Paź królowej – 27| Mogliśmy być szczęśliwi

Paź królowej – 27| Mogliśmy być szczęśliwiLedwo zarejestrowałam, jak Hannah z wrzaskiem uciekała z mieszkania. Zastygłam w miejscu, wpatrując się w Caleba jak urzeczona. Tak dawno go nie widziałam... Nie mogłam uwierzyć, że tu był.  
– Caleb? – wyszeptałam, bojąc się, że sam mój głos go przepłoszy.
Ale nie. Nadal przede mną stał, ubrany tak jak wtedy, gdy widziałam go po raz pierwszy. Zastanawiałam się, czy jego twarz będzie zgniła, czy jego kręgosłup będzie wykrzywiony pod dziwnym kątem, lecz on stał wyprostowany, wciąż miał te piękne, szare tęczówki, ten figlarny, psotny uśmiech. Serce drżało mi gwałtownie i bałam się mrugać, by nie stracić go z oczu.
– Nie rozumiem… – szepnęłam, wstając chwiejnie z podłogi i podchodząc do niego. Już zapomniałam, jaki był wysoki. Już zapomniałam, ile bólu mi sprawił. Chciałam tylko go dotknąć, przytulić się do niego, znowu spojrzeć mu w oczy i poczuć się jak kiedyś. – Co ty tu robisz? Dan mówił, że… że nie chciałeś mnie widzieć…
– No cóż – mruknął Caleb, przekrzywiając głowę i posyłając mi spojrzenie pełne… tęsknoty? Czy dobrze widziałam? – Chyba… zmieniłem zdanie.
– Zmieniłeś zdanie? – Nagle podniosłam głos. – Akurat w tym momencie? Nie mogłeś pojawić się wcześniej?
– Właśnie chciałaś kogoś zadźgać – odparł spokojnym tonem, patrząc na mnie z góry. – Jeśli o mnie chodzi, to był najlepszy moment, by się pojawić.
Nieoczekiwana radość ustępowała miejsca wściekłości. Czyli tylko dlatego się pojawił? By powstrzymać mnie przed wbiciem noża w serce Hannah? Inaczej bym go nie zobaczyła?
Pieprzony strażnik ludzkiego życia.  
– A więc to tak? – odparłam chłodno. – Będziesz teraz bronił tych, których chcę zabić? By nikt więcej nie skończył tak jak ty? Cóż, trzeba było się pojawić, kiedy strzelałam z pistoletu do twojej siostrzyczki – dodałam, a Caleb mocno zacisnął zęby, aż coś zazgrzytało. – Choć gdybyś znał całą historię, być może stanąłbyś po mojej stronie. Należało jej się. Ta suka zmarnowała mi życie.  
– Naprawdę chcesz rozmawiać o marnowaniu czyjegoś życia? – zapytał kpiąco.
– Zamierzasz mi po raz tysięczny wypomnieć, że cię szantażowałam? – warknęłam, schylając się po nóż. Wzięłam go do ręki i odłożyłam na blat. – Daj spokój, Caleb. Nie musiałabym tego robić, gdybyś ty nie zdradził mnie z Anną. Sam wszystko zacząłeś.
Nadal zaciskał zęby, wyraźnie chciał mi coś powiedzieć. Czekałam na to, wręcz milcząco błagałam, by krzyknął, by znowu zaczął mi wszystko wypominać. Chciałam się z nim pokłócić. Miałam dość wiecznej ciszy. Nigdy nie zdołałam w pełni uporządkować naszych spraw.
– Nie będę ci nic wypominać – powiedział nagle. – Wyszło jak wyszło. Może właśnie tak miała się potoczyć nasza historia.  
Gwałtownie zamrugałam.
Serio?
Czy on w ogóle wierzył w to, co mówił?
Ja nie wierzyłam.
Jego nagła uległość w ogóle mi nie pasowała.
– Właśnie tak miała się potoczyć? Miałeś mnie zdradzić, a ja miałam zepchnąć cię z klifu? – zapytałam z niedowierzaniem. – Gdybyś nie popełnił tego jednego błędu na samym początku, wszystko mogłoby wyglądać kompletnie inaczej!
– Czyli jak? – rzucił ironicznie. – Bylibyśmy nadal razem? Wierzysz w to? Nigdy do siebie nie pasowaliśmy.
– Jak możesz tak mówić? – Z przerażeniem odkryłam, że byłam bliska łez. – Kochałam cię! Jako pierwszego! Mogliśmy być szczęśliwi! Gdybyś chociaż najpierw ze mną zerwał… Ale ty mnie okłamywałeś! Tygodniami! I śmiałeś się dziwić, że tak zareagowałam?!
