Zakochałam się w nim - rozdział 23

Zakochałam się w nim - rozdział 23Jake puścił Emily i spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Co ty chrzanisz? – zapytał mało kulturalnie.
- Nie ma już tego dziecka, Jake – załkała cichutko Em.
- Jezu!... Gdzie rodzice?
- W szpitalu – wyjaśniła natychmiast, coraz mocniej płacząc. Brunet warknął zdenerwowany i z westchnieniem przyciągnął ją do siebie i zamknął w silnym uścisku ramion.
- Nie płacz – mruknął. – Tak najwyraźniej musiało być…
- Ale dlaczego, Jake? Co z nami jest nie tak, że musimy tracić dzieci? – zapytała beznadziejnie, mając na myśli siebie i Summer.
- Nic, kochanie. Znaczy, z wami wszystko jest w porządku. To przecież nie wasza wina… Zabiję Eric’a, gdy tylko zjawi się na mojej drodze! – warknął. – Nie mogę uwierzyć!... Nie wiesz przypadkiem, czy rodzice próbowali jakoś się z nim skontaktować?
- Twoja mama dzwoniła do niego, ale nie odebrał… Może później jeszcze też próbowali, nie wiem… Zostałam tutaj, by powiadomić cię o wszystkim, jak wrócisz…
- Dobrze, kochanie. Muszę iść. Nie martw się o mnie, gdybym długo nie wracał.
- Jake… Co ty chcesz zrobić? – zapytała z niepokojem.
- Znaleźć tego kretyna! I zmusić go do powrotu! – powiedział i ruszył do drzwi. Otworzył je zamaszyście i stanął oko w oko z bratem.
- Eric! – warknął, widząc, kto stoi na progu.
- Suń się, przyjechałem po resztę swoich rzeczy – powiedział młodszy Green, starając się wyminąć brata.
- Ty gnoju! – warknął Jake i złapał rudzielca za przód koszulki, brunatnie wciągając go do mieszkania. – Wiesz, co zrobiłeś Summer?! – ryknął.
- Nie obchodzi mnie ta wywłoka, Jake! – odparł natychmiast tamten i wyswobodził się z uścisku brata. – Niech robi sobie z bachorem, co tylko chce!
- Ona poroniła, Eric! – wydarła się Emily, tracąc panowanie. – Nie ma już dziecka i to wszystko twoja wina!
Jej przyszły szwagier spojrzał na nią zaskoczony, by już po chwili przybrać maskę obojętności na twarz.
- Należało jej się – prychnął, za co natychmiast został spoliczkowany przez wściekłą blondynkę. Cofnął się o krok i zamierzył się na nią. Zapomniał jednak najwyraźniej o obecności swego starszego brata, który powstrzymał go w porę i znokautował.
- Spieprzaj stąd, Eric! – zażądał, podnosząc go z podłogi za kołnierz. – Podnieś raz jeszcze rękę na moją kobietę, a obiecuję, że cię zabiję!
Rudzielec spojrzał na niego spode łba i nie odzywając się już ani słowem, opuścił rodzinny dom. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Jake doskoczył do roztrzęsionej narzeczonej.
- Nic ci nie zrobił? – zapytał, patrząc na nią uważnie.
- Nie – odparła, oddychając głęboko. – Nie mogę uwierzyć, że próbował mnie uderzyć.
- Mamy szczęście, że zjawił się właśnie teraz, kiedy jeszcze byłem w domu. Inaczej aż boję się pomyśleć, co mogłoby się stać, gdybyś była tu sama…

***
- Nie mogę uwierzyć, że Eric próbował cię wtedy uderzyć. Zawsze wydawał mi się takim spokojnym facetem – powiedziała Bonnie, kręcąc z niedowierzaniem głową i popijając drinka.
- Mnie też. Przecież to Jake był na początku tym oszołomem, przed którym tak bardzo mnie ostrzegałaś – zaśmiała się Em.
- Pomyliłam się – przyznała Bonnie.
- Tylko częściowo – sprostowała blondynka. – Miał przecież na swoim sumieniu niejeden grzech, ale w końcu okazał się dobrym człowiekiem. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Bez jego spojrzenia, uśmiechu, czułych słów. Jest idealnym mężem i cudownym ojcem.
- To dobrze, że się wam tak świetnie układa… Ale powiedz, co działo się potem? Eric zobaczył się z Summer?
- Nie. Zostawił ją. Teść wpadł w szał, jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Powiedział wtedy, że wydziedzicza Eric’a. Teściowa była załamana. Wcale jej się nie dziwię…
- A co z Summer? Wróciła do was? Od mojego wyjazdu nie mam z nią żadnego kontaktu, a też miło by było się z nią spotkać…
Emily uśmiechnęła się leciutko.
- Przykro mi, Bonnie, ale to niemożliwe.
- Dlaczego? Wyjechała?
- Odeszła – sprostowała natychmiast Em. – Bonnie, Summer nie żyje.
- Co?! – krzyknęła brunetka, ściągając na siebie spojrzenia kilku gości pubu.
- Nie wrzeszcz… Summer nie żyje. Zmarła kilka dni po poronieniu. Lekarze orzekli, że się poddała. Najwyraźniej nie chciała żyć, skoro straciła dziecko, które tak bardzo chciała mieć i została sama bez ukochanego.
- To straszne!
- Niestety – przytaknęła blondynka, upijając trochę drinka.
- Eric o tym wie?
- Oh, tak… Zjawił się na pogrzebie, ale nie było po nim widać, by był prawdziwie smutny.
- Jake się wściekł?
- I to jeszcze jak!
- Opowiesz?
***
- Jake, spójrz – wyszeptała Emily, trącając ukochanego w ramię. – To Eric!
- Gdzie?! – Jake natychmiast oderwał wzrok od pastora i zaczął się ukradkiem rozglądać. – Cholera! Że też miał czelność tutaj przychodzić!
- Przecież to jego żona! – zauważyła Em.
- Jakoś najwyraźniej o tym nie pamiętał, gdy zostawiał ją w ciąży! – warknął, starając się nie wybuchnąć. Obecność jego brata na pogrzebie szwagierki doprowadziła go furii, którą w obliczu tak smutnej i podniosłej uroczystości musiał schować głęboko do kieszeni spodni. Nie mógł przecież robić awantur na cmentarzu, gdy trumna Summer nie spoczęła nawet jeszcze w wykopanym grobie! Przyrzekł sobie, że porozmawia z Eric’iem już po wszystkim. O ile ten tak długo zostanie…

