Paź królowej – 18| Wszystkiego najlepszego

Paź królowej – 18| Wszystkiego najlepszegoOtworzyłam oczy, wiedząc, że to ten dzień.
Dzień, którego nienawidziłam, choć czasami robiłam wyjątek i pozwalałam samej sobie na odrobinę zabawy.
Urodziny.
Dzień, którego wyczekiwała znaczna większość ludzi na tej planecie. Od wybicia północy już czekali na wiadomości z życzeniami, na przyjęcia niespodzianki, na niezliczoną ilość prezentów, którymi potem mogli pochwalić się w social mediach.
Ja nienawidziłam urodzin. Były tylko przypomnieniem, że było nam o rok bliżej do śmierci. Świętowanie dnia, w którym przetarło się twarzą krawędź brzucha lub pochwę swojej matki nie było niczym ekscytującym.
Mama nigdy nie świętowała ze mną urodzin. Czasem tylko uśmiechnęła się do mnie łagodniej niż zwykle i dała mi ciastko, które lubiłam. Nigdy nie było wiwatów, kilkupiętrowych tortów, przyjęć z kolegami z klasy. Nauczyłam się, że to był dzień jak każdy inny.  
Ciężko było jednak nie pamiętać o tym, że mimo wszystko ktoś inny chciał je kiedyś świętować.
– Nie podglądaj!
– Przecież nie podglądam. Nic nie widzę, ale wolałabym się nie potknąć. Dokąd mnie prowadzisz? – marudziłam, czując rozbawienie przemieszane z irytacją, gdy Caleb prowadził mnie na oślep w jakimś nieznanym kierunku. – Mówiłam ci, że nie chcę…
– Ta-dam! – Nagle ściągnął mi opaskę z oczu, a ja zamrugałam gwałtownie. Spojrzałam ostro na Caleba, podczas gdy on uśmiechał się szeroko. – Tak, wiem, nie lubisz obchodzić urodzin. Dlatego nie kupiłem ci tortu ani nic typowo urodzinowego. Sama zobacz. – Machnął ręką w stronę swojego pokoju, w którym wyjątkowo panował porządek. – Po prostu zgromadziłem tu wszystkie rzeczy, które lubisz. To mój prezent dla ciebie. Myślę, że raczej niestandardowy.
Spojrzałam na jego szeroki uśmiech godny dziecka, które oczekiwało pochwały za ładnie namalowany rysunek. Przesunęłam spojrzenie z powrotem na jego pokój. Faktycznie – nie było tu typowo urodzinowych dekoracji, tortu, torebek prezentowych, za to w różnych miejscach były porozkładane jakieś rzeczy. Na jego łóżku leżała paczka kawy, a obok niej na podstawce ogromna biała filiżanka z ciemnym płynem w środku. Kawałek dalej znajdowała się butelka czerwonego wina. Przeniosłam wzrok wyżej, na biurko. Musiałam się roześmiać, bo była tam paczka siana dobrej jakości, które zwykle kupowałam dla Leah. Dostrzegłam też paczkę moich ulubionych jabłkowych ciastek oraz pudełeczko wyściełane jakimś materiałem, na którym leżała srebrna bransoletka.
– Uprzedzając pytania: nie, nie kupiłem ci nowej bransoletki. To ta, którą ostatnio rozerwałaś, ale nie miałaś czasu, by ją naprawić, pamiętasz? – Caleb uniósł delikatne srebro do góry. – Więc po prostu zabrałem ci ją i zaniosłem do jubilera. Nic zbytnio urodzinowego, tylko drobna przysługa. Podoba ci się? – Zerknął na mnie z obawą, ale ja się uśmiechnęłam. Musiałam przyznać, że mnie tym rozczulił. Właśnie za to go kochałam – za tą ekscytację w jego szarych oczach, kiedy cieszył się jak dziecko z tego, co mi przygotował.  
– Dziękuję. – Podeszłam do niego i musnęłam ustami jego wargi. – To najlepszy nie-urodzinowy nie-prezent, jaki kiedykolwiek dostałam.
– Nie ma za co. – Trącił mój nos swoim i przytulił mnie. – To co najpierw? Kawa czy wino?