– A więc zdrada usprawiedliwia morderstwo? – warknął, a jego oczy pociemniały. – Tak, popełniłem błędy, ale czy kara była odpowiednia?
– Zmusiłeś mnie do tego!  
– Ja ciebie? – prychnął. – Słyszysz, co mówisz?
– Dawałam ci okazje do powiedzenia mi prawdy, a ty wciąż kłamałeś! Mnie się nie okłamuje! Nie zdradza! Nie traktuje w ten sposób! – Nie obchodziło mnie, że gadałam do siebie, chciałam w końcu wykrzyczeć swój ból.
– A jaki sposób jest odpowiedni? Taki, jaki przed chwilą zaprezentowałaś wobec Hannah? – zapytał cicho i popatrzył na miejsce, w którym przed chwilą zamierzałam popełnić zbrodnię.
Ja też tam spojrzałam i nagle moja chęć mordu jakby się cofnęła.
Przecież nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam jej zabić.
Nie tu.  
Byłoby za dużo dowodów.  
Dlaczego o tym nie pomyślałam?
Jej pieprzony wujek zaraz by się domyślił, co się stało. Mieszkanie nie było najlepszym miejscem na zabicie współlokatorki. Nie byłabym w stanie tego ukryć. Przecież właśnie po to zaciągnęłam Caleba na ten klif. Odosobnione miejsce. To dlatego właśnie tam spoczywały wszystkie moje ofiary – by nikt mnie z nimi nie powiązał. By nie było dowodów.  
Caleb spojrzał na mnie wzrokiem, który ciężko mi było zidentyfikować. Miałam nieodparte wrażenie, że wiedział, co chodziło mi po głowie. Już nabierałam powietrza, by kontynuować naszą rozmowę, gdy on… nagle zniknął. Bez żadnego gestu, żadnego słowa, zniknął, gdy tylko zamrugałam.  
Sekunda i go nie było.
Znowu zniknął, znowu mnie zostawił.
Czekałam, ale się nie pojawiał.
– Nie – jęknęłam, wyciągając ręce, jakbym chciała odnaleźć go gdzieś w powietrzu. – Nie! Caleb! Do cholery… Wróć! Porozmawiajmy… – Jak szalona rozglądałam się dookoła, mając nadzieję, że gdzieś tu jest, że po prostu zmienił miejsce, tak jak czasami Dan… ale nigdzie go nie widziałam. Gdzie on był? Pojawił się tylko po to, by mnie powstrzymać?!
Nie mógł mnie tak zostawić.
Nie po raz kolejny.  
– Caleb! – wrzasnęłam, a sekundę później poczułam na ręce czyjąś dłoń. Podskoczyłam i odwróciłam się, po raz pierwszy czując zawód na widok Dana.
– Już poszedł – powiedział cicho. – I twoje wołanie niczego nie zmieni.
– Zamknij się! – warknęłam, strząsając jego dłoń. – Był tu i wróci!  
– Mówiłem ci już, że nie chciał…
– Ale jednak tu przyszedł! Zjawił się! Teraz nie pozbędzie się mnie tak łatwo! – Zaczęłam krążyć po całym pomieszczeniu, ciągle patrząc z jednego kąta na drugi, mając nadzieję, że Caleb zaraz się pojawi. – Nie wierzę, że chodziło tylko o powstrzymanie mnie. Wróci tu zaraz, na pewno…  
– Amelia, posłuchaj mnie…
– Nie! – wrzasnęłam, odskakując. – Potrzebuję go! Ty mi nie wystarczysz. Potrzebuję Caleba! Potrzebuję… – Nagle zatrzymałam się gwałtownie, gdy Dan znalazł się przede mną, a jego lodowata dłoń wylądowała na moim policzku.
Dopiero sekundy po tym, jak głowa odskoczyła mi w bok, zrozumiałam, że właśnie mnie uderzył.
Nie zdążyłam zareagować, bo chwycił mnie za ramiona i zaczął potrząsać jak lalką.
– Przestań! Uspokój się! Caleba już nie ma! Musisz w końcu zacząć radzić sobie sama!
Zamrugałam gwałtownie. Uderzenie mnie otrzeźwiło. Zaczęłam analizować jego słowa.
– Sama? - zapytałam chłodno. – Więc co w takim razie tu jeszcze robisz?  
Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu, a potem opuścił ręce.
