Zakochałam się w nim - rozdział 26

Chwycił Emily pewniej i wyszedł z domu. Wpakował ją z atencją do samochodu i ruszył do szpitala, po drodze mijając jadącą w przeciwnym kierunku karetkę.
Pół godziny później chodził już niecierpliwie po korytarzu, czekając na wyniki badań, na które zabrali Em lekarze zaaferowani jej stanem. Niedługo później w szpitalu zjawił się zmartwiony ojciec Jake’a.
- Co z Emily? – zapytał, podchodząc do syna.
- Jeszcze nic nie wiem – odparł młody mężczyzna. – Robią jej jakieś badania, ale nic konkretnego mi nie powiedzieli. Od razu ją zabrali… A co z mamą?
- Dostała środki uspokajające. Wszystko już w porządku. Została w domu – wyjaśnił starszy Green. – Synu, opowiedz raz jeszcze porządnie, co powiedział Eric. Nie rozumiem, dlaczego on tak mocno skrzywdził twoją żonę.
- Ja też tego nie rozumiem, tato… W czasie przesłuchania przyznał, że całe jego życie posypało się dzięki Emily… Jego oraz moje. Miał do niej żal, że, jak to stwierdził, przez nią zniszczyłem Ravenwood oraz J&R. Dwie instytucje, do których od zawsze chciał należeć… Doszedł więc do wniosku, że musi ją zlikwidować, by nie bruździła mu już w dalszych planach… Po tym wypadku sądził, że pozbył się jej na dobre. Jej ponowny przyjazd do Silver Lake pokazał mu, jak bardzo się mylił. A kiedy na nowo zacząłem spotykać się z Em, doszedł do wniosku, że ona mnie ogranicza. Że najlepszym dla mnie wyjściem, byłby powrót do mojego poprzedniego życia… Znów postanowił się jej pozbyć, zwłaszcza że obwiniał ją również za ciążę Summer. Twierdził, że to ona namówiła jego żonę do niezabezpieczania się, a potem do nieusuwania ciąży…
- Przecież to w ogóle nie trzyma się kupy – powiedział wstrząśnięty Johnston. – Przecież Emily jest bardzo ugodową kobietą. Poza tym zabił niewinne dziecko.
- To, jak przypuszczam, był z jego strony akt desperacji. Sądził zapewne, że jej śmierć mnie jakoś tam załamie i wrócę do Ravenwood. Nie dotarło jednak najwyraźniej do niego, że jakiś czas wcześniej już ich zniszczyłem… Poza tym policja podejrzewa, że Eric może mieć jakieś problemy psychiczne. Mieli ściągać do niego psychologa, by go zbadał.
- Co mu grozi? – zainteresował się starszy pan.
- W najłagodniejszym scenariuszu szpital psychiatryczny do końca swego życia… Może nawet kaftan. To zależy, jak oceni go fachowiec… A w najgorszym? Osobiście chciałbym, by usiadł na krześle, ale podejrzewam, że po prostu dowalą mu dożywocie – powiedział Jake, wreszcie zatrzymując się i opierając plecami o ścianę. – Czy te badania naprawdę muszą trwać aż tak długo?...
- Nie martw się, synu, wszystko będzie dobrze. Nie mogę jednak przeboleć tego, że pośrednio, czy nie, twój brat doprowadził do śmierci trójki osób, w tym dwójki nienarodzonych dzieci… Nie na takiego człowieka wychowywaliśmy go z matką.
- Wiem, tato. Też nie mogę pogodzić się z tym, że nie zorientowałem się wcześniej, jaki jest Eric. Gdybym tylko wiedział, może udałoby mi się uchronić Emily od tego cierpienia. Przez moją głupotę cierpiała tak bardzo po stracie dziecka… Nigdy sobie tego nie wybaczę!
- Spokojnie, Jake. Wiem i przyznaję, że zawaliłeś mnóstwo rzeczy, ale teraz wszystko jest już dobrze. Jesteś wspaniałym mężem i przyszłym ojcem. Widzę przecież, jak opiekujesz się Emily. Teraz też nic jej nie będzie, zobaczysz…
Po kolejnej godzinie młoda kobieta została wreszcie przewieziona na salę. Doktor pozwolił też Jake’owi zobaczyć się z żoną, ale pod warunkiem, że ten nie będzie jej zanadto męczyć.
- Jak się czujesz, kochanie? – zapytał czule blondynkę, siadając na taboreciku tuż przy jej łóżku.
- Słaba. I skołowana. Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Nie mogę wprost uwierzyć, że Eric był zdolny do czegoś tak strasznego tylko dlatego, że mu się nie spodobałam i mnie nie polubił – powiedziała cichutko.
- Obwiniał cię również za kilka swoich niepowodzeń, ale teraz to już nie jest ważne. Zostanie skazany i do reszty życia będzie tkwił albo w więziennej celi, albo w kaftanie bezpieczeństwa w psychiatryku… Powiedz mi jednak, co z dzieckiem? – odparł Jake, gładząc żonę po dłoni.
- Wszystko w porządku, ale będę musiała tu zostać przez jakiś czas.
- Dlaczego? Coś się stało?
- Mogło, ale nie stało na szczęście… Utrata dziecka przed paroma laty, leczenie depresji i niedawne wydarzenia sprawiły, że mogłam poronić. To się nazywa zagrażające poronienie… – powiedziała, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Dobrze, że zareagowałeś tak szybko…
- Jezu! – jęknął Jake.