Och, Caleb.
Był taki uroczy, zanim poznał Annę i zanim wszystko doszczętnie się spieprzyło.
Przy nim byłam inna. Bardziej delikatna. Szczęśliwsza.
To on mnie zmienił – on zmusił mnie do tego, bym stała się zazdrosną i mściwą wersją siebie.
Gdyby nie jego zdrada, może nadal bylibyśmy tak szczęśliwi jak wtedy.
Gdyby mnie nie okłamywał, wcale nie musiałabym stawać się tym, kim byłam teraz.
– Nie mam dzisiaj czasu – oświadczyłam, gdy otworzyłam drzwi i zobaczyłam za nimi Dana. – Mówiłam ci już przez telefon. Czego nie zrozumiałeś?
– Pomyślałem, że może jednak znajdziesz chwilę. – Uśmiechnął się zachęcająco.
– Niby na co? – Uniosłam brwi.
– Nie wkurzaj się, ale wiem, że masz dziś urodziny. Domyślam się, że skoro o nich nie mówiłaś, to jesteś jedną z tych osób, które ich nie lubią…
– Jedną z tych osób? – powtórzyłam. – Mądry ruch, Dan – wrzucać mnie do jednego worka z innymi ludźmi. Mogło istnieć tysiąc powodów, dla którego nie mówiłam ci o urodzinach.
– ...ale pomyślałem, że może chciałabyś iść na kolację. Nie musi być jakaś super wystawna. Chcę po prostu trochę z tobą posiedzieć – ciągnął, niezrażony. – Ostatnio w ogóle się nie widujemy.
– Mówiłam, że nie mam czasu – odparłam chłodno. – I nie chcę iść na żadną kolację. Jeśli chcesz wejść na seks, w porządku, ale możesz liczyć tylko na tyle. – Lekko się przesunęłam, robiąc mu miejsce. – To jak?
Dan tylko spojrzał na mnie przeciągłym wzrokiem, westchnął, wymamrotał coś pod nosem i wszedł do mieszkania. Minutę później byliśmy już w łóżku. Na koniec potulnie ubrał się i skierował do wyjścia, ale lekko zgarbiony, jakbym zabrała mu coś bardzo ważnego.
– Gdybyś zmieniła zdanie w sprawie tej kolacji… – powiedział, odwracając się lekko, będąc już w drzwiach.
Przeciągnęłam się, siedząc wciąż naga na łóżku.
– Nie zmienię – powiedziałam, ledwo zaszczycając go spojrzeniem. – Zamknij za sobą drzwi.

Pieprzone urodziny.
Najgorsze, co tylko istniało.

🦋  

Mimo silnych postanowień, by o niczym zbyt długo nie rozmyślać i wielu kubków mocnej kawy, wciąż wracały do mnie uporczywe myśli, w dodatku przeplatające się między sobą: Charlie, szef, Sharlene. Niefortunne spotkanie z ojcem, które nie wiedziałam, czy powinnam kontynuować. Nie wiedziałam, czy wiedział o tym, że miał córkę i czy w ogóle chciałam mu o tym mówić. Szef nawrzeszczał na mnie przez telefon i więcej się nie odzywał. Wiedziałam, że nie dostanę kasy za ostatnie zlecenie i że pewnie zostało już przekazane jakiejś innej testerce. To bolało, odbijało się zwłaszcza na mojej dumie, ale nie mogłam się przemóc, by coś z tym zrobić. Dwadzieścia razy dziennie sprawdzałam stronę, na której widniała rozmowa z Sharlene. Nie wiedzieć czemu, nadal nie została usunięta. Wypisywałam maile do hakera i czułam, że lada chwila eksploduje mi głowa.
– Czy nie miałaś się przypadkiem wyprowadzić? – zapytała nieśmiało Hannah, wyłaniając się nagle z łazienki, gdy robiłam sobie tego dnia piątą już kawę.
– Odczep się – burknęłam tylko, nie odrywając wzroku od czajnika.
– Ale właściciel mówił…
– Chuj mnie obchodzi, co właściciel mówił! – warknęłam, obracając się i posyłając jej spojrzenie, które mogło zabijać. – Odpierdol się i nie zadawaj mi głupich pytań!
Gdyby miała ogonek, natychmiast by go podkuliła i uciekła. Zrobiłam kawę i wróciłam do pokoju, mając serdecznie dosyć wszystkich i wszystkiego. Jackson nadal się do mnie nie odzywał. Nagle wszystko stanęło na głowie. Nie wiedziałam już, czy wyjeżdżać, bo nagle byłam jak sparaliżowana, choć powody, by wyjechać, wciąż się piętrzyły. Coś mnie tu jednak trzymało. Sprawa z Charliem? Jackson? Wiedziałam, że lada chwila będę musiała podjąć decyzję. Albo wyjeżdżam na dobre i zostawiam wszystko za sobą albo zostaję i odkręcam to, co narobiłam. Zrezygnowałam z pracy, ze zdjęć u Davida, z mieszkania… Nie rozumiałam samej siebie. Co mnie tu trzymało? Dlaczego nie mogłam się po prostu spakować i wyjechać? Pieprzona Anna i jakaś Sharlene deptały mi po piętach. Było tylko kwestią czasu, aż do drzwi zapuka policja i machnie mi przed twarzą pomarańczowym kombinezonem.  
Powinnam się bać.
Powinnam wiać.
Zamiast tego piłam tylko niezliczone ilości kawy, a później łykałam tabletki nasenne, by nie mieć więcej snów o Charliem i innych ścigających mnie potworach.  
Zasypiając, czasem miałam nadzieję, że już się nie obudzę.

