Paź królowej – 21| Pokażę, kto tu rządzi

Paź królowej – 21| Pokażę, kto tu rządziGdy wyszliśmy z kawiarni, zaczął siąpić deszcz. Na początku niewielka mżawka, wkrótce zamieniła się w porządną ulewę. Wokół nie było żadnego daszku, pod którym mogłabym się schować, bo wszystkie okupowali tłoczący się ludzie, a poza tym stwierdziłam, że nie jestem z cukru i odrobina wody mi nie zaszkodzi. Biegłam w deszczu przez ulicę, czując dziwną satysfakcję, że gdy wszyscy chowali się pod zadaszeniem i czekali, aż deszcz ustanie, ja robiłam pogodzie na przekór. Dan biegł razem ze mną. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, czy krople wody jakoś na niego podziałają – czy po chwili rozpłynie się w tych miejscach, gdzie dotknął go deszcz – tak jak spływa zbyt duża ilość makijażu…?  
Jednak Dan uśmiechał się do mnie i był tak wyraźny, jakby stał tuż obok, więc nie miałam się czym martwić i postanowiłam porzucić filozoficzne rozważania. Biegł obok mnie i śmiał się, a jego śmiech był tak realny, że aż się dziwiłam, że nikt inny go nie słyszał. Dla mnie brzmiał jak piękna muzyka.
Choć pogoda nie sprzyjała, zmierzałam do biura, by przekonać szefa, aby z powrotem dał mi pracę. Tak jak podejrzewałam, nie był na to zbyt chętny. Powiedziałabym wręcz, że gdy mnie zobaczył, jego brwi po raz pierwszy ściągnęły się w grymasie niezadowolenia.
– Chyba żartujesz – warknął, gdy przedstawiłam mu sytuację. Dan stał z boku i rozglądał się po gabinecie. – Po tym, co odwaliłaś z tym facetem, chcesz, żebym dał ci znowu pracę? Czy ty jesteś poważna? Zresztą, chyba miałaś wyjeżdżać?
Jego niechęć mnie nie zdziwiła, ale mocno utrudniała zadanie. Obawiałam się, że tym razem mały lodzik nie załatwiłby sprawy.
– Miałam, ale plany lekko się zmieniły – odparłam spokojnie. – Serio, nie dasz mi już szansy? Popełniłam jeden błąd. Tylko jeden! Na pewno każdemu się jakiś zdarzył.
– Nawrzeszczałaś na figuranta, choć miałaś go uwieść, potem bez większego powodu rąbnęłaś go kolanem w jaja i uciekłaś. To nazywasz błędem? – Wpatrywał się we mnie z nienawiścią, jego głos był przesycony kpiną.
– Cóż… ma gość trochę racji – wtrącił się nagle Dan.
Posłałam mu mordercze spojrzenie, a on wywrócił oczami.
– No co? – zapytał niewinnym tonem. – Z boku to naprawdę wyglądało nieciekawie. Mogłabyś powiedzieć, że to twój ojciec. Wtedy ten facet… – Wskazał głową na szefa, który dalej miał odstraszającą minę. – ...na pewno zrozumiałby sytuację.  
– Cicho bądź – syknęłam.
– Że co? – warknął szef.
– Przepraszam, to nie było do ciebie. – Cholera, musiałam się pilnować. Dan może i był pomocny jako towarzysz, ale ciągle zapominałam, że był tu tylko dla mnie. Łatwo było się zapomnieć i z nim rozmawiać jak gdyby nigdy nic. – Dobrze, może moje zachowanie nie było profesjonalne, ale miałam naprawdę zły dzień. A ten facet… – Z trudem przełknęłam ślinę. Nie, na pewno nie zamierzałam mu opowiadać o moim odkryciu, że figurant okazał się moim ojcem, którego nigdy nie poznałam. Dan miał rację, to na pewno zmieniłoby podejście szefa do sprawy, ale nie mogłam okazać słabości. Wtedy też przyznałabym się do porażki. Padłoby milion pytań, na które sama nie znałam odpowiedzi. – Ten facet był jakiś dziwny. Zdaję sobie sprawę, że moje zachowanie było niedopuszczalne…
– Co najmniej – mruknął szef, opadając na fotel.