***
- Ale nie poroniłaś, prawda? – zapytała wstrząśnięta opowiadaniem przyjaciółki Bonnie.
- Nie, Jake zareagował na tyle szybko, że lekarze mieli duże pole manewru. W tamtym momencie musiałam po prostu tylko odpoczywać. W terminie urodziłam córeczkę – wyjaśniła Emily, odbierając od kelnera kolejnego drinka. Podejrzewała, że po spotkaniu Jake może zrobić jej małą awanturę, aczkolwiek miała również nadzieję, że zrozumie…
- To wspaniale – ucieszyła się brunetka. – Zasługujesz na szczęście, Em. Znalazłaś je, prawda?
- Tak – zaśmiała się Emily. – I wbrew twoim i moim własnym obawom, Jake okazał się jednak wspaniałym facetem i cudownym ojcem. Jest troskliwy i kochający, ale kiedy potrzeba, potrafi być również surowy. Nasze dzieci nie są złe, ale czasami zachowują się niegrzecznie. To jednak normalne. W końcu to tylko dzieci…

***
Półtora miesiąca później Emily opuściła wreszcie szpital z całkiem wyraźnie powiększonym już brzuszkiem, z którego była nad wyraz dumna. Jake chodził po Silver Lake dumny jak paw, zwłaszcza gdy wychodził gdzieś ze swoją wspaniałą żoną. Niestety pomimo tej niemal boskiej sielanki jedno zdarzenie sprawiło, że na ich twarzach znów zagościł smutek. Doszło bowiem wreszcie do rozprawy, na której Eric miał zostać osądzony i usłyszeć wyrok. Cała rodzina Greenów zjawiła się tego dnia w sądzie, jako że zarówno Jake, jak i Emily mieli składać zeznania.
Postawa Eric’a rozsierdziła jego brata, który właściwie tylko ze względu na swoją mamę i Em nie zamordował rudzielca na miejscu. Powstrzymał się jednak, czując na swoim ramieniu uspokajający uścisk dłoni ojca.
- Uspokój się – syknął mu do ucha, ruchem głowy wskazując matkę. Jake zmarszczył brwi i westchnął, widząc, w jakim stanie znajduje się jego rodzicielka. Kobieta ledwo trzymała się na nogach, bowiem kilka minut przed rozpoczęciem rozprawy obrońca Eric’a powiadomił ich, iż istnieje spore ryzyko na to, że sędzia wyda wyrok śmierci. To niemal zdruzgotało kompletnie starszą kobietę, która od tej chwili kurczowo trzymała się ramienia swojego męża.
Rozprawa toczyła się szybko i sprawnie, bowiem Eric od razu przyznał się do wszystkiego z pieśnią na ustach. Schody zaczęły się dopiero, gdy Emily miała zeznawać przeciw niemu. Jake spojrzał na ukochaną zmartwiony. Emily cała się trzęsła i miał nadzieję, że nie straci głowy, gdy przyjdzie opowiedzieć jej o zmarłym dziecku… Nie przewidział jednak, że jego brat jeszcze na sali sądowej będzie próbować ją dobić. Gdy usiadła na swoim miejscu i złożyła przysięgę na Konstytucję Stanów Zjednoczonych, młodszy z braci Green, krzyknął drwiąco w jej stronę:
- Gdybym mógł, tego bachora wyrżnąłbym z ciebie na żywca tępym nożem!
Emily zdrętwiała. Zresztą nie tylko ona, cała sala. Jake był pierwszym, który się przecknął z chwilowego otępienia i nie zważając na zagradzających mu drogę strażników, przedarł się do zadowolonego z siebie Eric’a i powalił go na ziemię, wymierzając mu solidnego sierpowego. Na więcej nie miał szans, bo od oskarżonego odciągnęli go strażnicy więzienni.