- Nie powinno cię tu być – zauważył Jake beznamiętnie, gdy podszedł do stojącego na uboczu brata.
- To moja żona! – prychnął tamten, natychmiast przyjmując postawę obronną. – Mam prawo ją pożegnać!
- Nie masz żadnego prawa! – syknął ich ojciec, niespodziewanie podchodząc do synów. – Nie doszłoby do tej tragedii, gdybyś zachował się, jak pełnowartościowy mężczyzna i zaczął poczuwać się do odpowiedzialności, jaką jest spłodzenie dziecka!
- Nigdy nie chciałem mieć dziecka, a to, że Summer nie potrafiła się ochronić przed niechcianą ciążą, to tylko jej wina i naprawdę nie jest mi żal tego, że to dziecko umarło!
- Wynoś się stąd! – ryknął Jake, widząc, że jeszcze chwila i jego ojciec rzuci się na swojego młodszego syna. – Wynoś się i żebym nigdy więcej nie oglądał twojej parszywej gęby, popaprańcu! Spierdalaj!... Spokojnie, tato! – zwrócił się do wzburzonego rodziciela. – Spokojnie…
- Nie tak go wychowywaliśmy z matką – przyznał starszy Green, spuszczając ponuro głowę. – Ty, który od zawsze sprawiałeś więcej problemów, wychodzisz na prostą, a chłopak, który powinien być dla ciebie przykładem, stacza się na sam dół… Co za ironia...
- Wiem, tato… Ale chodźmy już stąd. Panie na nas czekają.
- Tak…

- Jake? – Emily spojrzała na niego, gdy tylko wsiadł do samochodu. – Co się tam stało?
- Nie teraz, Em… Muszę pozbierać myśli – mruknął, opierając się ciężko na kierownicy. – Dlaczego mój brat musi być aż takim kretynem?! – wybuchnął, uderzając dłońmi w klakson. Emily wzdrygnęła się mocno, słysząc, jak bardzo jest zdenerwowany. Wiedziała, że tylko miejsce powstrzymywało go przed rzuceniem się na brata.
- Było aż tak źle? – zapytała cicho.
- Było – przytaknął, zamykając oczy. – Powiedział, że nie jest mu żal, iż dziecko umarło… Nie poznaję mojego brata, Em. Nie mam pojęcia, co się stało, że jest aż taki bezuczuciowy, jak teraz…
- Opowiadałeś mu kiedykolwiek o tym, co działo się z tobą w czasie służby w Ravenwood? – zasugerowała.
- Nie – zaprzeczył natychmiast. – Ale on wie, gdzie służyłem… Cholera, musi być przecież jakieś wytłumaczenie tego wszystkiego! – zirytował się, przecierając dłońmi twarz i luzując krawat. – Musi! On nigdy taki nie był, on by nikogo nie skrzywdził!
- A może to jego ktoś skrzywdził? A może nie mógł poradzić sobie z tym, jak uciekłeś z domu? Może byłeś dla niego większym oparciem, niż do tej pory sądziłeś?
- Nie byliśmy nigdy tak blisko. Mój wyjazd by go nie załamał… Nie wiem, Em. Jestem w kropce, nie potrafię rozgryźć własnego brata, choć myślałem, że go znam…
- Nie myśl o tym teraz, dobrze? – zaproponowała. – Wracajmy do domu, siądziemy z twoimi rodzicami… To nie był przyjemny dzień.
- Wiem – odparł, spoglądając na nią czule. – Wracajmy w takim razie.

1 530 czyt.
100%151
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 1488 słów i 8602 znaków, zaktualizowała 26 maj 2018.

1 komentarz

 
  • milenka25

    milenka25 · 24 mar 2018

    Boskie juz nie moge doczekac sie nastepnej czesci