  I oto jesteśmy, nie ma już tych okropnych schodów, mój dzielny chłopcze.
Rozległ się dźwięk przekręconego przełącznika, a potem powolne zgrzytanie. Palenisko w piwnicy obróciło się na bok i Luiza przepuściła Bartosza.
     Salon w piwnicy był największym pomieszczeniem w domu. W jednym rogu stała bieżnia pozostawiona przez poprzednich właścicieli, a obok niej stał stół bilardowy. Czerwińscy postawili tutaj kanapę i umieścili telewizor na pudle tekturowym obok kominka. Jedyne światło w pokoju pochodziło z nocnej lampki, którą Dariusz pozostawiał włączoną przy schodach.  
     – Nie mogę w to uwierzyć.
Bartosz rozejrzał się, kiedy kominek zamknął się za nimi.
     – Sekretne schody.
Pozwolił ciężarnej kobiecie pociągnąć go na kanapę. Usiadła i położyła go obok siebie, z głową na jej kolanach. Chłód sączył się z niej, kiedy bawiła się włosami Bartosza, ale nie przeszkadzało mu to.  
     – Będziemy tu bezpieczni, kochanie. On nigdy nas tu nie znajdzie. – Luiza przerwała i pozwoliła ciszy wokół nich wzmocnić jej słowa. – Musiałeś być przerażony. Wiem co cię uspokoi.
Zrzuciła koszulę nocną z ramion nocnej i zsunęła ją z piersi. Jej sutki były wyraźne i ciemne na alabastrowych piersiach. Zsunęła biodra w dół do krawędzi kanapy i oparła głowę Bartosza na wypukłym brzuchu.
     – No, wypij i się uspokój.
     – Nie rozumiem.
Lodowate czubki jej palców przycisnęły się do jego policzka i skierowały jego usta w stronę jej piersi. Drugą ręką ścisnęła prawy cycek i wsunęła sutek między jego wargi. Wtedy Bartosz zrozumiał. Najsłodszy, najsmaczniejszy pikantny smak wypełnił jego usta i spłynął po jego gardle. Temperatura była taka sama, jak mleka wyjętego prosto z lodówki. Wszystkie jego mięśnie rozluźniły się, a Bartosz sączył się najwspanialszego drinka, jakiego kiedykolwiek miał okazję próbować.
     – No już. Grzeczny chłopiec. – Luiza spojrzała na niego z delikatnym uśmiechem. – Teraz wszystko będzie dobrze. Zaopiekuję się tobą.
     – Mmmmmmmm – wymruczał Bartosz.
     – Mam tylko małą prośbę o drobną przysługę, Bartku. –  Delikatnie głaskała go po policzku, kiedy pił. – Jeśli mam ciągle cię odwiedzać, musisz poprosić matkę o zrobienie kolejnego kroku. Jest odporna na moje sugestie, rozumiesz?.
     – Mmmmmmm? – Bartosz ciągle połykał to słodkie, zimne mleko.  
     – Niech znowu się tobą zaopiekuje. Ale tym razem, kochanie, chciałabym, żeby wykorzystała swoje piersi do zaspokojenia twoich zachcianek. – Luiza wymruczała te słowa. – Rozumiesz? Te wspaniałe balony z rubinowymi sutkami są marnowane na tego twojego ojca. Wystarczająco zrozumiałe?
     Bartosz skinął głową i pociągnął. Luiza chciała, żeby namówił swoją mamę na Hiszpana. Ze strony Bartosza była pewna niechęć do tego pomysłu, ale zrobi wszystko, by zatrzymać Luizę w pobliżu, a jeden mały Hiszpan nikomu nie zaszkodzi. Musiałby tylko znaleźć sposób, by przekonać swoją słodką matkę. Bartosz zasnął przy piersi Luizy.
     Śpiewały ptaki i chłodne poranne światło padało na łóżko Bartosza. Obudził się gwałtownie i usiadł na łóżku. Wiedział, że wydarzenia tej nocy nie były snem. Musiał znaleźć w sobie odwagę, by zrobić to, o co prosiła Luiza. Nawet jeśli zajmie to trochę czasu, znajdzie sposób.

