Zakochałam się w nim część 12

Jake porwał się z kanapy i chwycił Emily na ręce, jednocześnie składając na jej ustach namiętny pocałunek. Dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję i pozwoliła się ponieść do sypialni, gdzie chłopak ułożył ją delikatnie na łóżku i zaczął natychmiast rozbierać. Zaśmiała się, widząc jego zapał i płonącą w oczach namiętność i nie pozostała mu dłużna, niemal wręcz zrywając z niego koszulkę.
Tego dnia wiele razy odnaleźli się w sobie na nowo...

- Bardzo mi tego brakowało — powiedział kilka godzin później, podnosząc się na łokciu i przyglądając się dziewczynie z miłością. - Mam nadzieję, że cię nie rozczarowałem...?
- Czym? - zdziwiła się szczerze.
- No...w łóżku — wyjaśnił. Spojrzała na niego, jak na wariata i powiedziała:
- Czyżby moje krzyki i kilkukrotny orgazm nie mówiły same za siebie? - zapytała cicho, całując go delikatnie. Przyciągnął ją do siebie i przytulił do swej piersi.
- Już zawsze będziesz ze mną, maleńka — wyszeptał. - Już nigdy cię nie zostawię i choćbym nie wiem, co się działo, zawsze będę trwać przy twym boku.
- Kocham cię, Jake! - złożyła głowę na jego ramieniu.
- A ja ciebie, Em.

- To co? Opowiesz mi resztę? - zapytała późnym wieczorem, gdy już udało im się zreanimować po łóżkowych ekscesach i wstać.
- Jesteś na to gotowa? - odparł pytaniem. Gdy kiwnęła mu głową, powiedział. - Nie będzie to miłe opowiadanie. Ostrzegam o zawartej w nim brutalności.
- Nie zniechęcisz mnie — mruknęła. - Więc radzę ci, byś był szczery. I dokładny.
Kiwnął głową, mówiąc:
- Wiem, że cię nie zniechęcę... I będę szczery. Niektórych opisów jednak ci daruję, bo nawet mnie przyprawiają o mdłości...
- Było aż tak źle?
- Czasami nawet gorzej... Tak, jak mówiłem, tuż po szkole pokłóciłem się z ojcem, bo miałem zupełnie inne plany dotyczące mojej przyszłości, niż on. Teraz wiem, że mogłem go wtedy posłuchać, bo chciał dobrze... No ale wtedy byłem mądrzejszy i zrobiłem po swojemu. Wyjechałem... Do Karoliny Południowej. Tam szybko wpadłem w tarapaty i gdyby nie pomoc przyjaciela, który wciągnął mnie do J&R, już bym nie żył... Nie mniej jednak nie zastanawiałem się wtedy długo i ratując własny tyłek, wstąpiłem do Ravenwood.
- Wiem, tyle że nie bardzo wiem, czym oni są — powiedziała Emily.
- To podwykonawczy oddział J&R - wyjaśnił, ale widząc, że dziewczyna dalej nie rozumie, szybko dopowiedział. - Prywatni najemnicy.
Emily wciągnęła głośno powietrze. Jake spojrzał na nią przepraszająco.
- Chcesz wiedzieć więcej? - zapytał, widząc jej szok. Powoli przytaknęła. - Przez rok mnie szkolili. Szybko zdobyłem ich szacunek, bo okazałem się pojętnym "uczniem". Dlatego też od razu dostałem się do drużyny Aecir...

#
- Chodź, młody. Przedstawię cię twoim nowym kolegom — powiedział Pete Stevens, dyrektor J&R, prowadząc Jake'a w stronę kantyny. Dochodząc na miejsce, mężczyźni usłyszeli rubaszny śmiech zgromadzonych tam najemników. Gdy weszli do środka, głosy natychmiast ucichły. Wszyscy spojrzeli na nowo przybyłych ze szczerym zainteresowaniem.
- Jake'a mieliście przyjemność już poznać, ale teraz przedstawiam wam go, jako członka waszej drużyny — powiedział Stevens, zwracając się do pozostałych mężczyzn. Jake kiwnął im w milczeniu głową. Nie znał ich zbyt dobrze, bo z tą grupą ćwiczył najrzadziej... Poza tym był podenerwowany, bo przyszło mu dołączyć do świetnie zgranego zespołu, co jest zadaniem wysoce niewdzięcznym.
Najemnicy obrzucili go uważnie spojrzeniem, szeptem wymienili między sobą jakieś uwagi, by następnie zaprosić go do swego stolika.
- Potrafisz pić? - zapytali go na wstępie, gdy tylko dołączył.
- Pochodzę z Kansas — rzucił od niechcenia. - Jasne, że umiem pić!
- To polewaj! - wręczyli mu butelkę z samogonem i dostawili literatkę. - Nowy pije podwójnie! - oznajmił najstarszy z mężczyzn z wrednym uśmiechem. Jake również się uśmiechnął, bo miał mocną głowę do picia, co niejednokrotnie wykorzystywał w czasie posiadówek ze Stanley'em i czego oni oczywiście nie mogli wiedzieć... Nalał szczodrze do sześciu szklaneczek, niemal nie zostawiając w nich miejsca na kompletnie nic, po czym powiedział, chwytając za swoje szkło:
- No to chlup!
I kropnął solidnie, po czym natychmiast powtórzył, praktycznie się przy tym nie krzywiąc, choć domowej roboty alkohol miał niezłą moc. Najemnicy, którzy z kwaśnymi minami poodstawiali swoje szklanki, wymienili zaskoczone spojrzenia.
- Będą z ciebie jeszcze ludzie — zawyrokował najmłodszy z nich, przechylając się w stronę Jake'a, który zdążył już rozdysponować następną kolejkę i wyciągnął w jego stronę dłoń, mówiąc. - Jestem Scott, ale mów na mnie "Speedy". Jestem tutaj łącznikowcem.
Jake uśmiechnął się półgębkiem, witając z nowym kolegą.
- Miło cię poznać — powiedział spokojnie.
Po tym poszło już zupełnie gładko...

