Zakochałam się w nim - rozdział 24

Zakochałam się w nim - rozdział 24

Miesiąc później wracając z rodzinnego rancza umiejscowionego za lasem, Jake już z pewnej odległości zauważył wzbijający się w niebo słup dymu. Gdy dojechał w pobliże centrum miasteczka, zorientował się, że pali się szkoła, a na miejscu działa już straż pożarna i pogotowie. Nie mogąc przejechać dalej, wyszedł z samochodu i zaczął przeciskać się przez tłum ludzi. Przystanął, spoglądając na walkę strażaków z żywiołem i pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć, że ktoś był na tyle nierozważny, by zaprószyć ogień, narażając tym samym te niewinne dzieciaki na tak duży stres i utratę zdrowia, bądź nawet życia. Rozejrzał się uważnie i tuż przy stojącej kawałek dalej karetce dostrzegł nosze, na których leżała jego Emily! Serce niemal stanęło mu w piersi, gdy dotarło do niego, co widzi. Nie zważając na gapiów, którzy niezbyt chętnie chcieli przepuścić go w stronę karetki, pognał ku pogotowiu, modląc się jednocześnie w duchu, by Em nic się nie stało! Z lekkim poślizgiem wyhamował przy noszach i spojrzał na nieprzytomną blondynkę.
- Co z nią? - zapytał niespokojnie kręcącego się nieopodal pielęgniarza.
- Nawdychała się trochę za dużo dymu — wyjaśnił tamten. - Była najdłużej ze wszystkich w środku i dlatego podaliśmy jej tlen.
- Ale czemu teraz jest nieprzytomna? - zdenerwował się Jake.
- Dla jej własnego dobra musieliśmy ją uśpić, bo próbowała wrócić do budynku. Został tam jakiś uczeń, ale strażacy już się nim zajęli.
- Wiadomo, co tam się stało?
- Spytaj strażaków.
Jake kiwnął głową pielęgniarzowi, rzucił Em zaniepokojone spojrzenie i ruszył ku strażakom. Znał większość z nich, więc nie miał większych problemów z dowiedzeniem się czegoś o tym pożarze.
- Cześć — przywitał się z dawnym kolegą z klasy. - Co tu się stało?
- Ktoś ewidentnie podłożył ogień w szkole. Zrobił to bardzo sprytnie. Chciał, by ucierpiały znajdujące się w budynku osoby. Szczęście w nieszczęściu, że choć częściowo zadziałała instalacja przeciwpożarowa, bo w końcu i ją szlag trafił... No i to, że nas w porę powiadomiono.
- Złapano sprawcę?
- Z tego, co mi wiadomo, to nie... A czemu się tym tak interesujesz, stary?
- Bo tam leży moja narzeczona — wyjaśnił brunet, wskazując na nosze. - Mam zamiar dowiedzieć się, komu zależało na tym, by pozbawić ją życia!
- Spokojnie, od tego jest przecież policja — mruknął strażak. - Zostaw to im.
- Zanim oni do czegokolwiek sensownego dojdą, moja kobieta może kolejny raz ucierpieć! - warknął rozeźlony Jake. Szybko pożegnał się z kolegą i ruszył ponownie w stronę nieprzytomnej Emily. W pobliżu karetki zauważył kręcących się policjantów.
- Możemy porozmawiać? - zagadnął jednego z nich. - Moja narzeczona została poszkodowana w tym podpaleniu. Chciałbym wiedzieć, czy już coś ustaliliście...
- Na razie niewiele tego — przyznał funkcjonariusz. - Właściwie tylko tyle, co powiedzieli nam strażacy. Ale spokojnie, na pewno złapiemy podpalacza.
- Chciałbym prosić, że jak już coś ustalicie, żebyście dali mi znać, dobrze? - poprosił.
- I tak będziemy musieli przesłuchać pana narzeczoną, więc skontaktujemy się również z panem.
- Mieszkamy razem, więc nie będzie problemu — powiedział jeszcze Jake i wrócił do Em.
- I co dalej? - zapytał pielęgniarza.
- Zabieramy ją do szpitala. Nałykała się trochę za dużo dymu — wyjaśnił ratownik medyczny.
- Jadę z wami! - zdecydował natychmiast brunet.