***

     Sylwia zrobiła śniadanie w sobotni poranek. Remont kuchni w końcu zbliżał się ku końcowi. Dariusz wraz z Sylwią poprzedniego dnia zainstalowali nową kuchenkę, która działała wręcz idealnie. Dzięki Bogu, mieli teraz również zmywarkę do naczyń. Zlew działał tak, jak powinien. Zrobili nawet połowę blatów. Oczywiście była to tylko część jednego małego pokoju i pozostała jeszcze całą rezydencję do renowacji. Ale powoli, stałym tempem w końcu dopną swego.
     – Gdzie jest Bartek? – Sylwia zawołała przez ramię stojąc przy kuchence.
     –  Chyba pod prysznicem. – Monika odpowiedziała siedząc przy stole w jadalni, gdzie czytała książkę. Wiedziała, co robi jej brat pod prysznicem, dlatego jako własną wzięła niezajętą łazienkę po drugiej stronie drugiego piętra. Chłopcy byli tacy obrzydliwi.
     Dariusz podszedł do swojej żony i mocno uderzył w okrągły tyłek Sylwii.
     – Na pewno nie chcesz jechać z nami? Kto wie, jakie sekrety odkryjemy w bibliotece?
     – Tego jestem pewna, Dariuszu. – Sylwia uśmiechnęła się do niego i rzuciła bekon na patelnię. – Przydałoby mi się nie co odpoczynku aby nieco lepiej wyglądać.
     – Jeśli staniesz się piękniejsza, wypalisz dziurę w moim sercu. – Dariusz pocałował ją w rumiany policzek i spojrzał na patelnię. – A skoro o tym mowa, lepiej uruchommy wyciąg. Świetnie pachnie, ale nie chcemy zatłuścić świeżo wyremontowanej kuchni.  
     – Masz na myśli naszą częściowo wyremontowaną kuchnię.
     –  Mam na myśli, że wkrótce nasza kuchnia stanie się zupełnie odnowiona.
Dariusz dał jej kolejnego figlarnego klapsa i poszedł nalać sobie kawy.
     – Sylwia, nie tęsknij dziś za mną zbyt mocno.
     – Nie martw się, kochanie. - powiedziała Sylwia. – Poproszę Bartka, aby dotrzymał mi towarzystwa, kiedy was nie będzie.
Nagły, nieproszony obraz ogromnego penisa Bartosza pojawił się w umyśle Sylwii. Zamrugała i powstrzymała tę myśl. „Z powrotem do normalności, z powrotem do normalności,” mruknęła.
     – Co, kochanie?
Dariusz upił duży łyk gorącej kawy.  
     – Nic, Darku. Mam nadzieję, że Ty i Monia będziecie się dziś dobrze bawić.
Wydawało się, że Sylwia nie mogła wyrzucić z głowy obrazu pulsującego penisa jej syna. Może dobra drzemka naprawdę zrobiłaby jej dobrze.  

***

     Bartosz próbował zebrać się na odwagę, by poprosić matkę o dalszą pomoc z jego penisem, tak jak chciała Luiza, lecz ciągle odkładał to w czasie. Zamiast tego, kiedy poszła na drzemkę, skorzystał z okazji, by sobie zwalić konia. Może kiedy już przyjedzie, będzie miał odwagę poprosić ją o Hiszpana. Ale szczerze mówiąc, nie wiedział, czy kiedykolwiek zgodziłaby się na to.
     Siedząc nago na krześle przy biurku, otworzył na komputerze folder ze zdjęciami rudowłosych kobiet. Nie znalazł jeszcze modelki, która wyglądałaby jak Luiza, ale zdjęcia tych kobiet ułatwiały mu fantazjowanie. Po chwili zaczął ostro sobie trzepać, trzymając obie ręce na penisie i patrząc na szczególnie cycatą, piegowatą kobietę. Może po drzemce swojej mamy poprosiłby ją o to, czego chciała Luiza. Miał nadzieję, że będą mieli wystarczająco dużo czasu, zanim druga głowa rodziny zdąży wrócić do domu.