     – Właściwie to nic – odpowiedział cicho. – Caleb na szczęście cię powstrzymał. Nie skrzywdzisz Hannah?
– A ty co? Kolejny obrońca uciśnionych? – Podniosłam głos. – Do cholery, sam mówiłeś, że powinnam była ją zabić, by pozbyć się problemu! Już zapomniałeś? Nagle z Calebem staliście się strażnikami ludzkiego życia, a ja jestem problemem? Mordercą? Wiesz co, Dan? Pierdol się! – wrzasnęłam i zamachnęłam się na niego ręką, jednak uderzyłam tylko powietrze. Dan rozpłynął się bez śladu.
Nie mieściło mi się to w głowie. Obydwaj chcieli tylko powstrzymać mnie przed zabiciem Hannah. Caleb naprawdę był tak okrutny, że pojawił się tylko na chwilę, by zaraz zniknąć? Nie miał mi nic do powiedzenia?
Siły jakoś mnie opuściły. Osunęłam się na podłogę i czekałam. Czekałam, aż zapadnie zmrok, aż Hannah wróci do mieszkania – co w sumie nie było wcale takie pewne. Może zaraz pojawi się tu z wujkiem, gotowym wtrącić mnie do paki. Albo z całą obstawą policji. Choć z drugiej strony, czy była na tyle zaradna, by jakoś się przede mną bronić?  
Co miało być, to będzie.
I tak nie miałam dokąd iść.  
W końcu drzwi się otworzyły, bardzo powoli. Hannah ostrożnie wsunęła głowę do środka. Zrobiło się ciemno, więc nie zauważyła mnie od razu. Siedziałam oparta o ścianę, wpatrując się w nią. Wsunęła się do środka, zapaliła światło i nagle mnie zauważyła. Podskoczyła niczym zwierzę w cyrku.
– Nie zbliżaj się do mnie! – pisnęła, a z kieszeni wydobyła coś, co wyglądało jak gaz pieprzowy. Wycelowała go we mnie drżącą ręką. – Jeśli zrobisz choć krok w moją stronę, przysięgam, że go użyję. Na szybkim wybieraniu mam numer do policji. Masz się wynieść w ciągu dnia, a jak tego nie zrobisz...
– To co? – przerwałam jej, podnosząc się z podłogi. Oczy Hannah rozszerzyły się, jakby zobaczyła ducha. – Co powiesz policji? Że próbowałam cię zabić? Potrafię udawać cholernie niewinną dziewczynkę, jeśli tylko chcę. Jestem testerką wierności, zapomniałaś? Kłamanie to moja codzienność. Nie masz dowodów. – Powoli się do niej zbliżałam, a pewność siebie, którą miała wymalowaną na twarzy jeszcze przed chwilą, nagle zniknęła. – Nie zamierzam się też wyprowadzać – dodałam. – Zawrzyjmy układ. Z mojej strony już nic ci nie grozi. – Podniosłam obie ręce do góry na znak kapitulacji. Hannah patrzyła nieufnie. – Nic ci nie zrobię. Zrozumiałam, że zaszkodziłabym tym tylko sobie, więc możesz być spokojna. No chyba że... – Podniosłam głos, by wszystko dobitnie do niej dotarło. – Chyba że szepniesz słówko wujkowi albo tej policji, którą tak się bronisz. Wtedy naruszysz warunki naszej umowy i będę bardzo zła. Rozumiesz, co to oznacza? Wtedy ten piękny nóż... – Wskazałam na blat, na który odłożyłam ostrze. – Zatopi się w swobodnie w twoim tłuszczu i będzie tam pływał. Rozumiesz? – Zakończyłam spokojnym tonem.
Hannah wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. Byłam ciekawa, czy kryła się w niej krztyna asertywności, czy po raz kolejny jedynie podkuli swój niewidzialny ogonek i zgodzi się na wszystko.
– Trzymaj się ode mnie z daleka – wyszeptała, trzęsąc się jak osika.
– Uwierz, nie zamierzam wchodzić ci w drogę. Najważniejsze, żebyś ty pamiętała, by nie wchodzić w moją. – Wycofałam się w stronę swojego pokoju i posłałam jej ostatnie spojrzenie. – Mam nadzieję, że się dogadamy.
Nie odpowiedziała.