- Spokojnie, nic jej nie będzie — powiedziała łagodnie mama Jake'a, gładząc syna po ramieniu. - Emily jest silna, poradzi sobie.
- Wiem, mamo... Po prostu wciąż nie mogę uwierzyć, że ktoś próbował zrobić jej krzywdę. Przecież to najbardziej niewinna istota, jaką znam — odezwał się brunet, niemal przyklejony nosem do szyby, przez którą obserwował leżącą w sali szpitalnej narzeczoną.
- A pomyślałeś o tym, że może ktoś z twojej dawnej drużyny próbuje się na tobie mścić? - odezwał się łagodnie starszy Green.
- Nie ma nikogo, kto mógłby coś takiego zrobić... Poza tym ostatnio jestem przykładnym obywatelem. Nie mam wrogów...
- A Eric? Pewnie ma do ciebie żal o to, jak go potraktowałeś...
- Doskonale wie, że gdyby choć znalazł się na tej samej ulicy, co Emily, to skręciłbym mu kark! - warknął Jake wojowniczo.
- To może jest to ta sama osoba, która już kiedyś zrobiła jej krzywdę... Albo jej były facet? - spekulował dalej jego ojciec.
- Musiałby być opóźniony w rozwoju, by po tym wpieprzu, jaki mu zafundowałem, jeszcze chcieć ją skrzywdzić.
- Może po prostu jest zdesperowany... Przemyśl to, synu.
- Spokojnie, tato. Na pewno tak zrobię... Emily się obudziła!
Niemal wyrywając drzwi z zawiasów, wbiegł na salę i wyhamował ostro przy jej wezgłowiu. Obdarzyła go słabym uśmiechem.
- Nic ci nie jest? Jak się czujesz? - zapytał niespokojnie.
- Teraz już lepiej — wyszeptała. - Nikomu nic się nie stało?
- Nie, wszyscy są cali — uspokoił ją. - Teraz tylko najważniejsze jest, byś wróciła do pełni sił i by policja złapała podpalacza.
- Więc to nie był wypadek?
- Niestety nie, skarbie...
- To przykre, że ktoś chciał skrzywdzić dzieci... Jake, zabierzesz mnie do domu?
- Gdy tylko pozwolą ci na to lekarze. Nawdychałaś się trochę za dużo dymu. Nic ci jednak nie grozi.

Trzy dni później.
- Ale jak to możliwe? - zapytał oszołomiony Jake. - Jesteś pewna?
- Tak. I lekarze również. Poza tym — uśmiechnęła się wrednie — mam ci to rozrysować?
- Em... - jęknął, kręcąc głową, ale oczy mu się śmiały.
- Cieszysz się? - zapytała.
- Czy się cieszę? Emily, jestem ogłupiały ze szczęścia! Cholera, zostanę ojcem! To najpiękniejszy i najbardziej niespodziewany prezent bez okazji, jaki mogłaś mi podarować! - wykrzyknął, porywając ją w objęcia. - Rodzice też się ucieszą...

- Zobaczcie, kto wrócił! - powiedział Jake, wprowadzając Emily do domu.
- Jak dobrze, że już jesteś. Martwiliśmy się o ciebie — powiedziała pani Green, obejmując przyszłą synową. - Jak się czujesz?
- Bardzo dobrze — przyznała blondynka z szerokim uśmiechem.
- To wspaniale. Siadajcie do stołu...