***

     We śnie Sylwia wyszła z rezydencji w piękny poranek, słońce było jeszcze nisko zawieszone nad horyzontem. Wokół domu rosły drzewa, których nie rozpoznawała. Kręciła się w swojej sukience, tak szczęśliwa z powodu nowoczesnej mody na porzucanie zgiełku miejskiego. Te nowe sukienki pięknie rozkloszowane od talii aż do ziemi. Czekał na nią powóz, konie niecierpliwie rżały. Chwyciła prawą dłoń męża i ruszyła radośnie podskakując ścieżką przed domem. W powietrzu unosił się zapach wiosennych kwiatów. Jej mąż był wysokim mężczyzną, którego skądś kojarzyła, ale nie potrafiła tego określić. Wydawało się, że powinna znać swojego męża. Był przystojny i miał beczkowatą klatkę piersiową, wąsy, cylinder i długą marynarkę.  
     – Kto jest ojcem Sylwio.
Ręka jej męża zacisnęła się na jej dłoni niczym imadło i Sylwia wrzasnęła z bólu.  
     – Nie wiem, o czym mówisz Fryderyku.
Sylwia wrzasnęła ponownie, gdy kości w jej dłoni pękły. Jak we śnie, stało się jasne, że nazywa się Fryderyk. To był Fryderyk Głowacki. Ta myśl wypaliła się w umyśle Sylwii. Delikatne kości w jej lewej dłoni łamały się jedna po drugiej, gdy Fryderyk ściskał mocniej i mocniej. Sylwia krzyknęła:      – Proszę…!
     – Czy to chłopiec?
Fryderyk spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczyma i wydawało jej się, że nic w nich nie było. Tylko głęboka, niekończąca się czerń.
     – Pomóż mu. Chroń go tak, jak chcesz. Ale jeśli to on zasiał to zgubne ziarno, zabiorę was razem ze sobą.
     Sylwia usiadła na łóżku, łapiąc nerwowo powietrze, przyciskając koc do nagich piersi. Co za straszny koszmar. Udało jej się uspokoić oddech, a potem spojrzała na zegar przy łóżku. Była jedenasta nad ranem. Tak straszny sen na tak krótką drzemkę. Podniosła lewą rękę i wydawało jej się, że widzi, jak czerwony odcisk palców na jej dłoni powoli zanika. Zacisnęła pięść i rozprostowała ją, patrząc na obrączkę. Jej ręka była w porządku. To był tylko sen. Nie widziała już czerwonego odcisku dłoni. Musiała to sobie wyobrazić.
     – Bartek – szepnęła do siebie. – Muszę pomóc mojemu dziecku.
Sylwia wstała z łóżka, jej nagie piersi podskoczyły. Słowa, które wyszły z jej ust, wydawały jej się zarówno obce, jak i zupełnie dopasowane do domu.
     – Dzieci są darem od Pana, potomstwem, nagrodą od Niego – szepnęła Sylwia.
Miała na sobie tylko majtki, a to było niewystarczające, więc Sylwia rozejrzała się po pokoju. Znalazła jeden z dużych T-shirtów swojego męża i narzuciła go, dodając sobie odrobinę skromności.
     – Pomóc Bartkowi to pomóc Mu. A Bóg prosi o pomoc sprawiedliwych.
Sylwia na bosych stopach wyszła ze swojego pokoju i szła długim korytarzem. Nie wiedziała, dokąd się wybiera.
     Znalazła się na drugim końcu korytarza i rozejrzała się. Dlaczego się tam znalazła? Schody prowadziły do wschodniej wieży tuż przed nią, ale Monika była w bibliotece z ojcem. Po lewej stronie była łazienka, lecz nie czuła potrzeby by z niej skorzystać. Zza drzwi sypialni Bartosza rozległo cię ciche stłumione chrząknięcie. Pomóc dziecku. Sylwia wiedziała, co musi zrobić.