🦋  

Musiałam się ukryć.
To było jedyne, co na chwilę obecną byłam w stanie zrobić.
Jedyna moja myśl, kiedy budziłam się rano.
Nie było mnie stać na drastyczną zmianę wyglądu, więc musiałam radzić sobie mniejszymi sposobami.
Włosy, które ścięłam, zaczynały już nieco odrastać, ale nie długość musiałam zmienić.
Wieczorem poszłam do sklepu, by kupić farbę do włosów. Nie zamierzałam ryzykować i iść do fryzjera, wolałam zrobić to sama. Dla pewności kupiłam kilka opakowań. Przejście z koloru czarnego na blond nie mogło być łatwe, ale za to mogło sprawić, że rozpoznanie mnie będzie niemal niemożliwe. Nie obchodziło mnie nawet, jaki ostatecznie kolor będę miała na głowie – chciałam tylko być nierozpoznawalna.
Zamówiłam w Internecie soczewki do oczu zmieniające kolor. Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze – nie teraz, gdy wiedziałam, że ten cholerny brąz odziedziczyłam po ojcu. Wolałam jakikolwiek inny kolor, byle nie ten, który kojarzył mi się tylko z nim.
Patrząc w lustro, widziałam Charliego i to było najgorsze, co mogło mi się przytrafić.  
Idąc do sklepu, minęłam dziewczynę, która wyglądała jak Anna. Na sam jej widok ciśnienie mi podskoczyło. Dopiero później przyjrzałam się jej nieco lepiej i to chyba nie była ona. Wniosek był jednak prosty – znowu wpadałam w panikę. Każda blondynka wyglądała nagle znajomo. W snach Amy zmieniała się w Annę, ta w Nicolę i tak w kółko. Wszystkie mnie prześladowały, na zmianę z Charliem. Prawie zapomniałam o Jacksonie w tej spirali wspomnień. Powiedziałam mu, żeby się zdecydował i chyba właśnie to była jego odpowiedź.
Nie miałam czasu się nim przejmować. Musiałam przywrócić do normalności moje życie.
Patrząc na podejrzaną blondynkę, przypomniałam sobie o mężczyźnie, który jakiś czas temu mnie obserwował, gdy szłam z Davidem do baru.
Stał i obserwował mnie, aż na niego spojrzałam. Wtedy pospiesznie się oddalił.
David nawet mi nie uwierzył. Zbagatelizował to, bo nie wiedział, jak wyglądało moje życie, zanim tu przyjechałam.
Dlaczego ten mężczyzna, gdy o nim myślałam, miał twarz Dana?
Znowu ktoś mnie śledził? Nie otrzymywałam żadnych sms-ów, jak poprzednio, ale sprawa Dana wciąż nie cichła. Może ktoś wiedział, kim byłam i obserwował mnie i każdy mój ruch.
Może już nigdy miałam nie zaznać spokoju.