– Ale nie zapominaj, że nawet jeszcze bez szkolenia miałam najlepsze wyniki – kontynuowałam. – Byłam początkująca, ale doprowadzałam wszystkie sprawy do końca. Skoro jednak nie wyjeżdżam, mogłoby ich być jeszcze więcej. Daj spokój, naprawdę przekreślisz moją karierę przez jeden błąd? – Zrobiłam smutne oczy i wbiłam w niego wzrok, nie mrugając. Niemal czułam, jak rośnie jego poczucie winy.
– Dobra jesteś – mruknął Dan, stojąc gdzieś z boku. – Mnie przekonałaś.
Szef westchnął ciężko.
– Nie wiem, Amelia. Nieźle mnie wkurzyłaś tym swoim odpałem.
– Zdaję sobie sprawę. To się już nie powtórzy.
Jego mina wciąż wskazywała na to, że najchętniej wyrzuciłby mnie z biura. Wpatrywałam się w niego intensywnie, próbując wziąć go na litość. To chyba jednak nie działało, więc postanowiłam zaatakować z innej strony:
– Jeśli mnie znowu nie zatrudnisz… pożałujesz – powiedziałam spokojnym tonem.
Szef uniósł wysoko brwi.
– Co to ma niby znaczyć? – rzucił szorstko.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, filiżanka, która stała na jego biurku, przewróciła się z gwałtownym brzękiem. Czarna kawa wylała się na biurko i zmoczyła jakieś papiery.
– Cholera, co jest?! – warknął szef, natychmiast podrywając się z miejsca i rzucając się do mokrych kartek.
– Może to przeciąg – odparłam niewinnie, próbując powstrzymać śmiech. Spojrzałam znacząco na Dana, a on mrugnął do mnie z rozbawieniem. Szef za to spojrzał na okno, które było zamknięte. – A może nie. – Kątem oka obserwowałam, jak Dan podchodzi do wysokiego stojaka, na którym był zawieszony płaszcz i niemal niedbałym ruchem przewraca go na ziemię.  
– Co do kur… – wycharczał szef, a ja uniosłam uspokajająco dłoń.
– Chyba świat mi sprzyja – uznałam niewinnym tonem. – Zgódź się przyjąć mnie z powrotem do pracy, a jestem pewna, że już nic więcej z twojego gabinetu się nie przewróci.
– To jakaś sztuczka? – Wytrzeszczył na mnie przekrwione oczy, a ja napinałam mięśnie brzucha, byle tylko nie parsknąć śmiechem.
– Skądże. – Przyjęłam swoją najbardziej niewinną postawę. – Niby jak miałabym przewrócić ci kawę i stojak? Przecież cały czas tu siedzę. – Niby bezradnie rozłożyłam ręce. – I proszę tylko o przyjęcie mnie z powrotem do pracy, co, jak dobrze wiesz, przysłuży się nam obojgu.
– Chyba… – Wzniósł oczy do nieba, jakby się spodziewał stamtąd jakiejś pomocy. Opadł na fotel, ocierając czoło i rozglądając się nerwowo dookoła. – Chyba mógłbym cię znowu przyjąć. Na okres próbny – dodał szybko, zapewne nie chcąc, bym przedwcześnie wybuchła radością. – A jeśli taka akcja się powtórzy, wylatujesz na dobre i nie będzie już żadnych rozmów o powrocie. Czy to jest jasne?
– Jak słońce – przytaknęłam, pilnując się, by nie okazywać zbytniej radości, a jedynie przyjąć minę pełną pokory. – To co, masz dla mnie jakieś próbne zlecenie?
Zastanawiałam się, czy wspomni o Charliem, ale wyraźnie nie chciał wracać do tego tematu. Ja zresztą też nie. Cieszyłam się, że wszystko się udało, a dodatkowy spektakl w wykonaniu Dana był po prostu cudowny. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby straszyć szefa, ale musiałam przyznać, że wyszło to wspaniale.
– Dziękuję – powiedziałam z rozbawieniem, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Spojrzałam w niebo, które znowu było błękitne. Przestało padać, wychodziło słońce, kolorując szyby, na których jeszcze spoczywały kropelki wody. – To dopiero było coś.