     Ręcznik zawieszony pod prysznicem w łazience. Sylwia weszła tam i chwyciła go w ręce. Następnie przeszła przez korytarz i bez pukania otworzyła drzwi Bartosza.
     Sylwia powinna była być zszokowana, zawstydzona lub przynajmniej zaniepokojona tym, co zobaczyła, ale myślała tylko o tym, że Bartosz potrzebował jej pomocy. Siedział nago na krześle przy biurku, patrząc na zdjęcie zmysłowej, nagiej kobiety na monitorze komputera. Obie ręce wściekle pracowały na jego twardym, gigantycznym penisie między nogami. Pot spływał po jego ramionach, torsie i twarzy. Jego policzki poczerwieniały z wysiłku. Jego ręce zatrzymały się, gdy do środka weszła jego matka, ale nadal trzymał dłonie zaciśnięte na żylastym narządzie. Nie próbował się ukryć pod biurkiem ani czymś okryć. Zamiast tego obrócił krzesło, by spojrzeć na nią.  
     – Nie możesz dojść, prawda? – Sylwia weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. – Myślę, że Bóg zesłał mi sen, w którym poprosił, abym ci pomogła.
     – Co?
Bartosz zerknął na zdjęcie nagiej rudej kobiety z ogromnymi cyckami i piegami. Następnie spojrzał na swoją mamę.
     – O tak. Potrzebuję pomocy.
Bartosz w końcu zauważył, co miała na sobie. Jeden z dużych podkoszulek jego taty i zupełnie gołe nogi. Ponieważ koszulka sięgała dość nisko, nie mógł stwierdzić, czy miała na sobie majtki.
     – W porządku, skarbie. – Sylwia krótko, nerwowo się uśmiechnęła. – Mama się tym zajmie.
Weszła do pokoju i zatrzymała się. Obróciła ręcznik w obu dłoniach.
     – Chyba że… to dla ciebie jest zbyt dziwaczne… wiesz… żebym znowu cię dotykała.
     – Nie, wszystko jest w porządku.
Bartosz pomyślał o Luizie i bardzo chciał uszczęśliwić tę zmarłą kobietę.
     – Ostatnim razem, kiedy to zrobiłaś, naprawdę poczułem się o wiele lepiej.
     – Cóż, więc zajmijmy się twoim problemem.
Sylwia podeszła do Bartosza, odsunęła jego krzesło od biurka, obróciła go w taki sposób, aby znów był zwrócony twarzą w kierunku monitora i uklękła przed nim na podłodze. Położyła ręcznik przy prawym kolanie.
     – Możesz patrzeć na to zdjęcie, jeśli przyspieszy to nasze zadanie.
     – Dzięki, mamo.
W tej chwili Bartosz nie przejmował się zbytnio nagimi kobietami na swoim monitorze.  
     – Czy powinnam…? – Spojrzała na tego potwora, jej brązowe oczy były szeroko otwarte, a źrenice rozszerzone. – Czy powinnam ponownie użyć ust?
Sylwia wyciągnęła rękę do przodu i ostrożnie pogłaskała jego prawe jądro. Było takie ciężkie i pełne.
     Bartosz skinął głową.
     – Mogę to zrobić. W końcu lodzik to nie zdrada. Zgadza się?
Spojrzała ponad penisem na jego chudą klatkę piersiową i wątłe ramiona. To cud, że to potężne przyrodzenie należało do jej drobnego syna.
     – Zgadza się, mamo.
     – Tylko nie mów ojcu. Dobrze, Bartku?
Objęła trzon palcami lewej dłoni i delikatnie je zacisnęła. Był tak niesamowicie gruby.
     – Ani komukolwiek innemu.