- Panie Green, proszę natychmiast się uspokoić, albo każę pana zamknąć na czterdzieści osiem za zakłócanie porządku na sali rozpraw! – zagrzmiał sumiasty sędzia, bez opamiętania waląc młotkiem w podkładkę na biurku. – Proszę natychmiast wyprowadzić stąd oskarżonego. Na ogłoszenie wyroku poczeka sobie w areszcie! I wezwijcie lekarza do pani Green!
Dopiero wtedy Jake zorientował się, że Emily niemal zwisa bez sił z krzesła przy stole sędziowskim. Dopadł do niej jeszcze szybciej, niż do brata i wziął ją w objęcia.
- Już dobrze, kochanie – powiedział, głaszcząc ją uspokajająco po włosach. – Już go tu nie ma. Nie zagrozi ci już, spokojnie, skarbie.
- Panie Green, proszę wyprowadzić małżonkę na korytarz – powiedział łagodnie sędzia. – Zarządzam pół godziny przerwy.
Jake wyprowadził natychmiast płaczącą blondynkę na korytarz i usadził na pobliskim krześle.
- Em, słyszysz mnie? Ten skurwiel już ci nie zagraża. Skażą go. Pewnie na krzesło… Kochanie, uspokój się, proszę. Nie możesz znów wylądować w szpitalu! – powiedział, przez cały czas głaszcząc ją po włosach.
- N-nie… Nie r-r-rozu-u-umiem…cz-czemu…czemu o-on m-mnie tak-k baardzo nienawidziiii!!! – załkała, wycierając łzy rękawem.
- Nie przejmuj się już nim, kochanie. Wiem, że to cię mocno zabolało, ale kimś takim nie warto się przejmować. Myszko, on nie jest wart twoich nerwów. To psychol, inaczej nie mogę tego nazwać… Zobaczysz, że już nigdy więcej nam nie zaszkodzi, nie pojawi się w naszym życiu. Teraz najważniejsze jest nasze dziecko. Nie możesz się tak denerwować.

***
- Teraz wiem, że Jake miał rację. Znaczy, że Eric nigdy nam już nie nabruździ – powiedziała Emily ze smutnym uśmiechem na ustach.
- Skazali go, prawda? – zapytała z nadzieją Bonnie.
- Oh, tak. Na podwójne dożywocie, chociaż prokurator z częścią ławy oskarżonych domagał się krzesła elektrycznego – wyjaśniła blondynka. – Na szczęście dla mamy Jake’a, sąd wydał łagodniejszy wyrok.
- Więc od tamtej pory Eric jest w więzieniu, tak?
- Był tam chyba z tydzień.
- Co?! Dlaczego? Uciekł?
- Nie, nic z tych rzeczy. Któryś współwięzień jakimś sposobem podesłał mu zatrutą kanapkę. Podejrzewali, że mógł należeć do tej organizacji, przed którą Eric chciał uciec.
- I co się stało? Umarł?
- Tak… Policja i patolog twierdzili, że nie była to przyjemna śmierć.
- A co stało się z tamtym więźniem? – zainteresowała się Bonnie.
- To już mnie nie interesowało – odparła Emily.

1 409 czyt.
100%111
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i przygodowe, użyła 1834 słów i 10661 znaków, zaktualizowała 12 lip 2018.

1 komentarz

 
  • Caryca

    Caryca · 27 cze 2018 · 378358650

    Witam  jak zwykle , cudowna część  ,pozdrawiam serdecznie