– Czy ja właśnie usłyszałem: dziękuję? – Dan udał, że łapie się za serce. – Musiałem umrzeć, żeby Amelia mi za coś podziękowała?
– Nie przeginaj – odparłam odruchowo, przywołując się do porządku. – Poradziłabym sobie z nim i bez tego przedstawienia zza grobu.
– Oczywiście, że tak.
Poczułam wibracje komórki i zobaczyłam smsa od Jacksona:
JACKSON: Naprawdę ci pasują te włosy.
I kolejnego:
JACKSON: Cieszę się, że się spotkaliśmy.
I ostatniego:
JACKSON: Kiedy się znów widzimy?
– Co ty widzisz w tym gościu? – prychnął nagle Dan, stojąc obok i najwyraźniej czytając wiadomości razem ze mną.
Zablokowałam ekran.
– A co ty widziałeś w Nicoli? – Odbiłam piłeczkę.
– Już ci powiedziałem, po co mi ona była. A ten facet? – Wskazał na komórkę. – Kompletnie nie twój typ. Zapatrzony w siebie laluś. I te blond włosy... Nie wspominając o tym, że sam nie wie, czego chce. Musisz się za nim uganiać, jakby to była twoja rola, by zdobyć jego, a nie na odwrót.
– Rozumiem, że to on miałby za mną latać, tak jak niegdyś ty? – zapytałam chłodno, czując rosnącą wściekłość, gdy przetwarzałam jego słowa. Upokarzał mnie. Obrażał. Nie miałam zamiaru na to pozwolić. – Nie uganiam się za nim. Dałam mu jedynie czas, żeby zorientował się, co jest dla niego najważniejsze. – Postanowiłam zmienić temat. – A może ty w końcu uchylisz rąbka tajemnicy i opowiesz mi o Sharlene? – Niemal wyplułam jej imię.
Dan uniósł brwi.
– Sharlene? Nie ma co opowiadać. Była moją przyjaciółką. Taką od serca, choć rozmawialiśmy raczej rzadko.  
– Sypiałeś z nią?
– Jasne, że nie – prychnął i spojrzał na mnie dziwnie. – Skąd taki pomysł?
Nie odpowiedziałam.
– Opowiadałeś jej o mnie?
– Oczywiście. No, może nie wszystko. Nie mówiłem, że jesteś morderczynią, która zabiła mojego kumpla z zimną krwią. – Przez chwilę w jego oczach błyszczała nienawiść, ale potem odchrząknął i jakby się opanował. – Ale na samym początku byłem tobą nieźle onieśmielony. Już ci powiedziałem, że gdyby nie moja misja… zatraciłbym się w tobie. I pewnie bym się nie uwolnił. – Patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie pocałować. – Sharlene się domyśliła, że jesteś dla mnie ważna, choć traktowałem cię z dystansem.  
– Cudownie – syknęłam. – Bo teraz ta twoja bystra przyjaciółka gada o mnie w sieci, ściągając na mnie podejrzenia.
– Mówisz o tej spisanej rozmowie z nią? – Dan wywrócił oczami. – Ale panikujesz. Wyluzuj. Obawiam się, że policja potrzebuje czegoś więcej, niż tylko wzmianki o jakiejś dziewczynie, która być może była miłością fotografa-pasjonaty.
– Wzmianka to wystarczający powód, żeby zacząć mnie szukać!
– Może nie trzeba było uciekać – odparował Dan, patrząc mi prosto w oczy. – Sama ściągnęłaś na siebie podejrzenia.
Nie chciałam go słuchać. Nie chciałam, bo chyba miał rację. Nie myślałam o tym w ten sposób. Chciałam się tylko uwolnić od tego otoczenia, od miejsc, które znałam. Tonęłam. Potrzebowałam powietrza. Przestrzeni. Chciałam wykasować swoje poprzednie życie. Łatwiej było zapłacić za usługi hakera i zachowywać się, jakby Dan nigdy nie istniał.