Sylwia skoncentrowała się na fioletowej głowie. Ten wściekły kolor zupełnie nie pasował do tak łagodnego chłopca. Uniosła się trochę na kolanach i powoli wsunęła szeroką purpurową głowę do swoich ust.
     – Nikomu nie powiem. – Bartosz potajemnie skrzyżował palce, mówiąc to. Na pewno powie Luizie.
     – Ggggoooooogggghhhhh. – Sylwia chciała wyrazić swoje zadowolenie, ale wielka głowa w jej ustach uniemożliwiła jej to. Poruszyła głową małymi, szybkimi ruchami, przypominając sobie, jak najlepiej obsłużyć Bartosza. Jego przyrodzenie była tak odmienne od przyrodzenia jego ojca. Wymagało ono zupełnie innych ruchów, niż często wykonywany przez Sylwię małżeński lodzik. Położyła drugą dłoń na jego penisie i zaczęła pompować w górę i w dół obiema rękami, mocno ściskając. Im dłużej to robiła, tym bardziej jej ruchy wydawały się płynne.
     – Mamo, jesteś najlepsza. – Bartosz westchnął i rozparł się głębiej na swoim krześle. Sylwia wyglądała niesamowicie z swoją ładną twarzą rozciągniętą wokół jego penisa. Jej kurze łapki w kącikach jej oczu, stały się bardziej widoczne gdy walczyła, by doprowadzić syna do orgazmu. Jej nozdrza rozszerzały się, gdy zmusiła się do oddychania przez nos.
     – Mam nadzieję, że tata cię docenia.
     Sylwia oderwała usta od przyrodzenia Bartosza i spojrzała na jego młodą, przystojną twarz.
     – Tak, Bartku. – Następnie wróciła do ssania.
     W tym momencie po drugiej stronie miasta Dariusz obgryzał ołówek, przeglądając bardzo stare akta. Był blisko czegoś wielkiego. Po prostu to wiedział. Czegoś naprawdę wielkiego. Nie miał pojęcia, że w tym momencie jego żona była bliska czegoś jeszcze większego.
     W rezydencji Bartosz spojrzał znad kręconych brązowych włosów matki na monitor. Zamiast rudowłosej modelki, której się spodziewał, zobaczył wpatrującą się w niego piękną Luizę. Zdezorientowany, mrugnął kilka razy. Na ekranie Luiza skinęła głową i perspektywa cofnęła się. Widział, że duch siedział nagi na fotelu z oparciem, przy huczącym ogniu. Jej ciężkie cycki, ciężarny brzuch i ognisty zarost jej cipki były widoczne na pełnym ekranie. Chwyciła piersi w obie dłonie, ścisnęła je razem i przesunęła w górę i w dół. Bartosz zrozumiał. Skinął głową w stronę monitora, a Luiza odpowiedziała mu mrugnięciem oka. Opuściła piersi i pochyliła się do przodu na swoim fotelu z oparciem w oczekiwaniu na to, co miało nadejść.  
     – Hej, mamo. – Bartosz spojrzał na Sylwię, gdy walczyła z jego penisem. – To jest… naprawdę świetne. Ale czy mógłbym…?
     Sylwia wypluła jego przyrodzenie i ponownie na niego spojrzała.
     – O co chodzi, Bartku? – Trochę dyszała. Trudno było jej złapać wystarczającą ilość powietrza, oddychając tylko przez nos. – Jestem tu by ci pomóc.
     – Czy mogłabyś… to znaczy… czy zechciałabyś…? – Bartosz wyjąkał.
     – Tak?
Jej ręce nadal powoli przesuwały się w górę i w dół po jego penisie, gdy spoglądała w górę.
     – Czy mógłbyś to zrobić swoimi cyckami? – Bartosz szybko wypluł słowa.  