🦋  

Tabletki przestawały działać. Brałam coraz więcej, a sny, zamiast blednąć, stawały się coraz wyraźniejsze.
– Przecież obiecałaś, że dokończysz to zlecenie – mówił Charlie, podchodząc bliżej, próbując przyciągnąć mnie do siebie i pocałować. – Chyba dotrzymujesz słowa?
– Przecież mówiłaś, że jesteś taka profesjonalna. – Amy zjawiała się znikąd, patrząc na mnie z lekceważeniem. – Dali ci moją posadę, a ty wszystko spieprzyłaś!
– Bo ona się do tego nie nadaje. – Jackson pojawiał się niczym duch, znowu rzucając mi te spojrzenia bez cienia zainteresowania. – Zresztą, nie nadaje się do niczego. Nie warto. Nie z nią.
– Amelia… – Ciepły głos Dana przewyższał wszystkie te głosy. Wyciągałam do niego ręce, ale zdawał się być cholernie daleko. Jakby był powietrzem. Nie mogłam go złapać. – Widzisz, co sobie zgotowałaś? A mogłaś żyć ze mną. – Patrzył na mnie z bólem. – Mogłaś być szczęśliwa.
– Nie mogłam! – zawołałam, próbując do niego podbiec. Za mną zbierał się tłum. Widziałam Jacksona, Amy i Charliego, Nicolę i Caleba, ale nie poznawałam reszty. Byli tylko ciemnymi postaciami. Niektóre szeptały, inne coś krzyczały. Goniły mnie, ale nie byłam w stanie im uciec. – Nie mogłam być szczęśliwa, Dan, a ty nie mogłeś mi tego zagwarantować! – wrzasnęłam. – To nie moja wina!
– Nie? – Nagle na jego piersi wykwitła czerwona, krwista plama – jakby od postrzału. Powiększała się z każdą sekundą. – A jak myślisz, czyja?
– Dan, ja nie chciałam! – Głowa bolała mnie tak, że ledwo byłam w stanie myśleć. – Zrobiłam to tylko dlatego, że ty chciałeś mnie zabić!
Dan nagle zniknął, a gdy znowu się pojawił, stał tuż przy mnie. Jego twarz już nie była taka, jaką zapamiętałam – skóra zeszła z twarzy, mięśnie miały czarny kolor, niektóre odpadły, pozostawiając tylko czaszkę. Nie miał jednego oka, a drugie właśnie zjadał robak. Wrzasnęłam i chciałam się cofnąć, ale za mną już czekał szepczący tłum.
– A zamiast tego ty zabiłaś mnie – wyszeptał, a potem uśmiechnął się na wpół bezzębnym uśmiechem. – Wygrałaś. Tak jak tego chciałaś.

– Nie chciałam! – krzyknęłam, ale krzyczałam już tylko do siebie. Ponownie obudziłam się zlana potem w środku nocy, cała we łzach. Drżałam, przerażona, sama już nie wiedząc, czy było mi zimno czy ciepło. Przetarłam oczy, oddychając głęboko i nagle wrzasnęłam ponownie, bo zobaczyłam, że ktoś siedział na krześle przy moim stoliku. Nie widziałam, kto to był, bo w pokoju było ciemno – blade światło z okna jedynie oświetlało zarys ciemnej sylwetki.
– Kim jesteś?! Co tu robisz? – Z mojego gardła wydobył się skrzek, który nieudolnie próbowałam przekształcić w pełnowymiarowy krzyk. – Jak się tu dostałeś? Wzywam policję! – Szukałam po omacku komórki, gdy nagle ten ktoś pochylił się do przodu, a snop światła księżyca oświetlił mu twarz.
Przestałam się szamotać.
Przestałam płakać.
Chyba nawet serce przestało mi bić.
– Co? – wymamrotałam, czując, że zesztywniało mi całe ciało. – Nie… to niemożliwe…
Dan uśmiechnął się szeroko – tak jak kiedyś, za życia.  
Ten uśmiech pojawiał się tylko dla mnie.
– Nie cieszysz się, że mnie widzisz? – odezwał się delikatnym tonem. – Bo ja bardzo. – Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i patrzył na mnie w lekkiej zadumie. – Wróciłem, Amelio. Wróciłem do ciebie – dodał, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Wszystkiego najlepszego.




Zaskoczeni? :D

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i erotyczne, użyła 2511 słów i 14294 znaków.

1 komentarz

 
  • agnes1709

    Albo dalej jej się śni (kursywa pominięta celowo), albo typ ma brata bliźniaka, innej opcji nie widzę. Ten brat wszystko wiedział i teraz będzie robił z niej durnia. No chyba że idziemy w stronę horroru lub sci-fi i Dan zmartwychwstał :D

  • candy

    @agnes1709 a może Amelka po prostu zaczyna świrować :D

  • agnes1709

    @candy No tak, prochy pomagają. O świrowaniu myślałam tylko pod kątem snów, że w realu już dziczeje... tomi nie przyszło do głowy. Ale w końcu czas najwyższy. Skoro się sobie naważyło piwa...  :rotfl:

  • candy

    @agnes1709 prochy, zabójstwa, fakt, że znalazła ojca, a miała go uwieść... może palma odbić xD

  • agnes1709

    @candy A może, może. Mówię – zakończy zawiązana w biel, w miękkich ścianach :D