Nagle syknęłam głośno i gwałtownie skręciłam w boczną uliczkę. Kilkanaście metrów ode mnie zobaczyłam sylwetkę, którą już dobrze znałam. Czarne włosy, pochylony kręgosłup, te same, puste oczy, które widziałam poprzednio. Charlie. Bóg jeden wie, ile razy mijałam go na ulicy, nie wiedząc, że był moim ojcem. Dopóki nie musiałam go sprawdzić, żyłam w spokoju. Teraz najwyraźniej nie było mi to już dane.
– Co ty wyprawiasz?
– To mój ojciec – syknęłam, przywierając do mokrej ściany budynku i czekając, aż Charlie przejdzie. – Bądź cicho, bo nas usłyszy!
– Ciebie usłyszy – poprawił mnie Dan, stając obok mnie. – Nie pamiętasz? Mnie nikt nie widzi. Nikt mnie nie słyszy. Rozmawiasz teraz z powietrzem.
– Ćśśś! – Nie byłam w stanie go słuchać. Zobaczyłam, jak Charlie posuwistym krokiem mija skręt do uliczki, w której stałam. Odczekałam jeszcze parę sekund i wyszłam na główną ulicę, wpatrując się w jego plecy.
– Zamierzasz coś z tym zrobić? Czy teraz będziesz się chowała za każdym razem, gdy go zobaczysz? – Poczułam, jak dotyka ręką kosmyka moich włosów i okręca go wokół palca. – Moja Amelia się tak nie zachowywała. Moja Amelia wyszłaby mu naprzeciw. Skonfrontowała się z nim. Powiedziała, co o nim myśli.
– Wtedy musiałabym wyznać mu prawdę – wymamrotałam cicho, dalej wpatrując się jak zahipnotyzowana w oddalającą się sylwetkę ojca.
– Ponoć tylko prawda może cię wyzwolić, czy jakoś tak. – Pochylił się i wyszeptał mi do ucha: – Twoja mama nie żyje, a to… to jest twój ojciec. Twoja jedyna rodzina. Co masz do stracenia?
Dużo.
Tak cholernie dużo.
Ale w tym momencie zabrakło mi słów.
– Naprawdę uważasz, że powinnam to zrobić?
– Uważam… – Jego dłoń przesunęła się na mój kark. – Że znam cię za dobrze i wiem, że nie da ci to spokoju, choć nigdy się do tego nie przyznasz. Powinnaś dać mu szansę na to, żeby cię poznał. Masz dużo pytań. Być może on zna odpowiedzi. Od matki ich nie uzyskasz.  
Gdzieś między jego słowami zauważyłam zdziwione spojrzenia przechodniów, którzy wpatrywali się we mnie z uniesionymi brwiami, ale nie zważałam na nich.  
Dan miał rację.
Jak mógł jej nie mieć?
Kochał mnie.
Wiedział, co powinnam zrobić.
Co było dla mnie najlepsze.
Tylko na nim mogłam polegać.
– Masz rację – szepnęłam, a błysk słońca na chwilę mnie oślepił. Ktoś wrzasnął, bym ruszyła się z miejsca i nie tarasowała ulicy, ale nie zareagowałam. Czułam ciarki na ciele, pojawiające się pod wpływem dotyku Dana i rozkoszowałam się nimi. Już wiedziałam, co powinnam zrobić. – Spotkam się z nim. Powiem mu prawdę. Zasługuje na nią. I na swoją córkę.
– Dokładnie. – Jego kojący szept niemal mnie usypiał. – I pokażesz mu, kto tu rządzi.
Przymknęłam oczy.
Gdzieś z tyłu głowy usłyszałam przeraźliwy krzyk.
Kto tu rządzi? Kto ma władzę?! No, kto?!
Krzyk, którego dawno nie słyszałam.
Rozbrzmiewał echem w mojej głowie, zakłócając muzykę.  
Na szczęście dobrze wiedziałam, jak go uciszyć.
– Pokażę mu, kto tu rządzi – wyszeptałam, otwierając oczy. – I lepiej, żeby wszyscy o tym pamiętali.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i erotyczne, użyła 2424 słów i 13810 znaków, zaktualizowała 5 sie 2020.

Dodaj komentarz