- Zbieramy się, panowie! - zakomenderował Thomason, wchodząc jakiś tydzień później do kantyny. - Przygotujcie się na długi lot!
Wszyscy poderwali się ze swoich miejsc i ruszyli do kwater, by odpowiednio się ubrać. Zakładając kamizelkę kuloodporną, Jake nie bardzo wiedział, na co ma dziś liczyć i czego się spodziewać po tym zadaniu. W myślach przerabiał jednak wszystkie scenariusze, na jakie tylko wpadł, lecz nawet nie przypuszczał, że to, co stanie się za kilka godzin, przebije wszystkie pomysły i zostawi trwały ślad na jego psychice...
W samolocie transportowym, do którego wsiedli niedługo potem, Thomason wyjawił im wreszcie cel ich podróży.
- Lecimy do Afganistanu! - krzyknął, starając się być słyszalnym w tym ogłuszającym ryku silników. - Bojówki islamistyczne zniszczyły nasz konwój humanitarny wysłany do wioski Arbezi przez J&R. Teraz ukrywają się wśród przyjaznej im ludności cywilnej. Naszym zadaniem jest unieszkodliwienie tych ludzi. Nie bierzemy jeńców!
Gdy usiadł, Jake przełknął głośno ślinę i pobladł gwałtownie. Nie przypuszczał, że przyjdzie mu walczyć...
- Nie tylko ty miałeś swój pierwszy raz — powiedział "Speedy" przechylając się w jego stronę i uśmiechając pocieszająco. - Zobaczysz, wszystko będzie dobrze!
Poklepał go po ramieniu i wyprostował się, zamykając oczy. Po chwili już spał, podobnie do niemal całej reszty. Lot miał trwać pięć godzin, więc chcieli wykorzystać ten czas na odpoczynek. Nie mogli przecież wejść do tej wioski, będąc zmęczonymi! Wkrótce i on sam usnął i czuwał już tylko Thomason.

Obudził się, gdy tylko poczuł szarpnięcie za ramię. Rozejrzał się po luku i spostrzegł, że jego koledzy już nie śpią i szykują się do lądowania. Natychmiast rozbudził się do końca.
Wkrótce koła transportowca dotknęły ziemi i mężczyźni wyszli na zalane południowym słońcem lotnisko. Jake zmrużył oczy i ruszył za współpracownikami. Doszli do samochodów i natychmiast ruszyli w stronę miasteczka, gdzie według ich wywiadu ukrywali się ludzie odpowiedzialni za atak na konwój. Ravenwood mieli wjechać do wioski natychmiast i wziąć ich z zaskoczenia. Niestety, z zaskoczenia, to oni sami zostali wzięci, zaraz po przekroczeniu granicy wioski i wjechaniu pomiędzy pierwsze zabudowania. Kule zagrzechotały o karoserię i pancerne szyby.
- Wycofać się! - ryknął natychmiast Thomason.
- Zablokowali drogę! - oznajmił siedzący na tylnym siedzeniu "Speedy".
- Kurwa! - zaklął dowódca. - Otworzyć ogień, musimy się stąd wydostać! Peter, na górę do karabinka!
Jake patrzył z niepokojem i mocno bijącym sercem, jak kolega staje na siedzeniu, by dostać do broni zamontowanej na dachu pojazdu. Po chwili jednak osunął się bez życia z powrotem do środka Humvee.
- Peter dostał!
- Green, zastąp go!

2 402 czyt.
100%162
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 1410 słów i 8066 znaków.

2 komentarze

 
  • zabka815

    zabka815 · 24 kwi 2017

    Super   czekam na dalszy ciąg

  • Caryca

    Caryca · 23 kwi 2017 · 193945238

    Rewelacja jedyny mankament to to że krótki rozdział poza tym brawo