     – Z moim …? –  Sylwia analizowała to przez chwilę w głowie, po czym zrozumiała. – Ohhhh. Rozumiem. – Jej ręce kontynuowały pracę, gdy rozpatrywała prośbę. –  Naprawdę, Bartku? –  Przechyliła głowę patrząc na niego. – Naprawdę?
     – Tak, mamo. Proszę... – Bartosz gdy spojrzał w jej oczy, mógł już stwierdzić, że zamierza to zrobić. – To nie będzie zdrada.
     – Przypuszczam, że nie. To nie jest zdrada, jeśli będą to tylko piersi.
Puściła przyrodzenie swojego syna i obiema dłońmi sięgnęła do rąbka koszuli męża. Ściągnęła koszulę i rzuciła ją za siebie. Jej cycki opadały i podskoczyły kilkukrotnie.
     – Są piękne, mamo.
Bartosz utkwił wzrok w tych wspaniałych piersiach. Idealnie wisiały na jej klatce piersiowej, duże, okrągłe i pełne. Z grubymi różowymi sutkami i niedużymi otoczkami. Bartosz odwrócił wzrok i spojrzał na monitor za mamą. Luiza uśmiechnęła się szeroko. Jego wzrok powrócił do twarzy jego mamy i zobaczył, że jej policzki są bardziej zaczerwienione niż zazwyczaj.
     – Dziękuję za komplement, Bartku.
Ubrana jedynie w czarne majtki, Sylwia objęła piersi, przysunęła się do przodu i owinęła je wokół nabrzmiałego narządu. Pomyślała, że po lodziku zostało wystarczająco dużo śliny do nawilżenia.
     – Nigdy wcześniej tego nie robiłam, więc  może zająć mi to chwilę.
W koncentracji delikatnie ugryzła czubek języka i spróbowała jednego długiego pociągnięcia piersiami, używając rąk do poruszania nimi w górę i w dół. Zadowolona z wyniku, zaczęła powtarzać to wielokrotnie. Po pewnym czasie osiągnęła niepewny, ale konsekwentny rytm.  
     – Tata może żałować, że go tu nie ma.
Bartosz nie mógł oderwać wzroku od tego, co robiła mu jego piękna mama.  
     – W porządku. – Sylwia podniosła wzrok znad przyrodzenia Bartosza  i spojrzała na twarz syna. Widziała wypisaną na niej przyjemność, kiedy zaciskał zęby. To, że mogła sprawić synowi taką radość, napełniało ją szczęściem.
     – I tak nie byłabym w stanie tego zrobić dla Dariusza. Nie w ten sposób. – Spojrzała z powrotem na potwora, który wślizgnął się między jej ciasno ściśnięte piersi. – On bardzo się od ciebie różni, Bartku.  
     W bibliotece, podekscytowany Dariusz uniósł papiery. Plany, znalazł plany. To znacznie ułatwiłoby im pracę i mogłoby rozwiązać tajemnicę zamkniętego pokoju. Sylwia byłaby zachwycona, kiedy przyniósłby kopię do domu. To z pewnością byłaby najbardziej ekscytująca rzecz, jaką widziała przez cały dzień. W końcu zdobyli.  
     W rezydencji Bartosz spojrzał przez ramię swojej matki, która tak ciężko pracowała, aby go doprowadzić. Na swoim monitorze widział Luizę, wciąż nagą na krześle, obgryzającą paznokcie w oczekiwaniu. Luiza skinęła głową Bartoszowi i wykonała ruchy dłonią symbolizujące eksplozję wulkanu. Bartosz postanowił tym razem jej nie zawieść.
     – Jesteś blisko, kochanie? – Sylwia wpatrywała się w tę fioletową kopułę, która wślizgnęła się między jej piersi.
     – Nie… jeszcze… – Jeśli Bartosz ją ostrzeże, użyłaby ręcznika, żeby wychwycić jego nasienie. Luiza tego nie chciała. Więc zamiast tego chrząknął i się spuścił. Sperma wystrzeliła z jego penisa, rozpryskując się na twarzy i włosach Sylwii. Przeleciała również w powietrzu i wylądował na drewnianej podłodze wokół nich.