🦋  

W moim pokoju nikogo nie było. Może to i dobrze – nagle chciałam być sama. Skoro ani Caleb ani Dan wcale nie chcieli ze mną być, nie miałam zamiaru ich błagać. Krzyżyk na drogę, po raz drugi. Myśleli, że pragnęłam desperacko ich obecności? Że zamierzałam się płaszczyć i błagać? Myśleli, że wygrali – ale byli tylko głupimi facetami, którzy nie zdawali sobie sprawy z potęgi kobiety.
Mój telefon pikał jak szalony. Gdy podniosłam go do oczu zobaczyłam, że miałam jakieś piętnaście nieodebranych połączeń od szefa, co, musiałam przyznać, nieco mnie zaniepokoiło. Co było tak pilne, że musiał do mnie dzwonić aż tyle razy? Owszem, ociągałam się trochę w obecnych zleceniach, ale to nie był powód do tylu połączeń. Nie chciałam oddzwaniać. Nie chciałam znowu słuchać kolejnego głupiego mężczyzny, który myślał, że wiedział wszystko najlepiej.
Niepokój jednak nie odpuszczał. Wiedziałam, że coś się stało, że muszę otworzyć laptopa i znaleźć, co to takiego. Wiedziałam to, a jednak siedziałam bez ruchu na łóżku. Nie chciałam już dostawać kolejnych złych wiadomości. Miałam tego dość.  
Chciałam zniknąć.
Chciałam, żeby wszyscy zostawili mnie w spokoju.
W końcu zmusiłam zesztywniałe mięśnie do ruchu i podeszłam do laptopa. Na pulpicie migały mi jakieś alerty, ale mój wzrok nagle jakby stracił ostrość i nie byłam w stanie ich odczytać. Głowa mi pękała, jakby ktoś przywalił mi w nią czymś ciężkim. Powinnam pójść spać. Powinnam zastanowić się, co dalej robić.
Zamrugałam gwałtownie kilka razy i spróbowałam wyostrzyć wzrok. Przez chwilę nie rozumiałam, na co patrzyłam, ale w końcu serce zaczęło mi bić tak szybko, że aż poczułam ból w klatce piersiowej.
Patrzyłam na siebie. I na Matteo. Nagich. Na seks taśmę, którą swego czasu nakręciłam i później schowałam, by nie wpadła w niepowołane ręce. Co, do cholery, robiła opublikowana w Internecie?
W panice odwróciłam się i spojrzałam na sejf, w którym zamknęłam pendrive’a z filmem.
Był otwarty – i pusty.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i erotyczne, użyła 2311 słów i 13040 znaków.

1 komentarz

 
  • agnes1709

    Dajesz do pieca  :ciuch: A jednak jej świta, że ześwirowała, czyli jeszcze mózg nie wysechł do końca  :lol2:

  • candy

    @agnes1709 świtać świta, ale nic z tym nie zrobi xd