Po skończonym posiłku, gdy Green senior wyciągnął z barku kieliszki i koniak, młode narzeczeństwo zdecydowało się wyjawić radosną nowinę.
- Ja podziękuję za alkohol — odezwała się Emily z łagodnym uśmiechem. - Nie mogę.
- Daj spokój, kochana. Taki mały kieliszek jeszcze nikomu nie zaszkodził — powiedział dobrodusznie jej przyszły teść.
- W tym wypadku może zaszkodzić — mruknął Jake z łagodnym uśmiechem, obejmując czule narzeczoną. - Zostaniemy rodzicami. Emily jest w ciąży.
- Oh! - wyrwało się jego mamie, która ze łzami w oczach wyściskała najpierw blondynkę, a potem syna. - To wspaniała nowina!
- Tak, gratulację, synu. Spisałeś się... Ale w tym wypadku trzeba to jak najbardziej uczcić!
- Nie odmówię — zaśmiał się brunet, przyjmując od ojca lampkę koniaku.

- Jak się czujesz? - zapytała nazajutrz rano Em, z rozbawieniem przyglądając się skacowanemu mężczyźnie.
- Jak wyrżnięta szmata — przyznał, osłaniając oczy przed rażącym blaskiem promieni słonecznych wpadających przez okno. - Ale warto było. Godnie i porządnie uczciłem nowe życie, którego jestem twórcą.
- Współtwórcą — zaśmiała się. - Też miałam w tym swój wkład.
- Akurat od wkładania to byłem ja. Poza tym beze mnie to raczej byś nie zaszła w ciążę...
- Zbawca świata się znalazł — parsknęła i już po chwili leżała pod młodym mężczyzną, który wpatrywał się w nią z coraz większym pożądaniem.
- Z tego, co wiem, to seks w ciąży nie jest zabroniony — mruknął, wędrując dłońmi po jej ciele.
- Nie, nie jest — przyznała radośnie. - Więc, zamiast gadać, niech się pan bierze do roboty, panie Green!

Miesiąc później.
- Nie masz się czym denerwować — powiedziała miękko matka Jake'a, pomagając dziewczynie ubrać się w suknię ślubną. - To mój syn pewnie tam się stresuje na dole, dając popalić tym samym Stanley'owi.
- Pewnie ma pani rację — zaśmiała się Em.
- Jeszcze trochę i zamiast tego, zaczniesz mówić do mnie "mamo".
- Będzie mi naprawdę miło. Żałuję tylko, że moich rodziców tu nie ma, ale skoro nie potrafili zaakceptować mojej decyzji o powrocie tutaj, to trudno...

- Jak się czujesz jako pani Green? - zapytał ją jakiś czas później Stanley, tańcząc nią w czasie wesela.
- Niewyobrażalnie szczęśliwa — przyznała, nie potrafiąc przestać się uśmiechać.
- To dobrze. No i zostaniecie przecież rodzicami... Wielka sprawa.
- Ale bardzo radosna — zaśmiała się.

- Byłaś dzisiaj wspaniałą panną młodą — powiedział Jake po skończonym weselu. - Gdy zobaczyłem cię wysiadającą z samochodu w tej sukni, zadałem sobie pytanie, czy aby na pewno na ciebie zasługuję?...
- I do czego doszedłeś? - zapytała, całując go czule.
- Że nie jestem cię godzien, ale za to, że sprawiłaś, iż jestem najszczęśliwszym facetem na świecie, zrobię wszystko, by być ciebie wart.
- Część tego szczęścia jest twoją zasługą — odparła, kładąc mu dłoń na swoim brzuchu.
- Temu nie mogę zaprzeczyć — wyszczerzył się i obdarował ją namiętnym pocałunkiem.

Trzy tygodnie później.
- Dziwne — mruknął zaskoczony Jake. - Dostałem list od Eric'a.
- Czego chce? - zapytała natychmiast blondynka.
- Spotkać się...

1 269 czyt.
100%163
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i przygodowe, użyła 1752 słów i 9703 znaków

Komentarze (3)

 
  • Almach99

    Almach99 30 maj 2018

    Przeczytalem wszystkie czesci. Ciekawe, kto probowal zabic Emy, I to 2 razu. Mam nadzieje, ze to nie Eric

  • zabka815

    zabka815 28 maj 2018

    Chen więcej  

  • Caryca

    Caryca 27 maj 2018 ip:185246204

    Witam,rozdział fantastyczny ,tylko krótki ....