     Na monitorze komputera Luiza cicho podskakiwała na swoim krześle, dziko klaskała w dłonie i radośnie się śmiejąc.  
     – Ohhh...
Sylwia zamknęła oczy, puściła swoje piersi i odwróciła się od eksplodującego przyrodzenia.
     – O mój Boże, Bartek! To jest na mojej twarzy!
Wciąż czuła, jak sperma ląduje na jej boku, gdy wycierała gorący, słony ejakulat z ust i oczu.
     – Nie możesz tak po prostu się spuszczać. Musisz mi dać znać.
Sylwia na ślepo sięgnęła po ręcznik za kolano, znalazła go i przyłożyła do twarzy. Po kilku sekundach nie czuła już, że sperma na niej ląduje, ale przynajmniej doszedł.
     – Przepraszam, mamo.
Bartosz nie miał przygotowanego odpowiedniego wersetu biblijnego na taką sytuację, ale miał przydatny aforyzm. Lepiej prosić o przebaczenie niż o pozwolenie. Postanowił nie dzielić się tym z nią.
     –  To było takie… – wydyszał i spojrzał na bałagan, jaki narobił. Na jego brzuchu, udach i głównie nagiej matce znajdowała się jego sperma. Na podłodze wokół nich panował bałagan. To naprawdę była erupcja wulkanu. – To było takie… nagłe.
Bartosz spojrzał na monitor i spostrzegł, że obraz Luizy zniknął, zastąpiony przez rudowłosą modelkę.
     – W porządku, skarbie.
Do Sylwii dotarło, że próbując czynić wolę Bożą, po prostu wykąpała się w czymś, co wydawało się być galonem nastoletniej spermy. Po tym przebłysku świadomości, nastąpił kolejny. Była niesamowicie mokra. Była tak skupiona na przyjemności swojego syna, że nawet nie zauważyła, w jaki sposób jej ciało zareagowało na rzeczy, które właśnie robili.
     – Idę wziąć prysznic i zmyć to wszystko.
Sylwia wstała ostrożnie, pocierając ręcznikiem o piersi, aby usunąć część krzepnącej spermy.
     – Chcę, żebyś natychmiast posprzątał ten bałagan.
Podeszła do drzwi.
     – Dobrze.
Bartosz nie ruszył się z miejsca. Obserwował, jak jej tyłek odziany w majtki porusza się zmierzając do drzwi. Otworzyła je i zniknęła w korytarzu.
     – Przepraszam. – Zawołał za nią.
Było mu przykro, a przynajmniej po część. Inna jego część upajała się tym, co się właśnie wydarzyło i tym, jak Luiza wynagrodzi go, gdy następnym razem złoży mu wizytę.
     Kiedy Sylwia weszła pod prysznic, ku swojemu zdziwieniu, spostrzegła, że jej ręka porusza się w kierunku jej pochwy. Wzięła długi, gorący prysznic, podczas którego kilkukrotnie dochodziła do orgazmu, myśląc o tym, jak zaspokajała swojego syna. To były jedne z najlepszych orgazmów, jakie miała od lat. Być może zaoferuje Bartoszowi pomoc innym razem. Jeśli nadal będzie potrzebował jej pomocy.

C10H12N2O

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i horrory, użyła 6691 słów i 38880 znaków, zaktualizowała 29 kwi o 12:34. Tagi: #erotyka #horror #incest #duchy #matka

2 komentarze

 
  • Dan

    Bardzo dobra robota. Te opowiadania są bardzo podniecające

  • Olf

    Super. W kilku miejscach powtórzenia i literówki, ale jest świetne